Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Psałterz floriański – historia mniej znana


Psałterz floriański to jeden z najważniejszych pomników piśmiennictwa polskiego i pewnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabytków. Być może właściwiej byłoby napisać kojarzonych zabytków, gdyż nieraz na­wet nie uświadamiamy sobie, że miniatury, które przychodzi nam oglą­dać na różnych okładkach książek, plakatach czy tak zwanych gadżetach, są zaczerpnięte właśnie z kart Psałterza floriańskiego. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google odpowiednie hasło, by zaraz znaleźć się na stronie Wikipedii i… zobaczyć po prawej stronie u góry kartę oczywiście 3 recto z dużym, niedokończonym inicjałem B rozpoczynającym psalm pierwszy: Beatus vir. Nie taką historię chciałbym przedstawić. Nie bę­dzie to historia przejęta z opracowań akademickich czy ze wstępów do wydań (może jednak troszeczkę będzie, ale w innej formie). Chciałbym ukazać, przypomnieć bardziej fizyczną, namacalną stronę niegdyś flo­riańskiego manuskryptu, a dziś rękopisu o sygnaturze BN Rps 8002 III.

Historia Psałterza floriańskiego ma dwa początki. Pierwszy, wciąż niepo­znany do końca, gdy rodzi się idea stworzenia tego rękopisu, gdy planu­je się jego rozmiar, układ, funkcję i przeznaczenie, czyli, inaczej mówiąc, komu i do czego ma ten psałterz służyć. Drugim początkiem będzie odnalezienie tego zabytku w opactwie Sankt Florian i przywrócenie go nauce i kulturze polskiej. Jest on z pewnością mniej enigmatyczny niż pierwszy, lecz również niepozbawiony tajemnic, jak chociażby ta, że do tej pory nie wiemy, którą drogą i za czyją sprawą dotarł Psałterz do kanoników regularnych w Sankt Florian.

Od którego momentu by nie zacząć historii Psałterza, będzie ona niezwykła. Zacznijmy jednakże od drugiego początku, kiedy to w opactwie św. Floriana u kanoników regularnych w Górnej Au­strii bibliotekarzem zostaje Józef Chmel, który to, mimo słowiańsko brzmiącego nazwiska, był – jak pisał Nehring – „obcy plemieniu sło­wiańskiemu”, przez co natrafiwszy na interesujący nas rękopis, zwró­cił się w kwietniu 1827 roku do znakomitego slawisty i ówczesnego kustosza biblioteki w Wiedniu Bartłomieja Kopitara, by podzielić się odkryciem oraz by dowiedzieć się, cóż to za język wpisany jest po­między łaciną i niemieckim. Jeszcze w tym samym roku wiadomość dociera do Polski za sprawą Samuela Jerzego Bandtkiego, który to otrzymawszy od Kopitara wiadomość o trójjęzycznym psałterzu, opublikował w Krakowie „Wiadomość o najstarszym może Psałte­rzu Polskim w bibliotece WW. Kanoników Laterańskich w klasztorze s. Florjana”. Nie od razu powiązano ów zabytek z Jadwigą Andega­weńską i nie od razu stał się Psałterzem floriańskim.

Ze względu na oczywiste nawiąza­nia w ornamentyce tego rękopisu do andegaweńskich elementów heraldycznych, powiązano po­czątkowo ów psałterz z Małgo­rzatą, pierwszą żoną Ludwika Węgierskiego (w 1834 roku został nawet wydany jako Psałterz kró­lowej Małgorzaty), jak również z Marią, czyli siostrą Jadwigi. Na­tomiast nazwę swą zawdzięcza ten manuskrypt Władysławowi Nehringowi, który napisał roz­prawę O Psałterzu floriańskim… wydaną w Poznaniu 1871 roku – wówczas jeszcze opactwo w Sankt Florian było miejscem przechowy­wania rękopisu, a, co istotniejsze, psałterz był własnością kanoników lateraneńskich.

