Polona/Blog http://blog.polona.pl Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Wed, 11 Jul 2018 08:09:46 +0000 pl hourly 1 WP-MTV Gra w praszczura http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Wed, 11 Jul 2018 08:09:46 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Celina z Treterów Dominikowska (ur. po 1830, zm. 1908) nie jest postacią szczególnie znaną. I nigdy nią nie była. Jednak ta żwawa galicyjska panienka (a po kilkudziesięciu latach żwawa galicyjska staruszka) zostawiła po sobie ujmujące dzieła: pamiętnikarskie, literackie, muzyczne oraz liczne rysunki i akwarele. Bądźmy szczerzy: Treterówna nie miała wielkiego talentu – ot, potrafiła może nieco więcej niż każda panna z dobrego domu. Była za to wnikliwą, energiczną i niepozbawioną dowcipu obserwatorką, dzięki czemu zostawiła nam znakomite źródła odzwierciedlające codzienne życie i mentalność ludzi XIX wieku.

Autoportret Treterówny z czasów młodości.

Do świata młodej Treterówny wejść łatwo – wystarczy sięgnąć po jej tworzony z figlarnym dystansem rysunkowy pamiętnik Życie młodej dziewczyny, w którym pod rokiem 1846 koteczki Szczebiotka i Bianka podpisano „mes premiers amours!” („moje pierwsze miłości!), czy po inny sztambuch, w którym znajdziemy powklejane święte obrazki, humorystyczne grafiki, akademickie wprawki i skrupulatnie podpisywane landszafty.

Kotki Szczebiotka i Bianka z pamiętnika Treterówny, 1846.

Ustatkowawszy się w małżeństwie, już jako Dominikowska, nadal rysowała i malowała scenki wzięte z życia, zwykle je opisując, choćby enigmatycznym „Help your self”. Z wiekiem zaś jej warsztat znacznie się poprawiał i taki portret Przybyszewskiego sygnowany zamaszystym „Celina’899”  (autorka była już pod siedemdziesiątkę!) jest już dziełkiem naprawdę niezłym.

Celina Dominikowska, Portret Stanisława Przybyszewskiego, 1899.

Choć Dominikowska osiadła na prowincji, nie miała najwyraźniej kompleksów – z „Gazety Lwowskiej” z 14 lutego 1866 roku dowiadujemy się, że jej witraż jedzie na Wystawę Światową do Paryża wraz z obrazami Tepy i likierami Baczewskiego. Choć witraż raczej nie był arcydziełem i bliżej mu było do gazetki szkolnej niż Sainte-Chapelle, to katalog L’Exposition universelle de 1867 illustrée umieścił jego podobiznę oraz objaśnienie nieco naciąganej mesjanistycznej kompozycji. Mignięcie na Expo pozwoliło Dominikowskiej doczekać się krótkiej wzmianki w „Tygodniku Mód”, który przedstawił ją raczej jako lokalną ciekawostkę i coś na kształt ludowej artystki. Sama Celina poświęciła się zaś pracy – zarówno literackiej i plastycznej, jak i na gospodarstwie, gromadzeniu pamiątek historycznych, komponowaniu laurek, prowadzeniu korespondencji i pamiętników. Czasem napotkać możemy ją w prasie – np. z „Gazety Narodowej” z 1873 roku dowiadujemy się, że ma na sumieniu psa pani Białobrzeskiej, który pokąsał jej syna – ale rozgłosu z czasów Wystawy Światowej już nie powtórzyła.

Witraż Dominikowskiej w katalogu Expo 1867.

Wśród rysunków i akwarel Dominikowskiej znajdujemy jeden wyjątkowy obiekt: to plansza do gry, przechowywana obecnie w dwóch częściach w zbiorach ikonograficznych Biblioteki Narodowej (R.12826/II i R.12827/II). Plansza podzielona jest na 64 pola zdobione akwarelami. Od razu można rozpoznać na nich postacie historyczne (Sobieski, Kościuszko), heraldykę, miejsca (np. Kolumna Zygmunta i Wawel), sceny z legend (smok wawelski, gniazdo białych orłów). Całość jednak, pełna alegorycznych kompozycji i symboli oraz pozbawiona jakiejkolwiek instrukcji, pozostaje enigmatyczna. Po układzie pól możemy się spodziewać, że plansza Dominikowskiej służyła do gry opartej na dziejach Polski, choć skonstruowanej podobnie do hazardowej gry w gąskę.

Plansza Dominikowskiej po scaleniu.

Na szczęście instrukcję znamy skądinąd. Plansza nie jest bowiem oryginalnym dziełem Celiny, tylko kopią gry Klementyny Hoffmanowej (1798-1845) wydanej po raz pierwszy ok. 1830 roku (co potwierdza reklama z „Dziennika dla Dzieci”) jako Assarmot – zabawa historyczna ułożona dla dzieci przez autorkę „Pamiątki po dobrej matce”. Gra ta musiała być niezwykle popularna, skoro wznawiano ją przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku, w Polonie można znaleźć egzemplarze wydane długo po śmierci Hoffmanowej, z 1850, 1852 i z 1861 – najpóźniejsze, ale i najważniejsze, bo z zachowaną oryginalną planszą.

Plansza do Assarmota, Wilno 1861.

Od razu widać podobieństwo między Assarmotem a planszą Dominikowskiej, a na jaw wychodzą artystyczne niedociągnięcia tej ostatniej. Z instrukcji dowiadujemy się nie tylko, jak grać (nie jest to bardziej skomplikowane od gier typu „Magia i miecz”), ale zostajemy też wprowadzeni do wizji dziejów Polski, jaką Hoffmanowa starała się wtłoczyć młodym graczom. I to jest chyba najciekawsze w Assarmocie, u Hoffmanowej bowiem spotkała się dość anachroniczna (nawet z perspektywy owych czasów) wiedza historyczna, brak krytycznej refleksji, konieczność liczenia się z cenzurą, specyficzny dla niej guwernerski dydaktyzm i wreszcie spora doza lizusostwa wobec cara. Pola planszy rozpoczynają się od legendarnych postaci (Krak, Wanda, Popiel, Piast), a kończą na czasach autorce współczesnych – grę zamyka książę Józef Poniatowski i car Aleksander zakamuflowany pod przykrywką Kongresówki.

Co ciekawe, gra ukazuje się pierwszy raz tuż przed wybuchem powstania listopadowego, a wydania Assarmota z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (w tym również krakowskie, którym nie groziła zbytnia cenzura) nadal kończą się pochwałą Aleksandra i nie wspominają o wydarzeniach późniejszych.

Dominikowska, choć z pewnością była indoktrynowana w młodości Pamiątką po dobrej matce, nie ulega Hoffmanowej i na ostatnim polu przedstawia zadumanego rannego żołnierza, ułańską lancę i kosę na sztorc oparte o ruiny, wreszcie białego orła na sztandarze i anioła wskazującego otoczony gwiazdami napis „kiedyś”. Ta scenka, choć naiwna, jest zdecydowanie odważniejsza od finału Assarmota, gdzie po prostu widzimy mapę Królestwa.

Skąd jednak nazwa samej gry i postać patriarchalnego starca z kosturem tak u Hoffmanowej, jak u Dominikowskiej. Prawidła gry objaśniają ją następująco:

Tu wkraczamy na grząski teren historiograficznych fantazji, których wiekowy mechanizm jest dziś częściowo odpowiedzialny za wielkolechickie brednie. Assarmot, poprzez Sema potomek Noego (z poszerzonej genealogii biblijnej Księgi Rodzaju), jako praszczur Sarmatów i Polaków został wprowadzony przez Stanisława Sarnickiego w Annales… (1587) oraz wcześniejszej Annalium synopsis (1582), gdzie na karcie tytułowe figuruje nawet nonszalancko jako „conditor Sarmaticorum populorum”.

Stanisław Sarnicki, Annalium Polonicorum Qui in Lucem Propediem Aedentur Brevissima Synopsis, Cracoviae : typis Mathiae Wirzbietae 1582.

Pomysł z Assarmotem i semickim pochodzeniem Sarmatów nie był w smak Marcinowi Bielskiemu, który (choć może być to również wtręt jego syna Joachima) w wydanej pośmiertnie Kronice polskiej (1597) argumentuje za pochodzeniem Polaków od drugiego z synów Noego, Jafeta, i rozprawia się uczenie z propozycją Sarnickiego:

Kronika polska, W Krakowie : W Drukarni Jakuba Sibeneychera, 1597

Wybaczmy od razu szesnastowiecznym historykom tak pokrętne przypisywanie pochodzenia ludów, jest ono bowiem efektem nadmiernej erudycji – wszak już Wergiliusz dodawał Rzymianom trojańskie korzenie, co w średniowieczu podchwycili w swej założycielskiej legendzie Francuzi. Z kolei przypisywanie sobie starotestamentalnych rodowodów było utrwaloną praktyką zaskakująco długo i jeszcze dla Mickiewicza są one żywym symbolem szlacheckiego intelektualnego zapyzienia.

Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie : historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, Paryż 1834.

Mit Assarmota na dobre został podkopany przez krytyczną szkołę historyczną przełomu XVIII i XIX wieku. Łukasz Gołębiowski pisze, że Sarnicki historię tworzy z „wywodów etymologicznych częstokroć śmiesznych i nakręconego autorów starożytnych wykładu”, a kilkadziesiąt lat później Lesław Łukaszewicz podsumowuje: „opowiadania Sarnickiego […] za marzenia uważać należy”.

Assarmot z planszy do Assarmota, Wilno 1861.

Wysiłki historyków chcących pogrzebać Assarmota zostały jednak zniweczone w początku XIX wieku przez prorosyjskie działania Czartoryskich. Dla realizacji tzw. planu puławskiego, czyli inicjatywy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z 1805 roku, by utworzyć skromne państwo polskie pod carskim berłem, ten potomek Sema był idealną symboliczną figurą. Związany z Czartoryskimi kanonik Jan Paweł Woronicz na fali książęcych planów ułożył wierszydło zatytułowane Assarmot, syn Jektana, praprawnuk Sema, praszczur Noego, narodów sarmackich patriarcha, przyszłym pokoleniom w duchu wieszczym błogosławi, w którym w niesmacznych strofach plótł proto-panslawistyczne wizje braterstwa potomków Assarmota. Plan puławski jednak się nie powiódł, przyszedł czas Napoleona i Księstwa Warszawskiego, niefortunny dla Czartoryskiego i łaskawszy dla oportunisty Woronicza. Po klęsce cesarza szczęście uśmiechnęło się jednak do obydwu. W Królestwie Polskim Czartoryski wrócił do polityki, a Woronicz z rosyjskiej łaski został kolejno: biskupem, arcybiskupem, a w końcu prymasem, który dostąpił zaszczytu podania polskiej korony carowi Mikołajowi. Obu piewców Assarmota dobrze podsumowuje wygłoszona przez Czartoryskiego pośmiertna Pochwała Jana Pawła Woronicza (notabene przedrukowująca Assarmota, syna Jektana…) z 1830 roku. W niej prymas-wierszokleta zostaje nazwany z Macphersonowska „bardem”, a nawet „wieszczem” i „prorokiem”, Romanowowie stają się zaś „wielkomyślnymi i wielkodusznymi ojcami i opiekunami narodu”…

Adam Jerzy Czartoryski, Pochwała Jana Pawła Woronicza, czytana na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk dnia 30 kwietnia 1830 r., Puławy 1830.

Ten intelektualny klimat Kongresówki oznaczał coming-back Assarmota. Nikczemne rymy Woronicza zaczęły pojawiać się na łamach prasy i prawdopodobnie właśnie dzięki nim Hoffmanowa (która dość dobrze znała się z biskupem) poznała legendę praszczura Sarmatów. Wyjaśnia to też nieco zaskakujący z dzisiejszej perspektywy finał gry z carem jako „wskrzesicielem Polaków”.

Dalsze losy gry są zaskakujące, była bowiem wciąż wydawana przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Świadczy o tym nie tylko kopia Dominikowskiej i zachowane egzemplarze gry Hoffmanowej, ale także reklamy i wzmianki w prasie, choć w 1862 roku pisano, że jest „mniej upowszechniona” wśród dzieci niż mniej wymagająca, a bardziej hazardowa gra w loteryjkę. Jednocześnie zanika pierwotny kontekst i wymowa Assarmota… Woronicza: odnajdujemy go na przykład w śpiewniczku powstańców styczniowych obok piosenki „polskich bandytów” (sic!), którzy chętnie „palnęliby” do cara porównanego do zwierzyny łownej.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku pojawiły się już głosy, że z punktu widzenia pedagogiki gra Hoffmanowej jest przestarzała i „opiera się na pierwiastku dogmatycznym” (czemu trudno zaprzeczyć). Wkrótce okazało się jednak, że jej mechanika jest na tyle sprawdzona, by merytorycznie zaktualizowana znów mogła wrócić do obiegu. W grudniu 1903 roku w „Małym Światku” pojawia się przedświąteczna reklama Piasta.

„Dziś już wiemy, że Polacy nie pochodzą od bajecznego Assarmotu” napisano dzieciom explicite dopiero w XX wieku, choć historycy sto lat wcześniej starali się skruszyć tego niefortunnego prototurbosłowiańskiego bałwana. Udało się to z trudem i dzięki wsparciu znakomitych szyderców – pod koniec stulecia dziewiętnastego Assarmot pojawiał się już w mało poważnym kontekście, choćby w błyskotliwej humoresce Jana Lama Syn Sławy, w której satyryk, posługując się archaicznymi i anachronicznymi zarazem protoplastami narodów, obśmiewa nie tylko dawne etnogenezy, ale też ówczesnych archeologów i entuzjastów indoeuropeistyki.

Plansza do Piasta, Lwów 1904.

Piast (dostępny w wydaniach z 1904 i 1909 roku) to Assarmot po gruntownym liftingu. W centrum planszy widnieje mapa Rzeczpospolitej u szczytu potęgi. Nie ma słowa o dobrym carze, jest za to o prześladowaniach pod zaborem rosyjskim i pruskim (gra wydana jest w końcu we Lwowie!). Pojawiają się: powstanie listopadowe i styczniowe, trzeci rozbiór, legiony, kongres wiedeński czy Targowica, którą reprezentuje skopiowana Puszcza z Lituanii Grottgera. Pozostałe pola oraz ich opisy zostały zaktualizowane zgodnie z ówczesnym stanem nauk historycznych, a wiele z nich brzmi niepokojąco podobnie do tekstów z całkiem współczesnych podręczników. Tym samym mnemotechniczna zabawa Hoffmanowej pozwalająca utrwalić burzliwe dzieje Polski aż do szczęśliwego objęcia tronu przez cara Aleksandra stała się zupełnie nowym narzędziem, zdecydowanie przydatnym w latach poprzedzających Wielką Wojnę i rok 1918.

