Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog
Żmije, Ulysse Aldrovandi, malunki przygotowawcze, pierwsza połowa XVII wieku, źródło: http://www.filosofia.unibo.it

Żmije, Ulysse Aldrovandi, malunki przygotowawcze, pierwsza połowa XVII wieku, źródło: http://www.filosofia.unibo.it

Rok po wydaniu „Bociana…” Majewski opublikował kolejną pracę podejmującą temat ludowej wizji świata zwierzęcego. Tym razem skupiała się ona na wężach. Patrząc na współczesną systematykę, dotyczyła ona całego podrzędu gadów, zawierającego ponad 3000 bliżej lub dalej ze sobą spokrewnionych gatunków. W przeszłym, jak i obecnym mniemaniu ludu, wszystkie te gatunki kryją się jednak pod jedną, ogólną nazwą, jaką jest właśnie wąż. Gromadząc wszystkie węże pod jedną postacią, człowiek odnosił się zatem do wyjątkowo osobliwego stworzenia. Posiadało ono budowę znacznie odbiegającą od innych zwierząt. Pełznąc po ziemi przemieszczało się niezauważenie w poszukiwaniu zdobyczy. Mogło posiadać rozmaite rozmiary, zawsze jednak było w stanie uśmiercić ofiarę przewyższającą je wielkością. Robiło to skrycie wstrzykując jad, dusząc lub po prostu kąsając i połykając w całości. Nic więc dziwnego, że tak osobliwe zwierzę było przyczyną powstania szerokiej symboliki i wierzeń, które od tysiącleci były pielęgnowane w kulturach i religiach ludu na całym świecie. W swojej pracy „Wąż w mowie i pojęciach ludu przeważnie polskiego” Majewski zauważa, że wiele zebranych przez niego podań ma swoje źródło w starożytnych opowieściach, które nie dotyczą gatunków występujących w naszym kraju. Powstały one nie w miejscu ich przekazu, lecz w miejscach oddalonych i odnoszą się często do gatunków egzotycznych.

W Polsce występuje zaledwie pięć gatunków węży, są to: zaskroniec zwyczajny, żmija zygzakowata, gniewosz plamisty, wąż Eskulapa i niedawno zanotowany zaskroniec rybołów. Dla porównania, w Indiach jest ich ponad 270. Majewski opisując ziemię ludu Polskiego odnosi się do granic sprzed rozbiorów. Do rodzimych gatunków zaliczył więc jeszcze węża czteropasiastego i połoza żółtozielonego. W swoich opowieściach ludność jednak na ogół odnosiła się do dwóch najpospolitszych gatunków – zaskrońca zwyczajnego i żmii zygzakowatej. Pomimo tego, że jeden jest jadowity, a drugi nie, rzadko były między sobą rozróżniane.

Według rodzimych podań węże powstały w momencie, gdy strącone chóry aniołów spadły na ziemię w postaci deszczu. Część spadła do Rajskiego Ogrodu, gdzie obok czystych istot zaczęły pojawiać się „plugawe i obrzydliwe” jak gady i węże. Opowieści ludu na temat powstania węża odbiegały nieco od relacji biblijnych zawartych w Księdze Rodzaju, mówiących o szatanie pod jego postacią, któremu za skuszenie Ewy zostały odebrane ręce i nogi. Przykładem może być tutaj opowieść ludu krakowskiego mówiącą o tym, że za czasów, kiedy żmije chodziły na nogach, jedna z nich schowała się za drzewem, zza którego wychyliła się nieopatrznie strasząc Matkę Boską. Matka Boska uznała to zachowanie za zbyt zuchwałe i zrewanżowała się odebraniem jej nóg.  Węże od samego początku nie zyskały także przychylności Boga, który pozbierał je do worka i kazał utopić Stonelisowi – późniejszemu bocianowi. W niektórych miejscowościach twierdzono, że węże powstają z ogonów jaszczurek. Do takich wniosków dochodzono prawdopodobnie po spostrzeżeniu, że zaatakowana przez domowego kota jaszczurka pozostawia za sobą wciąż wijący się ogon. Same koty również zostały obarczone podobnymi podejrzeniami. Twierdzono, że węże rozwijają się w ich ogonach i wychodzą z nich po siedmiu latach. W niektórych miejscowościach rozwiązywano ten problem zawczasu ucinając kotom końcówki ogonów.