Tu zaczyna się kolejny etap w dziejach floriańskiego rękopisu. Etap, w którym do głosu dochodzą niezwykłe emocje, w którym przede wszystkim liczyć się będzie wyrachowanie i czysta kalkulacja, czyli sztuka dyplomacji na najwyższym poziomie. Oto z początkiem roku 1930 poja­wia się okazja, by zakupić Psałterz floriański, taką wiadomość otrzymuje rząd polski od swojego posła w Wiedniu Karola Bandera. Informuje on, że zarząd opactwa augustianów gotów jest sprzedać Psałterz za niewy­obrażalnie wysoką kwotę 600 000 szylingów. W sprawę kupna rękopisu zaangażowali się ministrowie: oświaty Stanisław Czerwiński, spraw za­granicznych August Zaleski, Naczelnik Wydziału Bibliotek Państwowych Stanisław Demby oraz Ludwik Bernacki, dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie asygnowany do prowadzenia negocjacji z ramienia polskiego rządu, które rozpoczął 20 grudnia 1930 roku. Ze strony opactwa augustianów pertraktacje prowadził prałat klasztoru Vinzenz Hartl. Były to niezwykle trudne rozmowy, które w późniejszym sprawozdaniu Bernacki skwitował zdaniem: „Kończąc pozwalam sobie zauważyć, że pertraktacje w powyższej sprawie nie były łatwe: utrudniał je niepomiernie skomplikowany charakter prałata”. Bernacki próbował oczywiście negocjować cenę zakupu, wskazując na niedostatki rękopisu oraz wcześniejsze opracowania zabytku, jednakże prałat z Sankt Florian był człowiekiem niezłomnym:

Hartl: „Jesteśmy gotowi sprzedać rękopis, ale nie znajdujemy się w takiej potrzebie, abyśmy nie mogli poradzić sobie bez jego sprzedaży. Pod­czas rozmów musimy osiągnąć taką cenę, która by nasz krok w pełni uzasadniała. To musi być znacząca suma, która zarówno teraz, jak i w przy­szłości zostanie uznana za odpowiadającą obec­nym warunkom i możliwościom”.

Bernacki: „Polski naród obywał się bez psałterza prawie cztery stulecia, możemy więc zadowolić się faksymile rękopisu i wierzę, że przewielebny ojciec opat nie będzie odmawiał wymaganej do tego zgody”.

Hartl: „Niestety, musiałbym odmówić podobnej prośbie. Obawiałbym się bowiem, że po zrobie­niu faksymile wartość naszego kodeksu zmniej­szyłaby się znacznie, ponieważ polski naród mógłby stracić wszelkie zainteresowanie dziełem, które miałby w wiernej kopii”.

Bernacki: „Jeśli przewielebny ojciec opat tak stawia sprawę, pozwolę sobie spytać wielebnego ojca, jaka jest najniższa ostateczna cena psałterza, ponieważ o sumie 600 000 szylingów, o której polski rząd został poinformowany, nie może być mowy. Za taką samą lub podobną kwo­tę moglibyśmy uzyskać przecież 100 lub więcej cennych, mistrzowsko iluminowanych rękopisów z XIV i XV w.”.

Hartl: „Ostateczną ceną, za którą możemy sprze­dać psałterz i która uwzględnia obecnie panu­jące stosunki, jest 500 000, to jest pół miliona szylingów austriackich. Tylko za tę cenę kapituła zezwoliła mi na sprzedaż kodeksu. Poniżej pół miliona szylingów absolutnie nie oddamy ręko­pisu. Chociaż cena wydaje się być nienormalna i określić ją można jako pretium afectionis [sic!], jest przecież obecnymi stosunkami wymierzona i należy ją traktować przede wszystkim jako do­godną cenę okazyjną”.
[…]

Bernacki: „Czy nie można byłoby ustalić ceny w dolarach amerykańskich. Żądane pół miliona austriackich szylingów to przecież około 70 000 dolarów amerykańskich”.

Hartl: „70 000 dolarów amerykańskich to 490 000, a nie 500 000 szylingów austriackich; poniżej pół miliona opactwo nie sprzeda psałterza. Państwu polskiemu oferuje się niespotykanie dogodną okazję nabycia wyjątkowo cennego obiektu, któ­ry jest ściśle związany z kulturą polską. Podobna sposobność może się więcej nie nadarzyć”.

Po dopełnieniu wszelkich formalności (nie można nie wspomnieć o takich aspektach transakcji, jak wyrażona zgoda papieża na sprzedaż rękopisu oraz zgoda władz austriackich na wywiezienie z ich kraju przedmiotu o ogromnej wartości) 30 kwietnia 1931 roku Ludwik Bernacki stawił się w Warszawie u ówczesnego naczelnika Wydziału Bibliotek Państwowych Stefana Dembego, by przekazać ów bezcenny manuskrypt.

Tegoż dnia w oficjalnym oświadczeniu Stefan Demby napisał: „Stwierdzam niniejszym, że w dniu dzisiejszym otrzymałem od Dyrektora Ludwika Bernackie­go »Psałterz Floriański«, nabyty od Opactwa św. Floriana – w stanie nieuszkodzonym”.  Stefan Demby. Warszawa, dnia 30 kwietnia 1931 r.