Końcowe pola planszy do Piasta.

80 lat jednej gry planszowej i jej przemian, od Assarmota Hoffmanowej serwującej dziatwie sinusoidalną wizję polskich dziejów zakończonych szczęśliwie w ramionach batiuszki Aleksandra, przez nonkonformistyczną kopię Celiny Dominikowskiej, aż po powstającego w zupełnie innych okolicznościach Piasta, pokazują nie tylko zmienne, lepsze, gorsze i bardzo złe oblicza tzw. „edukacji historycznej”, ale dowodzą również dużej skuteczności i trwałości dydaktycznych metod opartych na choćby prostej rozrywce. Zabawa historyczna z 1830 roku, choć łatwo ją z dzisiejszej perspektywy skrytykować pod względem ideologicznym i merytorycznym, była niewątpliwie przełomem w ówczesnej surowej pedagogice i dała początek zupełnie nowemu gatunkowi edukacyjnych rozrywek.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Dyscyplina i biologia. Władza nad populacją w dokumentach życia społecznego 1914–1918 http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Fri, 29 Jun 2018 08:47:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Zbiór dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 pozwala poznawać historię dziejącą się pomiędzy dobrze opisanymi obszarami, takimi jak biografie głównych aktorów polskiej niepodległości czy dzieje polskiego czynu zbrojnego i dyplomacji. Główną bohaterką dokumentów jest bowiem codzienność na terenach objętych wojną. Dokumenty to jednak nie tylko bierne świadectwa zdarzeń. Wiele z nich stanowiło narzędzie do zarządzania działalnością, zdrowiem i własnością ludności cywilnej.

Pozornie zbyt przyziemne, czasem komiczne w swojej urzędowej powadze i dbałości o szczegóły, dokumenty życia społecznego z tego okresu zasługują na rzetelną interpretację. Ich historyczną wartość określa bowiem związek zbioru z procesami społecznymi, których trwanie wykracza daleko poza ramy czasowe pierwszej wojny światowej. Mowa tu przede wszystkim o powstawaniu nowoczesnych sposobów rządzenia państwem i organizowania życia populacji.

Opisanie tej części dokumentów wymaga narzędzi, które uwzględnią jednocześnie wojenne doświadczenie jednostek, jak i całych populacji dotkniętych konfliktem. Potrzeba też pojęć, które wyjaśnią, dlaczego dokumenty ukazują rzeczywistość niebezpieczną, ale na swój sposób uporządkowaną. Wymagania te spełnia koncepcja dwóch biegunów nowoczesnej władzy, którą Michel Foucault zarysował w Historii seksualności, a także w swoich wykładach w Collège de France. Pierwszy z biegunów to dostrzegalna w wieku XVII władza dyscyplinarna, kontrolująca konkretne ciała, wzmagająca ich gospodarczą wydajność i wymuszająca posłuszeństwo. Drugi biegun, formujący się w zachodniej Europie od połowy XVIII wieku, to władza nad populacją jako biologiczną całością – biowładza. Jej przedmiotem są rozmnażanie, zdrowie publiczne, migracje czy jakość życia, a dyscyplinują ją szkoła, armia i więzienie. Medycyna, higiena i demografia pozwalają badać i regulować życie populacji. Skuteczna władza panuje nad życiem w jego jednostkowych i zbiorowych przejawach zarówno za pomocą groźby przemocy, jak i za pośrednictwem upowszechnianej wiedzy. Co ważne, oba bieguny władzy spaja nowoczesna, ekonomiczna racjonalność, którą posługują się rządzący, ale też rządzeni. U jej podstaw leży rozpatrywanie procesów życia w kategoriach zysku, podtrzymania i pomnożenia produktywności.

Dokumenty życia społecznego z lat 1914–1918 pozwalają spojrzeć na nowoczesną władzę, a zatem także na polską niepodległość, w momencie dla niej kryzysowym, w czasie wojennego konfliktu. Do Europy wraca wówczas powszechne niebezpieczeństwo śmierci zagrażające przeżyciu pojedynczych ciał, rozwojowi całych populacji oraz stabilności poszczególnych państw.

Warszawa, 28 maja 1917

Były już i rozruchy głodowe i strajk wyższych uczelni. Ostatnio zamknęli gaz, ale końca jak nie widać, tak nie widać. […] I czasem tak mi przeraźliwie żal mojej traconej energii, mojej siły woli, która mogłaby tworzyć, rządzić, podnosić, zabiegać, a musi tylko wytrzymywać.

z pamiętnika Janiny Gajewskiej

W czasie pierwszej wojny światowej pełzająca linia walk stanowiła ruchomą granicę państw eksploatujących zajęte obszary. Od umiejętnego wykorzystania własnych zasobów za linią działań wojennych oraz doprowadzenia wroga do stanu wyczerpania zależała przewaga na froncie. Niemcy i Austriacy kontrolujący nie tylko tereny, które zajęli w wyniku zaborów, ale też ziemie polskie należące przed Wielką Wojną do Imperium Rosyjskiego, stanęli przed problemem skutecznego zarządzania populacją. Po pierwsze, starali się jak najpełniej zaangażować ludność w wysiłek wojenny. Po drugie, próbowali nie doprowadzić do jej zupełnego wycieńczenia i niesubordynacji. Po trzecie, zamierzali skłonić mieszkańców okupowanych terenów, by uwewnętrznili cele administracji.

31301826, Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ziemie polskie stały się zapleczem wielkich armii. Na wsi rekwirowano konie, bydło i zboże, zaś za uchybienia w dostawach groziła grzywna. Tym niemniej, warunki życia na prowincji były lepsze niż w miastach. W Warszawie kartki na żywność pojawiły się jesienią 1915 roku. Dzienna racja dla jednej osoby wynosiła jedynie około 1000 kalorii, a kupujący żywność na czarnym rynku musieli liczyć się z bezwzględną spekulacją cenami.

Warszawa, 28 maja 1917

Nie wiem, czy ten stan rzeczy, jaki teraz trwa, to już się nazywa głód, czy jeszcze nie. Te wiorstowe ogony przy węglu, kartoflach, chlebie, cukrze i komitetowym mięsie, ci ludzie wychudli, zszarzali, bez butów, wystając często od godziny czwartej rano! […] Wydajemy całą moc pieniędzy, a wcale nie jesteśmy najedzeni.

Ceny węgla i drewna na opał gwałtownie wzrosły. Brakowało butów i ciepłej odzieży. Ograniczono dostawy gazu i reglamentowano świece. Rondle i samowary, a nawet żelazne klamki rekwirowano na potrzeby wojennej gospodarki. W wyniku zniszczenia lub ewakuacji zakładów przemysłowych doszło do jednoczesnego wzrostu cen i pojawienia się licznej grupy bezrobotnych. Tymczasem w głąb okupowanego terytorium zmierzała ludność uciekająca z terenów objętych walkami.

38746221 W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!.

W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!

W warunkach przedłużającego się niedoboru administracje niemiecka i austro-węgierska podjęły działania, które miały łagodzić niepokoje poprzez ochronę i kontrolę podległej populacji. Państwowa służba sanitarna rozpoczęła masowe szczepienia przeciwko ospie. Z kolei walka z tyfusem przenoszonym przez wszy czy czerwonką i cholerą obecnymi w zanieczyszczonej wodzie wymagała nie tylko wyeliminowania siedlisk choroby, ale też przekonania ludności do dbania o higienę.

44715248 Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Żeby móc podróżować koleją, pasażer miał obowiązek okazać pozwolenie na kupno biletu oraz świadectwo płatnego odwszawienia. Koszty podróży, rzadkie kursy i uciążliwe formalności skutecznie zniechęcały do przemieszczania się po okupowanych terenach.

38746065, Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Z czasem mieszkańcy ziem polskich zyskali prawo do tworzenia miejskich i gminnych samorządów. To znamienne, że zarządzanie populacją wymagało udziału jej reprezentantów i zostało uznane za poszerzenie praw politycznych. Według najwyższych przedstawicieli władz okupacyjnych decyzja ta miała nowoczesny, cywilizujący charakter.

25 grudnia 1915
Główna rzecz, aby się nie dać i wśród najgorszych okoliczności zachować swoją wesołą duszę, dopóki można. My też się nie dajemy. Może to egoizm, ale martwi się nic nie pomoże, a społeczeństwo po wojnie będzie potrzebowało jednostek silnych, a nie rozklekotanych.

Sprawne zarządzanie ludnością nosiło wprawdzie znamię okupacyjnej przemocy, ale stanowiło jeden z warunków odzyskania i utrzymania niepodległości. Wśród dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 znajduje się dyplom ukończenia „Kursu jednorocznego odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich”, prowadzonego przez polską Radę Główną Opiekuńczą.

32431606 Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Od absolwenta kursu wymagano znajomości materiałów i technik budowlanych oraz podstaw ekonomii i historii polskiej architektury. Dokument ilustruje dwuznaczny charakter każdej nowoczesnej administracji, która oddziałuje nie poprzez przymus, ale poprzez umiejętności, wiedzę i uwewnętrznione wartości.

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Do bezrobotnych! [Inc.:] Olbrzymie rzesze robotników płyną do kraju ze wschodu i zachodu. Wracają zdemobilizowani żołnierze, jeńcy, wygnańcy, wracają z ka- torg pruskich robotnicy, których gwałt lub głód wypędziły do Niemiec […], 1918, 1918

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

„Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Historia początków polskiej niepodległości to jednocześnie historia codziennego wysiłku jednostek i dzieje nowego państwa z wyczerpaną populacją. W wyniku masowych przesiedleń w głąb Imperium Rosyjskiego, działań wojennych, głodu i chorób ziemie polskie zasiedlało około czterech milionów mieszkańców mniej niż przed wojną. Znaczna część doświadczyła niedoboru, przemocy i niepewności. Dlatego niestabilność cechująca II Rzeczpospolitą ma swój początek także w zbiorowym doświadczeniu wojny „na własnym ciele”.

Przejdź do całej kolekcji Dyscyplina i biologia »

]]>
Gąska – gra włoska ucieszna http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Fri, 18 May 2018 10:22:01 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Nieco z historii i zasady rozgrywki: średniopolskie dla zaawansowanych, przełożone dla początkujących.

Ucieszna, czyli taka, która sprawia przyjemność. Choć najstarszy drukowany w języku polskim egzemplarz tej gry planszowej pochodzi z 1721 roku, to wymyślono ją nieco wcześniej, jeszcze w XVI stuleciu. Uznaje się bowiem, że il gioco dell’oca – gra w gęś – powstała na florenckim dworze Medyceuszy. Międzynarodowa kariera gąski miała rozpocząć się, gdy jedną kopię przekazał hiszpańskiemu królowi Filipowi II jego agent artystyczny działający w latach osiemdziesiątych XVI wieku w Italii, Gonzalo de Liaño (znany także jako Gonzalillo). W  traktacie Il gioco degli scacchi (1617) – poświęconym grze w szachy – Pietro Carrera wspomina o grze w gęś jako darze od Franciszka Medyceusza dla hiszpańskiego monarchy.

Nie wiemy, kiedy dokładnie gęś zawędrowała do Rzeczypospolitej. Gdy Gonzazlilo przesyłał ją do Madrytu, polski arcypoeta Jan Kochanowski zachwalał grę bardziej skomplikowaną i o dłuższej tradycji: szachy. To rodzaj wojny, powiadał, którą można prowadzić „czysto i bez guzów”. „K temu wyjeżdżać nie potrzeba w pole, wszytka się sprawa ogląda na stole”. O gąsce wspominał na początku XVII stulecia inny poeta, Hieronim Morsztyn. W poemacie „Światowa rozkosz” panna Krotochwila wymienia kilka gier, które przedstawia jako nowinki zajmujące „białą płeć”. Obok gąski znalazła się tam na przykład gra w zielone.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Konstrukcja gry w gąskę jest bardzo prosta: 63 pola układają się w kształt ślimaka wokół planszy, a gracze przesuwają pionki, rzucając dwoma kośćmi. Jak pokazują zasady przetranskrybowane poniżej, na planszy znajduje się szereg pól o specjalnych właściwościach, z których część pomaga graczowi, część zaś utrudnia rozgrywkę.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Mistyka i pieniądze

Wiadomo, że późniejsze gąski przybierały różne bardziej refleksyjne szaty, a poszczególnym specjalnym polom nadawano dodatkowe znaczenia mistyczne, filozoficzne, religijne czy historyczne, które gracze mogli kontemplować i omawiać podczas zabawy. Jakie przesłanie kryła pierwotna wersja gry, do której gąska wydrukowana w Krakowie jest najbardziej podobna?

Niektórzy przypuszczają, że znaczącą wskazówką jest liczba pól: 63. Wiązałaby ona rozgrywkę z latami klimakterycznymi. Ta astrologiczna miara czasu wskazuje na odstępy pomiędzy kluczowymi zmianami zachodzącymi w życiu człowieka w cyklach liczonych co 7 lub 9 lat. Iloczyn tych liczb wyznaczał według niektórych astrologów wiek, który był szczególnie doniosły i trudny, a jego przetrwanie mogło, jak odnotował na przykład Jan Mączyński, zapewnić później długie i spokojne życie. Gracza w gąskę, który za pierwszym razem wyrzuci na dwóch kościach liczbę oczek równą 9 (ale nie cztery i pięć – zob. zasadę nr 2), czeka niemała niespodzianka.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Gąska jako gra losowa oparta o rzuty kośćmi mogła stać się dla nowożytnych graczy intrygującą metaforą ludzkiego życia, nie tylko dworską rozrywką do zabicia czasu. Ptak patronujący grze pojawia się zresztą okazjonalnie także w innych drukach astrologicznych. Nie gąskę, a gąsiorka znajdziemy na przykład w Fortunie abo szczęściu z 1649 roku, zestawie plansz służących wróżbom:

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Nie tylko jednak astrologia jest tu ważnym kontekstem – gąska była także grą hazardową. Już Gonzalilo, wzmiankowany agent Filipa II, miał pisać w liście do Franciszka Medyceusza, że „diabelska” gra w gąskę wpędziła go w niemałe długi. Nie wiadomo, ile osób straciło majątki w wyniku tej pozornie niewinnej rozrywki w Rzeczypospolitej, ale gąska z 1721 roku dopuszcza grę na pieniądze (zob. zasady nr 1 i 10), a haracz powinien zostać opłacony za stawanie na polach z mostem i labiryntem (zob. zasady nr 4 i 7). Jędrzej Kitowicz podaje opisy licznych „gier szulerskich” popularnych w czasach niedługo po wydaniu rodzimej gęsi. Wprawdzie tej gry tam nie znajdziemy, zwraca jednak uwagę, że wiele z tych opisanych oparto, podobnie jak gąskę, o kości.

