Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Andrzej Dobosz stanowczo odradza. Wiktor Woroszylski. „Okrutna gwiazdaˮ


Ten tomik niewielkiego formatu zawiera dwadzieścia dziewięć utworów, od pół strony do trzech stron druku. W każdym rzecz dzieje się w chwili kończącej się wojny: Było ich czterech. Leżeli na zdobytej ulicy – jeden obok drugiego – w pozach bezwładnych i nienaturalnych. Rozdarci i spłaszczeni, prawie dwuwymiarowi – wyglądali jak szmaciane kukły, gwałtownie ciśnięte pod osmolony mur, niemal wbite w skrawek wyszczerbionego chodnika. Ktoś przysypał ich ściągnięte twarze białym kurzem czy wapnem. Najbardziej wysunięty do przodu nie miał twarzy – z pogiętym hełmem zrosła się czarna zakrzepła miazga. Dawno musieli już tak leżeć, bo niczym nie przypominali świata żywych, z którego wydarła ich jakaś trudna do wyobrażenia chwila. Byli częścią martwej przyrody zgruchotanej wielkomiejskiej ulicy.

Los tych, którzy jeszcze żyją, także wydaje się dość żałosny: Prawie wszyscy byliśmy przeciw, ale milczeliśmy. Nasze gęste milczenie wypełniało salę. Górą, gdzieś między portretami i transparentami, snuł się zaspany głos referenta.

Siedziałem w jednym z pierwszych rzędów, kiedy zapowiedziano głosowanie, obrzuciłem salę szybkim spojrzeniem i dostrzegłem, jak posłusznie podnoszą się ręce wszystkich obecnych. Trwało to ułamek sekundy i zapewne nikt nie zauważył mojego krótkiego wahania, zanim wraz z innymi podniosłem prawą rękę do góry.

W pozostałych utworach postacie zajmują się jedynie konsumpcją alkoholu: Skierował się w stronę lokalu, nad którego wejściem wymownie pieniła się tekturowa piana.

– Tu tylko piwo dają – ale jakoś załatwimy. Wypili po pół kufla, a potem kelner dolał im do pełna wódki.

– Skol! – mruknął – Da się żyć.

… Otworzyła mu Wanda, najmłodsza. Z pokoju dobiegał szczęk naczyń, gwar rozbawionych głosów. Usiłował się uśmiechnąć.

– Dzień dobry córeczko, dobrze się bawicie?

– Tatuś już pił – stwierdziła niechętnie.

– Ja? Skądże, córeczko, przecież nie mam na to pieniędzy.

– Niech tatuś poczeka.

Zostawiła go w przedpokoju. Po chwili wyszła do niego Jasia, starsza – miała śmieszną nowoczesną fryzurę i białą bluzkę z krótkimi rękawami. Podała mu odkorkowaną ćwiartkę wódki i kawał kiełbasy.

– Ta jak – zapytał ochrypłym szeptem – tu mam pić?

– Tam są goście.

– A ja nie mogę pić z gośćmi? Dzisiaj święto.

– Niech tatuś je i pije, co dałam.

– Na podłodze mam usiąść? Jak pies? To na to was wychowałem? Oddajcie pieniądze, które na was łożyłem. Pójdę do restauracji.

– Nic tatuś na nas nie łożył. Tylko mamę tatuś do grobu wpędził. My chcemy żyć po ludzku, rozumie tatuś?

W drzwiach prowadzących do pokoju stanął młodzieniec z baczkami i w muszce.

– Jeszcze jeden gość? – zapytał.

– Nie – niech pan Mareczek wraca do stołu, ja zaraz…

Ale pan Mareczek przyglądał się z ciekawością siwemu mężczyźnie, który prosto z butelki wlewał do gardła wódkę.

–  Klasa – cmoknął.

Siwy postawił na podłodze pustą butelkę.

A parę stron wcześniej: Oboje sporo wypili – jej alkohol dodał lekkości i blasku, w nim roziskrzył się…

To już sprawia wrażenie reklamy monopolu, co bodaj jest prawnie zakazane!

Wiktor Woroszylski. „Okrutna gwiazdaˮ w POLONIE