Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Andrzej Dobosz. Zanim polecę lekturę tomu jezuity Wacława Oszajcy „Przy świecy i ogarkuˮ Poznań 1995, muszę stanowczo doradzić opuszczenie wstępu pióra Sergiusza Sterny-Wachowiaka


Strony 5–12 omawianego tomu: Osobowość zwielokrotniona, gdy mamy już z nią do czynienia – niecierpliwi nas raczej do szukania jej tożsamości, czy widma wyrazu, własnego stylu, który powinien być czytelny jak w dobrej kuchni, serwującej różne dania i mimo to słynnej niepowtarzalnością smaku. Czy nie grozi nam literatura, w której – w odróżnieniu od dawnej – sama poezja, choćby najlepsza, niewiele albo i nic nie będzie znaczyła?…

U jednych pisarzy wielość gatunków przypomina prostą równoległość stylów i poetyk, u innych w miejsce owej równoległości wyobrazić sobie trzeba raczej labirynt, u jeszcze innych najważniejsze dla stylu i poetyki są obszary wspólne, linie przecięcia, punkty styczne literackich gatunków czy dokładniej – dzieł uformowanych w rozmaitych gatunkach literackiej wypowiedzi. Bywa wszakże, że wielogatunkowość przypomina już nie gmatwaninę dróg i bezdroży i nie tylko mniej czy bardziej przecinające się szlaki, lecz także wspólny dukt o kilku pasmach ruchu czy też szeroki trakt z poboczami… Są wreszcie pisarze, u których wielogatunkowość kojarzy się tylko z różnymi nawierzchniami tej samej drogi, usypanej inaczej, poza gatunkami… Oszajca spełnia nie tylko warunek autentyzmu, lecz również warunek całokształtu, bo orzekanie o czymkolwiek na podstawie oderwanych tekstów autora okazuje się po prostu albo cząstkowe, albo mylące. Rodzaje i gatunki twórczości Oszajcy są jakby tylko różnymi nawierzchniami tej samej niezwykle zresztą konsekwentnie wytyczanej drogi, z drugiej zaś strony nietrudno przekonać się, że pojedyńcze utwory skrzą się pełnią znaczeń dopiero na tle całokształtu wielogatunkowego dzieła.

Reszta tej zajmującej książeczki to trzy wywiady z Wacławem Oszajcą – Jana Grzegorczyka, Juliusza Kubla oraz jeszcze Sergiusza Sterny-Wachowiaka, siedem krótkich utworów poetyckich Oszajcy, dokonane przez Oszajcę bardzo życzliwe omówienie trzech tomików poetyckich przekładów: Elsy Lasker-Schüler Pieśni czarnego łabędzia Izraela, tłumaczonej przez Eugeniusza Wachowiaka, Charlesa Simica – urodzonego w Belgradzie Serba mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, przełożonego przez Barańczaka, i Węgra Istvana Kovacsa w przekładzie Bohdana Zadury.

Poeci polscy to:

Stanisław Barańczak – Widokówka z tamtego świata

Ryszard Krynicki – Nasze ludzkie sprawy

Wincenty Różański – Konieczność teraźniejszości

Sergiusz Sterna-Wachowiak – Dolina, Kolebka

Andrzej Ogrodowczyk – Jabłuszko ziemi

Roman Chojnacki – Kto, komu, który – z tomiku Noc. Wiersze 1977–1983

Dorota Sosnowska – Gliniane ciało nieba

Tadeusz Żukowski – Taniec milczenia

Eugeniusz Wachowiak – Pogrzeb dziadka Macieja

Roman Bąk – Ulica gdzie sprzedają zapałki, Którzy by mogli powiedzieć

Andrzej Sikorski – Wiecznie szczęśliwe dzieci, Pod każdą gwiazdą zielenią się rajskie gałęzie

Ewa Najwer – Z wilczym pasterzem, Ziemia ukradziona Bogu

Józef Ratajczak – Spisane z murów w latach 1956–1989, Kamyki Dawida

Rajmund Hałas – Malowanie światła

Janusz Stanisław Pasierb – Obrót rzeczy. Rok 1991

Tu muszę wyznać moje wątpliwości, powiada Oszajca: Już sam tytuł stawia czytelnika na baczność.