Terminologia

Język, którym spisano zasady gry w środkowym polu planszy, na pierwszy rzut oka nie wydaje się bardzo różny od współczesnego, może tylko nieco archaiczny. Gracze pomykają po planszy znakami, czyli pionkami. Kostki lub kości rozciska się, czyli rzuca, a w efekcie można konkretny wynik urzucić.

Nieco bardziej tajemnicze są określenia na liczbę oczek widocznych na wierzchniej stronie kości. Zyz, znany także jako zez, to sześć oczek; dryja – z niemieckiego trzy (trójka jest przeciętnym wynikiem, ale los bywa złośliwy, co język zapamiętał w przysłowiu: Dryja konia wygrała, a chłopa obieszono). Wyrzucając kwater, otrzymamy cztery oczka, a cyntek – pięć.  To ostatnie słowo częściej pojawiało się jako „cynek” i – podobnie jak niemieckie Zink – z czasem zaczęło także oznaczać wzór, w jaki najczęściej układano pięć oczek na kości.

Nie jest jasne, dlaczego akurat dryja i zyz oraz kwater z cyntkiem wybrano na szczególne premie podczas gry. Być może autor rozstrzygnął to arbitralnie, a może posiłkował się znanymi kompendiami numerologicznymi. Na przykład w przewodniku do wróżenia z rzutów kośćmi Seweryna Bączalskiego różne wyniki mogły oznaczać nadchodzące wydarzenia w życiu rzucającego. I tak jeśli ktoś wybierał się w daleką drogę – za taką roboczo uznajmy przesuwanie się po planszy do gry w gąskę – wyrzucając trójkę i szóstkę miał przed sobą raczej szczęśliwą drogę:

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Według Bączalskiego wyrzucenie piątki i czwórki miało zaś być cokolwiek niepokojące:

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Transkrypcja zasad z 1721 roku

  1. Wziąwszy dwie kostki, wprzód rozciskać je trzeba. Kto większą urzuci, ten wprzód ma ro<zci>skać, zatym wymówić sobie, po czemu kto grać będzie chciał. A każdy ma mieć znak swój, którym chodzić ma albo pomykać ma po liczbie.
  1. Kto urzuci zyz i dryja za pierwszym razem, idzie aż na liczbę 26, gdzie kostki są. A kto urzuci także za pierwszym razem kwater z cyntkiem, idzie na liczbę 53, gdzie też kostki są.
  1. Kto przyjdzie na gąskę, nie zastanowi się, ale idzie dalej, rachując znowu to, co urzuci, a gdy napadnie na istną gąskę, toż czynić ma.
  1. Pod liczbą 6 jest most. Tam mostowe zapłaciwszy, iść trzeba aż na liczbę dwanaście.
  1. Kto przyjdzie na 19, gdzie jest karczma, tam sobie odpocząć ma tak długo, aż się wszyscy obejdą po razu ciskaniem kostek.
  1. Kto przyjdzie na l<i>czbę 31, pod którą jest studnia, i tam tak długo być, póki go kto inszy nie wyciągnie, na to miejsce przyszedszy.
  1. Kto wnidz<i>e na liczbę 42, gdzie jest labirent, wspak się wrócić ma aż na 30 i zapłacić za przechadzkę.
  1. Kto zajdzie na 52, wchodzi w więzienie, od którego zapłaciwszy, ma tam tak długo być, aż go kto na to miejsce przyszedłszy, wybawi.
  1. Kto wnidzie na 58, kędy jest śmierć, powinien się nazad wrócić na to miejsce, skąd poczynają, a gdy nań przyjdzie kolej, znowu ciskać i ruszyć się ma.
  1. Kto kogo z miejsca zruci, wraca się na to miejsce, na którym ten, który go zrucił, stał. I zapłacić powinien, jeśli to sobie gracze wymówią.
  1. Kto przyjdzie na liczbę 63, ma się wrócić nazad, licząc to, co przedtym ucisnął, po<w>inien powtórzyć liczbę.
  1. Kto właśnie najpierwej przyjdzie na 63, bierze pieniądze. Tak się kończy gra: potym ten, który pierwej zaczynał, ciskać znowu poczyna.

 

Współczesna parafraza reguł gry

  1. Każdy z graczy rzuca dwoma kośćmi. Kto wyrzuci większą liczbę oczek, zaczyna grę. Trzeba także ustalić, co będzie stawką w grze. Każdy z graczy wybiera sobie pionek, za pomocą którego będzie przemieszczać się po planszy.
  2. Kto za pierwszym razem wyrzuci szóstkę i trójkę, przesuwa pionek na pole z numerem 26, na którym znajdują się kostki. Kto także za pierwszym razem wyrzuci czwórkę i piątkę, przesuwa pionek na pole z numerem 53, gdzie również znajdują się kostki.
  1. Kto stanie na polu z gąską, bez wahania powinien przesunąć pionek o tyle pól, ile wyrzucił oczek. Jeśli znowu stanie na polu z gąską – robi to ponownie.
  1. Na polu z numerem 6 znajduje się most. Gdy gracz na nim stanie, musi zapłacić za przejście i przesuwa pionek na pole 12.
  1. Gdy gracz stanie na polu 19, gdzie znajduje się karczma, ma w niej odpocząć całą kolejkę, aż wszyscy pozostali gracze rzucą kośćmi.
  1. Gdy gracz stanie na polu 31, na którym znajduje się studnia, ma pozostać na nim tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie wyciągnie go ze studni.
  1. Gdy gracz trafi na pole 42, gdzie znajduje się labirynt, musi cofnąć się na pole 30 i zapłacić za tę przechadzkę.
  1. Gdy gracz stanie na polu 52, trafia do więzienia, w którym musi zapłacić karę i pozostać tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie uratuje go stamtąd.
  1. Gdy gracz stanie na polu 58, gdzie znajduje się śmierć, powinien cofnąć się na pierwsze pole, od którego zaczyna się gra, a w następnej kolejce znowu rzucać kośćmi i ruszać się według liczby wyrzuconych oczek.
  1. Jeśli jeden gracz strąci drugiego z jego miejsca, to strącony musi wrócić na to miejsce, z którego przyszedł ten, który go zrzucił. Musi także zapłacić tyle, na ile umówią się gracze.
  1. Żeby gracz stanął na polu 63, musi wyrzucić dokładnie tyle oczek, ile pól dzieli go od ostatniego pola. Jeśli wyrzuci więcej, musi cofnąć się o tyle pól, ile wynosi naddatek.
  1. Kto pierwszy stanie na polu 63, wygrywa umówioną stawkę pieniędzy. Tak kończy się gra, a w następnych rozgrywkach ten, kto zaczynał pierwszy, znowu rzuca kośćmi.

 

Właściwie dlaczego gęś?

Nie jest jasne, dlaczego właśnie ten ptak posłużył za główną figurę dla całej gry. Być może to pionki przesuwane po planszy przypominają maszerujące w rządku gąski, idącego gęsiego? Oskar Kolberg opisywał ludową zabawę również określaną jako „gąska”, której istotą było ustawienie się graczy w równy szereg.

Rozmaite gry często wyobrażano sobie jako naśladowanie rzeczywistości. W przekładanym z francuskiego osiemnastowiecznym podręczniku do gier karcianych kwestię tę tłumaczono w ten sposób:

André Contant d'Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

André Contant d’Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

Jaki obraz życia można było wystawić za pomocą gry w gęś?

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Prezent od Juliusza Słowackiego http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Fri, 11 May 2018 07:40:04 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Odkryty przed kilku laty we francuskim antykwariacie okazał się sensacją. Teraz po licznych zabiegach wreszcie stał się naszą własnością. To niezwykłej urody pamiętnik, w którym znajduje się m.in. rękopis jednego z dwóch wierszy Juliusza Słowackiego pisanych po francusku.

Pozyskanie paryskiego sztambucha wzbogaca spuściznę po Juliuszu Słowackim o dokument oryginalny, bogaty w inne autografy, stanowiący szczególny okaz kultury literackiej okresu romantyzmu, dowód współobecności polskiego poety w paryskim życiu kulturalnym – mówi dr Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej.

Sztambuch, czyli pamiętnik, zakupił Juliusz Słowacki podczas pobytu w Paryżu i podarował go córce drukarza, u którego miał wkrótce wydać swoje debiutanckie tomy poezji. Łącznie z wierszem Słowackiego znajdują się w nim wpisy wybitnych postaci epoki romantycznej, dziś już niestety po części zapomnianych, ale swego czasu wysoko cenionych i odgrywających istotną rolę w paryskim życiu literackim lat 1820–1840.

W 1832 roku podczas pierwszego pobytu w Paryżu nasz wieszcz po otrzymaniu przesyłki pieniężnej od matki udał się do cieszącego się dobrą renomą, cenionego przez polską emigrację wydawnictwa Pinarda, by wydać tam dwa tomy poezji. Właściciel wydawnictwa Joseph-Baptiste II Pinard nie żył już od roku, a wydawnictwem zarządzała najstarsza z trzech córek Anais wraz z narzeczonym. Słowacki pisze o tym w listach do matki w marcu 1832 roku.

Nazajutrz rano poszedłem do drukarza Pinard o druk się układać i tam zastałem bardzo ładną pannę Pinard, której narzeczony zawiaduje drukarnią. […] ułożyłem się o druk i dwa tomy będą mnie kosztowały nie tak wiele, jakem się spodziewał. Potem zostałem z panną Pinard i z tą długo gadaliśmy – biedny narzeczony musi panienki słuchać – musiał ze łzami w oczach na obiad mnie zaprosić. [Sk 98]

Prowadzący drukarnię nie musiał czuć się zazdrosny o swą narzeczoną, bo Juliusz zwrócił uwagę na jej młodszą siostrę Korę. O czym oczywiście nie omieszkał powiadomić matki.

Dziewczyna młoda, ma lat 15-cie i coś hiszpańskiego w twarzy. (…) Po obiedzie zostałem sam z pannami i panna Kora śpiewała mi śliczne romanse.

Znajomość z pannami Pinard, a zwłaszcza Korą, stawała się coraz ściślejsza: wspólne obiady, spacery przy księżycu. Słowacki postanawia też udzielać Korze lekcji polskiego. A 12 sierpnia w liście do matki po raz pierwszy wspomina właśnie o pamiątkowym sztambuchu.

Muszę się przyznać mamie, że darowałem jej prześliczny sztambuch – dziwiłem się, że jej siostry nic w nim nie napisały, i dowiedziałem się, że w Paryżu nie znają sztambuchów, tak jak u nas dla przyjaciół poświęconych – starają się tylko o napisy ludzi sławnych, imię w świecie mających. Nawet rysunki powinny być szkicami przez sławnych malarzów robionymi… (…) Ponieważ u tych panien mam opinię niepospolitego poety, którą winienem kilku bywającym w ich domu Polakom stąd silnie napierały się abym co napisał po polsku w sztambuchu. W kilka dni odniosłem im sztambuch, ale z wierszami francuskimi.

Jedna z pierwszych wzmianek o tym cennym odkryciu pojawiła się w artykule “Odnaleziony autograf francuskiego wiersza Juliusza Słowackiego“, napisanym przez prof. Zbigniewa Przychodniaka wraz z Marią Kalinowską, Emmanuelem Fradois i Jackiem Brzozowskim („Pamiętnik Literacki” 2014). Artykuł powstał w czasie, kiedy pamiętnik nie był jeszcze własnością Biblioteki Narodowej.

Wolumen o wymiarach 206 na 275 mm ma 52 nienumerowane karty. Kunsztowna oprawa wykonana jest z ciemnofioletowego safianu, w którym tłoczone są złocenia przypominające w miniaturze perski dywan z rozetami i motywami roślinnymi. Na 25 kartach znajdują się autografy przedstawicieli paryskiej bohemy, z którymi wiersz Juliusza Słowackiego wydaje się wchodzić w naturalny dialog.

Już pierwszy wpis do sztambucha robi wrażenie. Jest to romanca La Sylphide autorstwa Emile’a Barateau.

Wpis Emile Barateau

Wpis Emile Barateau

Autor po studiach w Paryżu i krótkiej karierze urzędniczej wsławił się tworzeniem niewielkich utworów lirycznych do kompozycji muzycznych, pieśni i piosenek. Inspiracją do La Sylphide była premiera baletu romantycznego z udziałem słynnej tancerki epoki romantyzmu Marii Taglioni. Emile Barateau poślubił Catherine Anais Pinard, starszą siostrę Kory i wraz z małżonką po śmierci teścia zarządzał drukarnią.

W paryskim sztambuchu autograf swego wiersza zamieściła też Melanie Waldor, powieściopisarka, poetka i dramatopisarka, prowadząca w Paryżu salon literacki.

Wpis Melanie Waldor

Wpis Melanie Waldor

Była muzą Aleksandra Dumasa (ojca) i kochanką Camilla Cavoura, premiera niepodległych Włoch. Kolejny wpis to sonet, którego autorem jest Justin Maurice, poeta, który dwa wiersze o mocnej wymowie antycarskiej poświęcił Polsce. Są to Emilie Plater. Elegie oraz Amnistie aux Polonais.

Wicehrabia de Santaren portugalski dyplomata, który schronił się we Francji i oddał literaturze, opisuje swe romantyczne podróże, oczarowany ruinami świątyń ku czci Jowisza.

Zanim dotrzemy do 20 i 21 karty sztambucha, gdzie ręką Juliusza Słowackiego zapisany jest niezwykle starannie wiersz Le Cimetiére Pere-Lachaise, zauważymy barwną anonimową wklejkę. To akwarela na jedwabnym papierze prezentująca krzew róży i motyle.

