Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

E-learning Anno Domini 1658


8077744 451

W debacie poświęconej elementarzowi przygotowanemu przez Ministerstwo Edukacji Narodowej uznano w końcu, by podręcznik można było ściągnąć z sieci, dzięki czemu uległy ograniczeniu koszty wydawnicze. Dyskusję tę należy rozpatrywać w szerszym kontekście przemian dokonujących się na wszystkich poziomach edukacji, od podstawówki, przez gimnazjum i szkoły średnie, a na studiach skończywszy, oraz sposobu korzystania z nowych technologii takich jak platformy e-learningowe, tablety, tablice interaktywne i wiążących się z nimi konsekwencji kulturowych, społecznych, a nawet neurologicznych. Fakt, że niektóre dzieci prędzej dotykają ekranu tabletu niż chwytają za kredkę czyni prawdopodobnym, że nowe pokolenia uczniów i studentów będą miały nieco inaczej ukształtowane połączenia neuronalne niż ich – cóż za słowo! – poprzednicy rozwijający się w latach 80. czy 90. Najpotężniejsze uniwersytety świata uruchamiają zdalne kursy z możliwością darmowego uzyskania certyfikatu ich ukończenia bez konieczności zgromadzenia pokaźnej kwoty dolarów potrzebnej do tego, aby wkroczyć w mury którejś z uczelni należących do Ivy League i zdobyć jej dyplom, a do tworzenia własnych platform e-learningowych przymierzają się kolejne krajowe uczelnie. Obok radości z udemokratycznienia dostępu do tego, co do tej pory było elitarne, rodzą się jednak pytania o to, czy zdalny kurs może nam dać to samo, co rzeczywista akademia i spotykający się w niej ludzie.

Świat starych druków i rękopisów nie powinien pozostać na te wyzwania współczesności obojętny. Na szczęście tak jak technologie cyfrowe umożliwiają śledzenie wykładów z mechaniki kwantowej prowadzonych w University of California at Berkeley czy zaliczenie kursu monograficznego na temat listów św. Pawła prowadzonego na Uniwersytecie Harvarda, tak też dają ogromną szansę udostępniania ogromnej ilości materiałów znajdujących się w zbiorach specjalnych. Wśród nich są materiały, które – przynajmniej niegdyś – uznawano za edukacyjne. Nawet jeśli ograniczymy nasze poszukiwania do okresu po wynalezieniu druku przez Jana Gutenberga, to i tak stanąć będziemy musieli wobec gigantycznego korpusu tekstów. Składają się nań między innymi wszelkiej maści podręczniki „klasycznych” sztuk wyzwolonych: dialektyki, retoryki po łacinie i w językach narodowych, gramatyki łacińskie, greckie, hebrajskie, polskie (i dla innych języków narodowych), podręczniki arytmetyki i geometrii, kompendia z zakresu etyki, astronomii, muzyki. Świat nowożytnych podręczników nie ograniczał się jedynie do tych tradycyjnych dyscyplin: każda sfera życia związana z jakąś określoną umiejętnością i zestawem mniej lub bardziej praktycznych kompetencji doczekała się takiej podręcznikowej kodyfikacji. Niezależnie od dyscypliny podręczniki przybierały też różne formy: od „katechizmowego” dialogu wprowadzającego podstawowe prawidła danej sztuki aż po uczone, erudycyjne traktaty, które mogły pełnić zarówno funkcję podręcznika, jak i stanowić głos w wewnętrznej dyskusji rozgrywającej się pomiędzy przedstawicielami danej dyscypliny.

Do tego korpusu druków należy dodać jeszcze rękopisy. W samych zbiorach Biblioteki Narodowej, w części, która należała kiedyś do Biblioteki Ordynacji Zamojskiej, znajdują się liczne rękopisy stworzone przez profesorów Akademii Zamojskiej: Adama Burskiego, Szymona Birkowskiego, Wojciecha Bodzęckiego i innych. Do nich należy dodać również rękopisy uczniowskie, w tym wypadku podwójnie cenne, bo będące m.in. dziełem Tomasza Zamoyskiego, syna założyciela Zamościa, fundatora Akademii i kanclerza wielkiego koronnego, Jana. Na Akademii Zamojskiej świat uczniowskich kulfonów jednak się nie kończy i praktycznie każda biblioteka mająca w swoich zbiorach rękopisy może pochwalić się albo podręcznikami zawierającymi uczniowskie bazgroły, albo rękopiśmiennymi skryptami z wykładów. Wśród historyków nauki trwają spory co do tego, jak tego rodzaju notatki powstawały: czy na przykład były odtwarzane z pamięci i spisywane po wykładzie, czy zapisywano je pod dyktando preceptora, czy też może uczniowie i studenci zamieniali się w „żywe kserokopiarki” i robili na swój użytek kopie udostępnionego przez nauczyciela rękopisu.