Nie na długo Psałterz zagościł w Polsce, gdyż w pierwszych dniach II wojny światowej wraz z innymi cennymi zabytkami ruszył w przymuso­wą podróż z Wawelu przez Rumunię, później drogą morską do Francji, a stamtąd do Kanady (Ottawy). W roku 1959 został rewindykowany. Od tego czasu znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie.

Do późniejszej historii floriańskiego rękopisu, do jego drugiego począt­ku, trzeba dorzucić jeszcze jedną datę, mianowicie rok 1637, w którym to sporządzony został przez Wolfganga Rainera katalog biblioteki opactwa św. Floriana, a w nim po raz pierwszy wymienia się Psalterium latine, polonice et germanice in membrana conscriptum jako własność tegoż klasztoru. Cała wcześniejsza historia tego manuskryptu utkana jest z faktów, domysłów i tajemnic. Do tej pory bowiem nie udało się na przykład ustalić, w jaki sposób Psałterz dostał się do Sankt Florian (choć jak anegdota głosi, prof. Henryk Kowalewicz przed śmiercią rozwiązał tę zagadkę, nie zdążył jednak się nią podzielić z innymi).

Myślę, że rękopis ten jest fascynu­jący również poprzez fakt, że wciąż jeszcze sporo na jego temat nie wiemy. Nie mamy pewności co do miejsca powstania rękopisu i choć coraz mocniej podkreśla się, że był to Kraków i środowisko związane z dworem królewskim, to nie bra­kuje zwolenników śląskiej prowe­niencji zabytku. Nie sposób byłoby choćby zwięźle przedstawić argu­mentu na rzecz każdej z hipotez, trafniej będzie zwrócić uwagę na miejsca, które wciąż nie doczekały się należytej uwagi, a mają znaczenie pierwszorzędne dla tego zabyt­ku. Każdy, kto interesował się nawet pobieżnie historią tego rękopisu, wie, że powstawał – a precyzyjniej – spisywany był etapami i dlatego też wyróżnia się w nim część pierwszą, starszą, XIV-wieczną oraz dwie młodsze spisane już w XV wieku.

Fakt zaprzestania prac nad rękopisem interpretuje się rozmaicie (np. wiąże się ten moment ze śmiercią królowej Jadwigi, dla której rzekomo Psałterz miał był darem), lecz cezurę stawia się wyraźnie z końcem pracy tzw. ręki pierwszej, czyli tej XIV-wiecznej. Jest to karta 188 recto, na której wyraźnie widać, że kolumna prawa pisana jest już inną ręką, inaczej został przygotowany też atrament, jest wyraźnie ciemniejszy. Również kolejny pisarz nie stroni od abrewiacji w części łacińskiej, czyli wypracowanego systemu skrótów służącego do zapisu często powtarzających się elementów tekstu. Z pewnością jest to moment, w którym zakończono pewien etap prac nad Psałterzem, powiedziałbym, że jest to spokojna cezura, niejako zapowiedziana, gdyż druga ręka pisząca dobrze przygotowanym inkaustem zaczyna swoją pracę od dość wymownego wersetu (101,19): scribantur hec in generacione altera, co na staropolski wykłada się napisana bądźcie ta w pokoleniu drugiem.

Gdy chodzi natomiast o drugą cezurę, to według mnie jest ona mo­mentem przełomowym w pracach nad tym rękopisem. Miejsce to nie jest tak wyraźne i zaplanowane, jak w przypadku pierwszym. Jest to znacznie bardziej doniosła cezura. Pisarz drugi dostaje na swój pulpit kolejną przygotowaną, poliniowaną składkę (jest to już 27 składka), na której zaczyna pisać i udaje mu się umieścić na niej tylko cztery linijki tekstu. Co więcej, przerywa pracę nagle w połowie wersetu polskiego, by nie dokończyć go już nigdy. Daje to nam pewność, przynajmniej jeśli chodzi o wspomniane składki, że pisarz pracował na gotowych, już poliniowanych składkach.

Dalsze prace nad tą składką stanowią zupełnie inną, nową historię w dzie­jach manuskryptu. Pojawia się pisarz trzeci wraz ze swoim dość lichym atramentem, czego ślady są niestety dziś aż nadto widoczne. Pojawia się całkiem nowy styl tak zwanych uzupełnień międzywierszowych na końcach wersetów. Również początkowe litery inicjalne są wykonane w całkiem odmienny sposób od dotychczasowych. Najistotniejszym i najbardziej tajemniczym miejscem, a jednocześnie mogącym nam najwięcej jeszcze powiedzieć na temat losów tego zabytku, jest ostatnia karta składki 26, a dokładnie sam dół karty 204 verso.