Akwarela ze sztambucha

Akwarela ze sztambucha

Materiałów ikonograficznych jest oczywiście więcej. Na 26 karcie narysowane węglem są trzy portrety mężczyzn. Ich autorem, jak wynika z podpisu, jest hrabia Turpin de Crisse wspierany przez cesarzową Józefinę Bonaparte malarz specjalizujący się w scenach historycznych i pejzażach z architekturą w tle, także pisarz.

W sztambuchu Kory Pinard są wpisy polityków, urzędników państwowych, podróżników i artystów. Dramaturg, pisarz i członek Akademii Francuskiej Jacques Ancelot chciał się pochwalić Korze swoją nową, właśnie ukończoną komedią Anna i zamieścił tu jej początek.

Do klimatu wiersza Słowackiego dobrze nawiązuje rysunek brązowym atramentem prezentujący widok paryskiego cmentarza. Autorem jest przyjaciel Eugène’a Delacroix, malarz, twórca obrazów historycznych i nastrojowych pejzaży – Jacques Auguste Ragnier. W nastroju gorączki romantycznej zaprezentował morską burzę znany wówczas marynista Taurel.

Morska burza Taurela

Morska burza Taurela

Kolejną ozdobą pamiętnika jest zapisany w dwóch pięcioliniach temat muzyczny Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona, skrzypka i kompozytora, dyrektora Opery Włoskiej i Paryskiej, wielkiego przeciwnika Berlioza.

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Breton dedykował swemu przyjacielowi, Liugiemu Cherubiniemu. Motyw muzyczny na jeden klucz wiolinowy pojawia się też na zakończenie tego cennego sztambucha.

Motyw muzyczny

Motyw muzyczny

Juliusz Słowacki, poproszony o wpis do podarowanego sztambucha, postanawia zadedykować swej świeżo poznanej przyjaciółce Korze opowieść o Paryżu widzianym oczami emigranta.

Wpis Juliusza Słowackiego

Wpis Juliusza Słowackiego

Rzecz liczy 48 wersów i jest na tyle osobista, że nie pojawia się potem w żadnym innym tomie. Dlatego właśnie w Polsce do chwili odnalezienia paryskiego sztambucha francuski utwór Słowackiego był znany jedynie z odpisu drugiej części. Całość wiersza, kreślona ręką Słowackiego w jego korespondencji do matki, bezpowrotnie zaginęła.

Sztambuch Kory Pinard, zdigitalizowany w ramach projektu Patrimonium, jest do obejrzenia w Polonie.

]]>
Carmen patrium Bogurodzica http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Tue, 27 Feb 2018 09:49:57 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Bogurodzica otwiera historię polskiej literatury i w dalszym ciągu zajmuje w niej wyjątkowe miejsce. Jest bowiem jednym z nielicznych utworów w języku polskim, który fascynuje odbiorców nieustannie od wczesnego średniowiecza aż do dziś (Jak czytać Bogurodzicę?). Przypuszcza się, że została skomponowana, jako pieśń rycerska lub hymn dynastyczny Jagiellonów (Kto ułożył Bogurodzicę? Krótka historia sporu). Jan Długosz opisując bitwę pod Grunwaldem z 1410 r., odnotował, że po przysłaniu przez Krzyżaków dwóch nagich mieczy, tuż przed starciem, całe rycerstwo odśpiewało patrium carmen, czyli „pieśń ojczystą”, Bogurodzicę:

Signis canere incipientibus regius universus exercitus patrium carmen Bogurodzicza sonora voce vociferatus est, deinde hastis vibratis in proelium prorupit.

(„Kiedy zaczęła rozbrzmiewać pobudka, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń Bogurodzica, a potem potrząsając kopiami rzuciło się do walki”, przeł. J. Mrukówna)

Kronikarz w swoich Rocznikach wzmiankował również, że pieśń ta wybrzmiała przed bitwą pod Nakłem (1431 r.) oraz wojną ze Świdrygiełłą (1435 r.). Towarzyszyła także uroczystościom koronacyjnym m.in. Władysława Warneńczyka. Ponieważ pieśń śpiewano w okolicznościach batalii oraz przy okazji koronacji polskich królów, stała się ona odpowiednikiem dzisiejszego hymnu narodowego. Gatunkowo odpowiada także typologii hymnu, będąc pieśnią pochwalną na cześć Maryi, Matki Jezusa.

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica to nie tylko tekst, ale także melodia. Najstarszy przekaz zachowany wraz z nutami to tzw. redakcja kcyńska przechowywana w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.  Zachował się na wyklejce datowanego na ok. 1407 r. rękopisu zawierającego zbiór kazań Macieja z Grochowa, wikariusza w Kcyni.

W przekazie z Biblioteki Jagiellońskiej tę doniosłą pieśń spisano pismem kursywnym w tzw. notacji chorałowej, w typie gotyckim, w którym nie notowano wartości rytmicznych, a jedynie wysokość dźwięku.


Monodia Polska i Adam Strug – Bogurodzica

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej

Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

U twego syna gospodzina matko zwolena, Maryja!

Zyszczy nam, spu<ś>ci nam.

Kyrieleison.

Twego dziela Krzciciela, bożycze,

Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.

Słysz modlitwę, jąż nosimy,

A dać raczy, jegoż prosimy:

A na świecie zbożny pobyt,

Po żywocie ra<j>ski przebyt.

Kyrieleison.

Te dwie najstarsze strofy Bogurodzicy można uznać za wzór średniowiecznej modlitwy. Odzwierciedlają one duchowość ówczesnej epoki. W strofie pierwszej podmiot zbiorowy zwraca się do Matki Boskiej, jako wybranej z wielu przez Boga i zjednoczonej z nim w pełnieniu jego woli, aby pozyskała przychylność swego Syna. W strofie drugiej zwraca się zaś do Syna Bożego, Chrystusa, aby za przyczyną Jana Chrzciciela wysłuchał błagań ludzi o dar bogobojnego życia i zbawienia po śmierci.

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska.

***

Bogurodzicą rozpoczęto koncert Carmen patrium, który towarzyszył inauguracji projektu Patrimonium. Nagranie Adama Struga wraz z zespołem Monodia Polska jest przykładem ponownego wykorzystania cyfrowych zasobów (re-use). Muzycy odśpiewali tą średniowieczną pieśń, tak jak śpiewano ją przed wiekami, zgodnie z zapisem melodii z najstarszego przekazu w tzw. redakcji kcyńskiej.

***

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020.

***

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Z wizytą w Sanatorium http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Thu, 12 Oct 2017 06:57:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Proza Brunona Schulza, jednego z najbardziej niezwykłych twórców literatury polskiej XX wieku, mocno wyróżnia się na tle realistyczno-psychologicznej twórczości lat dwudziestych i trzydziestych minionego stulecia. Jednym z tych wyróżników jest wielorakość rodzajowości gatunkowej.

W opowiadaniach słynnego drohobyczanina, żyjącego w latach 1892-1942, łatwo dostrzec fantastyczne konstrukcje, gdzie formy prozatorskie przeplatają się z poezją. Pojawiają się tu wariacje na temat domu rodzinnego, sklepów, rodziny i mieszkańców miasteczka, pracy i świąt. Spływający do naszej wyobraźni świat Schulza ma swój zapach, barwę, dźwięk. Często przypomina rządzący się własną logiką sen. Mitologizując rzeczywistość, pisarz odnosi się do  antyku, wątków biblijnych oraz szeregu archetypów, zakorzenionych od wieków w kulturze. Schulz wychodził bowiem z założenia, że świat jest stale „umistyczniany”, a źródłem idei, języka, pojęć są właśnie mity. Wszelkie idee również wywodzą się z mitologii, choć z biegiem lat przechodzą negatywną ewolucję. Zostają przeobrażone i okaleczone.

W przeciwieństwie do pierwszego zbioru opowiadań, czyli Sklepów cynamonowych, gdzie centralną postacią jest Ojciec, w tomie Sanatorium pod Klepsydrą na plan pierwszy wysuwa się jego syn Józef – bohater dramatu dojrzewania. Programowym opowiadaniem w tym tomie jest umieszczona na początku Księga. Potem pojawiają się utwory poświęcone inicjacji. Genialna epoka dotyczy inicjacji twórczej, a Wiosna –  erotyczno-społecznej.  Wzniosłe wiosenne porywy i marzenia oraz głębokie westchnienia okrasza nieśmiało szczypta autoironii i nuta sceptycyzmu. W następnych opowiadaniach bohater, jako dojrzalszy, nabywa doświadczeń i systematycznie pozbywa się złudzeń. W tytułowym  Sanatorium… Józef wędruje po królestwie zmarłych. Obowiązuje tam czas nierzeczywisty, co pozwala bohaterowi spotkać się z Ojcem oraz dokładniej przeanalizować własny los. W Emerycie i Samotności Józef jest już starcem, który próbuje ostatniej przygody ze światem. Wraca pamięcią do miejsc i ludzi, po których zostały wspomnienia. Potem jest Ostatnia ucieczka ojca – przejmujący obraz dekadencji i zagłady. W czasie tego ostatecznego pożegnania z Ojcem padają znamienne dla Schulza słowa: „Fatalność nie pomija naszej świadomości i woli, ale włącza je w swój mechanizm, tak, że dopuszczamy i przyjmujemy jak w letargicznym śnie rzeczy, przed którymi wzdragamy się w normalnych warunkach”.

W Sanatorium pod Klepsydrą Schulz podkreśla wyraźnie, że jesteśmy tacy, jakimi staliśmy się w dzieciństwie. I to właśnie stanowi klucz do lepszego poznania siebie. Próbując zgłębić istotę człowieczeństwa, powinniśmy oczywiście czynić starania, by dotrzeć do treści ukrytych. Ale jednocześnie powinniśmy zdawać sobie sprawę, że niektóre do końca pozostaną nieodgadnięte. Warto jednak próbować, a pomocą może okazać się tu sztuka. W  Sanatorium pod Klepsydrą, wydarzają się rzeczy niezwykłe. Manipuluje się czasem, łączy realne i fantastyczne wymiary istnienia, pojawia się postać psa-człowieka, a w innym przypadku człowiek przybiera postać karakona.

Tom opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą ukazał się w końcu października 1937 roku nakładem wydawnictwa Rój – tak jak okrzyknięte wydarzeniem Sklepy cynamonowe. Do tamtego literackiego debiutu doszło dzięki entuzjastycznej ocenie Zofii Nałkowskiej i finansowym wsparciu brata pisarza  Izydora, jednej z głównych figur polskiego przemysłu naftowego.

„Wielka mi szkoda zmarnować taki sukces, jaki odniosłem >>Sklepami…<<,  a zmarnuję go jeśli jeszcze w tym roku nie wydam rzeczy przynajmniej na tym poziomie stojącej” – pisze w jednym z listów Schulz. Niektórzy sądzą, że odpowiedzią na Sklepy… miała być powieść Mesjasz, nad którą Schulz intensywnie pracuje w 1935 roku. Chroniczny brak czasu nie pozwala mu jednak wypełnić tego postanowienia, więc, aby nie „wypaść z rynku” i nie żyć jako pisarz na jałowych obrotach, decyduje się powrócić do rzeczy rozpoczętej już w latach dwudziestych i mocno zaawansowanej, czyli właśnie do Sanatorium pod Klepsydrą.

Warto dodać, że niektóre opowiadania były już wcześniej publikowane w czasopismach. Obok tekstów dawnych w skład tomu weszły napisana w 1936 roku Wiosna oraz Księga i Genialna epoka – dwa opowiadania, które pierwotnie miały wejść do wspomnianego i ciągle dotąd nie odnalezionego Mesjasza.

Maszynopis Sanatorium pod Klepsydrą trafił do wydawcy w styczniu 1937 roku. Prezentowany w Bibliotece Narodowej egzemplarz tomu tych opowiadań to jeden z nielicznych, które pozostały z wydrukowanego w październiku 1937 roku tysięcznego nakładu. Ani rękopis, ani maszynopis tego utworu nie dotrwał do naszych czasów i – podobnie jak większości dzieł Schulza – spłonęły bądź zaginęły w czasie wojny.

Książka ma wiele walorów i ciekawostek. Zawiera 33 rysunki autora. Jej wartość podwyższa odręczna dedykacja Schulza dla przyjaciela. Ciekawostką jest fakt, że na stronie tytułowej wydrukowana jest też dedykacja „Józefinie Szelińskiej” – wieloletniej przyjaciółce pisarza, a potem przez kilka lat także narzeczonej, niedoszłej kandydatce na żonę.

W swoich reakcjach Schulz wyraźnie nie doceniał Sanatorium. Na szczęście zrobili to inni. Książka z początku nieco przemilczana, z czasem otrzymała pochlebne recenzje. Stała się też inspiracją do znakomitego dostrzeżonego w Polsce i na świecie filmu Wojciecha Hasa. Ostatnio jej ekranizacji podjęli się też słynni Bracia Quai, mistrzowie kina animowanego.

Sanatorium pod Klepsydrą »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Licencja Creative Commons
Urna by Jan Bończa-Szabłowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Urna http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wed, 11 Oct 2017 11:58:27 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wizytę w Pałacu Krasińskich, zwanym także Pałacem Rzeczypospolitej, rozpocznijmy od Sali Rycerskiej: z jej figurami rzymskich legionistów, szachownicą podłogi, chłodem charakterystycznym dla wnętrz obszernych i pustych. Następnie, mijając zejście do zachowanych piwnic, szerokimi, marmurowymi schodami wchodzimy na wysokie, pałacowe pierwsze piętro – do Sali Kariatyd. Rzeźby muskularnych kobiet i mężczyzn podtrzymują sufit, uśmiechając się jakby nigdy nic. Wzrok szybko ucieka ku oknu, bo nagle w tę ściszoną, nieco muzealną przestrzeń wdziera się jasne światło i otwiera widok na Ogród Krasińskich z perspektywą domkniętą dawną główną bramą pałacową. Jeśli uda się zwalczyć pokusę pójścia na spacer i odwrócić plecami do zieleni drzew i błękitu nieba, to po przeciwnej stronie można dostrzec rysujące się w półmroku drewniane półki regałów bibliotecznych.

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

To Biblioteka Wilanowska, podarowana państwu polskiemu przez Adama Branickiego w 1932 roku. Z bliska widać również wieńczące regały, regularnie rozstawione popiersia myślicieli i filozofów. Na pierwszym planie zaś niskie szafy na zbiory ikonograficzne i kartograficzne, na blacie XIX-wieczny Schemat filozofii absolutnej tzw. Globus Hoene-Wrońskiego.

