Kulinarny Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Są dzieła, które latami spoczywają w czeluściach bibliotek, ukryte nie tylko przed okiem czytelnika, ale często i bibliotekarza. O tym, jak to się stało, że jedna z piękniejszych i cenniejszych ksiąg w naszych narodowych zbiorach Hesperides sive de malorvm avreorvm cvltvra et vsv, wydana z inicjatywy i pod redakcją wielkiego uczonego doby baroku Cassiana dal Pozzo, dopiero niedawno została na nowo odkryta, magazyn „Smak” rozmawia z Mikołajem Baliszewskim, zastępcą dyrektora Biblioteki Narodowej ds. rozwoju.

W swoich czasach Hesperides sive de malorvm avreorvm cvltvra et vsv była ważnym źródłem wiedzy o cytrusach. Dziś ta księga, w całości zdigitalizowana, może cieszyć oko każdego, kto korzysta z Polony. Czy nikt o niej wcześniej nie wiedział?

O tym egzemplarzu wiedziała oczywiście wcześniej wąska grupa specjalistów pracujących w Bibliotece Narodowej czy naukowców, którzy zajmują się botaniką. Mnie natomiast udało się dotrzeć w Rzymie do dokumentów, które mówią o genezie powstania tej książki w całości poświęconej cytrusom.

Jaka zatem historia kryje się za tym monumentalnym dziełem?

Siedemnastowieczna Europa fascynowała się cytrusami, w tym cytrynami. Bez wątpienia panowała wtedy na nie moda i ta popularność zrodziła potrzebę wydania publikacji, która usystematyzowałaby wiedzę na ich temat. Cytrusy trafiły do Europy dość wcześnie, bo jeszcze w antyku, ale pełniły one przez wieki raczej funkcję ozdobną – na przykład na mozaikach i malowidłach zachowanych w Pompejach czy Oplontis widzimy drzewa cytrusowe, natomiast jeśli chodzi o samą uprawę i funkcje deserowe pomarańczy – były one najprawdopodobniej nieznane. Co ciekawsze, słodka odmiana pomarańczy, zwana chińską, pojawia się dopiero w średniowieczu za sprawą Arabów, którzy przywieźli sadzonki z Persji. Pierwsze takie cytrusy są hodowane w Afryce, „zdobywają” Półwysep Iberyjski, a dopiero potem opanowują resztę południowej Europy. Oczywiście gatunki ozdobne spokojnie egzystują do dziś – a z gorzkich owoców pomarańczowych słynie na przykład Sewilla. Tak czy owak w XIV i XV wieku posiadanie drzewa cytrusowego świadczyło jeszcze o wyższej pozycji społecznej, bo niewielu było stać na ogród cytrusowy.

6160822

Wnętrze oranżerii zimowej.

Sama książka jest o wiele późniejsza, prawda?

Tak. Została wydana w 1646 roku, w Rzymie. W tym czasie Europa jest już opętana prawdziwą manią cytrusową. To jest czas przed powstaniem wielkich pomarańczarni, wówczas Europejczycy nie potrafili stosować szkła w architekturze na taką skalę – na to musimy poczekać jeszcze cały wiek. Włochy w tym czasie są kolebką nowożytnej nauki, także myśli o ogrodnictwie. Istnieje też sieć rozsianych po całej Europie uczonych, którzy ze sobą korespondują – tzw. Respublica Literaria (Republika Listów). Uczeni w listach wymieniają się informacjami, publikują wyniki swoich badań – tworzą naukowy obieg informacji. Jednym z najważniejszych ośrodków tej republiki jest bez wątpienia Rzym z osobą niezwykłego naukowca – Cassiana dal Pozzo.

Portret Cassiana del Pozzo, Pieter de Brune, ok. 1650-1667, Amsterdam, Rijksmuseum.

Portret Cassiana dal Pozzo, Pieter de Brune, ok. 1650-1667, Amsterdam, Rijksmuseum.

Kim był Cassiano?