Wszystkie węże były dla ludu jednakowo odrażające i odpychające. Określane były takimi nazwami jak gadziny, niestatki, robactwo, gryźliwce czy grzmiele. Popularnym było przysłowie „Brzydzić się jak wężem”, co wiele mówiło o podejściu człowieka do tych zwierząt. Smukły język węża odpowiedzialny za dotyk postrzegany był przez, jak to określił Majewski, „ludzi mających pretensje do wykształcenia”, za jadowite żądło. Dlatego duża część mieszkańców wsi myślała, że wszystkie węże są jadowite. Zdarzało się, że pozbawiano ich języków tylko po to aby móc je wziąć na ręce. Tworzone przez węże kłębowiska w trakcie rui wywoływały w świadkach „grozę i nadczułość wyobraźni”. Wydawanie na świat potomków również w ich mniemaniu odbiegało od ogólnie przyjętych kanonów piękna. Wierzono, że gdy nadszedł na to czas, żmija wieszała się na gałęzi drzewa i czekała aż pociechy się z niej wygryzą. Podirytowana tą sytuacją kąsała i zabijała każde młode, które zdołała dopaść. Następnie opiekowała się jedynie tymi, które spadły na ziemie. Te które zostały na gałęziach drzewa ginęły porzucone. Wszystko miało się dziać zgodnie z zamysłem Boga, który w ten sposób chciał uniknąć nadmiaru żmij. W miejscowościach, w których zdołano się naocznie przekonać, że węże wykluwają się z jaj, bacznie uważano, aby przez przypadek ich nie uszkodzić. Po ich rozgnieceniu całe zło, które znajdowało się w środku rozchodziło się po domu nieszczęśnika, który na nie nastąpił.

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Węże czuły niechęć do takich roślin jak kadyło (jasnota biała) lub jesion, co również można wyczytać w Dykcyonarzu roślinnym księdza Kluka. W związku z tym miały one nie występować w miejscach, gdzie można było się na te rośliny natknąć. Gdy wąż pełzł przez trawę miał powodować, że ta usychała. Gdy natomiast przepływał przez wodę, ta stawała się zatruta. Nigdy nie umierały ze starości, ponieważ wraz z kolejnym zrzuceniem skóry młodniały na nowo. W związku z ich zamiłowaniem do ciepła wielokrotnie opowiadano o przypadkach chowania się węży w łóżkach i pod poduszkami. W lubartowskim opowiadano o przypadku młynarczyka, któremu w trakcie snu wąż wygrzewał się na twarzy. Gdy chłopiec się przebudził, pochorował się ze strachu.

Mieszkańcom wsi nie umknął uwadze związek zmiennocieplnych węży ze słońcem. Twierdzono, że żmije ślepiami wyciągają z niego moc. Gdyby więc patrzyły na nie przez cały czas, mogłoby ono przestać świecić. Gdy żmija została zabita, poruszała ogonem w stronę słońca. Gdy natomiast słońce patrzyło na zabitą żmiję, przyćmiewało i zachodziło krwawo.

Największe obawy, co oczywiste, budziło jednak wśród ludu ich ukąszenie. Powiadano, że człowiek po ukąszeniu puchnie, pęka i rozpada się. Łatwo było rozpoznać węże, które dopuściły się grzechu ukąszenia. Były to te osobniki, które wciąż widywano po święcie Podniesienia Św. Krzyża (14 września). W związku ze swoimi przewinieniami miały pozostać na powierzchni w trakcie zimy i czekać na swoją śmierć. Uznawano je wtedy za wyjątkowo niebezpieczne, ponieważ chcąc skrócić swoje męki, atakowały ludzi w nadziei na łaskę pozbawienia życia. Gdy nadchodziła zima, węże kłębiły się w jamach, rozpadlinach i norach. Miały tam do dyspozycji tajemniczy kamień, który powodował, że zaraz po jego polizaniu stawały się syte. Gdy nadchodziło święto Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego) śpiące węże przewracały się na drugi bok.

Wśród węży zamieszkujących nasze tereny panował także pewien rodzaj hierarchii. Miały one podlegać wężowym królom. Za pierwszego wężowego króla, poprzednika wszystkich lokalnych wężowych królów, uznawany był osobnik zamieszkujący Tatry jeszcze przed czasami, gdy do tej krainy zaczęli sprowadzać się ludzie. W góralskiej opowieści spisanej w 1905 roku przez Kazimierza Łapczyńskiego w Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego opisany jest w następujący sposób:

Był to półmilowej długości padalec, srebrną łuską okryty, z wielkim diamentowym czubem zamiast korony na głowie. Napisano mu takie prawo: „będziesz się czołgał po tatrzańskich wierchach, patrz stamtąd na świat, a gdzie tylko twój wzrok będzie mógł odróżnić na człowieku białą gunię od burej, to wszystko twoje, póki nie znajdzie się taki co cię zwojuje.”

Warto tutaj jednocześnie zaznaczyć, że wśród ludu określenie „padalec” wielokrotnie odnosiło się także do żmij.

Ostatecznie pierwszego króla wężów przegonił góral Perłowic przy pomocy magicznej osikowej pałki. Zlany krwią wierch na którym toczyła się bitwa przyjął nazwę Czerwonego Wierchu. Droga ucieczki węża przed Perłowicem stała się Doliną Czarnego Dunajca, a miejsce w którym wkopał się w ziemię aby uciec do piekieł, przyjęło nazwę Zakopane.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zobacz także

Gra w praszczura

„Dziś już wiemy, że Polacy nie pochodzą od bajecznego Assarmotu” napisano dzieciom explicite dopiero w XX wieku, choć historycy sto lat wcześniej starali się skruszyć tego niefortunnego prototurbosłowiańskiego bałwana…