Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona/Blog

Celina z Treterów Dominikowska (ur. po 1830, zm. 1908) nie jest postacią szczególnie znaną. I nigdy nią nie była. Jednak ta żwawa galicyjska panienka (a po kilkudziesięciu latach żwawa galicyjska staruszka) zostawiła po sobie ujmujące dzieła: pamiętnikarskie, literackie, muzyczne oraz liczne rysunki i akwarele. Bądźmy szczerzy: Treterówna nie miała wielkiego talentu – ot, potrafiła może nieco więcej niż każda panna z dobrego domu. Była za to wnikliwą, energiczną i niepozbawioną dowcipu obserwatorką, dzięki czemu zostawiła nam znakomite źródła odzwierciedlające codzienne życie i mentalność ludzi XIX wieku.

Autoportret Treterówny z czasów młodości.

Do świata młodej Treterówny wejść łatwo – wystarczy sięgnąć po jej tworzony z figlarnym dystansem rysunkowy pamiętnik Życie młodej dziewczyny, w którym pod rokiem 1846 koteczki Szczebiotka i Bianka podpisano „mes premiers amours!” („moje pierwsze miłości!), czy po inny sztambuch, w którym znajdziemy powklejane święte obrazki, humorystyczne grafiki, akademickie wprawki i skrupulatnie podpisywane landszafty.

Kotki Szczebiotka i Bianka z pamiętnika Treterówny, 1846.

Ustatkowawszy się w małżeństwie, już jako Dominikowska, nadal rysowała i malowała scenki wzięte z życia, zwykle je opisując, choćby enigmatycznym „Help your self”. Z wiekiem zaś jej warsztat znacznie się poprawiał i taki portret Przybyszewskiego sygnowany zamaszystym „Celina’899”  (autorka była już pod siedemdziesiątkę!) jest już dziełkiem naprawdę niezłym.

Celina Dominikowska, Portret Stanisława Przybyszewskiego, 1899.

Choć Dominikowska osiadła na prowincji, nie miała najwyraźniej kompleksów – z „Gazety Lwowskiej” z 14 lutego 1866 roku dowiadujemy się, że jej witraż jedzie na Wystawę Światową do Paryża wraz z obrazami Tepy i likierami Baczewskiego. Choć witraż raczej nie był arcydziełem i bliżej mu było do gazetki szkolnej niż Sainte-Chapelle, to katalog L’Exposition universelle de 1867 illustrée umieścił jego podobiznę oraz objaśnienie nieco naciąganej mesjanistycznej kompozycji. Mignięcie na Expo pozwoliło Dominikowskiej doczekać się krótkiej wzmianki w „Tygodniku Mód”, który przedstawił ją raczej jako lokalną ciekawostkę i coś na kształt ludowej artystki. Sama Celina poświęciła się zaś pracy – zarówno literackiej i plastycznej, jak i na gospodarstwie, gromadzeniu pamiątek historycznych, komponowaniu laurek, prowadzeniu korespondencji i pamiętników. Czasem napotkać możemy ją w prasie – np. z „Gazety Narodowej” z 1873 roku dowiadujemy się, że ma na sumieniu psa pani Białobrzeskiej, który pokąsał jej syna – ale rozgłosu z czasów Wystawy Światowej już nie powtórzyła.

Witraż Dominikowskiej w katalogu Expo 1867.

Wśród rysunków i akwarel Dominikowskiej znajdujemy jeden wyjątkowy obiekt: to plansza do gry, przechowywana obecnie w dwóch częściach w zbiorach ikonograficznych Biblioteki Narodowej (R.12826/II i R.12827/II). Plansza podzielona jest na 64 pola zdobione akwarelami. Od razu można rozpoznać na nich postacie historyczne (Sobieski, Kościuszko), heraldykę, miejsca (np. Kolumna Zygmunta i Wawel), sceny z legend (smok wawelski, gniazdo białych orłów). Całość jednak, pełna alegorycznych kompozycji i symboli oraz pozbawiona jakiejkolwiek instrukcji, pozostaje enigmatyczna. Po układzie pól możemy się spodziewać, że plansza Dominikowskiej służyła do gry opartej na dziejach Polski, choć skonstruowanej podobnie do hazardowej gry w gąskę.

