Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

„Bo to był on, bo to byłem ja”


Tymi słowami wyjaśnia Montaigne w słynnym fragmencie Prób powody uczucia, jakim darzył swego przyjaciela, Étienne’a de La Boétie. W rozdziale tym, jak zresztą w całym dziele Montaigne’a, odwołania do autorów starożytnych, przykłady i anegdoty historyczne przeplatają się z bezpośrednimi obserwacjami i zwierzeniami autora. Ten niesystematyczny, meandryczny, dygresyjny styl stał się wzorcowy dla nowego gatunku literackiego, który od jego Essais zwie się eseistyką. Nie idzie przy tym wyłącznie czy po prostu o styl pisania – esej to w równym stopniu sposób myślenia, próbowanie się z problemami bez powziętej z góry tezy i wytyczonego ściśle kierunku. Tak właśnie myślał Montaigne, co czyni go – mimo czterystu z górą lat, jakie upłynęły od jego śmierci – myślicielem i pisarzem dużo nam bliższym niż niejeden żyjący po nim. Na bliskość  tę składa się również owa gotowość do mówienia „ja”, przywoływanie zdarzeń z własnego życia, własnych uczuć i spostrzeżeń.

Zwierzeniom tym daleko jednak do sentymentalizmu. Romantyczna epoka afektacji i wybujałych namiętności miała dopiero nadejść. Montaigne kochał swego przyjaciela, który po ciężkiej chorobie zmarł w wieku zaledwie trzydziestu trzech lat. Uczucie było tu jednak raczej skutkiem niż źródłem przyjaźni. Znamienne są słowa, w jakich, w tym samym miejscu Prób, filozof opisuje jej początek: „Obejmowaliśmy się niejako przez nasze imiona: i za pierwszym spotkaniem, które przypadkowo miało miejsce w czas jakiegoś wielkiego festynu i uroczystości w mieście, znaleźliśmy się tak zjednoczeni, tak znani, tak zobowiązani sobie wzajem, że od tej chwili nic nie mieliśmy bliższego nad siebie”. Cóż znaczy to „obejmowanie się przez imiona”, które poprzedziło pierwsze spotkanie i już wcześniej ustanowiło więź między przyjaciółmi? Jak łatwo się domyślić, było to obcowanie poprzez lekturę. Wbrew pozorom w formule „bo to był on”, nie musiało chodzić o tajemniczą, nieredukowalną jakość albo aurę osobowości. A w każdym razie rzecz nie sprowadzała się do tego.

Montaigne podziwiał w La Boétiem myśliciela i filologa. W listach, które weszły do jednego z dziewiętnastowiecznych wydań Essais, a które zostały po raz pierwszy wydane osobno jeszcze przed Próbami, w roku 1580, Montaigne zachwala rozmaitym osobom (zarówno swojej rodzinie, jak i wpływowym i możnym postaciom, takim jak Guy de Saint-Gelais de Lansac, były burmistrz Bordeaux, czy Henri de Mesmes, Pan Roissy) talenty swego towarzysza, nie wahając się nazwać go „największym człowiekiem naszego stulecia”. Tom zawierał przekłady La Boétiego z greki (między innymi Plutarcha i Ksenofonta) oraz jego własne prace. Wśród tych ostatnich szczególne miejsce zajmuje Rozprawa o dobrowolnej niewoli, opatrzona dodatkowym podtytułem Przeciw jednemu.

Montaigne dbał o spuściznę po La Boétiem, której był również prawnym spadkobiercą. Wydawał jego teksty i polecał je zarówno wybranym osobom, jak i szerokiej publiczności. Bez nich – zwłaszcza bez nieopublikowanej za życia La Boétiego rozprawy, którą przeczytał i podziwiał jeszcze zanim spotkał jej autora – ich przyjaźń zapewne by się nie narodziła. Później zaś mogłaby się wyczerpać w żalu po stracie. Co takiego zaimponowało Montaigne’owi w owym dziełku, dostępnym również w polskim przekładzie?