Globus Hoene-Wrońskiego

Globus Hoene-Wrońskiego

Spojrzenie wędruje po sali wypełnionej książkami, stanowiącymi jeden z nie tak licznych przykładów zachowanej biblioteki arystokratycznej. Znaleźć można w Bibliotece Wilanowskiej pozycje z wielu dziedzin, w kilku językach. Dokumentuje ona zarówno szerokie zainteresowania właścicieli, jak i mody środowiskowe, budowanie prestiżu poprzez fakt posiadania kolekcji pięknie oprawnych książek.

W lewym rogu pomieszczenia – kuriozum kontrastujące ze złoconymi oprawami Biblioteki Wilanowskiej: zbiór ksiąg z biblioteki klasztornej. Ich budzące zaufanie rozmiary, mocne, szerokie grzbiety, to jeszcze nic. Zaskoczenie przychodzi po konstatacji, iż księgi połączone są ze sobą łańcuchami, solidnymi, grubymi okami, przewleczonymi tak przemyślnie, by księgę dało się podnieść, zdjąć z półki, położyć na blacie, ale by nie dało się jej wynieść. Można to zrozumieć, pamiętając że niegdyś ceną książki (księgi) mogło być nawet kilka wsi.

Księgi biblioteki klasztornej

Właśnie w tym momencie, nasyciwszy się pałacowymi wnętrzami, sielskim widokiem parkowych alejek i kwietnych gazonów, metrami zabytkowych bibliotecznych regałów, złotem opraw i dostojnością popiersi oraz powagą klasztornych ksiąg, zauważamy niepozorny, dziwny kształt, którego nie potrafimy z niczym skojarzyć. Przezroczysta bryła, w której jest COŚ.  Brak podpowiedzi, ów obiekt stoi skromnie, bez podpisu. A jednak czujemy, że nie stałby w tej właśnie sali, być może najpiękniejszej w Pałacu Krasińskich, chroniony przed światłem, przed kurzem, przed ruchem, przy dbałości o odpowiednią temperaturę i wilgotność w pomieszczeniu, nieeksponowany czytelnikom, prezentowany jedynie przy odświętnych okazjach – gdyby nie był cenny. URNA jest najważniejsza.

Historię tę opowiada się zawsze młodym pracownikom, zawsze gościom Biblioteki Narodowej. Zawsze też wywołuje ona szok, wyzwala pokłady empatii, w nieco turystyczne wcześniejsze oprowadzanie niespodziewanie wnosi nastrój powagi, skupienia, przejęcia.

Choć tradycje Biblioteki Narodowej sięgają XVIII wieku i wiążą się z działalnością braci Załuskich, to dopiero w 1928 roku rozporządzeniem prezydenta Ignacego Mościckiego, przy akceptacji prezesa Rady Ministrów i Ministra Spraw Wojskowych Józefa Piłsudskiego, ustanowiona została Biblioteka Narodowa jako instytucja państwowa. Trwały prace nad projektem siedziby Biblioteki, gromadzone zbiory lokowano tymczasowo w wynajmowanych pomieszczeniach warszawskich bibliotek i archiwów. W 1939 roku wybuchła wojna. Wiele bezcennych zbiorów zostało zniszczonych, wiele zagrabionych. Od 1941 roku gmach przy ul. Okólnik 9 pełnił funkcję składnicy.

Tu właśnie Niemcy zwozili zbiory Biblioteki Narodowej, Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Pracowali przy ich porządkowaniu polscy bibliotekarze, w archiwum Biblioteki Narodowej zachowały się ich sprawozdania, oczywiście w rękopisie. Budynek przetrwał powstanie warszawskie. W październiku 1944 roku został jednak, wbrew umowie kapitulacyjnej, celowo podpalony przez Brandkommando. Gdy było już po wszystkim, w listopadzie 1944 – specjalna komisja polsko-niemiecka udała się na Okólnik. Budynek stał. Drzwi zamknięte. Można spróbować sobie wyobrazić wkładanie kluczy do zamka. Regały – są. A na regałach tomy! Radość, ulga, nadzieja… Wtedy, sekundy później, do pomieszczenia od otwartych drzwi wpada powiew wiatru. Na oczach nieszczęsnych ludzi wszystkie tomy osypują się z regałów, w powietrzu wirują strzępki spopielonych kartek, na półkach pozostaje siwy pył…

Ciśnienie i wysoka temperatura wytworzone podczas pożaru budynku oraz jego specyficzna konstrukcja zahibernowały na półkach kształty wypalonych do cna woluminów. Cofam się przed wyobrażeniem sobie uczuć tych, którzy przeżyli straszne rzeczy, którzy tracili ukochanych ludzi i ulubione rzeczy i którzy pomimo to przebiegli ruiny miasta, by ratować to, co należy do wszystkich. I teraz stali wśród popiołów. W 1944 roku spłonęło około 80 000 starych druków, 50 000 rękopisów, 2500 inkunabułów, 1 000 000 rysunków i grafik, 50 000 nut i teatraliów, 12 000 map i atlasów oraz część katalogów i inwentarzy. W tym zapewne momencie polscy bibliotekarze zapragnęli dać świadectwo. To oni właśnie wypełnili Urnę.

II wojnę światową w Bibliotece Narodowej przetrwało około 2000 rękopisów. Wiele jest barwnych, zaskakujących historii o poszukiwaniu zaginionych zbiorów zaraz po wojnie, o papierach w śniegu przy Okólniku, walających się przy rozbitych skrzyniach w Adelinie, o Görbistch, o zwrotach z Moskwy w latach 50., o tomach odkrywanych w bibliotekach niemieckich czy w rękach prywatnych, o najcenniejszych rękopisach, które przetrwały w Kanadzie (zwrócone w 1959 roku) i o tych, które, o ironio, przetrwały dzięki nieterminowym zwrotom – wypożyczone przed wojną osobom lub instytucjom. W 2017 roku w Zakładzie Rękopisów znajduje się około 36 000 rękopisów. Oczywiście zupełnie innych rękopisów, tamte przepadły bezpowrotnie.

Opowieść o Urnie można by w tym miejscu zakończyć, ale dla nas to nie jest koniec, a początek. Bolesna strata, której Biblioteka Narodowa doświadczyła w latach wojny – Urna jest symbolem tej straty. Dała naszym poprzednikom i daje nam teraz niezwykle silną motywację do podejmowania wzmożonych wysiłków, by zachować, by gromadzić, by dbać, by opisać, by udostępniać, by informować… Urna to oczywiste memento, ale także zobowiązanie, wyzwanie. Nie tylko dla bibliotekarzy, ale również dla darczyńców Biblioteki Narodowej, dla czytelników. Konkret, obok którego nie można przejść obojętnie.

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

 

Jądrem Urny jest książka. Właściwie strzęp książki. Jednej ze spalonych na Okólniku. Nie wiemy, kto jest autorem, czego dotyczyła. Można dostrzec wśród popiołu linię kart. Rozpad nie skończył się jeszcze. Podobno dziesięć lat temu widać było fragment grzbietu. Kształt książki coraz bardziej rozmywa się w garści popiołu. Proces trwa. Tyle zostało do zrobienia.

Urna z popiołami rękopisów i starodruków spalonych przez wojsko niemieckie w październiku 1944 r. »

CZYTAJ TAKŻE:

“Klepsydra” Łukasz Wojtysko »

“Urna w bibliotece, czyli jak się palą książki” Mikołaj Gliński »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

Licencja Creative Commons
Urna by Anna Romaniuk is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Pokutujący król oraz Żywi, którzy przestraszyli się Zmarłych http://blog.polona.pl/2017/10/pokutujacy-krol-oraz-zywi-ktorzy-przestraszyli-sie-zmarlych/ Wed, 11 Oct 2017 11:07:38 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/pokutujacy-krol-oraz-zywi-ktorzy-przestraszyli-sie-zmarlych/ Wszystko zaczęło się od grzechu króla Dawida – władca ten ujrzał pewnego razu ze swojego pałacu, jak na tarasie sąsiedniego domu kąpie się piękna kobieta. Była to Betsabe (Batszeba), żona żołnierza Uriasza. Dawid, ujrzawszy ją, zapłonął żądzą i nie zważając na to, że była mężatką, kazał ją sprowadzić do swego pałacu. Zaspokoił swoje pragnienia, ale niestety przy tej okazji Betsabe zaszła w ciążę, a że było to pod nieobecność Uriasza, to groziła jej kara śmierci za cudzołóstwo. Ostatecznie sprawa została rozwiązana kosztem życia zdradzonego męża – Dawid wydał rozkaz, aby Uriasz w czasie bitwy został wysłany na śmierć, a gdy tak się stało, poślubił brzemienną Betsabe. Ten postępek bardzo nie spodobał się Bogu, który wysłał do króla Dawida proroka Natana z napomnieniem. Dawid zdał sobie sprawę, że bardzo zgrzeszył i zaczął pokutować – to właśnie przy tej okazji miały powstać Psalmy Pokutne, jako że biblijny Dawid był nie tylko władcą, ale także artystą: poetą i muzykiem.

Wybrane z Biblii Siedem Psalmów Pokutnych było obowiązkowym elementem późnośredniowiecznych modlitewników zwanych Godzinkami – takim właśnie kodeksem jest rękopis 3308 I. Został on ozdobiony czterema miniaturami, licznymi inicjałami ornamentalnymi i floraturą na niektórych marginesach, a powstał być może w Paryżu, iluminowany przez dwóch miniaturzystów około połowy XV wieku. Związana z Psalmami miniatura przedstawia wspomnianego króla Dawida, który zdjąwszy koronę, pokornie klęczy przed Bogiem. O kompozytorskim natchnieniu władcy świadczy leżąca w pobliżu harfa.  Pokutując za swój grzech, stworzył pieśni, które stanowiły najbardziej poetycką część  każdego rękopisu Godzinek.

Godzinki były najpopularniejszym w późnym średniowieczu typem modlitewnika dla osób świeckich, wywodzącym się z brewiarza. W XV wieku takich rękopisów iluminowano więcej niż Biblii; produkowano je niemal taśmowo, były to prawdziwe bestsellery! Struktura tego rodzaju modlitewnika wywodziła się z zakonnej liturgii godzin, gdzie na kolejne pory dnia przewidziane były określone modlitwy: poczynając od jutrzni (przed zorzą poranną), poprzez laudę, prymę, tercję, sekstę, nonę i nieszpory, aż po kompletę już po zachodzie słońca. Zazwyczaj w iluminowanych rękopisach każdą kolejną część otwierała miniatura.

Zwiastowanie

Zwiastowanie

W tym rękopisie, jak już zostało powiedziane, zachowały się w sumie cztery miniatury, choć oryginalnie prawdopodobnie było ich więcej. Pierwszą z nich jest Zwiastowanie, zaś kolejną Nawiedzenie – to akurat dość typowe ilustracje w Godzinkach do Najświętszej Marii Panny, skomponowane według powszechnie przyjętych schematów.

Nawiedzenie

Nawiedzenie

Następnie pojawia się wspomniany już król Dawid. Na brakujących dziś kartach 119 i 123 mogły się pierwotnie znajdować przedstawienia Ukrzyżowania i Zesłania Ducha Świętego, dekorujące początek Godzinek do Krzyża Świętego oraz Godzinek do Ducha Świętego, stanowiących kolejne części tego typu modlitewników. Niestety, często zdarzało się, że wyjątkowo ładne miniatury bywały wycinane z rękopisów, zbierane przez amatorów sztuki średniowiecznej i traktowane na przykład jako obrazki do oprawienia w ramkę. Dlatego właśnie wiele kodeksów jest dziś niekompletnych, a z drugiej strony większość bibliotek posiada w swych kolekcjach także luźne karty, które kiedyś zostały wyrwane ze średniowiecznych książek.

Ilustracja legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych

Ilustracja legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych

Ostatnia ze zdobiących ten kodeks miniatur wiąże się z oficjum za zmarłych, które także było elementem każdego rękopisu Godzinek. To ilustracja popularnej w średniowieczu legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych. Historia jest bardzo prosta: było sobie trzech bogatych młodzieńców (w różnych wersjach byli to królowie, książęta, ewentualnie dwaj władcy i biskup), którzy ciesząc się życiem nie myśleli o swych duszach – aż pewnego razu w czasie polowania spotkali trzech poruszających się zmarłych (można powiedzieć, że to były zombie). Owe zwłoki powiedziały im: “jacy wy jesteście, tacy my byliśmy; jacy my jesteśmy, tacy wy będziecie”. Trzej żywi oczywiście straszliwie przestraszyli się owych żywych trupów, ale dzięki ich napomnieniu zwrócili swe myśli ku wieczności. Przedstawienia tej legendy, oprócz wydźwięku moralizatorskiego, mają też często charakter satyryczny: trzej żywi są groteskowo przerażeni, a trzej zmarli ukazani jako dość wesołe kościotrupki. Ilustracje dekorujące modlitwy za zmarłych miały bowiem także – poprzez żartobliwą formę – oswajać lęk żyjących użytkowników rękopisu przed nieuchronnością śmierci.

Horae Beatae Mariae Virginis ad usum ecclesiae Parisiensis [ca 1445- ca 1455] »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Licencja Creative Commons
Pokutujący król oraz Żywi, którzy przestraszyli się Zmarłych by Magdalena Łanuszka is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Kto ułożył Bogurodzicę? Krótka historia sporu http://blog.polona.pl/2017/07/kto-ulozyl-bogurodzice/ Mon, 10 Jul 2017 12:33:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/kto-ulozyl-bogurodzice/ Bogurodzicę znamy z rozmaitych źródeł. Najstarszy jej przekaz – zwany kcyńskim – przechowuje dziś Biblioteka Jagiellońska. Dwie pierwsze strofy opatrzone notacją muzyczną znajdują się na pojedynczej karcie, niegdyś wklejonej na tylną okładkę innego rękopisu. Choć ów pierwszy zapis sporządzono na początku XV stulecia, cechy językowe tej najbardziej archaicznej części pieśni (rozbudowywanej potem o kolejne strofy – jak np. w nieco tylko późniejszej wersji krakowskiej oraz o pół wieku wersji warszawskiej) przekonują badaczy, że utwór zredagowano zapewne jeszcze przed Kazaniami świętokrzyskimi, znanymi jako najstarszy odnaleziony zapisany tekst ciągły w naszym języku. Ale kto właściwie jest autorem Bogurodzicy?