Plansza Dominikowskiej po scaleniu.

Na szczęście instrukcję znamy skądinąd. Plansza nie jest bowiem oryginalnym dziełem Celiny, tylko kopią gry Klementyny Hoffmanowej (1798-1845) wydanej po raz pierwszy ok. 1830 roku (co potwierdza reklama z „Dziennika dla Dzieci”) jako Assarmot – zabawa historyczna ułożona dla dzieci przez autorkę „Pamiątki po dobrej matce”. Gra ta musiała być niezwykle popularna, skoro wznawiano ją przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku, w Polonie można znaleźć egzemplarze wydane długo po śmierci Hoffmanowej, z 1850, 1852 i z 1861 – najpóźniejsze, ale i najważniejsze, bo z zachowaną oryginalną planszą.

Plansza do Assarmota, Wilno 1861.

Od razu widać podobieństwo między Assarmotem a planszą Dominikowskiej, a na jaw wychodzą artystyczne niedociągnięcia tej ostatniej. Z instrukcji dowiadujemy się nie tylko, jak grać (nie jest to bardziej skomplikowane od gier typu „Magia i miecz”), ale zostajemy też wprowadzeni do wizji dziejów Polski, jaką Hoffmanowa starała się wtłoczyć młodym graczom. I to jest chyba najciekawsze w Assarmocie, u Hoffmanowej bowiem spotkała się dość anachroniczna (nawet z perspektywy owych czasów) wiedza historyczna, brak krytycznej refleksji, konieczność liczenia się z cenzurą, specyficzny dla niej guwernerski dydaktyzm i wreszcie spora doza lizusostwa wobec cara. Pola planszy rozpoczynają się od legendarnych postaci (Krak, Wanda, Popiel, Piast), a kończą na czasach autorce współczesnych – grę zamyka książę Józef Poniatowski i car Aleksander zakamuflowany pod przykrywką Kongresówki.

Co ciekawe, gra ukazuje się pierwszy raz tuż przed wybuchem powstania listopadowego, a wydania Assarmota z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (w tym również krakowskie, którym nie groziła zbytnia cenzura) nadal kończą się pochwałą Aleksandra i nie wspominają o wydarzeniach późniejszych.

Dominikowska, choć z pewnością była indoktrynowana w młodości Pamiątką po dobrej matce, nie ulega Hoffmanowej i na ostatnim polu przedstawia zadumanego rannego żołnierza, ułańską lancę i kosę na sztorc oparte o ruiny, wreszcie białego orła na sztandarze i anioła wskazującego otoczony gwiazdami napis „kiedyś”. Ta scenka, choć naiwna, jest zdecydowanie odważniejsza od finału Assarmota, gdzie po prostu widzimy mapę Królestwa.

Skąd jednak nazwa samej gry i postać patriarchalnego starca z kosturem tak u Hoffmanowej, jak u Dominikowskiej. Prawidła gry objaśniają ją następująco:

Tu wkraczamy na grząski teren historiograficznych fantazji, których wiekowy mechanizm jest dziś częściowo odpowiedzialny za wielkolechickie brednie. Assarmot, poprzez Sema potomek Noego (z poszerzonej genealogii biblijnej Księgi Rodzaju), jako praszczur Sarmatów i Polaków został wprowadzony przez Stanisława Sarnickiego w Annales… (1587) oraz wcześniejszej Annalium synopsis (1582), gdzie na karcie tytułowe figuruje nawet nonszalancko jako „conditor Sarmaticorum populorum”.

Stanisław Sarnicki, Annalium Polonicorum Qui in Lucem Propediem Aedentur Brevissima Synopsis, Cracoviae : typis Mathiae Wirzbietae 1582.