Ogromna ilość tych źródeł i powstałe już prace rekonstruujące metody przekazywania i gromadzenia wiedzy w XVI i XVII wieku sprawiają, że można pokusić się o przeprowadzenie dydaktycznego i historycznego eksperymentu: zostań uczniem Akademii Krakowskiej i to zostań nim zdalnie, nie wychodząc z domu, nawet jeśli w Krakowie mieszkasz! Wreszcie: zapisz się do rocznika 1658! Wszystko to umożliwi Ci frapujący kodeks rękopiśmienny znajdujący się w zbiorach Biblioteki Narodowej, a udostępniany przez Polonę (rkps 9102 II). Kodeks liczy 230 kart, z których tylko kilkanaście nie zostało zapisanych. Wygląda na dzieło jednej, dosyć niedbałej lub pracującej w pośpiechu ręki (ta sama ręka jednak dosyć starannie wykonała strony tytułowe dla poszczególnych działów). Całość nie ma ani tytułu, ani autora – główna karta tytułowa nie zachowała się, podobnie jak istniejąca zapewne niegdyś karta zawierająca tytuł pierwszej części kodeksu poświęconej arytmetyce. O tym, że są to wykłady z Akademii Krakowskiej z tego właśnie roku akademickiego świadczą zapisy na innych stronach działowych, chociażby ten na k. 28r, który zapowiada, że mamy do czynienia nie tylko z wykładem geometrii praktycznej, ale że został on zaopatrzony w „najszczęśliwsze ćwiczenia i przykłady” w Krakowie, w roku 1658.

8077744 57

Z wykładu arytmetyki możemy się dowiedzieć całkiem przydatnych w życiu codziennym rzeczy: podstawowych działań, poznać istotę ułamków, dowiedzieć się, czym jest złota reguła, ale kiedy szybko znudzimy się takimi banalnymi wiadomościami, możemy oddać się zgłębianiu tajników szeregów arytmetycznych i geometrycznych (progressio arithmetica i progressio geometrica). Smaczku tego rodzaju studiom dodaje fakt, że notacja stosowana przez anonimowego krakowskiego profesora jest nieco odmienna od tej, której używamy dzisiaj, więc mimochodem nabędziemy dodatkowej kompetencji, jaką jest umiejętność czytania dawnej matmy. To samo jeśli chodzi o geometrię: kiedy znudzi się nam już wykreślanie linii prostej, dzielenie jej na pół i na trzy części, a także rysowanie okręgów i owali, możemy wejść w obszar wiedzy, który w dzisiejszym ujęciu zahacza już niemal o geodezję.

8077744 95

Prawdziwa rozrywka zaczyna się jednak na k. 60r. Tam bowiem znajdujemy podręcznik tzw. komputu, czyli sztuki poruszania się po i układania kalendarza. Ponieważ rękopis powstał 76 lat po wprowadzeniu przez Grzegorza XIII reformy kalendarza, to używany przez nas obecnie kalendarz gregoriański stanowił punkt odniesienia dla autora skryptu, zatem jeżeli wiemy, czym jest noc i dzień, ile poszczególne miesiące mają dni i ile dni ma rok zwykły i przestępny, możemy od razu przeskoczyć do głównej części. Komputy bowiem, traktaciki i podręczniki powstające w zasadzie od samego początku chrześcijaństwa, służyły nie tyle przekazywaniu banalnej i zdroworozsądkowej wiedzy o liczbie dni w tygodniu, tylko ważnej umiejętności określenia, kiedy w danym roku przypadają kolejne święta ruchome, czyli Wielkanoc i inne święta z nią skorelowane, jak chociażby Pentecoste, Zesłanie Ducha Świętego. Tutaj już nie jest tak łatwo, bo trafiamy w gąszcz terminów technicznych zahaczających mocno o wiedzę astronomiczną: dowiemy się na przykład, że epakty to liczba dni, które upłynęły od ostatniego nowiu liczone na dzień 1 stycznia danego roku. Brane były pod uwagę, ponieważ kalendarz gregoriański jest kalendarzem słonecznym (który różni się od księżycowego od 10 do 11 dni), a zgodnie z zaleceniami soboru nicejskiego I z roku 325 Wielkanoc należało obchodzić w pierwszą niedzielę po pierwszej pełni Księżyca przypadającej po równonocy wiosennej. Z kolei littera dominicalis (dosłownie: litera niedzielna) służyła do oznaczenia daty, na jaką przypadała pierwsza niedziela roku (według przyporządkowania: niedziela wypada 1 stycznia – A, 2 stycznia – B, itd.), dzięki czemu możliwe było ustalenie, jakim dniem tygodnia będzie dany dzień miesiąca (służyły do tego tzw. wieczne kalendarze, calendaria perpetua). Komputystyka była sztuką ważną z co najmniej dwóch powodów: regulowała bieg życia społecznego, który był mocno skorelowany z rytmem życia religijnego, a wypracowane w jej łonie techniki przyczyniły się do badań nad innymi, mniej i bardziej egzotycznymi systemami mierzenia czasu oraz próbami uzgodnienia chronologii basenu Morza Śródziemnego z chronologiami innych cywilizacji, chociażby tych blisko- i dalekowschodnich.

