Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Andrzej Dobosz gorąco poleca. Marian Zdziechowski. „Od Petersburga do Leningrada”


Jest to zbiór siedemnastu szkiców poświęconych zarówno carskiej, jak bolszewickiej Rosji, przeszłym i możliwym przyszłym stosunkom polsko-rosyjskim. Autor, wykładowca Szkoły Nauk Politycznych związanej organizacyjnie i finansowo z Uniwersytetem Stefana Batorego w Wilnie, występował wielokrotnie z publicznymi wykładami w Instytucie Wschodnim. Zbigniew Raszewski z okazji poświęconego Zdziechowskiemu zebrania PEN Clubu w marcu 1980 roku zanotował uwagę: Genialny zmysł moralny. Innym uważnym czytelnikiem i słuchaczem Zdziechowskiego był Emanuel Mateusz Rostworowski (Popioły i korzenie).

Już od pierwszych stron czytelnik zdaje sobie sprawę, jaką wagę przywiązuje Zdziechowski do znaczenia każdego słowa. Oto dowiedział się, że związany z PPS „Robotnik”poświęcił mu felieton. Bierze do ręki dziennik i widzi drukowane obok tytułu hasło: Niech żyje rząd robotniczy i włościański, że zaś nią robotnicy, ani tembardziej włościanie rządzić nie będą, więc, niech żyje rząd karierowiczów i demagogów, którzy nieziszczonemi obietnicami pociągną za sobą tłum…

Krytyczny wobec PPS Zdziechowski jest zdecydowanie przeciwny poglądom i działalności Romana Dmowskiego, który twierdził, że bez rozbicia Austro-Węgier nie będzie niepodległej Polski. Tej kwestii nie umiał wyjaśnić. Zdziechowski zdaje się sądzić, że utrzymanie się Austro-Węgier stanowiłoby dla nas ochronę przeciw Niemcom i Rosji. Ubolewa, że Polska obecnie nie ma bezpośredniego zetknięcia  z Węgrami, które w razie nowej zawieruchy byłyby naszym jedynym sprzymierzeńcem.

Nie podziela entuzjazmu wielu pism z racji zawarcia paktu o nieagresji z Sowietami, uważając, że nie można przyjaźnić się z oprawcami. Podobny pakt, będący tylko świstkiem papieru, może tylko utrudnić walkę z propagandą sowiecką.

Tematem, do którego Zdziechowski stale wraca jest prawosławie i jego stosunki z katolicyzmem. Przytacza wiele przykładów rosyjskich represji. Po 1863 roku w Mińsku kościół i klasztor Bernardynek oddano mnichom prawosławnym, kościół Benedyktynek prawosławnym mniszkom, kościół Dominikanów przerobiono na koszary dla wojska. Dla dokuczenia Marszałkowi Szlachty powiatu mińskiego Leonowi Wańkowiczowi zabrano kościół drewniany w jego posiadłości Wołmie. Wańkowicz, licząc na swoje stosunki w Petersburgu napisał memoriał, który posłał uchodzącemu za liberała Ministrowi Spraw Wewnętrznych hr. Walejewowi. Minister odesłał tekst Gubernatorowi Mińskiemu, który postanowił ukarać Wańkowicza, by inni go nie naśladowali. Zabrał kościół w drugim majątku Wańkowicza, a całą parafię wołmiańską zapisał na prawosławie. Wołmianie trwali w oporze: do cerkwi nie chodzili, Parocha nie wzywali, śluby błogosławili najstarsi w wiosce, spowiadali się potajemnie w sąsiedniej parafii, wreszcie synowie i wnukowie doczekali ukazu 1904 roku i jawnie wrócili do wiary przodków, którą cały czas wyznawali.

W jednym ze szkiców Zdziechowskiego omawiana jest sprawa niejakiego Spasowskiego Władysława (1878–1941), który nie wiadomo za czyje pieniądze wydał ogromny tom – 567 stron – „Wyzwolenie człowieka”, przepojony w całości myślami wyznawcy Lenina: Religia jest kłamstwem, oszustwem duchowem, jadem zatruwającym świadomość i sumienie człowieka, obłędem, skodyfikowaną głupotą stuleci, śmiercią dla myśli, przeżytkiem wreszcie, którego by już nie było, gdyby bezbożnictwo i nastroje antyreligijne zostały ustawowo zabezpieczone. I ten oszalały autor, fanatyk bezbożnictwa, stał przez wiele lat na czele Instytutu Pedagogicznego.

Zdziechowski, autor poważnej książki „Wpływy rosyjskie na duszę polską”, miał wśród swych przyjaciół także Rosjan, takich jak filozof i powieściopisarz Dymitr Mereżkowski, przebywający w Polsce Michał Arcybaszew, wreszcie teolog i filozof Włodzimierz Sołowiew. W lutym 1880 roku, studiujący wówczas w Petersburgu Zdziechowski był obecny podczas obrony doktoratu Sołowiewa. Sołowiew swoim dyskutantom i oponentom odpowiadał, bo musiał, ale między nim a salą rozciągała się przepaść… Miał mówić o rzeczach, które tylko jemu były znane. Już w jego postaci, w wyrazie dużych, pięknych oczu uderzało szczególne skojarzenie niemocy i siły, fizycznej bezradności i duchowej głębi. Wzrok miał tak krótki, że przymrużał oczy, aby dostrzec rzeczy leżące tuż przed nim. Oczy te promieniowały światłem wewnętrznym i patrzyły prosto w duszę tego, z kim mówił.

Rzeczywistość budziła w nim uczucia to nudy, to smutku, to nieraz rozpaczy. W towarzystwie umiał całymi godzinami milczeć, obecnych ogarniał lęk przed tym wysłańcem tajemniczych krain.

W początkach swej twórczości Sołowiew wierzył w posłannictwo Rosji! Europa, jego zdaniem, znajdowała się w stanie rozkładu. Ignorujący Boga pozytywizm, socjalizm wyrzucający myśl Bożą ze świata.

Z mistycznego snu obudziły go rządy Aleksandra III, reakcja usiłująca stłumić wszelkie objawy myśli niezależnej, rozpętanie dzikiego nacjonalizmu w stosunku do narodowości wchodzących w skład Imperium. Wierny syn prawosławia z dotkliwym bólem uznał, że Kościół urzędowy był obrońcą polityki państwowej, gorzej jeszcze, posłusznym narzędziem w rękach policji. Stanął w obronie prześladowanych sekt. Wkrótce oświeciła go myśl, która stała się pochodnią jego działalności. Nie wyrzekając się wiary w posłannictwo Rosji, czynił je zależnym od wyrzeczenia się pychy narodowej i przystąpienia do jedności z Kościołem katolickim. Widząc, jak daleka jest od tego Rosja, nie widział w bizantyńskim carosławiu przyszłości i domyślał się przyszłego upadku Rosji.

Zdziechowski parokrotnie spotykał się z Sołowiewem, zaprzyjaźnił się i korespondował z nim.

Marian Zdziechowski. „Od Petersburga do Leningrada” w POLONIE

Zobacz także