Oprócz tego, że był sekretarzem kardynała Francesca Barberiniego, był także wielkim antykwariuszem i kolekcjonerem – głównie książek, rysunków i rycin. Korespondował m.in. z Galileuszem, interesował i zajmował się dosłownie wszystkim: badał wątki związane z historią naturalną, ale też i alchemią, zbierał próbki geologiczne, minerały i zabytki antyczne. Był uczonym o niezwykłym potencjale i wymiarze – takim barokowym pre-encyklopedystą, filozofem w ówczesnym rozumieniu. Realizował kilkanaście projektów jednocześnie. Cassiano dokumentuje odkrycia archeologiczne, jest na przykład zainteresowany odkrywaniem świata antycznego poprzez badanie zachowanych malowideł ściennych. Tworzy tzw. Papierowe Muzeum (Museo Cartaceo), w którym gromadzi ponad 7 tysięcy rysunków najwyższej jakości, zamawianych u wybitnych artystów. Przedstawiają one zabytki starożytne, średniowieczne, kurioza, a także wizerunki roślin i zwierząt. Kieruje nim potrzeba usystematyzowania nauki, choć to sam początek tych procesów. I dlatego właśnie książka Hesperides daleko odbiega od książek publikowanych w owym czasie, ale jednocześnie jest w nim głęboko osadzona – poprzez mitologiczny kostium, który dominuje, przede wszystkim w warstwie ilustracyjnej. Jest to jednak par excellence publikacja naukowa – mamy tu do czynienia z klasyfikacją, systematycznym ukazaniem cytrusów na planszach opatrzonych opisami. Jak na tamte czasy była to książka przełomowa, bo wieńczyła projekt o wymiarze międzynarodowym. Cassiano zainicjował i uruchomił sam proces badawczy, ale wykonawcą był jezuita ze Sieny – niejaki Ferrari. Projekt był spektakularny także przez swoją skalę – do współpracy zaproszono wielu uczonych ze świata, którzy otrzymali szczegółowe ankiety na temat cytrusów – gatunków i szczepów rosnących w ich okolicy. Uczeni podeszli do zadania bardzo skrupulatnie – niektórzy nadsyłali nie tylko rysunki i opisy, ale też liście, obrazy wzgórz, gdzie te cytrusy rosły. Zbieranie materiałów trwało kilka lat, ale to wcale nie tak długo, gdy się przygląda temu, ile dzisiaj trwają badania.

Co się wydarzyło, kiedy uczeni nadesłali już swoje obserwacje i przemyślenia?

Wydana została książka, która stała się tak naprawdę pierwszą encyklopedią cytrusów na świecie. To także publikacja, która zawiera mnóstwo cennych informacji na temat odmian, sposobu hodowli, ale też wszechstronnego zastosowania tych owoców: nie tylko dla ozdoby czy jedzenia, ale na przykład do przygotowywania perfum, przetworów czy leków.

6160822 515

„Alia lima citrata oblonga et monstrosa sive scabiosa”.

Czy dziś ta wiedza jest choć trochę aktualna? W książce widzimy przykłady zarówno tych odmian, które dobrze znamy, jak i tych, które już wyginęły.

Krytyka tej książki z pozycji XX wieku dotyczyła przede wszystkim tego, że uczeni tamtego czasu jako odrębne odmiany przestawiali dość często zdeformowane czy dotknięte chorobami sadzonki i same owoce, co widać na niektórych rycinach.

Faktycznie, jest tu dużo „spotworniałych” rycin, na których widać zdegenerowane owoce, ale to chyba nie dyskwalifikuje samej publikacji?

No właśnie! Mimo tych błędów, z których istnienia przecież naukowcy z tamtego okresu nie zdawali sobie sprawy, ta książka dokumentuje niezwykłe bogactwo odmian. Cytrusy mają taką właściwość, że potrafią krzyżować się w sposób samorodny właśnie – mieszają się między sobą i nawet dziś naukowcom jest trudno wyodrębnić wszystkie odmiany – na pewno nie wiadomo, ile ich w sumie jest. Ich liczba waha się od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu. Proszę sobie zatem wyobrazić, co się musiało dziać w Europie w XVII wieku. Książka przyczyniła się do wielkiej popularności cytrusów. Powstawały wielkie ogrody, pomarańczarnie – ta moda utrzymała się praktycznie przez cały wiek XVIII.

