Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Głoszę namiętność i mądrość


W siedemdziesiątą rocznicę śmierci Zuzanny Ginczanki

Mam własny egzemplarz O centaurach, z oderwaną i postrzępioną okładką. Na czwartej stronie fruwającego kartonika znajduje się informacja, że nakładem Przeworskiego ukazały się również książki Hemara, Karpińskiego, Słonimskiego, Tuwima, Wierzyńskiego.

Był rok 1936. Autorka miała 19 lat. Nazywała się Zuzanna Ginczanka, pochodziła z Równego na Wołyniu i była zjawiskiem literackiej Warszawy. „Zuzanna? – miał przekomarzać się z nią przez telefon Julian Tuwim. – Tu jeden ze starców…”. Mądra, dowcipna, legendarnie piękna, nie podejrzewała zapewne, że będzie to jedyny jej tomik wydany za życia. Że zostanie wydana i zamordowana osiem lat później.

005

O tym, że tomik można kupić w antykwariacie, bodaj na Żoliborzu, poinformowała mnie przyjaciółka. Kupiła go dla mnie, w ten sposób mogę czytać O centaurach przekładając oryginalne kartki prawdziwego papieru. Od wiersza, który dał tytuł książce i w którym poetka twardo i trzeźwo mierzy się z gorączką objawionego pożądania:

oto głoszę namiętność i mądrość
ciasno w pasie zrośnięte
jak centaur…

i dalej:

Wyznaję dostojną harmonję męskiego torsu i głowy
z rozrosłem ciałem ogiera i cienką pęciną nogi…

Do wiersza ostatniego w 34-stronicowym zbiorze (gdzie jest zaledwie 17 utworów), w którym „Rybaczka” rozmawia z „Morzem” deklarując w pierwszym wersie to, co poeta zawsze powinien oświadczyć na początku swojej przygody:

Oczami jak agrafkami ostro wpięłam się w świat…

Sygnał o książce przyszedł w odpowiedzi na szkic o Ginczance, który ponad 10 lat temu napisałem do „Wysokich Obcasów”. Jej poezję znałem od dawna, niewiele natomiast wiedziałem o życiu i śmierci poetki z Równego. Postanowiłem poukładać sobie to, co napisały o niej badaczki Izolda Kiec i Agata Araszkiewicz, a także tych kilka osób, które – jak Jan Śpiewak – wspomniały ją gdzieś i kiedyś.

Zuzanna Ginczanka, Równe, wrzesień 1933 r. (fot. ze zbiorów Muzeum Literatury  im. Adama Mickiewicza).

Zuzanna Ginczanka, Równe, wrzesień 1933 r. (fot. ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza).

Poskładałem sobie jej życiorys od dzieciństwa w Równem, gdzie wychowywała się u babci prowadzącej skład apteczny, a spośród różnych szkół narodowościowych wybrała polską. Poprzez pierwsze próby literackie, wyjazd do Warszawy na studia i przyjaźni z pisarzami, od wspomnianego Tuwima po Gombrowicza. Wiersze poważne i satyryczne, niejednorodne, uciekające to w stylistykę młodopolską, to w publicystyczną zadziorność, poetykę prowokacji czy społecznego donosu, jak w „Przypadku”:

ma szesnaście lat.
Wykoślawił jej ciało tryper,
wypokraczył jej rysy
syfilis.

[…]

Wiem to tylko, że miała już dziecko,
że jej wóz cztery palce urwał,
że tradycję ma starą, szlachecką:
jest po matkach i po babkach
kurwą.

Te najlepsze – odkrywające słowem zmysłowy chaos dojrzewania, nazywające i przetwarzające trudny i tajemniczy cud erotycznego pragnienia.

Im dalej od dzieciństwa Ginczanki, tym gęściej na linearną karierę młodej poetki zaczęły nakładać się cienie lęku przed antysemickim klimatem Polski i Europy. Podziwiana w równym stopniu za talent, co za urodę, nie wiadomo, kiedy Zuzanna zaczęła myśleć o swoim wyglądzie jako o „złym” – takim, za który mogą ją spotkać kłopoty. Może dopiero po wybuchu wojny, skoro w jednym z listów Gombrowicz pisał: „Kiedyś na Mazowieckiej, wracając do domu z Zodiaku tłumaczyłem Ginie [Ginczance, JM], że na tę zbliżającą się wojnę trzeba koniecznie zaopatrzyć się w truciznę. A ona się śmiała”.

Równe, palmy przed przed pawilonem targowym, ok. 1930-1939.

Równe, palmy przed przed pawilonem targowym, ok. 1930-1939.