Ta nierzucająca się w oczy karta przez lata umykała badaczom z pola uwagi (także po trosze ze względów technologicznych), a to wraz z nią kończy się zasadniczy etap prac nad tym rękopisem. To u dołu tej karty zostały wpierw zapisane, a następ­nie z premedytacją usunięte przez kolejnych użytkowników informa­cje dotyczące najprawdopodobniej powodów, dla których zaprzestano dalszych prac nad rękopisem. Być może znajdowały się tam także infor­macje dotyczące proweniencji tego zabytku, których to kolejny nabyw­ca albo sprzedawca się pozbywał; brak jest bowiem także jednej karty z pierwszej składki, na której znajdowały się zapewne jakieś informacje dotyczące faktycznego lub potencjalnego użytkownika.

Obecnie dysponujemy znacznie lepszą techniką umożliwiającą odczy­tywanie miejsc wyskrobanych z pergaminu. Wykonanie zdjęć hiper­spektralnych pozwoliło w ledwie zauważalnej plamie atramentu dojrzeć zapisy najprawdopodobniej w języku niemieckim i polskim, lecz trudno wciąż o jednoznaczne rozstrzygnięcia.

Mimo że widzimy znacznie więcej niż nasi poprzednicy, to jednak wciąż trudno odczytać te zapisy. Dodatkowo brzegi kart w XVI wieku zostały przycięte pod nową oprawę, co sprawiło, że fragment karty u dołu także padł łupem introligatorskiego noża. By zamknąć kwestię faz przygo­towywania tego manuskryptu, choć należałoby uczciwie powiedzieć, że raczej zostaje ona porzucona, dodam tylko, by jeszcze bardziej za­gmatwać dzieje Psałterza, że na ostatniej dochowanej do dziś składce ponownie pojawiają się elementy zdobnicze występujące na pierwszych kartach rękopisu!

Nieco wcześniej wspomniałem o braku pewnej karty z pierwszej składki rękopisu, na której mogły się znajdować jakieś zapiski proweniencyjne czy dedykacja. Domniemania te mają swoje naukowe podłoże i nie za­waham się stwierdzić, że opierają się na jednej z najpiękniejszych analiz naukowych (autorstwa Aleksandra Birkenmajera), które przyszło mi czytać. Jest to historia dwóch ko­łatków (owadów) i ich działalności. Rzecz sprowadza się do tego, by zrozumieć dość enigmatycznie wyglądający schemat układu po­szczególnych kart w składce oraz stwierdzić, kiedy doszło do wycięcia jednej karty [piętka – 5] oraz roz­cięcia drugiej [1 – 4], czy stało się to przed rokiem 1564, czyli zanim Hainrich Yegem powtórnie oprawił Psałterz, czy może jest to dzieło tegoż właśnie introligatora. Dla porządku zaznaczyć trzeba, że wid­niejąca na schemacie jedynka w nawiasie jest oznaczeniem karty (dziś 1 czerwone), która stanowi część pierwotnej składki pierwszej, jed­nakże przy ponownym oprawie­niu rękopisu w XVI wieku została przyklejona do oprawy i dopiero na prośbę Władysława Nehringa w roku 1869 bibliotekarz z Sankt Florian zgodził się ją odlepić od deski. Jest to kolejna karta, która bardzo dużo wnosi informacji do dziejów Psałterza floriańskiego.

Wróćmy jednak do interesującej nas składki pierwszej (ilustracja u góry strony). Są to 4 arkusze złożone na pół (tzw. kwaternion), z czego tylko dwa z nich zachowały swój stan pierwotny: [(1) – 6] oraz [2 – 3], pozostałe dwa zostały naruszone i to właśnie dzięki owym dwóm kołatkom i ich „zgryzieniom” (zaznaczone czerwoną strzałką) udało się ustalić, kiedy doszło do owych zmian. Oto fragment wspaniałej analizy Birkenmajera: „To rozcięcie jest dziełem introligatora szesnastowiecznego, o czem świadczy następujący szczegół. Rękopis był nawiedzany przez kołatka i to co najmniej na dwa zawody. Jeden z tych owadów nagryzał ręko­pis już po powtórnej jego oprawie; pochodzące od niego zgryzienia (dziurki) przechodzą przez ochronne karty papierowe (znaczone czer­wonym ołówkiem jako 2 i 3). Ale był i starszy kołatek, który „działał” jeszcze przed r. 1564; jego zgryzienie nie przechodzi przez wspo­mniane karty papierowe, choć jest widoczne na pergaminowej karcie ochronnej („1 czerwone”) oraz na kk. 1–3. Otóż na karcie ochronnej oraz na kk. 2–3 odległość zgryzienia od zgięcia kart wynosi mniej wię­cej 5 cm, gdy tymczasem na k. 1 tylko około 4 cm. Ta zatem karta (a eo ipso i odpowiadająca jej k. 4) została przesunięta w kierunku ku grzbietowi rękopisu już po nawiedzeniu kodeksu przez owego „pierw­szego” kołatka. Do tego samego wniosku (co do epoki „rozcięcia” kart 1 i 4) doprowadza również porównanie „odpowiadających” sobie plam na kk. 1 v + 2 r i kk. 3 v + 4 r.