6160822 17

Herakles w ogrodzie Hesperyd, frontyspis Hesperides.

 A wspomniany kostium mitologiczny, w który została ubrana ta publikacja?

To też jest dość barwna historia. Ilustracje do tej książki zostały zamówione przez Cassiana u takich artystów, jak Nicolas Poussin, Guido Reni czy Pietro da Cortona. Czyli mamy tu ciekawy kontrast rycin naukowych z mitologicznymi. Zresztą cała „narracja” tej publikacji ubrana została w ten kostium, bo mamy tu opowieść o Ogrodzie Hesperyd i o samych Hesperydach, które strzegły złotych jabłek. Ale Giovanni Battista Ferrari dodał też nowe postaci, które niczym Dafne w drzewo bobkowe przemieniały się a to w cytrynę, a to w pomarańczę. W tym kostiumie mitologicznym, który dziś wydawać się nam może w odniesieniu do publikacji naukowej kuriozalny, właściwie nie ma nic dziwnego, bo taką właśnie symboliką operowały książki naukowe aż do czasów oświecenia. My dziś jesteśmy przyzwyczajeni do dyskursu stricte naukowego, który zaczął obowiązywać dopiero w XVIII i XIX wieku. Co z kolei oczywiście nie oznacza, że uczeni z tamtej epoki wierzyli w istnienie Hesperyd – tak jak mówię – była to jedynie renesansowa konwencja, oparta raczej na aluzji do zachodniego „krańca świata”, gdzie według starożytnych znajdował się kraj Hesperyd. Czyli właśnie znana Włochom z bajecznych pomarańczowych ogrodów Andaluzja.

Co właściwie zobaczył pan podczas tamtej wycieczki do Rzymu?

Wiedziałem, gdzie się udać, bo wiedziałem, gdzie przechowywana jest korespondencja Cassiana dal Pozzo. Tam też dotarłem do oryginału kontraktu, który dotyczył samej publikacji, zawartego pomiędzy Cassianem dal Pozzo a wydawcą książki. Z dokumentu wynika, że egzemplarz, który jest w Bibliotece Narodowej, jest jedynym znanym z prawdopodobnie tylko kilku tak bogato zdobionych. Wersja, która funkcjonowała w obiegu, to było kilkaset egzemplarzy czarno-białych, akwafortowych, i tak dość luksusowych, jak na owe czasy, ale nie tak luksusowych, jak nasz egzemplarz. Biblioteka Narodowa ma w zbiorach iście królewską wersję – ze złoconymi i iluminowanymi obcięciami kart, piękną safianową oprawą, również tłoczoną i złoconą, a co najważniejsze – z kolorowanymi rycinami. Wprawdzie dokumenty, które widziałem, nie mówią, jak ta książka ma wyglądać po wydaniu, ale jest tam wzmianka dotycząca tej wersji publikacji, którą mamy w zbiorach: są dokładne instrukcje, jaka ma być gramatura papieru, jaki układ rycin z cytrusami – wreszcie zapis, że przed każdą planszą musi być czysta karta, aby chronić warstwę malarską ryciny. Była to nie tyle edycja komercyjna, co z założenia przeznaczona dla bardzo wąskiego kręgu odbiorców – pewnie najważniejszych postaci ówczesnego świata. A kiedy w końcu wyszedłem z biblioteki, w której znajdują się te dokumenty, poszedłem wieczorem na targ ekologiczny przy Circo Massimo i tam wpadły mi w ręce odmiany, które Włosi pewnie nazwaliby „antycznymi” – w każdym razie naprawdę bardzo stare. Wśród nich była również pompìa z Sardynii, z której robi się m.in. bardzo smaczne gorzkie konfitury. I kiedy zobaczyłem te kosze z rzadkimi odmianami, uświadomiłem sobie, że jestem w kraju, gdzie ta tradycja cytrusowa wciąż trwa.