Wersy „Twego dziela krzciciela, Bożycze / Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze, / Słysz modlitwę, jąż […]” z Bogurodzicy w wersji kcyńskiej.

Tekst pieśni uderzał swoją dawnością już w XV wieku. Kronikarz Jan Długosz  w swoich Rocznikach nazywa utwór „pieśnią ojczystą”, czyli pieśnią ojców, przodków. Co słyszał dziejopis? Fonetycznej rekonstrukcji podjął się niedawno Jacek Tlaga, który tłumaczy także rozmaite zawiłości historycznojęzykowe, ukazując utwór jako zapis początków naszej mowy. U progu nowożytności także wyczuwano, że język zdążył się zmienić od powstania Bogurodzicy, choć dystans czasowy był zdecydowanie mniejszy niż dla nas. Do tego ci, którzy u początku XVI stulecia zobaczyli Bogurodzicę po raz pierwszy w zupełnie nowym medium, jakim był druk, mogli się czuć dość podobnie do pierwszych czytelników tekstów w internecie gdzieś pod koniec XX wieku, niedowierzających, że prasa kiedykolwiek będzie mogła znaleźć sobie miejsce na ekranach komputerów.

Rycina przedstawiająca świętego Wojciecha z Postylli Jakuba Wujka z 1575 roku. Jezuita opisuje męczennika jako patrona Rzeczypospolitej, tekstem Bogurodzicy przekazującego Polakom swoje przesłanie.

Czy w 1410 roku rycerze rzeczywiście znali archaiczną pieśń sprzed wieków i wspólnie ją odśpiewali pod Grunwaldem? Długoszowi możemy uwierzyć lub nie (tą kwestią zajmował się zresztą błyskotliwie Wiesław Wydra). W 1506 roku, czyli prawie sto lat później, sytuacja była jednak inna: wówczas kanclerz Jan Łaski doprowadził do wydania drukiem zbioru dotychczasowych praw, upowszechniając je tym samym wśród szlachty Rzeczypospolitej. Z różnych względów było to przedsięwzięcie niezwykle nowoczesne. Wykorzystując nowinkę, jaką była prasa drukarska, chciał prymas pokazać jedność prawa pod królewskim panowaniem. Swój przekaz wzmocnił kilkoma drzeworytami (czyli również stosunkowo nowym wynalazkiem, który pozwalał powielać obrazy).

Drugi mężczyzna od lewej to święty Wojciech, podpisany jako S[anctus] Adalbertus. Drzeworyty w tym egzemplarzu Statutów Łaskiego zostały po odbiciu podmalowane.

W niektórych egzemplarzach, jak w tym z Biblioteki Narodowej, zostały one gustownie podmalowane. Na jednym z drzeworytów znajdujemy świętych patronów Rzeczypospolitej, a wśród nich Wojciecha Sławnikowica, legendarnego męczennika z niemowlęcego okresu państwowości polskiej. W Statutach Łaskiego obok spisanych praw i symbolicznych reprezentacji władzy znajdziemy także tekst Bogurodzicy. Tak prezentujący się drukowany dokument z pieśnią załączoną na początkowych kartach musiał dotrzeć do wielu osób. W ten sposób utwór znany z ograniczonej liczby rękopiśmiennych przekazów, dotychczas zapewne zanurzony bardziej w kulturze oralnej niż piśmie, na początku XVI wieku mógł rozejść się po Królestwie w kilkuset kopiach.

Bogurodzica przedrukowana w Statutach Łaskiego bliższa jest językowo późniejszej, czyli tzw. warszawskiej redakcji pieśni niż kcyńskiej. W starodruku ozdobne, kaligraficzne inicjały zostały uzupełnione po wydrukowaniu tekstu.

Umieszczono w Statutach tę arcypieśń, by wzmocnić wymowę całego obszernego dokumentu. Bogurodzica swoją hieratyczną powagą wspierała przedsięwzięcie kanclerza. Łaski twierdzi we wstępie do Statutów, że już za czasów świętego Wojciecha postanowiono śpiewać tę pieśń przed bitwami. Co więcej, wskazuje także na autora utworu – miał być nim sam święty męczennik i patron kraju. To w gruncie rzeczy zrozumiałe: skoro przypisywano tekstowi ogromną wartość, autorem powinna być postać wybitna i równie starożytna jak sama pieśń. Niezależnie od tego, czy pomysł był własny, czy też kanclerz odwoływał się do obiegowej opinii, tekst Statutów pozwolił utrwalić przekonanie, że Bogurodzica jest dziedzictwem pozostawionym Polakom przez świętego Wojciecha.

W wyjątkowo poczytnych Żywotach świętych Starego i Nowego Zakonu, wydanych po raz pierwszy w 1579 roku, Piotr Skarga w legendzie św. Wojciecha także uznaje męczennika za tego, któremu zawdzięczamy znajomość pieśni. Uczony kaznodzieja powiada o nim tak: „jako pasterz nawyższy wszytkiej Polski Polaki, nowe chrześcijany, w wierze świętej posilił, zbawienną im drogę ukazując i ojcem ich w Bogu tu na ziemi i w niebie patronem zostając, których i pieśni onej Bogarodzica nauczył.”

Fragment z Żywotów świętych Starego i Nowego Zakonu Piotra Skargi. Glosa na marginesie precyzuje, że tekst dotyczy tego, jak święty Wojciech „Bogarodzicę pieśni Polaków nauczył”.

Skarga przedrukował także tekst utworu. Znamienne, że najwyraźniej uznał Bogurodzicę za niezrozumiałą dla swojego czytelnika (a przynajmniej chciał się upewnić, by była rozumiana według jego interpretacji). Dokonał więc parafrazy archaicznego tekstu i tłumaczył go w ten sposób: „Ty, któraś nam porodziła Boga i człowieka, Pana naszego, matko z wolej Bożej obrana. Ziści nam w przyczynie twej obietnice Boże, spuszczając nam czas łaski, a podając nam Syna twego, który nas sam w Chrzcie świętym z grzechów naszych obmył, którego prosimy w przyczynie twej, aby nam dał tu na świecie pobożne życie, a po śmierci – rajskie mieszkanie.”

Piotr Skarga podał tekst Bogurodzicy w dwóch równoległych redakcjach: uchodzącej za oryginalną oraz sparafrazowanej tak, by była zrozumiała dla czytelnika z końca XVI wieku.

Kolejni popularyzatorzy utworu (jak można by ich określić) również byli przywiązani do tezy o autorstwie Wojciecha. Bartłomiej Nowodworski, gorący zwolennik szkolnictwa wojskowego wzorowanego na rozwiązaniach Zakonu Maltańskiego, wydał w 1622 roku broszurę z przedrukiem Bogurodzicy. Był to swoisty amulet przeciw zagrożeniu tureckiemu:

Na końcu broszury z tekstem pieśni Nowodworski umieścił swoje nazwisko – zapewne jako nakładcy druku – oraz intencję publikacji, jaką ma być klęska ekspansywnych w XVII wieku Turków.

Świętego określa jako „apostoła” Polaków, a tekst nazywa „pieniem” (czyli pieśnią) i „testamentem” Wojciecha. Uznaje Bogurodzicę za syntetycznie rozumianą katechezę, „naukę niektórych członków wiary”. Utwór ten stał się dla nowożytnego czytelnika nie tylko modlitwą, ale przede wszystkim kompendium zawierającym pewne prawdy wiary przekazane przez założyciela i patrona polskiej religijności.

Nowodworski określił Bogurodzicę jako pieśń, testament i katechizm dany przez świętego Wojciecha.

Rok później ukazało się Kazanie obozowe o Bogarodzicy przygotowane przez dominikanina Fabiana Birkowskiego. Nakładcą druku był zresztą ten sam Nowodworski, który zadbał o wcześniejszą osobną broszurę z pieśnią. W tej obszerniejszej publikacji Birkowski dokonał detalicznej egzegezy tekstu pieśni, wpisując jej słowa w swoje kazanie dotyczące potęgi wstawiennictwa Marii. W przedmowie kaznodzieja dał również wyraz swojemu przekonaniu, że święty Wojciech przekazał Polakom Bogurodzicę, a za jej pomocą – także chrześcijaństwo. Zwrócił przy tym uwagę, że pięknym obyczajem było śpiewanie pieśni przed bitwami. Jednak w czasach Birkowskiego pieśń wyszła już chyba z użycia jako pobudka do walki, bo kaznodzieja zauważa przy tym gorzko: „nigdym nie słyszał tych Polaków, gdy do potrzeby [tj. walki – W.K.] idą, aby Bogarodzicę śpiewali, raczej więc jako wilcy hukali na nieprzyjaciela”.

Birkowski żałuje wyraźnie, że rola Bogurodzicy w czasach jemu współczesnych zmieniła się i większość żołnierzy zaprzestała (poza nielicznymi pobożnymi wojakami) traktować poważnie śpiewanie pieśni przed wojennymi potyczkami. To tęskne spojrzenie w stronę świadectwa danego dwieście lat wcześniej przez Długosza.

Przekonanie o autorstwie świętego Wojciecha wiązało pieśń nierozdzielnie z prapoczątkami państwa, które zostało w tych czasach włączone w  krąg oddziaływania kultury zachodniego chrześcijaństwa z symboliczną stolicą w Rzymie. Nie należy jednak zapominać, że wczesna nowożytność to także okres intensywnych sporów wyznaniowych. Pieśń o takim rodowodzie jak Bogurodzica wzbudzała więc uzasadniony niepokój protestanckich uczonych. Stała się dla nich dowodem na zakorzenienie „papieskich błędów” i „zabobonów” na ziemiach polskich od najbardziej zamierzchłych czasów. Tym większa była więc troska o dusze wiernych, skażone – jak sądzili – bałwochwalstwem obecnym w tym utworze, rozumianym jako oddawanie czci nie Bogu, ale pośrednikom: Marii i innym świętym.

Krzysztof Kraiński, choć był Bogurodzicy niechętny, przedrukował tekst pieśni, opatrując jednak utwór określeniem „pieśń dziadowska”, co miało pokazać niski w jego mniemaniu rodowód tej poezji.

Ewangelicki kaznodzieja Krzysztof Kraiński nazwał Bogurodzicę „pieśnią dziadowską” w swojej Postylli z 1611 roku. Słusznie i dziś zapewne odczytamy to sformułowanie jako próbę obniżenia prestiżu utworu. Protestancki pisarz miał jednak na myśli bardzo konkretną rzecz. Dziad to po prostu żebrak i – jak powiada Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej – nigdy w dawnej Polsce nie chodził głodny, bo staropolska gościnność nakazywała takiego wędrowca odpowiednio nakarmić. Dziad krążył po świecie bez stałego miejsca zamieszkania, był źródłem nowin i swoistym pieśniarzem. Nie zawsze był moralny, ale sam bywał moralistą.

Bogarodzica nic inszego nie jest, jedno płaszcz żebraczy, bo jako płaszcz żebraczy z odmiennego płacia jest złatany, tak i ta Bogarodzica papieska z dziwnego, odmiennego, różnego i rozmaitego płacia jest uszyta […].

Dlatego nazywał Kraiński Bogurodzicę „żebraczym płaszczem”, który uszyto z rozmaitych nieprzystających do siebie nowinek ze świata, przemieszania różnych świętych i innych „papieskich zabobonów”, próbując na swój sposób skonceptualizować niejednorodną budowę utworu. Przekonuje przy tym, że nie można wskazać autora tej pieśni i trzeźwo zauważa, że wydano tekst pod imieniem świętego męża, bo to podwyższa jego rangę. Odrzuca pieśń jako katechizm dany Polakom, więc jej jawna dawność nie robi na nim wrażenia. Twierdzi bowiem, że i tak wcześniejsze są Ewangelie, a to one – co znamienne dla teologii protestanckiej – mają być moralnym wyznacznikiem, nie później wymyślane przez ludzi zalecenia.

Mogłoby się wydawać, że wczesnonowożytna dyskusja szybko zostanie rozstrzygnięta, a Bogurodzica – niezmiennie obecna w polskiej literaturze od jej zarania – rozpracowana przez pokolenia badaczy i interpretatorów. Nic bardziej mylnego, bo wciąż pozostaje wiele zagadkowych kwestii związanych tym dziełem – jak choćby najbardziej podstawowa kwestia autorstwa. W dziejach nowoczesnych rozważań naukowych dopiero pod koniec XIX stulecia zaczęto na poważnie podważać koncepcję o autorstwie Sławnikowica, a jeszcze najwybitniejsi badacze tego zagadnienia aktywni w międzywojniu – Józef Birkenmajer i Aleksander Brückner – poróżnili się w tej kwestii:

◊◊◊

Dwóch wersji Bogurodzicy oraz innych pieśni średniowiecznych będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Jak czytać Bogurodzicę? http://blog.polona.pl/2017/07/jak-czytac-bogurodzice/ Fri, 07 Jul 2017 08:23:45 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/jak-czytac-bogurodzice/ Jest wiele trudnych wyzwań, którym musi stawić czoła uczeń polskiego liceum, ale jedno wydaje się wyjątkowo karkołomne – powinien umieć dokonać analizy i interpretacji Bogurodzicy. Tymczasem jest to pieśń tak zagadkowa, że w początkach XX wieku Aleksander Brückner, aby oddać niezgłębiony ogrom komplikacji związanych z tym zagadnieniem, uciekł się do apokaliptycznej metafory siedmiu pieczęci: „Es ist ein Text mit sieben Siegeln”. Dodał także, że już na temat pierwszego słowa można napisać nawet nie rozprawę, ale całą książkę. I choć od tamtej pory na ten temat wydano setki uczonych publikacji, rozbieżność opinii wobec najbardziej podstawowych kwestii jest wciąż zdumiewająca.

Jedną z wielu tajemnic wokół tekstu Bogurodzicy pozostaje jego oryginalne brzmienie. Fonetyczną rekonstrukcję utrudnia fakt, że średniowieczna polska pisownia była niejednolita, niejednoznaczna i niekonsekwentnta. Szczęśliwie istnieją jednak pewne przesłanki i metody, które taką próbę przybliżenia dawnej wymowy mogą uwiarygodnić. Chociaż całkowitą pewność pozwoliłby nam uzyskać jedynie wehikuł czasu.