Podjęte w Rozprawie zagadnienie jest klasyczne. Dotyczy mianowicie tyranii, panowania „jednego” nad „wieloma”. W odróżnieniu od licznych autorów, którzy od czasów starożytnych zajmowali się tą kwestią i badali istotę tyranii jako określonej formy politycznej albo ustrojowej, La Boétie szczególny nacisk kładzie jednak na to, co sprawia, że „wielość” jest posłuszna tyranowi, że popada w to, co nazywał dobrowolną niewolą (servitude volontaire). Zjawisko to żywo interesowało także Montaigne’a, który wiele lat spędził w służbie publicznej, pełniąc rozmaite funkcje (przede wszystkim burmistrza Bordeaux, ale też rajcy trybunału podatkowego). Co prawda historycy do dziś nie są całkiem zgodni w kwestii tego, jakie były jego poglądy polityczne i religijne, wydaje się jednak pewne, że o ile szanował monarchię, nie był zwolennikiem absolutyzmu. Co jeszcze ważniejsze, jako myśliciel przywiązany do idei swobodnego dociekania prawdy i przeciwnik ślepego posłuszeństwa wobec autorytetów, musiał zastanawiać się nad powodami, dla których ludzie rezygnują ze swej wolności, czy to w dziedzinie myśli, czy w polityce.

La Boétie, podobnie jak sam Montaigne, nie głosił swoich poglądów z pozycji autorytetu. Byłoby to zresztą trudne, zważywszy, że swój traktat napisał prawdopodobnie jeszcze jako nastolatek. Jest to raczej wyraz zdziwienia i sprzeciwu. Zdziwienia wobec faktu, że wielkie rzesze ludzi poddają się panowaniu niewielu; i sprzeciwu wobec tego osobliwego zjawiska. Zdziwienie, jak to bywa u filozofów, prowadzi tu jednak również do próby wyjaśnienia. W istocie, rozmaite są sposoby, na jakie „jeden” czyni postawę posłuszeństwa i podporządkowania czymś naturalnym dla swoich poddanych, choć nie ma w niej nic naturalnego (wręcz przeciwnie). Należą tu między innymi wszelkiego rodzaju „igrzyska”, osładzające niewolę ludowi. Dla ludzi wykształconych i zamożnych to może jednak nie wystarczyć, potrzebne są zatem również bardziej subtelne metody. Na przykład rozważne przyznawanie rang i zaszczytów dla pozyskania lojalności. Albo czynienie możnych wspólnikami własnych zbrodni. Wszystkie te działania, jakkolwiek wytwarzają realny skutek w postaci posłuszeństwa wobec władzy, ostatecznie opierają się jednak tylko na pewnych wyobrażeniach i nawykach. Panowanie tyrana zawieszone jest więc w swego rodzaju pustce. Wystarczy to dostrzec, a przede wszystkim: zapragnąć wyzwolić się z tych widmowych więzów, by być wolnym.     

Do niedawna mogło się wydawać, że tyrania, rozumiana jako rządy „jednego”, stanowi przeżytek. Dziś nie jest to już takie oczywiste. Zresztą nawet jeśli zgodzimy się, że „jeden” nigdy nie rządzi w pojedynkę, a czasem sam okazuje się marionetką w rękach „kilku” (tyrania zaś okazuje się w istocie oligarchią), fundamentalne pytanie o przyczyny i mechanizmy działania dobrowolnej niewoli zachowuje swoją wagę i aktualność. Coraz wyraźniej widać przy tym, że tyrańskiej władzy (sprawowanej przez dowolną liczbę osób) nie da się utrzymać mocą samej represji, wyłącznie nagą siłą. Wielu musi uwierzyć nie tylko w jej prawomocność, ale często także w jej zbawczą misję. Kiedyś służyła temu oficjalna propaganda, wylewająca się z radioodbiorników, megafonów i telewizorów, obecnie zaś fake newsy i farmy trolli w mediach społecznościowych.

◊◊◊

Digitalizację materiałów bibliotecznych w ramach projektu „Patrimonium – zabytki piśmiennictwa” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

◊◊◊

Zobacz także