Dlaczego? Nie jest to właściwa postawa przy lekturze.

Niejasny jest dla mnie wybór cytowanych utworów, szczęśliwy w wypadku Józefa Ratajczaka:                 Ręka z żelaza

                         Wprowadza sprawiedliwość

                        I kłamstwo urabia prawdę na własne podobieństwo

                        Nie zwalniając uścisku

                        Władca bierze Boga na świadka

                        By wymierzyć policzek

                        Bezprawie ukrywa się tak chętnie

                        W glorii praw 

Oszajca przedstawia nam obszerny cytat poety Romana Bąka:

                        Lecą kury

                        Ponad siołem ponad lasem

                        Ponad domem

                        Lecą kury

                        Zadyszane zgonione

                        Cóż

                        Dawno nie latały

                        Wiosna idzie

                        Ani żurawia ani skowronka

                        Ani bociana znikąd

                        Lecą więc kury

                        Domowe z misją

                        Kluczem porwanym

                        Sadłem machają

                        Robią co mogą

Oto cała tajemnica i jej wyjaśnienie według poezji Romana Bąka. Grunt to zdobyć się na odwagę latania, oderwanie się od wszystkiego, co wydaje się konieczne, sprawdzone, bezpieczne i oczywiste. Tylko gwałtownicy zdobywają Boże Królestwo.

Zbyt wielki jest kontrast między bardzo przeciętnym poziomem utworu a konkluzją duchownego.

Przy świecy i ogarku jest tekstem, którego nie warto ani nawet nie można czytać jednym ciągiem. Otwierając tę książkę co kilka dni czy nawet co kilka godzin, zawsze znajdziemy w niej fragment zasługujący na rozważenie i zapamiętanie.

Żyjemy w czasach, w których nauki eksperymentalne i matematyczne nie zawęźlają się z naukami humanistycznymi, nie dają obrazu całego człowieka. Brutalizacja zachowań i języka – nie tylko w sferze ludzkiej miłości – jest skutkiem poćwiartowania człowieka i niemożności zharmonizowania, połączenia w jedno ciała z duszą. Warto zatem byłoby wrócić do biblijnej koncepcji człowieka, w której ciało i dusza są imionami nie podziału, lecz wielorakiego bogactwa.

Istotne też wydaje się rozróżnienie wiary i religii. Wiara jest to osobisty kontakt z Bogiem, ogarniający całą osobę ludzką, wszystkie jej możliwości duchowe i cielesne. Religia to już refleksja, sposób mówienia o przeżywaniu Boga.

Powiada też ojciec Oszajca: Myśląc o grzechu trzeba w jego świecie – w świecie grzechu poruszać się bardzo ostrożnie, pamiętając, że ponad grzesznością w całej ludzkiej historii jest Boże miłosierdzie. Jest przecież coś w fakcie, że Bóg trzyma człowieka przy życiu mimo, że miałby po tysiąckroć powody, aby nas unicestwić. Jeśli Bóg w ogóle ustanowił czas, uczynił to również w pewnym celu. Człowiek niewierzący przychodzi do Kościoła choćby dlatego, że jest msza za ojczyznę i śmiem twierdzić, że wówczas uczestniczy już w jakiś sposób we wspólnocie. Jeśli niewierzący przychodzi na mszę z troski o ojczyznę, czyli o bardzo wielkie dobro, i jeśli troska ta jest już w nim i jeśli przychodzi do innych ludzi, żeby tę troskę z nimi dzielić – to czy nie jest to spełnieniem miłości ojca i matki, a więc tego wszystkiego, z czego człowiek został poczęty, co go wychowało, ukształtowało i nadal kształtuje?

Wacław Oszajca „Przy świecy i ogarkuˮ w POLONIE