W czerwcu 1939 roku Zuzanna zdaje ostatni egzamin sesji letniej i wyjeżdża na wakacje do Równego. Po wybuchu wojny przenosi się do Lwowa, gdzie zostaje pomocnikiem buchaltera w Biurze Uzdrowiskowym. Wychodzi za mąż za Michała Wienziehera, krytyka sztuki. On jest o 17 lat starszy. Nie bardzo wiadomo, skąd decyzja o małżeństwie, przyjaciele określają ten związek jako dziwny.

We Lwowie spędza czas głównie z przyjaciółmi z Równego i z Rudnickim, Watem, Broniewskim, Ważykiem, Nachtem-Samborskim. Jej sąsiadem jest Marian Eile. Ginczanka tłumaczy (m.in. Majakowskiego) i pisze wiersze.

W 1941 Lwów opuszcza jej mąż, jedzie do Krakowa. 

Izolda Kiec cytuje taką oto relację Franciszka Gila: „W lecie 1942 roku, w czasie jednej z największych i najgorętszych lwowskich akcji, trzykrotnie w ciągu dnia wchodziły po nią patrole. Chowała się, za trzecim razem w ostatniej sekundzie wyprowadził ją z domu podwórzowymi schodami kelner, mieszkający także w owym (przy ulicy Jabłonowskich) bardzo wielkim mieszkaniu”. Gil mówi o „wybitnej i wybitnie semickiej urodzie Ginczanki”. Ludwika Stauber wspomina dziś, że uroda Zuzanny nie była ani semicka, ani aryjska, tylko wielka.

Wszyscy wiedzieli, że Ginczankę wydała właścicielka mieszkania, Chominowa, której nazwisko przejdzie dzięki donosowi na poetkę do dziejów nikczemności, lecz również – wskutek ocalającego działania poezji – do dziejów literatury. Bo Ginczanka uwieczniła ją w arcydziele, wierszu ocalonym przez Ludwikę (Lusię), dziś ostatnią z żyjących jej przyjaciółek:

Non omnis moriar – moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze –
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.

Ginczance udaje się przetrwać lwowskie donosy, jej babcia umarła na atak serca, kiedy z Równego wieźli ją na miejsce straceń.

Matka Ginczanki śle z Pampeluny listy, w których nawołuje Zuzannę do wyjazdu z Polski.

Jesienią 1942 roku Zuzanna jedzie w okolice Krakowa z grafikiem Januszem Woźniakowskim. Udaje jego narzeczoną i na „aryjskich papierach” ukrywa się u jego ciotki w Felsztynie. Zdradza ją „zły wygląd”, musi uciekać. Zamieszkuje z mężem w Krakowie.

Wspomniany Gil pisze: „Rok całkowitego ukrywania się (Zuzanna nie wychodziła nigdzie) spustoszył Ginczankę przeraźliwie. Wychudła, z twarzą paloną wypiekami, oczyma błyszczącymi i niespokojnymi, często rozdrażniona – nie kończyła rozmowy, rwała zdania”. Ginczanka boi się, jedzie do Swoszowic pod Krakowem, gdzie spotyka przyjaciółkę z Równego, jasnowłosą Blumkę Fradis.

Na początku roku 1944 Woźniakowski i mąż Ginczanki trafiają w ręce gestapo i zostają skazani.

Ginczanka wraca do Krakowa, znajduje kryjówkę, na ulicy Mikołajskiej. Wnuk pani Mucharskiej, właścicielki mieszkania, w rozmowie z Izoldą Kiec wspomina:

Jesienią 1944 roku, miałem wówczas 10 lat, sprowadziła się do nas Zuza Ginczanka. Nie mieszkała tu dłużej niż miesiąc […]. Zuza nie wychodziła nigdzie, a przebywając w mieszkaniu sama, nie otwierała drzwi. Umawiałem się z nią, że gdy będę wracał do domu, pozna mnie po głośnym tupaniu i wygwizdywaniu melodii. Tak właśnie sygnalizowałem swój powrót któregoś popołudnia. Na schody wybiegła sąsiadka, pani Krzeszowska, która ostrzegła: „Są u was” i kazała mi się cofnąć. Stanąłem w bramie domu po przeciwnej stronie ulicy. Jakieś pół godziny później wyszli gestapowcy, prowadząc Zuzę i Blumkę. Nie wiem, jak trafili na ich ślad. Podejrzewam, że doniósł ktoś z sąsiadów. Nie było innej możliwości.

Lusia Stauber twierdzi, że Niemcy przyszli na Mikołajską przez jakiś kwit z pralni, znaleziony przy Woźniakowskim lub Wienzieherze.