Pomysł z Assarmotem i semickim pochodzeniem Sarmatów nie był w smak Marcinowi Bielskiemu, który (choć może być to również wtręt jego syna Joachima) w wydanej pośmiertnie Kronice polskiej (1597) argumentuje za pochodzeniem Polaków od drugiego z synów Noego, Jafeta, i rozprawia się uczenie z propozycją Sarnickiego:

Kronika polska, W Krakowie : W Drukarni Jakuba Sibeneychera, 1597

Wybaczmy od razu szesnastowiecznym historykom tak pokrętne przypisywanie pochodzenia ludów, jest ono bowiem efektem nadmiernej erudycji – wszak już Wergiliusz dodawał Rzymianom trojańskie korzenie, co w średniowieczu podchwycili w swej założycielskiej legendzie Francuzi. Z kolei przypisywanie sobie starotestamentalnych rodowodów było utrwaloną praktyką zaskakująco długo i jeszcze dla Mickiewicza są one żywym symbolem szlacheckiego intelektualnego zapyzienia.

Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie : historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, Paryż 1834.

Mit Assarmota na dobre został podkopany przez krytyczną szkołę historyczną przełomu XVIII i XIX wieku. Łukasz Gołębiowski pisze, że Sarnicki historię tworzy z „wywodów etymologicznych częstokroć śmiesznych i nakręconego autorów starożytnych wykładu”, a kilkadziesiąt lat później Lesław Łukaszewicz podsumowuje: „opowiadania Sarnickiego […] za marzenia uważać należy”.

Assarmot z planszy do Assarmota, Wilno 1861.

Wysiłki historyków chcących pogrzebać Assarmota zostały jednak zniweczone w początku XIX wieku przez prorosyjskie działania Czartoryskich. Dla realizacji tzw. planu puławskiego, czyli inicjatywy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z 1805 roku, by utworzyć skromne państwo polskie pod carskim berłem, ten potomek Sema był idealną symboliczną figurą. Związany z Czartoryskimi kanonik Jan Paweł Woronicz na fali książęcych planów ułożył wierszydło zatytułowane Assarmot, syn Jektana, praprawnuk Sema, praszczur Noego, narodów sarmackich patriarcha, przyszłym pokoleniom w duchu wieszczym błogosławi, w którym w niesmacznych strofach plótł proto-panslawistyczne wizje braterstwa potomków Assarmota. Plan puławski jednak się nie powiódł, przyszedł czas Napoleona i Księstwa Warszawskiego, niefortunny dla Czartoryskiego i łaskawszy dla oportunisty Woronicza. Po klęsce cesarza szczęście uśmiechnęło się jednak do obydwu. W Królestwie Polskim Czartoryski wrócił do polityki, a Woronicz z rosyjskiej łaski został kolejno: biskupem, arcybiskupem, a w końcu prymasem, który dostąpił zaszczytu podania polskiej korony carowi Mikołajowi. Obu piewców Assarmota dobrze podsumowuje wygłoszona przez Czartoryskiego pośmiertna Pochwała Jana Pawła Woronicza (notabene przedrukowująca Assarmota, syna Jektana…) z 1830 roku. W niej prymas-wierszokleta zostaje nazwany z Macphersonowska „bardem”, a nawet „wieszczem” i „prorokiem”, Romanowowie stają się zaś „wielkomyślnymi i wielkodusznymi ojcami i opiekunami narodu”…

Adam Jerzy Czartoryski, Pochwała Jana Pawła Woronicza, czytana na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk dnia 30 kwietnia 1830 r., Puławy 1830.

Ten intelektualny klimat Kongresówki oznaczał coming-back Assarmota. Nikczemne rymy Woronicza zaczęły pojawiać się na łamach prasy i prawdopodobnie właśnie dzięki nim Hoffmanowa (która dość dobrze znała się z biskupem) poznała legendę praszczura Sarmatów. Wyjaśnia to też nieco zaskakujący z dzisiejszej perspektywy finał gry z carem jako „wskrzesicielem Polaków”.