8077744 153

A skoro o astronomii i geografii już mowa, to z pomocą rzeczonego kodeksu możemy wespół z cieniami krakowskich żaków uzupełnić naszą wiedzę w tym zakresie – opis świata czerpiący zarówno z Klaudiusza Ptolemeusza, jak i z wiedzy uzyskanej na drodze nowożytnych odkryć geograficznych i coraz bardziej szczegółowych pomiarów naszej planety jest fascynującą lekturą, a szczególnie frapująca jest część poświęcona strefom klimatycznym. Nota bene, nauka o klimacie zawdzięcza wiele zarówno odkryciom geograficznym i niemal automatycznie nasuwającym się w związku z nimi porównaniom, jak i wszelkiej maści astrologom, którzy w ogłaszanych przez nich co roku prognostykach zgromadzili ogromną ilość zdroworozsądkowych w gruncie rzeczy informacji na temat tego, jak kształtowała się aura w poszczególnych miesiącach czy porach roku. To samo jeśli chodzi o astronomię – wykład tejże jest kompletny i uzupełniony przez obszerną rozprawę o tworzeniu zegarów, w tym zegarów słonecznych.

8077744 341

Okazuje się, że próba „zamieszkania w roku 1658” może być wcale owocna. Wprawdzie do uzyskanej w ten sposób wiedzy wprowadzić trzeba by kilka korekt (komentarz animowanego awatara siedemnastowiecznego uczonego?), ale kosztów z tym związanych nie należy wyolbrzymiać, bo w zamian za drobne nakłady uzyskamy prawdziwego specjalistę. Taka na przykład wiedza na temat różnych mechanizmów do odmierzania czasu może być całkiem przydatna w naszych naznaczonych pędem i pośpiechem dniach, w których regularnie podnosi się lament, że uczelnie wyższe wypuszczają nieprzydatnych do niczego i pozbawionych praktycznych umiejętności absolwentów oraz ubolewa się nad ginącymi z braku zainteresowania ze strony młodych pokoleń rzemieślniczymi fachami.

8077744 273

 

W tekście wykorzystane zostały wyniki badań sfinansowanych ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych w ramach finansowania stażu po uzyskaniu stopnia naukowego doktora na podstawie decyzji numer DEC-2013/08/S/HS3/00192 (Chronologia i kalendarze w kulturze umysłowej Europy Środkowo-Wschodniej, 1400–1700).

 
Licencja Creative Commons
E-learning Anno Domini 1658 by Michał Choptiany is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Zobacz także

wzalu_fea

W żalu najczystszym

W żalu najczystszym to dzieło wyjątkowe nie tylko ze względu na jego osobisty charakter. Baczyński przyozdobił czterdziestostronicową książeczkę własnoręcznie malowanymi akwarelkami i inicjałami, upodabniając ją do średniowiecznego rękopisu.


aa3741651

Warszawa 1762

Plan ten jest najwybitniejszym dziełem warszawskiej kartografii osiemnastego stulecia. Zadedykowano go zleceniodawcy, marszałkowi wielkiemu koronnemu Franciszkowi Bielińskiemu, który był inicjatorem modernizacji Warszawy oraz przewodniczył Komisji Brukowej, mającej na celu poprawę warunków sanitarnych w stolicy.


krawiec_fea

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi

Złota różdżka – książeczka, w której krawiec obcina palce, niejadek umiera, a dziewczynka z zapałkami spala się na popiół. Makabra i groteska, a jednocześnie wpadające w ucho rymy i wdzięczne ilustracje spowodowały, że była to jedna z najpopularniejszych dziecięcych lektur.


swistaki

Rzeź tatrzańskich misiomyszy

Zwyczaj tępienia świstaków nie wynikał ze szkodliwości tego zwierza, lecz z obsesji podhalańczyków na punkcie rzekomych właściwości świstaczego sadła. W przypadku gdy schorowany góral zastosował zewnętrznie lub wewnętrznie świstacze sadło i pomimo tego umarł, znaczyło to, że najwyraźniej śmierć była mu pisana, umrzeć musiał i sam zdecydował, że na umieranie pora.