Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Henryk Cieszkowski: „Postępowi. Powieść". Warszawa 1855. Stanowczo odradzam


Postepowi. Powieść

Od początku za dużo słów: „W taką kubek w kubek zamieć… Każdą myśl wprzód obrobił, zredagował w głowie, nim ją zamienił w uczynek… A urób ten głowy ochrzcił imieniem postępu”.

Bardzo często całkiem nie rozumiem, o czym czytam: “Wyraźnie dniało przekonanie, że jest miasto inaczej piękne jak Odessa, że jest lepsze jak tem mieście, pieniędzy i czasu użycie, że nie to jedynie dobre towarzystwo, gdzie bontonia i gdzie mówią po francuzku, a obowiązkiem właściciela nie to, aby potem códzego czoła powiększać dochody, że na koniec sybarytowstwo nie jest celem obywatelskiego powołania”.

Nigdy do niej językiem serca nie przemówił, orzekał nawet uczucie, jeśli o nie zawadził”. Toczą się też rozmowy o filozofii. Jedna z postaci jest po studiach filozoficznych na niemieckich uniwersytetach. „Filozofia wzięła myśl jako środek do rozkrycia, rozbioru uporządkowania tego, co dotąd w uczuciu i poczuciu leżało”.

 Postacie są niezmiernie sentymentalne. Zarówno kobiety: „Na wrażliwych jej organach odbijał się każdy puls życia, każde echo od świata, a przechodząc przez serce, stawały się w niem uczuciem”, jak i mężczyźni: „Prace moje są odetchnieniem wezbranej uczuciem piersi.

Nie wiemy, na czym polegał „dwupłciowy strój nadobnej pani domu”, tyle, że „nadawał odrębny charakter jej twarzy, której mocno nakreślone rysy, w dziwnej były sprzeczności z pieszczotą jej głosu, z przymglonym okiem, z namiętnym całej postaci wyrazem. Widziałeś tam duszę, ale jakby zwątpieniem obłąkaną, jak gdyby wewnętrzną walką z pierwotnego toru wypartą. Widok hrabiny Wandy przypominał ci piękny dąb piorunem strzaskany, burzą rozdarty, ale gdzieniegdzie jeszcze majowym liściem na zwieszonych konarach rozkwitły”. Hrabina jest zamożną, wykształconą wdową, zbliżającą się do trzydziestki.

Przedzierając się przez gąszcze stylu, ustalamy szkielet fabularny. Rzecz toczy się dookoła wydarzeń w prowincjonalnej, bogatej rodzinie Rajowskich, mającej pewne ambicje kulturalne, gdzie prócz rodziców są trzy córki o bardzo odmiennych charakterach.

Przed laty siostra pana Rajowskiego wbrew woli rodziców poślubiła niezamożnego szlachcica Żareckiego, przez co została wyklęta. Żareccy przenieśli się w inne strony kraju. Żyjąc w ubóstwie, wkrótce oboje zmarli, zostawiając małego chłopca. Sierotą zajęła się stara służąca. Owa Bożena usiłowała listownie zawiadomić Rajowskich o istnieniu i losie dziecka. Listy jednak nie docierały do adresatów. Bożena ze swych oszczędności, w maleńkim domku na przedmieściach Krakowa, wychowywała chłopca, opłacając jego wykształcenie aż do ukończenia uniwersytetu, jedynego wówczas na ziemiach polskich.

Po studiach Stefan, pragnąc się odwdzięczyć przybranej matce, a nie mogąc na miejscu znaleźć pracy, przeniósł się do Warszawy. Tu, błąkając się bez zajęcia, głodny, kiedyś zemdlał na ulicy. Zajął się nim pan Tomasz, skromny urzędnik. Przeniósł go do swego mieszkania na Rynku Starego Miasta, nakarmił i wygospodarował mu kącik na stryszku nad swoim pomieszczeniem. Odżywiony i wyspany Stefan nadal nie mógł znaleźć zajęcia, zniechęcając pracodawców swym biednym, sypiącym się ubiorem. W rodzinie pana Tomasza była rówieśnica Stefana – ładna, inteligentna lecz niewykształcona Teresa. Stefan z radością dzielił się z nią  swoją wiedzą. Pan Tomasz, słysząc ich rozmowy, zaczął polecać Stefana w znajomych domach dla udzielania korepetycji. Użycie tego słowa jest wybiegiem wobec cenzury. Stefan dzięki swym studiom był znawcą literatury polskiej, nieistniejącej w ówczesnych programach szkolnych, o czym dokładnie opowiada Jan Kucharzewski w dziele „Epoka paskiewiczowska. Losy oświaty”. Prelekcje Stefana, o których wiadomości rozchodziły się z ust do ust, cieszyły się coraz większym powodzeniem. Mógł się już teraz przyzwoicie przyodziać. Nadal mieszkał z rodziną pana Tomasza, a jego przyjaźń z Teresą zdawała się zapowiadać w przyszłości bliższy związek.

Doszło jednak do tego, że został zaproszony jako wykładowca do swych krewnych Rajowskich, przebywających wówczas w Warszawie. Znany pod imieniem Stefana, nie przyznał się im do pokrewieństwa. Czterokrotnie w ciągu tygodnia słuchała go cała rodzina: starsi państwo, trzy córki i kuzyn Ernest. Szczególną jednak słuchaczką okazała się najmłodsza, sentymentalna Rózia, która jakby dopiero po tych lekcjach zaczęła sobie zdawać sprawę z istnienia uczuć miłosnych. Rózia zadurzyła się w nauczycielu, a on podzielił jej uczucia. Teresa zrozumiała, że coś się między nią a Stefanem skończyło.

Któregoś dnia Stefan spotkał na spacerze wzburzoną Teresę, proszącą by odprowadził ją do domu, bo była przed chwilą napastowana przez dwóch  młodzieńców. On oczywiście na to przystał. Teresa ujęła go pod ramię. Wtedy z przeciwnej strony nadeszła w komplecie rodzina Rajowskich. Rózia na widok Stefana z przytuloną do niego młodą kobietą, tak wyraźnie pobladła, że zauważyli to rodzice. Nazajutrz Stefanowi wręczono sumę przekraczającą należność, wypowiadając dalsze wizyty.

Rózia, niewidując Stefana, dostała silnej gorączki, na którą lekarze zalecali napoje chłodzące. Gorączka okazała się suchotami, jak wówczas nazywano gruźlicę. Jest to zresztą stały motyw ówczesnych polskich powieści. Bohaterki w rezultacie kłopotów uczuciowych zawsze zapadały na gruźlicę.

Pośrednią drogą Rajowscy dowiedzieli się, że Stefan jest ich krewnym oraz jaka była natura jego związków z Teresą. Pragnęli go teraz pokazać Rózi, w nadziei, że jego widok ją uzdrowi. Stefan jednak gdzieś znikł. Pojawi się dopiero, by zapłakać na grobie Rózi, której śmierć nastąpiła po kilku tygodniach.

Postępowi. Powieść w POLONIE