Dalsze losy gry są zaskakujące, była bowiem wciąż wydawana przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Świadczy o tym nie tylko kopia Dominikowskiej i zachowane egzemplarze gry Hoffmanowej, ale także reklamy i wzmianki w prasie, choć w 1862 roku pisano, że jest „mniej upowszechniona” wśród dzieci niż mniej wymagająca, a bardziej hazardowa gra w loteryjkę. Jednocześnie zanika pierwotny kontekst i wymowa Assarmota… Woronicza: odnajdujemy go na przykład w śpiewniczku powstańców styczniowych obok piosenki „polskich bandytów” (sic!), którzy chętnie „palnęliby” do cara porównanego do zwierzyny łownej.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku pojawiły się już głosy, że z punktu widzenia pedagogiki gra Hoffmanowej jest przestarzała i „opiera się na pierwiastku dogmatycznym” (czemu trudno zaprzeczyć). Wkrótce okazało się jednak, że jej mechanika jest na tyle sprawdzona, by merytorycznie zaktualizowana znów mogła wrócić do obiegu. W grudniu 1903 roku w „Małym Światku” pojawia się przedświąteczna reklama Piasta.

„Dziś już wiemy, że Polacy nie pochodzą od bajecznego Assarmotu” napisano dzieciom explicite dopiero w XX wieku, choć historycy sto lat wcześniej starali się skruszyć tego niefortunnego prototurbosłowiańskiego bałwana. Udało się to z trudem i dzięki wsparciu znakomitych szyderców – pod koniec stulecia dziewiętnastego Assarmot pojawiał się już w mało poważnym kontekście, choćby w błyskotliwej humoresce Jana Lama Syn Sławy, w której satyryk, posługując się archaicznymi i anachronicznymi zarazem protoplastami narodów, obśmiewa nie tylko dawne etnogenezy, ale też ówczesnych archeologów i entuzjastów indoeuropeistyki.

Plansza do Piasta, Lwów 1904.

Piast (dostępny w wydaniach z 1904 i 1909 roku) to Assarmot po gruntownym liftingu. W centrum planszy widnieje mapa Rzeczpospolitej u szczytu potęgi. Nie ma słowa o dobrym carze, jest za to o prześladowaniach pod zaborem rosyjskim i pruskim (gra wydana jest w końcu we Lwowie!). Pojawiają się: powstanie listopadowe i styczniowe, trzeci rozbiór, legiony, kongres wiedeński czy Targowica, którą reprezentuje skopiowana Puszcza z Lituanii Grottgera. Pozostałe pola oraz ich opisy zostały zaktualizowane zgodnie z ówczesnym stanem nauk historycznych, a wiele z nich brzmi niepokojąco podobnie do tekstów z całkiem współczesnych podręczników. Tym samym mnemotechniczna zabawa Hoffmanowej pozwalająca utrwalić burzliwe dzieje Polski aż do szczęśliwego objęcia tronu przez cara Aleksandra stała się zupełnie nowym narzędziem, zdecydowanie przydatnym w latach poprzedzających Wielką Wojnę i rok 1918.

Końcowe pola planszy do Piasta.

80 lat jednej gry planszowej i jej przemian, od Assarmota Hoffmanowej serwującej dziatwie sinusoidalną wizję polskich dziejów zakończonych szczęśliwie w ramionach batiuszki Aleksandra, przez nonkonformistyczną kopię Celiny Dominikowskiej, aż po powstającego w zupełnie innych okolicznościach Piasta, pokazują nie tylko zmienne, lepsze, gorsze i bardzo złe oblicza tzw. „edukacji historycznej”, ale dowodzą również dużej skuteczności i trwałości dydaktycznych metod opartych na choćby prostej rozrywce. Zabawa historyczna z 1830 roku, choć łatwo ją z dzisiejszej perspektywy skrytykować pod względem ideologicznym i merytorycznym, była niewątpliwie przełomem w ówczesnej surowej pedagogice i dała początek zupełnie nowemu gatunkowi edukacyjnych rozrywek.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zobacz także

Urna ze spopieloną książką

Urna

Urna to oczywiste memento, ale także zobowiązanie, wyzwanie. Nie tylko dla bibliotekarzy, ale również dla darczyńców Biblioteki Narodowej, dla czytelników. Konkret obok którego nie można przejść obojętnie.