6160822 619

„Aurantium callosum”.

No tak, dziedzictwo, o którym my możemy jedynie pomarzyć…

Z tego, co wiem, w Umbrii działa stowarzyszenie, które nazywa się Archeologia Arborea. W sadzie pod Perugią współcześni naukowcy zajmują się badaniem i ratowaniem przed wymarciem „antycznych” drzew owocowych – jeżdżą po całym półwyspie w poszukiwaniu starych, endemicznych odmian, buszują w porzuconych gajach, ogrodach. Niekiedy udaje im się znaleźć mutacje gatunków, które prawdopodobnie nie zmieniły się od średniowiecza. Świadczy to o bardzo wysokim poziomie agrokultury, o kilku tysiącach lat tradycji i też o pewnej cywilizacyjnej kontynuacji, której u nas jednak nie ma.

A jak to się stało, że ten prawdziwy skarb na skalę światową w ogóle trafił do Polski?

Tego nie wiadomo. Sama książka jako obiekt biblioteczny ma niedopowiedzianą historię. Proszę pamiętać, że nasze zbiory biblioteczne przetrwały cudem! A szczególnie ten egzemplarz, pochodzący z Biblioteki Ordynacji Krasińskich, która właściwie w całości zamieniła się w popiół. Również dlatego tak mało wiemy o historii tej konkretnej książki w naszych zbiorach.

Co się działo ze zbiorami Biblioteki Narodowej w czasie wojny?

Część zbiorów zdołano ewakuować z pomocą Banku Gospodarstwa Krajowego – przez Rumunię i Francję trafiły do Kanady – tak były ratowane między innymi rękopisy Chopina. Część zbiorów ratowali sami bibliotekarze. Niestety większość zbiorów uległa zniszczeniu już po zakończeniu powstania warszawskiego, kiedy chciano wymazać pamięć – niszcząc przez celowe podpalenia m.in. biblioteczne zbiory. Na Okólniku straciliśmy między innymi 80 tysięcy starych druków. Tym cenniejsze są właśnie takie cymelia jak Hesperides. Przeciwwagą dla tej smutnej historii jest fakt, że oryginalne archiwum Cassiana dal Pozzo zachowało się prawie w całości i co ważniejsze, nie uległo praktycznie rozproszeniu. Duża część zbiorów trafiła do Anglii – znajdują się na Zamku Windsor, a Instytut Warburga systematycznie publikuje kolejne serie Papierowego Muzeum Cassiana. W Londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta zachowały się też oryginalne akwarele, które były wzorem dla rytownika.

6160822 175

Nóż ogrodniczy do szczepienia drzewek („scalprum inoculatoris”).

A jak to się stało, że książka finalnie trafiła do Polony i gości w naszej domenie publicznej?

Cały czas odkrywamy w bibliotece takie perły – książki ważne, ale nieco zapomniane albo te, którymi jak dotąd nikt się nie chwalił, albo zwyczajnie nie zdawaliśmy sobie sprawy, że takie skarby mamy. Kiedy taka publikacja trafi do Polony, to dla nas przede wszystkim niesamowita frajda. Trzeba też pamiętać, że mamy bardzo wiele zbiorów w grece, po łacinie – najpierw te zbiory trzeba opracować, żeby móc je dalej udostępniać. Czasami to żmudny proces. Mamy też wiele obiektów w zbiorach rękopiśmiennych, które też są takim przepastnym labiryntem, bo znów: najpierw trzeba je zbadać, opisać, a potem dopiero skanować, aby w końcu opublikować w Polonie. Masowa digitalizacja, choć brzydko się nazywa, jest dobrodziejstwem. Z pomocą internetu zaczynają docierać do nas czy to rękopisy, czy zapisy nutowe, czy inne cymelia, które dotąd były dostępne wąskiemu kręgowi badaczy. I te zbiory dzięki temu zaczynają żyć na nowo. Taki jest zresztą pomysł na Polonę. Udostępniamy na przykład cały zasób dawnej prasy, który bardzo pomaga nie tylko studentom i naukowcom, ale także odbiorcom, którzy po prostu interesują się historią. Udostępniamy też wiele starodruków, w tym tak wysublimowane dzieła, jak ta książka właśnie. Z drugiej strony te nasze „upublicznienia” napędzają nowy trend: kulturę ponownego wykorzystania, remiksu, inspiracji. Jadąc tramwajem, widzę na przykład plakat festiwalu, w którym rozpoznaję ilustrację zaczerpniętą z Polony. I wtedy jestem szczęśliwy, bo widzę, że to ma sens, to się broni. Bardzo popularne są wśród naszych odbiorców właśnie plakaty, książki kucharskie, literatura kobieca z przełomu XIX i XX wieku. W ogóle w przyszłym roku pójdziemy krok dalej, bo nowa odsłona Polony będzie pozwalała każdemu użytkownikowi na stworzenie własnej kolekcji i opublikowania jej pod swoim nazwiskiem.

