Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog
9733162

Gdyby istniała nicość, byłaby jej okiem.

Myślę o garści popiołu wygrzebanej po wojnie na Okólniku, eksponowanej na co dzień w Pałacu Rzeczypospolitej, w Sali Biblioteki Wilanowskiej. Wstawionej jakby ze wstydem – jak przechowuje się mleczne ząbki czy pępowinę, już nawet nie wiadomo dla kogo. Święte relikwie pokryte rdzą ropy i krwi. Na cokole regału, w szklanej urnie. Monstrancja ze spopieloną hostią.

Wtedy w Bibliotece Krasińskich – wspomina Bohdan Korzeniewski starania, by chronić księgozbiór przed hitlerowskim „książkobójstwem” – postanowiliśmy przynajmniej utrudnić spalenie zbiorów teatralnych. Wybraliśmy w podziemiach Biblioteki loch zakończony ślepą ścianą. Bezcenne egzemplarze jeszcze z odręcznymi notatkami Wojciecha Bogusławskiego i równie unikatowe tomy afiszów ułożyliśmy ciasno aż pod samo zaokrąglone sklepienie. Przypuszczaliśmy, że nawet przy pożarze gmachu tak stłoczone dokumenty ocaleją. Papier, jak wiadomo, pali się niełatwo…

19877753 12

Fotografie Mariana Fuksa do artykułu Przeniesienie Książnicy Krasińskich do nowego gmachu, „Świat”, R.9, nr 6 (7 lutego 1914).

A tak wygląda powojenna klamra tego samego wspomnienia, moment powrotu do ukrytych książek:

Przy pierwszym spojrzeniu można było doznać oszałamiającej radości. – Ależ tak – chciało się zawołać – zbiory ocalały! Leżały w grubych, równych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy maskując schron. Nie było blach, ani worków z piaskiem. Zwracał także uwagę znacznie niższy poziom pokładów. Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas, kiedyśmy je układali.

Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni…

Opis Bohdana Korzeniewskiego tylko z pozoru przypomina fragment Rzymu Felliniego, gdzie oczom budowniczych metra objawia się cud antycznych fresków i ich natychmiastowa zagłada. Różnica pomiędzy filmem a tą garścią prochu jest taka, jak pomiędzy repliką a oryginałem; wierszem, a ręką, która go napisała. W wielkim filmie jest wielka sztuczka, zabawa. Interpretacja wspomnień robotników, którzy widzieli zakopany świat na chwilę przed dotykiem Meduzy powietrza i światła. W prochu z Okólnika jest oddech żywego trupa.

Kiedy się tak je zobaczy, wśród starych książek zesztywniałych w pogrzebowych szeregach, oko nicości patrzy bez uprzedzenia i z punktu narzuca sens nie przez interpretację, zbyteczną i niestosowną, lecz przez wspólnotę siostrzanych bytów.

Jest czymś organicznym i martwym, jak organiczny w gablocie jest palec świętego Tomasza, czaszka świętego Jana Chrzciciela, pierś świętej Agaty.

Martwym nieodwołalnie, bo nawet w najśmielszej religii trudno jest wierzyć w zmartwychwstanie książek.

Organicznie kruchym jak ciało połamane upadkiem z siódmego piętra, ubrane do trumny w przyduży, nakrochmalony garnitur. I tak, jak przed ciałem w sztywnym garniturze, które musi zostać samo w kostnicy, stojąc przed okiem boję się zostawić je na noc.

Jest wydarzeniem na miarę całunu turyńskiego. Z tą różnicą, że szkic na całunie wyzwolić miała energia życia, a poziomy zarys pojedynczej książki narysowało umieranie materii, bezradny bezwład, zapaść.

Jest bratem Polifema, któremu Ulisses wypalił oko, powtarzającym pytanie o źródło własnego bólu, słyszącym w odpowiedzi „Nikt”.

Jest znakiem duszy w czyśćcu cierpiącej, wypalonym na kupce zapomnianej mąki.

Jest dziurą po Mesjaszu, zaginionej powieści Brunona Schulza. Jedynym zapamiętanym z niej zdaniem: „Wiesz – powiedziała mi rano matka. – Przyszedł Mesjasz. Jest już w Samborze”.

.

Jest milczeniem Zuzanny Ginczanki w ostatnich dwóch latach przed śmiercią, wytłumaczalnym tylko tym chyba, że ten sam gestapowiec, który jedną ręką wywlekł ją za włosy, drugą chwycił jej wiersze i wrzucił do pieca.

Poraża mnie myśl, że w poszukiwaniu znaczenia tej garści popiołu wypada odwrócić perspektywę, w której patrzymy na oko i próbujemy domyślić się twarzy, czaszki, istoty zamysłu tego, co się stało. Niszczącego wzroku Boga i Losu. To my jesteśmy Losem i Bogiem, co obraca w popiół.

Oko nicości, zmiłuj się nad nami. A raczej wybacz.

Bownik, Urna, fotografia, 240x180cm, 2014 (fragment).

Bownik, Urna, fotografia, 240x180cm, 2014 (fragment).

 

◊◊◊

Biblioteka Narodowa i Galeria Starter zapraszają na wernisaż projektu Bownika zatytułowanego Urna. Artysta, znany z takich fotograficznych cykli jak Games, czy Demontaż zajął się historią jednego obiektu przechowywanego w Pałacu Rzeczypospolitej. Niewielka urna będąca pars pro toto wszystkich dóbr kultury zniszczonych w latach 1939-45, została sfotografowana jak żywy organizm, a wielkoformatowe zdjęcie przywodzi na myśl fotografię przyrodniczą – prochy spalonych 70 lat temu zbiorów bibliotecznych stają się w takiej perspektywie niepokojąco obecne i materialne.

Pałac Rzeczypospolitej, pl. Krasińskich 3/5
5 czerwca 2014 | Godz. 19:00
Wystawa czynna: 6-8 czerwca 2014 r. | Godz. 12-20

 

 

 

Zobacz także

wzalu_fea

W żalu najczystszym

W żalu najczystszym to dzieło wyjątkowe nie tylko ze względu na jego osobisty charakter. Baczyński przyozdobił czterdziestostronicową książeczkę własnoręcznie malowanymi akwarelkami i inicjałami, upodabniając ją do średniowiecznego rękopisu.


aa3741651

Warszawa 1762

Plan ten jest najwybitniejszym dziełem warszawskiej kartografii osiemnastego stulecia. Zadedykowano go zleceniodawcy, marszałkowi wielkiemu koronnemu Franciszkowi Bielińskiemu, który był inicjatorem modernizacji Warszawy oraz przewodniczył Komisji Brukowej, mającej na celu poprawę warunków sanitarnych w stolicy.


krawiec_fea

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi

Złota różdżka – książeczka, w której krawiec obcina palce, niejadek umiera, a dziewczynka z zapałkami spala się na popiół. Makabra i groteska, a jednocześnie wpadające w ucho rymy i wdzięczne ilustracje spowodowały, że była to jedna z najpopularniejszych dziecięcych lektur.


swistaki

Rzeź tatrzańskich misiomyszy

Zwyczaj tępienia świstaków nie wynikał ze szkodliwości tego zwierza, lecz z obsesji podhalańczyków na punkcie rzekomych właściwości świstaczego sadła. W przypadku gdy schorowany góral zastosował zewnętrznie lub wewnętrznie świstacze sadło i pomimo tego umarł, znaczyło to, że najwyraźniej śmierć była mu pisana, umrzeć musiał i sam zdecydował, że na umieranie pora.