Współtowarzyszka Ginczanki z więzienia wspomina: „Jej własna twarz ją zdradziła, jej piękna twarz”. I dalej: „Ciągnęli ją po ziemi za włosy. Krzyczała okropnie, ale nie przyznała się, że jest Żydówką”. Podobno Zuzanna „liczyła” jeszcze, że trafi do Auschwitz. Stało się inaczej – pod koniec 1944 roku Zuza i Blumka zostały rozstrzelane na wzgórzu w Płaszowie.

Zuzanna Ginczanka w 1938 r. (fot. ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza).

Zuzanna Ginczanka w 1938 r. (fot. ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza).

Zuzanna Ginczanka była wspaniałym poetyckim talentem. Zbiorem O centaurach i innymi wierszami, jakie napisała w dwudziestosiedmioletnim życiu, zapowiadała się na wielką poetkę nawet bardziej, niż Wisława Szymborska pierwszymi dwiema książkami.

Wobec tak wyrazistego i intrygującego pisarstwa, przerwanego przez przedwczesną śmierć, nieuchronnie atakuje pytanie o – potencjalny – dalszy los tej twórczości. Pojawia się ono wobec całego pokolenia Kolumbów.

W przypadku poetki z Równego, na pytanie, co napisałaby jeszcze (w tym – co powiedziałaby o człowieku z perspektywy przeżytej wojny i sąsiedzkiego donosu, zdrady przez kulturę, którą wybrała za swoją), nakłada się wyobraźnia. Czy Zuzanna napisała coś w mieszkaniu na Mikołajskiej? Istnieją relacje z jej innych mieszkań krakowskich, przed Mikołajską, zgodnie z którymi siedziała na łóżku i pisała wiersze. Co się stało z zapisanymi kartkami? Gestapowiec, który złapał ją jedną ręką za włosy, drugą chwycił notatnik i wrzucił do śmietnika?

Jest też pytanie o powojenną ciszę wokół Zuzanny Ginczanki. Nie całkowitą – pisali o niej przyjaciele, Jan Śpiewak wydał wybór jej wierszy. Wielkie zasługi poniosła Izolda Kiec i Agata Araszkiewicz. Ostatnio polsko-włoski wybór (w przekładach Alessandro Amenty) wydała Austeria, osobistą edycję przygotował Tadeusz Dąbrowski, wydanie wszystkich znanych wierszy zapowiada Krzysztof Czyżewski.

Gdzieś jednak podskórnie wije się przypuszczenie – formułowane również wobec mnie przez obserwatorów zagranicznych – zgodnie z którym popularność tej poezji hamuje fakt, że Zuzanna i rola, jaką w jej życiu odegrały różne Chominowe, po raz kolejny w sposób skrajny stawia przed naszym sumieniem problem antysemityzmu. I to w takiej postaci, która szuka dla siebie alibi w prosowieckiej postawie ofiary – chodzi o lwowskie przyjaźnie i wybory poetki.

W tej sprawie nie można zrobić już niczego innego, niż wydawać jej wiersze, opowiadać jej życie, upamiętniać jej historię. Na przykład położyć tablicę na domu przy Mikołajskiej 26 w Krakowie, gdzie znalazła ostatnie schronienie i skąd została wywleczona za włosy. Potwierdzić ten adres i zrobić to, co należy.

Zobacz także

Urna ze spopieloną książką

Urna

Urna to oczywiste memento, ale także zobowiązanie, wyzwanie. Nie tylko dla bibliotekarzy, ale również dla darczyńców Biblioteki Narodowej, dla czytelników. Konkret obok którego nie można przejść obojętnie.


Oko nicości

Poraża mnie myśl, że w poszukiwaniu znaczenia tej garści popiołu wypada odwrócić perspektywę, w której patrzymy na oko i próbujemy domyślić się twarzy, czaszki, istoty zamysłu tego, co się stało.


Jak czytać Bogurodzicę?

Nie dysponujemy nagraniami ze średniowiecza, ale dzięki badaniom nad historią języka polskiego i dziejami zmian fonetycznych możemy podejmować próby rekonstrukcji tego, jak mogły brzmieć najstarsze polskie teksty w czasach, gdy je spisywano.


Ogród wiedzy, część XIV

Gdy pewnego dnia Dżahandar ustrzelił na polowaniu antylopę, Hormoz pochwalił mu się, że posiada magiczną umiejętność, która pozwala mu przenieść swoją duszę w każde inne ciało. Dodał, że jeśli Dżahandar ma taką chęć, może nauczyć go tej sztuki…