Aby zilustrować liczne przemiany, jakie dokonały się w polskiej fonetyce w ciągu kilku ostatnich pokoleń średniowiecza, przygotowałem dwa osobne nagrania z moją interpretacją dawnej wymowy Bogurodzicy. Podstawą pierwszego z nich jest najdawniejszy zapis pieśni, czyli tekst kcyński (przechowywany w Bibliotece Jagiellońskiej, Rkp. 1619a II i zawierający powszechnie znane dwie strofy), którego brzmienie dodatkowo postarałem się nieco zarchaizować, by uzyskać wymowę, jaką moglibyśmy prawdopodobnie usłyszeć około połowy XIV stulecia. Drugie z nagrań oparłem na tekście warszawskim (Biblioteka Narodowa, Rps 3016 II, edycja tutaj), pochodzącym z ok. 1456 roku i rozbudowanym aż do 19 strof (podczas gdy za kanoniczne uznaje się jedynie 15 zwrotek) – tutaj z kolei użyłem wymowy późniejszej, usiłując zrekonstruować stan z połowy XV wieku. W ten sposób chciałem uwydatnić poszczególne procesy językowe, jakie w międzyczasie zaszły. Nie znaczy to oczywiście, że dokładnie tak właśnie Polacy wówczas mówili (zresztą zróżnicowanie dialektalne staropolszczyzny nie pozwala na takie uogólnienie). Jest to jedynie przybliżenie dokonane wedle mojej najlepszej wiedzy.

Jak właściwie przebiegało przygotowanie rekonstrukcji, której starałem się dokonać? Oto kilka uwag o tym, co jesteśmy w stanie powiedzieć o wymowie naszych przodków.

Słowiańskie dziedzictwo

Zacznijmy od pobieżnego nakreślenia kontekstu językowego, w którym zrodziła się Bogurodzica. Niewiele jest pewnych rzeczy, jakie możemy powiedzieć na temat okoliczności jej powstania. Niewątpliwie musiało to nastąpić po przyjęciu chrześcijaństwa przez państwo Piastów. A że odbyło się to za pośrednictwem Czech, stamtąd dotarła do nas praktycznie cała chrześcijańska terminologia – pochodząca zarówno z zachodniej łaciny, jak i ze wschodniej greki. Ta ostatnia przedostała się do Czech przez Morawy w postaci pojęć przełożonych już za sprawą Cyryla i Metodego na język określany jako staro-cerkiewno-słowiański. Do takich pojęć należy właśnie Bogurodzica, choć sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.

Staro-cerkiewno-słowiańska „Bogorodica” w kodeksie supraskim, ok. 1001-1025 r. (BN, Rps BOZ 201, fol. 10v).

Oryginalną nazwą jest grecki zrost Θεοτόκος – jego staro-cerkiewno-słowiańska postać Богородицѧ stanowi bezpośrednią kalkę językową, która w języku czeskim przybrała postać Bohorodicě, co bezpośrednio się przekłada na staropolskie Bogorodzica. Sęk w tym, że taką formę możemy znaleźć jedynie w piętnastowiecznych modlitwach Wacława, a jeśli zajrzymy do najstarszych rękopisów, zauważymy tam nie jedno, lecz dwa oddzielne słowa: Bogu rodzica. Nie jest to już więc kalka językowa, ale zmyślna parafraza z użyciem formy celownika.

Czeska „Bohorodicze” w traktacie Jana Husa, 1414 r. (Knihovna Národního muzea v Praze, IV C 18, fol. 201v).

Kiedy w 997 roku czeski biskup i misjonarz Wojciech zwany Adalbertem przybył do Gniezna, mógł bez najmniejszych problemów porozumieć się z jego mieszkańcami – mówili praktycznie tym samym językiem. Poszczególne języki zachodniosłowiańskie dopiero zaczęły się wyodrębniać, co na razie objawiało się tylko niewielkimi, acz charakterystycznymi różnicami: w czeskim to zanik nosowości samogłosek, w dawnej polszczyźnie – zjawisko przegłosu, które sprawiło na przykład, że Polacy z czasem zaczęli wymawiać słowo sławiena jako sławiona. Właśnie forma sławiena – znana z Bogurodzicy – jest często przywoływana jako argument za archaicznością pieśni. Jakby zagadek było mało, to również jest kwestia dyskusyjna, nie możemy bowiem wykluczyć, że to późniejszy bohemizm (w pierwszych wiekach istnienia państwa polskiego czeski wpływ na polszczyznę wciąż był bardzo silny).

W czasach św. Wojciecha wszystkie języki słowiańskie miały akcent swobodny i ruchomy (możemy go dziś usłyszeć choćby w rosyjskim). Jednak na niemal całym zachodniosłowiańskim obszarze doszło do jego przesunięcia i ustabilizowania na pierwszej sylabie wyrazu. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie to nastąpiło, bo akcentowania nie zaznaczano w zapisie. Mamy jednak dowody pośrednie, obecne zresztą i w tekście Bogurodzicy. Spójrzmy na wyraz gospodzina w pierwszej strofie. Pierwotny ruchomy akcent padał na trzecią sylabę – tak jak dziś w rosyjskim господи́на. W później dodanych zwrotkach, które znajdziemy w rękopisie warszawskim, widnieje forma gospodna – taka redukcja samogłoski nie mogła zajść w sylabie akcentowanej, musiało więc wcześniej dojść do przesunięcia akcentu. Przy okazji możemy stwierdzić, że współczesny polski akcent padający na drugą sylabę od końca – będący zresztą ewenementem wśród języków słowiańskich – ustalił się dopiero w czasach nowożytnych.

Pierwotna forma „gospodzina” w zapisie kcyńskim Bogurodzicy, ca 1408 r. (BJ Rkp. 1619a II).

Późniejsza forma „gospodna” w przekazie warszawskim, ok. 1456 r. (BN, Rps 3016 II, fol 216v).

Spojrzenia z bliska na kilka osobliwości

Przy okazji zwróćmy uwagę na wyrazy zyszczy i spuści. Można ich postać zinterpretować jako zrośnięcie z dopełniającym zaimkiem ji, który zresztą bardzo by nam w tym miejscu pasował – wówczas zyszcz ji nam, spuść ji nam znaczyłoby „zyskaj go nam, przekaż go nam”. Z drugiej strony bardzo podobnie wyglądała pierwotna prasłowiańska forma trybu rozkazującego: *sъjьšči, *sъpusti. Przyjrzymy się też rozkaźnikom w drugiej zwrotce: słysz, napełń, raczy – ich pierwotne formy to *slyši, *napьlni, *rači. Teraz sprawdźmy, jak akcentowane są rosyjskie odpowiedniki tych wszystkich wyrazów – сыщи́, спусти́, слу́шай, напо́лни, рачи́ – okazuje się, że wygłosowe -i zachowało się wyłącznie tam, gdzie pada na nie pierwotny ruchomy akcent! Znowu zyskujemy potwierdzenie niesłychanej dawności form użytych w Bogurodzicy, ale nie pomaga to w dokładniejszym datowaniu.

Kolejnym dziwacznym dla nas słowem jest dziela. To dobry przykład tzw. hapax legomenon, co oznacza, że forma ta nie jest poświadczona w żadnym innym utworze. Możemy jednak wywieść ją z prasłowiańskiego *dělja, które znajdziemy w zapisach staro-cerkiewno-słowiańskich w postaci дѣл. Współcześnie powiedzielibyśmy po prostu: dla. Dzisiaj może wydać się nieco osobliwe, że pierwotnie użycie tego wyrazu wymagało odwrotnego niż obecny szyku (nie był on więc przyimkiem, ale poimkiem). W myśl tej zasady swojskie słowo dlatego miało więc formę togodla (analogiczną do staro-cerkiewno-słowiańskiego того дѣл). W takiej postaci znajdziemy je na przykład w Kazaniach świętokrzyskich. Wiele wskazuje na to, że „twego dziela Krzciciela” moglibyśmy dziś przetłumaczyć jako „dla twojego Chrzciciela”.

Staro-cerkiewno-słowiańska forma „togodělja” w kodeksie supraskim.

Staropolska forma „togodla” w Kazaniach Świętokrzyskich, ok. 1301-1350 r. (BN, Rps 8001, fol. 3r).

Obydwie formy „dziela” i „dla” w rękopisie krakowskim, 1408 r. (BJ Rkp. 408 III, fol. 87v).

Wszystkie te rozważania niestety nie rozwiewają specjalnie wątpliwości co do czasu powstania Bogurodzicy. Tekst tego utworu pozwala przyjrzeć się ewolucji naszego języka także z nieco innej perspektywy kolejnych rękopiśmiennych redakcji utworu. Porównajmy trzy najstarsze przekazy: dwa z nich (czyli tzw. kcyński i krakowski) powstały w początku XV wieku, rękopis warszawski spisano zaś pół wieku później. Od razu widzimy różnicę w pierwszym słowie: celownik Bogu zastąpiono dopełniaczem – Boga. Tak zresztą powiedzielibyśmy i dzisiaj, a w dzisiejszym języku pozostały bardzo nieliczne relikty celownika w takiej funkcji – utarty zwrot ojciec dzieciom czy też nieco barwniejszy psubrat.

Porównując zapis dalszych zwrotek w rękopisie krakowskim i warszawskim, możemy zwrócić uwagę na postać słowa posiłkowego być w trybie przypuszczającym. W zapisie krakowskim znajdziemy dawną aorystyczną formę bychom, która uległa znamiennej ewolucji przez bychmy do postaci byśmy, którą znajdziemy w tekście warszawskim – prawdopodobnie do owej zmiany doszło przez analogię do tworzącej się właśnie uproszczonej formy czasu przeszłego byliśmy, która powstała ze złożonego byli jeśmy.

Dawna forma „bychom” w rękopisie krakowskim.

W zapisie warszawskim pojawia się już postać „byśmy”.

Czy polszczyzna w XV wieku ma jakieś reguły?

W połowie XV wieku – niedługo przed powstaniem zapisu warszawskiego – Jakub Parkosz z Żurawic, wybitny uczony i profesor Akademii Krakowskiej, podjął pierwszą próbę systematycznego ujednolicenia zasad polskiej pisowni. Napisał w tym celu nowatorską rozprawę. Choć zalecenia w niej zawarte okazały się beznadziejnie niepraktyczne, jej lektura pozwala nam dziś na bezpośredni i dokładny wgląd w ówczesną polską fonologię. Jedną z najbardziej istotnych obserwacji zawarł w następujących słowach: „U Polaków wszystkie samogłoski to się wydłużają, to się wyraźnie skracają. Ze wzdłużania ich lub skracania wynika różne znaczenie wyrazów” (przeł. M. Kucała) – zjawisko to, zwane iloczasem, po dziś dzień występuje w języku czeskim. Długie samogłoski Parkosz zaproponował oddawać w formie podwojonej litery. Zwróćmy w tym miejscu uwagę na samogłoski nosowe: dzisiejsze słowo gęś zostało zapisane w traktacie jako gøſſz, zaś dzisiejsze dąb jako døøb – jak widać, odróżniała je od siebie wówczas długość artykulacji, a nie barwa. O tym, jak te głoski wymawiano, świadczą nie tylko dawne zapisy – w tym krakowski i warszawski tekst Bogurodzicy – ale i dzisiejszy kształt litery ą (niegdyś nosowego a – brzmiało ono zapewne jak w wyrazie „tramwaj” albo… jak w niepoprawnej wymowie zdradliwego czasownika „włanczać”!).

Sposób zapisu samogłosek nosowych w krakowskim przekazie Bogurodzicy.

Po półwieczu, w roku 1506 Bogurodzica została pierwszy raz wydana drukiem – otwiera listę statutów Królestwa Polskiego opublikowaną przez kanclerza Jana Łaskiego. Niedługo później jego bliski współpracownik Stanisław Zaborowski napisał kolejny traktat o polskiej ortografii, gdzie bezpośrednio nawiązał do traktatu Parkosza, pisząc że dawni Polacy długie samogłoski podwajali, krótkie zaś wyrażali pojedynczymi znakami. Z wyrażenia Antiqui Poloni możemy wywnioskować, że w początku XVI wieku doszło już do zaniku iloczasu – jego funkcję przejęła tzw. wymowa pochylona, która do naszych czasów nie przetrwała, choć jeszcze we współczesnej ortografii mamy literę ó, która była używana do oznaczenia pochylonego o – w XV wieku zatem wymawiano w tym miejscu długie o. Tego rodzaju procesy językowe zachodzą stopniowo, możemy się więc domyślać, że w czasach Parkosza do owego pochylenia mogło zacząć już dochodzić, choć nie była to jeszcze znacząca cecha.

Orthographia seu Modus Stanisława Zaborowskiego, Kraków 1518.

Warto wspomnieć o dwu innych charakterystycznych cechach ówczesnej wymowy, które później uległy zmianie, choć wciąż odzwierciedla je współczesna pisownia. Dwuznak rz zawdzięcza swój kształt dawnemu frykatywnemu r, które wymawiano analogicznie do czeskiego ř – dopiero z czasem utożsamiło się z tym, co zapisujemy jako ż. Podobnie litera ł miała wymowę przedniojęzykowo-zębową, która jeszcze w czasach przedwojennych była uznawana za prestiżową, a do dziś można ją usłyszeć na kresach.

Jeszcze inny problem przedstawia wymowa zwrotu Kyrieleison powracającego w Bogurodzicy dwukrotnie. Wiele wskazuje na to, że głoska oznaczana jako s była najpierw wymawiana bezdźwięcznie. Możemy to wywnioskować choćby z opowieści Thietmara o biskupie Boso, który nawracając połabskich Słowian na chrześcijaństwo, próbował nauczyć ich śpiewać ową grecką frazę. Ci jednak prześmiewczo przekręcali ją po swojemu na „we krzu olsza” (zapisane jako vkrivolsa), przy czym szczelinowa spółgłoska w słowie olsza (z prasłowiańskiego *olьša) była bez wątpienia bezdźwięczna. Taką wymowę sugerują tak czeskie zapisy typu krlessu w kronice Kosmasa (twierdzącego, że w ten sposób Kyrielesion śpiewali prości i nieuczeni ludzie), jak i wzmianka w staroruskim latopisie o Lachach, którzy w 1245 roku idąc do boju pod Jarosławiem, śpiewali bezdźwięcznie керьлѣшь (cyrylica jest pod tym względem jednoznaczna). Za to kiedy spojrzymy na późniejszy tekst Bogurodzicy wydrukowany w statutach Łaskiego, zobaczymy już zapis, który ewidentnie wskazuje na udźwięcznienie tej głoski: Kyrieleyzon.

