- Andrzej Dobosz. Zanim polecę lekturę tomu jezuity Wacława Oszajcy „Przy świecy i ogarkuˮ Poznań 1995, muszę stanowczo doradzić opuszczenie wstępu pióra Sergiusza Sterny-Wachowiaka
- My z niego wszyscy
Ten tomik niewielkiego formatu zawiera dwadzieścia dziewięć utworów, od pół strony do trzech stron druku. W każdym rzecz dzieje się w chwili kończącej się wojny: Było ich czterech. Leżeli na zdobytej ulicy – jeden obok drugiego – w pozach bezwładnych i nienaturalnych. Rozdarci i spłaszczeni, prawie dwuwymiarowi – wyglądali jak szmaciane kukły, gwałtownie ciśnięte pod osmolony mur, niemal wbite w skrawek wyszczerbionego chodnika. Ktoś przysypał ich ściągnięte twarze białym kurzem czy wapnem. Najbardziej wysunięty do przodu nie miał twarzy – z pogiętym hełmem zrosła się czarna zakrzepła miazga. Dawno musieli już tak leżeć, bo niczym nie przypominali świata żywych, z którego wydarła ich jakaś trudna do wyobrażenia chwila. Byli częścią martwej przyrody zgruchotanej wielkomiejskiej ulicy.
Los tych, którzy jeszcze żyją, także wydaje się dość żałosny: Prawie wszyscy byliśmy przeciw, ale milczeliśmy. Nasze gęste milczenie wypełniało salę. Górą, gdzieś między portretami i transparentami, snuł się zaspany głos referenta.
Siedziałem w jednym z pierwszych rzędów, kiedy zapowiedziano głosowanie, obrzuciłem salę szybkim spojrzeniem i dostrzegłem, jak posłusznie podnoszą się ręce wszystkich obecnych. Trwało to ułamek sekundy i zapewne nikt nie zauważył mojego krótkiego wahania, zanim wraz z innymi podniosłem prawą rękę do góry.
W pozostałych utworach postacie zajmują się jedynie konsumpcją alkoholu: Skierował się w stronę lokalu, nad którego wejściem wymownie pieniła się tekturowa piana.
– Tu tylko piwo dają – ale jakoś załatwimy. Wypili po pół kufla, a potem kelner dolał im do pełna wódki.
– Skol! – mruknął – Da się żyć.
… Otworzyła mu Wanda, najmłodsza. Z pokoju dobiegał szczęk naczyń, gwar rozbawionych głosów. Usiłował się uśmiechnąć.
– Dzień dobry córeczko, dobrze się bawicie?
– Tatuś już pił – stwierdziła niechętnie.
– Ja? Skądże, córeczko, przecież nie mam na to pieniędzy.
– Niech tatuś poczeka.
Zostawiła go w przedpokoju. Po chwili wyszła do niego Jasia, starsza – miała śmieszną nowoczesną fryzurę i białą bluzkę z krótkimi rękawami. Podała mu odkorkowaną ćwiartkę wódki i kawał kiełbasy.
– Ta jak – zapytał ochrypłym szeptem – tu mam pić?
– Tam są goście.
– A ja nie mogę pić z gośćmi? Dzisiaj święto.
– Niech tatuś je i pije, co dałam.
– Na podłodze mam usiąść? Jak pies? To na to was wychowałem? Oddajcie pieniądze, które na was łożyłem. Pójdę do restauracji.
– Nic tatuś na nas nie łożył. Tylko mamę tatuś do grobu wpędził. My chcemy żyć po ludzku, rozumie tatuś?
W drzwiach prowadzących do pokoju stanął młodzieniec z baczkami i w muszce.
– Jeszcze jeden gość? – zapytał.
– Nie – niech pan Mareczek wraca do stołu, ja zaraz…
Ale pan Mareczek przyglądał się z ciekawością siwemu mężczyźnie, który prosto z butelki wlewał do gardła wódkę.
– Klasa – cmoknął.
Siwy postawił na podłodze pustą butelkę.
A parę stron wcześniej: Oboje sporo wypili – jej alkohol dodał lekkości i blasku, w nim roziskrzył się…
To już sprawia wrażenie reklamy monopolu, co bodaj jest prawnie zakazane!
