- Józef Kościelski – piewca ojczystej przyrody i historii
- Andrzej Dobosz poleca. Wiesław Paweł Szymański. „Osobowość i poetykaˮ. Tom 2. Kraków 2022
Do wydania Orfeusza w piekle XX wieku namawiali Wittlina, jak sam mówi, przyjaciele: doktor Zoya Osipowa Yurieff, doktor Alfred Berlstein, Jerzy Giedroyc i Kazimierz Wierzyński. Namawiali skutecznie. Orfeusz w piekle… ukazał się po raz pierwszy w paryskim Instytucie Literackim, wydany przez Jerzego Giedroycia w roku 1963. Następne wydanie w Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie (1975).
Warto odnotować, że pierwsze pełne wydanie wyszło w Polsce, w Krakowie (Wydawnictwo Literackie 2000) z posłowiem Jana Zielińskiego.
Zoya Yurieff (1922–2000) urodziła się w Polsce. Była slawistką, profesorem na Uniwersytecie Nowojorskim. Zajmowała się dziełami Nikołaja Gogola i Andrieja Białego. Przed II wojną studiowała na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, potem na uniwersytetach Columbia i Harvard. Była autorką pierwszej monografii twórczości Józefa Wittlina, wydanej w roku 1973, w Nowym Jorku, po angielsku. Tłumaczenie polskie dokonane przez Michała Szczubiałkę ukazało się dopiero ponad dwadzieścia lat później .
Alfred Berlstein (1892–1974) był bibliotekarzem, kustoszem kolekcji słowiańskiej The New York Public Library w latach 40. i 50. XX wieku. Później (lata 60.) kierował biblioteką
w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. W„Kulturzeˮ paryskiej 1974, nr 5, Wittlin wspomina przyjaciela po jego śmierci: Żegnamy przyjaciela.
Jerzy Giedroyc (1906–2000) założył w roku 1946, w Rzymie, Instytut Literacki, który po roku został przeniesiony pod Paryż do Maisons Laffitte – prowadził go aż do śmierci. Był wydawcą pism: miesięcznika „Kulturaˮ i kwartalnika „Zeszyty Historyczneˮ.
Wittlin współpracował z Giedroyciem. W „Kulturzeˮ ukazywały się jego utwory, a ich korespondencja utrzymywana przez lata Listy 1947–1969, opracowana przez
R. Habielskiego i P. Kądzielę, wydana została w Warszawie w 2017 roku.
Kazimierz Wierzyński (1894–1969), poeta, prozaik i eseista, był zaprzyjaźniony
z Wittlinem. Znali się jeszcze przed II wojną światową w Warszawie. Po przedwczesnej śmierci Wierzyńskiego upamiętnił go wspomnieniem Epitafium.
Tyle przypisy w Przedmowie do Orfeusza…
W tejże bardzo ciekawej Przedmowie, którą bezwzględnie warto tu przywołać,Wittlin mówi: „Orfeusz w piekle XX wieku może uchodzić za autobiografię. Od innych różni się tym, że jest autobiografią n i e z a m i e r z o n ą i n i e k o m p o n o w a n ą. Złożyły się na nią niepowiązane ze sobą epizody życia autora oraz okruchy myśli, chwytanych w ciągu czterdziestu lat na gorącym, czasem aż spalającym na popiół uczynku. Niektóre z tych lat mnie samemu już zalatują egzotyką… Wszystkie teksty zostały tu powtórzone w ich pierwotnym kształcie, przez co, jak sądzę, zachowała się aura czasów minionych, ich smak lub niesmak.
A może najwłaściwszym określeniem tej książki będzie: autoportret?
Autoportrety były zawsze wielką ambicją malarzy i rzeźbiarzy. Starają się oni pokazać w nich nie tylko kwintesencję wiedzy o samym sobie, ale poprzez własną postać i oblicze orzec, co wart jest świat, w którym im żyć wypadło (…).
I dalej: Jeśli więc Orfeusz w piekle XX wieku jest autoportretem, to niech mi wolno będzie sądzić, że jest pozbawiony obciążeń przyrodzonych temu rodzajowi twórczości. Stał się autoportretem mimo woli. I dopiero po czterdziestu latach. Był malowany na raty, kawałkami, bez jednolitego planu i bez lustra. (…) Osobliwością tego »autoportretu« jest to właśnie, że ukazuje kolejne zmiany na twarzy portretowanego. Ale i ten proces nie był zamierzony. A może powinno się mówić nie o jednej twarzy, ale o wielu twarzach?
Nazwawszy tę książkę autoportretem, winniśmy rzec, z jakiej racji prezentujemy publiczności naszą twarz. Przede wszystkim z powodu tła… Tłem są tu arkadyjskie rzekomo czasy sprzed pierwszej światówki, potem lata wojenne 1914–1918–1920, a następnie dwudziestolecie interbellum, potem druga światówka, uchodźcze wędrówki, no i trwałe do znudzenia trwałe, a tak patetycznie zwane – wygnanie”.
Wittlin określał się jako frankofil. Tom pierwszy zawiera rozdział Z walizy francuskiej (1929–1932). Duża część poświęcona jest Paryżowi: Ludzie w Paryżu, Zwierzęta w Paryżu, Sekwana w Paryżu. Ktoś, kto kocha Paryż całkowicie się z autorem identyfikuje. A przecież był to Paryż opisany wiele, wiele lat wcześniej.
Opowieść z wycieczki do Chartres jest piękna:
„Pociąg, pijany wolnością, w zręcznych lansadach mija zgrabnie zameczki, piękne parki i stawy, mija Rambouillet … i zatrzymuje się w Chartres: Ledwo stanąłem na wzgórzu katedralnym, zdałem sobie sprawę, iż nie ma mowy o tym, iżbym mógł opisać potęgę i nieludzką piękność tej świątyni. Można ją chyba przerysować ołówkiem lub kredką. Zdaje mi się, że w żadnym języku nie ma słów, które zdołałyby choć w części oddać zarysy tej wielkości, elewacji tych łuków, sklepień, wiązań i kontrefortów, muzykę naw i transept, magiczną grę rozet i witraży”.
A jednak chyba się udało. Eustachy Kossakowski przez rok, prawie codziennie fotografował katedrę w Chartres. Do Chartres lubił pojechać. I tam sobie posiedzieć, jak mówił. „Mnie chodziło o światło i sprawę czasu. I fotografowałem bardzo systematycznie, w trzytygodniowych odstępach czasu. Spędzałem cały dzień od wschodu do zachodu słońca. Systematycznie fotografowałem zjawiska świetlne…
Jak już było skończone kompletnie leżała kupa zdjęć”.
Odstąpił od fotografii czarno-białej na rzecz kolorowej. Zdjęcia wyszły w książce pt. Lumieres de Chartres (Światła Chartres). Dzisiaj nie można jej zdobyć. „Jest uznana za najpiękniejszą książkę francuską. (…) sprawiła, że Eustachy Kossakowski wszedł do historii francuskiej fotografiiˮ.
Józef Wittlin. „Orfeusz w piekle XX wiekuˮ w POLONIE