Z dalszej części analizy dowiadujemy się, że wycięta karta odpowiadająca arkuszowi [piętka – 5] została wycięta jeszcze przed powtórnym oprawieniem rękopisu, na co wskazuje specyficzne szycie introligatorskie, co oznacza, że już przed rokiem 1564 składka ta była zdefektowana – najpewniej by zatrzeć ślady proweniencyjne.

Pewnym paradoksem w historii tego manuskryptu jest to, że dostępne nam wiarygodne informacje, bo umieszczone na wspomnianej już wyklejce rękopisu – karta (1), tak naprawdę wyłącznie komplikują opis dziejów tego zabytku. Pomijając spory, gdzie dokładnie powstawał Psałterz flo­riański, można byłoby założyć, że trafił on na dwór królewski, że modliła się z niego królowa Jadwiga, a dalej linią dynastyczną wraz z Katarzyną Habsburżanką (córką Anny Jagiellonki, wnuczką Władysława II Jagiel­lończyka) dotarł do Sankt Florian. Tam też została pochowana zmarła w Linzu w 1572 roku Katarzyna. Tę piękną klarowną historię niestety trzeba porzucić, gdyż wiemy, że: Bartholomeus Siess/Süss me possidet Anno Chr. 57. Emptus ab Italico negociatore septem solidis. Co oznacza, że roku 1557 Bartłomiej Siess czy Süss kupił ten Psałterz od jakiegoś włoskiego kupca za siedem solidów. W jaki sposób ów włoski kupiec wszedł w jego posiadanie, tego oczywiście nie wiemy, podobnie jak i nie udało się dotychczas zidentyfikować nabywcy, czyli Bartłomieja Süssa.

Po drugiej stronie tej samej karty znajduje się kolejna zamazana zapiska; jej pismo można datować na XV wiek. Trudno podać jednoznaczne odczytanie tego fragmentu, lecz na podstawie kilku widocznych liter można próbować go interpretować mniej więcej tak: Jo(e)is de VIIemtiliis – Jan(a) o siedem lip.

Nie jest możliwe, nawet w najbardziej lapidarny sposób, przedstawie­nie tutaj zagadnień, które wymagają jeszcze zbadania czy chociażby zweryfikowania. Świadomie w ogóle nie poruszyłem kwestii zdobień rękopisu czy odniesień do warstwy językowej, jak również pominię­te zostały wszelkie sprawy związane z kolejnością wykonywania prac nad poszczególnymi składkami (kiedy pracuje kopista, kiedy ilumina­tor czy rubrykator). Nie znajdzie czytelnik również odniesień do za­bytków pośrednio łączących się z Psałterzem floriańskim, jak choćby roztruchanem drezdeńskim (czyli pucharem, kielichem należącym niegdyś do Królowej Jadwigi), Kartąpraską, czyli tzw. minutą praską czy Kartąmedycką. Lista kwestii nieporuszonych pewnie nie miałaby końca, dlatego też na zakończenie chciałbym przedstawić jedną dość dokładną i potwierdzoną informację na temat Psałterza floriańskiego, chodzi mianowicie o jego wagę. Sprawa niby błaha, lecz nawet tak podstawowa informacja nie jest podawana w opracowaniach zabytku w ten sam sposób. Dopiero od niedawna możemy z dużą dokładnością powiedzieć, że Psałterz waży nie 4 kg, tylko ca 4,71 kg (sam kodeks bez pudełka i skrzyni).

Słowa klucze: niedokończone, zmienione, przerwane, niepewne, nie­ustalone, enigmatyczne – słowa te sprawiają, że nauka jest fascynująca, że nierzadko badacze poświęcają zabytkowi znaczną część swojego życia, by te sekwencje rękopiśmiennego DNA ułożyć w pewną całość, która nam coś powie, da obraz, da zrozumienie.