Jaka jest dzienna „norma digitalizacyjna”?

Dziś wykonujemy od 80 do 100 tysięcy skanów dziennie. Może nie jest to wielki procent naszych zbiorów, ale to wciąż około tysiąc nowych obiektów dziennie – książek, grafik, pocztówek. Działamy więc bardzo szybko, ale jeszcze bardzo wiele przed nami (śmiech).

6160822 328

„Olysiponensis medulla dulci limon”.

A mój ulubiony dział – dokumenty życia społecznego?

Wolimy je jednak nazywać drukami ulotnymi – przez „ulotne” rozumiemy ich treść, a nie formę. Tam trafiają i książki telefoniczne, i rozkłady jazdy przedwojennych tramwajów, ale również programy telewizyjne, afisze, jadłospisy i ulotki. Obecnie biblioteki narodowe na świecie cyfryzują wszystko na wypadek jakiegoś kataklizmu. Taki jest zresztą i nasz cel: żeby nie powtórzył się taki kataklizm, jaki wydarzył się 70 lat temu, bo zawsze będzie kopia – przechowywana na serwerach nie tylko w Warszawie, ale również w paru innych miejscach. Podczas ostatniej wojny utraciliśmy bezpowrotnie większość zbiorów Biblioteki Narodowej. Pergamin czy papier – w ogóle zbiory biblioteczne są bardzo wrażliwe.

6160822 655

„Eadem aurantia dimidiata”.

 

◊◊◊

Rozmawiała Monika Powalisz, fotografia tytułowa: Kevin Demaria. Wywiad ukazał się pierwotnie w magazynie „Smak”.

Zobacz także

Na lody

Do zrobienia pomienionych lodów bierze się butelkę wina szampańskiego, białego lub czerwonego podług upodobania, 6 cytryn, 3 ćwierci funta wyczyszczonego cukru, pół kwarty wody i 4 białka z iay na piankę ubitych…


Karp

Dla mnie to subtelność zalana tłuszczem, roznosząca po podniebieniu smak spokojnego żeru. To także dostępność i taniość – niezaprzeczalne zalety, czyniące z owej ryby obiekt pożądania nie tylko kuchni restauracyjnej, ale także domowej…


Kury do góry!

Obierz je, wyciśnij krew, włóż na chwilę w letnią wodę, odmień znowu wodę i postaw na ogniu. Gdy się pierwsza skóra da zdjąć, obierz i ostrożnie obetrzyj ściereczką…


Restaurujemy!

Restaurujemy! Pamięć o tym, co kiedyś znajdowało się na polskim stole, w menu międzywojennej restauracji, w magnackiej spiżarni, w zamkowej piwnicy. Co podawano na birbanckim bankiecie, w dziewiętnastowiecznej karczmie i szlacheckim dworze? Kosmopolityczne trendy, lokalne tradycje, sezonowe składniki – to nie wynalazek mody na gotowanie, to coś, co ma źródło w naszej historii. Kulinaria to nie tylko przepisy, to również ważne tropy literackie, osobiste obsesje, religijne nakazy, część naszej tożsamości…