Skrócony zapis „krlessu” w Chronica Boemorum Kosmasa, 1. tercja XIII w. (Knihovna Národního muzea v Praze, VIII.F.69, fol. 16r).

Dźwięczna forma „kyrieleyzon” w Statutach Łaskiego, Kraków 1506.

Wszystkie te rozważania miały dać wyobrażenie, jak Bogurodzicę mogliby przeczytać na głos lub wyrecytować nasi przodkowie. W średniowieczu uznawano zresztą przysłuchiwanie się lektorowi odczytującemu głośno tekst za jeden z wielu sposobów czytania (obok samodzielnej lektury na głos czy też czytania po cichu, bez wypowiadania słów). Należy jednak pamiętać, że Bogurodzica to przede wszystkim pieśń, a więc była przeznaczona do śpiewania. To właśnie wspomniany najstarszy przekaz, zwany dzisiaj kcyńskim, upewnia nas co do tego, bo zawiera nie tylko słowa, ale i notację muzyczną.

◊◊◊

Dwóch wersji Bogurodzicy oraz innych pieśni średniowiecznych będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Pelikan, lwiątka i ukrzyżowanie http://blog.polona.pl/2017/07/pelikan-lwiatka-i-ukrzyzowanie/ Sun, 02 Jul 2017 15:30:30 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/pelikan-lwiatka-i-ukrzyzowanie/ W 1444 roku ktoś z klasztoru kanoników regularnych w Kraśniku zapisał między łacińskimi kazaniami tekst i melodię pieśni o Zwiastowaniu. Utwór zaczyna się od słów Radości wam powiedam…, a jego nieznany autor w początkowych strofach, dosyć swobodnie podpierając się słowami proroka Izajasza (9,5-6), posłużył się jedną z najważniejszych zwierzęcych alegorii chrześcijaństwa:

Izaijasz, prorok nasz,
Uczynił nam barzo w czas,
Wzjawiɫ nam wielką radość,
Rzekąc: „Przydzie niebie<s>ki gość.

Narodzi sie z dziewice
Na człowiecze oblicze,
Będzie w niem <wierne> bostwo,
Wykupi z nędze ubostwo.

Zbawi-ć nas naszej nędze
Nie za ziemskie pieniądze,
Ale swą krwią niewinną
Wybawi duszę winną.

On jest wierny pelikan,
Wykupi dusze z mąk sam,
Da swe serce rozkrawić,
Ch<c>ąc gr<z>eszną duszę wybawić.

Pieśń Radości wam powiedam… w rękopisie BN 8040 III, p. 618.

Słowa „On jest wierny pelikan” z pieśni Radości wam powiedam…

Każdy choć minimalnie obeznany z ikonografią od razu będzie wiedział, że ów „wierny pelikan” to nie wodny ptak wyposażony w charakterystyczny skórny worek pod dziobem, tylko jedno z symbolicznych zwierząt, które zasiedliły eschatologiczne taksony w późnej starożytności, gdy naukowa wiedza zetknęła się z koniecznością religijnej egzegezy.
U najważniejszego antycznego zoologa, Pliniusza Starszego, pelikan (onocrotalus) zasłużył jedynie na niepochlebną wzmiankę w Historii naturalnej. Według tego uniwersalnego kompendium dziób ptaka stanowi „rodzaj drugiego brzucha” („alterius uteri genus”), który sprawia, że zwierzę wykazuje się niespotykaną żarłocznością. Podobnie pisze zresztą Klaudiusz Elian oraz inne ówczesne autorytety i próżno u nich szukać jakiejkolwiek wzmianki o „rozkrwawianiu serca”.

Sytuację zmienił Fizjolog – wczesnochrześcijański tekst, który stanowił podstawę większości średniowiecznych bestiariuszy. W tym zbiorze (czy wręcz „atlasie zwierząt”) przypisywano poszczególnym stworzeniom specyficzne właściwości i zachowania, ściśle związane z religijną symboliką oraz moralizatorstwem. Pelikan według Fizjologa nie jest już łakomym ptaszyskiem, tylko prorodzinnym gniazdownikiem. Jego pisklęta jednak giną – wedle jednej redakcji zatrute jadem węża, według innej zabite przez samych rodziców za krnąbrność.

Historia o pelikanie, Bestiariusz, Anglia ok. 1200 (Aberdeen University Library, MS 24, fol. 35r).

Ptaki opłakują martwe młode przez trzy dni, po czym matka rani swój bok, a spływająca krew ożywia jej potomstwo. W wersji z wężem pelikan wzlatywał wysoko i poprzez obłoki skrapiał pisklęta swoją krwią. Pelikan był oczywistym symbolem chrystologicznym, historia zawierała wszystkie niezbędne ku temu elementy: pisklęta martwe przez trzy dni, ranę w boku, odkupicielską krew i zmartwychwstanie – bez wątpienia więc o tego właśnie ptaka chodziło w tekście Radości wam powiedam

Pelikan ożywiający młode, po bokach miniatury napis „Mors pellychani est passio Iesu Christi” – „śmierć pelikana to męka Jezusa Chrystusa”. Bestiariusz, Thérouanne ok. 1270 (LA, J. Paul Getty Museum, MS. Ludwig XV 3, fol. 17r).

Historia o pelikanie ożywiającym pisklęta własną krwią trwała nie tylko dzięki Fizjologowi, ale także Etymologiom Izydora z Sewilli. To encyklopedyczne dzieło powstało u schyłku czasów patrystycznych i zebrało fragmenty starożytnej wiedzy, by przez następnych kilka stuleci stanowić jedno z niepodważalnych źródeł informacji. Izydor zwięźle powtarza informację z Fizjologa, ale nie dokłada do niej żadnej teologicznej interpretacji. Co więcej, zdaje się nawet mieć lekkie wątpliwości co do takiego zachowania ptaków, bo dodaje „o ile jest to prawda” („si verum sit”). Dzieło Izydora było poważane i kopiowane przez całe średniowiecze, dlatego przetrwało w wielu rękopisach. Wzmiankę o pelikanie można przeczytać m.in. w jednej kopii z XII (BN BOZ 23) i dwóch z XIV wieku (BOZ 24 i BOZ 6).

Izydor z Sewilli o pelikanie w kopii Etymologii z XIV w. (BN BOZ 6, fol. 101r).

Przez stulecia legenda o pelikanie w zasadzie nikomu nie przeszkadzała, a ptak rozdzierający własną pierś pojawiał się w ikonografii i tekstach. Nie trzeba być jednak bacznym przyrodnikiem, by zauważyć, że coś tu nie gra. Prawdziwe pelikany nie wskrzeszają przecież potomstwa krwią, tylko zachowują się raczej jak ptasi łakomcy Pliniusza. Tę nieprawidłowość odnotowują prace renesansowych przyrodników, u których symboliczny pelikan wywoływał spory dyskomfort intelektualny. Pierre Belon w L’Histoire de la nature des oyseaux wydanej w 1555 roku przedstawił nie tylko opis pelikana, ale także zebrał materiały na jego temat (w tym objaśnienie nazwy onocrotalus – z greki ὄνος + κρόταλον, więc „ptak ryczący jak osioł”), a do tego umieścił całkiem wiarygodną rycinę.

Pelikan z pracy Pierre’a Belona (1555).

Onocrotalus pojawia się też u Konrada Gesnera, tu pelikania tożsamość tego ptaka nie budzi już żadnych wątpliwości. Jednak szwajcarski humanista utrudnił nieco sprawę: w rozdziale De pelecano zakwestionował legendę o wskrzeszaniu młodych, uznając ponadto, że pod nazwą „pelikan” kryje się… warzęcha.

Warzęcha czyli „pelikan” Gesnera, Historiae animalium, lib. III qui est de avium natura… (1585).

Za to boloński arcyerudyta Ulisses Aldrovandi w swojej Ornitologii pokusił się o zestawienie dwóch pelikanów: rozdzierającego pierś „pelikana malarzy i prostaczków” („pelicanus pictorum et vulgi”) oraz jak najbardziej przekonującej pary onocrotalusów.

Ulisse Aldrovandi, Ornithologiae tomvs tertivs et vltimvs… (1613).

„Pelicanus pictorum et vulgi”.

Sprawę postanowił uprościć niesamowity jezuita Athanasius Kircher – żywa barokowa Wikipedia, człowiek, który wiedział wszystko (choć jego wiedza nieczęsto pokrywała się z rzeczywistością). W Arca Noë poszedł tropem Gesnera i uznał pelikana za warzęchę. Co więcej, za jego siedlisko uznał lasy Polski i Litwy („audio tamen in sylvis Poloniae et Lituaniae subinde reperiri”), a wywód zakończył stwierdzeniem, że „co o pelikanie zmyślają poeci i malarze, wkładamy między bajki” („quae vero de pelicano poetae, pictoresque fingunt, fabulis adnumeramus”).

Athanasius Kircher, Arca Noë (1675).

Nikt inny nie ujął całości tego materiału piękniej niż proboszcz z Firlejowa. W Nowych Atenach Benedykt Chmielowski odnosi się z szacunkiem do wszystkich świętych i czcigodnych autorów – ważna jest dla niego zarówno „malarska inwencyja, symbolistów imaginacja, kaznodziejów energia”, jak i „codzienna eksperyjencja” przyrodników.

Benedykt Chmielowski, Nowe Ateny (1745).

Na samym wstępie uczony pleban pisze: „Napatrzy się nie jeden ponad figury, albo Męki Pańskiej wyobrażeniem ptaka pelikana, który pyskiem własne szarpiąc serce, karmi dzieci”. Wskazuje w tym miejscu, gdzie ludzie najczęściej stykali się z wizerunkiem pelikana. Od średniowiecza przedstawienie ptaka rozdzierającego bok umieszczano w scenach Ukrzyżowania, na zwieńczeniach krucyfiksów lub w miejscu titulusa. Jedno z takich przedstawień znajdujemy w nadreńskim mszale z przełomu XIII i XIV wieku pochodzącym z Biblioteki Książąt Czartoryskich (1552 IV Rkps).

Ukrzyżowanie. Missale, Nadrenia ok. 1300 (Biblioteka Książąt Czartoryskich – Muzeum Narodowe w Krakowie, 1552 IV Rkps, fol. 66v).

Miniatura jest nietypowa: Jezus został ukrzyżowany na Drzewie Życia, jego postać jest nienaturalnie upozowana, a rany przerysowane. Jest to zbieżne z ówczesnymi mistycznymi przedstawieniami pasyjnymi, choć nie otacza go szereg postaci alegorycznych, tylko Maria z mieczem boleści w sercu oraz św. Jan. Uwagę od razu zwraca wykraczające poza bordiurę gniazdo pelikana na wierzchołku drzewa: ptak rozrywa pierś i krwią ożywia młode.

Pelikan ożywiające młode na wierzchołku Drzewa Życia.

Jednak na miniaturze widnieje zdecydowanie więcej niż jedno zwierzę. Na samym dole, u podstawy krzyża bądź w korzeniach drzewa – tam, gdzie spodziewalibyśmy się czaszki Adama lub (w bardziej mistycznej wersji) śpiącego Jessego, widać czarną jamę i jej mieszkańców.

Legowisko lwów pod Ukrzyżowanym.

Okazuje się, że pod ukrzyżowanym Chrystusem zamieszkała rodzina lwów. Dorosły lew osłania swoim cielskiem trzy lwiątka, a przy jego pysku, w nieco komiksowym stylu, domalowano kreski – tak jakby właśnie ryczał.

Izydor z Sewilli o lwiątkach. Kopia Etymologii z XII w. (BN, BOZ 23, fol. 18r).

W istocie – lew ryczy, a wyjaśnienie tej sceny znajdujemy znów w Fizjologu oraz Etymologiach Izydora (BOZ 23, BOZ 24, BOZ 6). Otóż brzemienna lwica wydaje na świat martwe potomstwo. Dopiero po trzech dniach przybywa lew i swoim rykiem ożywia martwe lwiątka. Historia ta, podobnie jak pelikan stanowiąca chrystologiczną alegorię śmierci i zmartwychwstania, była bardzo popularna w średniowieczu i zawierał ją każdy bestiariusz.

Lwy i martwe lwiątko, miniatura z bestiariusza, Thérouanne ca. 1270 (LA, J. Paul Getty Museum, MS. Ludwig XV 3, fol. 68r).

Zarówno pieśń Radości wam powiedam…, jak i nadreńska miniatura doskonale pokazują, jak późnoantyczne zwierzęce alegorie funkcjonowały w średniowieczu. Długie trwanie pelikana rozkrwawiającego bok, nad którego istnieniem całkowicie poważnie zastanawiano się jeszcze w XVIII wieku, jest świadectwem płynnej granicy między – jak ująłby to proboszcz Chmielowski – naukową „eksperyjencją” a „imaginacją symbolistów”.

◊◊◊

Pieśni Radości wam powiedam… będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Ogród wiedzy, część XIV http://blog.polona.pl/2016/12/ogrod-wiedzy-czesc-xiv/ Mon, 05 Dec 2016 16:35:01 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/12/ogrod-wiedzy-czesc-xiv/ Bahar-e Danesz (Ogród wiedzy) to powstała w Indiach perska opowieść szkatułkowa napisana przez Enajatullaha Kambu (1608-1671). W Bibliotece Narodowej jest przechowywany wspaniale iluminowany rękopis powieści (BOZ 182), której treść na Polona/Blog przybliża w odcinkach dr Albert Kwiatkowski (literaturaperska.com). 

pierwszej części syn władcy Indii Dżahandar oszalał z miłości do Bahrewar Banu, jednak jej ojciec odmówił mu ręki królewny. Dżahandar zamieszkał więc w ogrodzie nieopodal pałacu. Towarzyszyła mu wierna papuga, która starała się pocieszyć Dżahandara, racząc go opowieściami. Oto ostatnia część przygód królewicza.

◊◊◊

Dżahandar wysłuchał historii opowiedzianych przez papugę, lecz ani trochę nie polepszyło to jego stanu. O cierpieniu młodzieńca dowiedziała się jednak pewna kobieta, która szybko doniosła o wszystkim królewnie Bahrewar Banu. Gdy tylko Bahrewar usłyszała, że królewicz przyszedł prosić o jej rękę, o mało nie postradała zmysłów z miłości.

Nie było więc rady i ojciec królewny pozwolił w końcu, by Bahrewar i Dżahandar się pobrali. Tak też się stało.

Zaślubiny Dżahandara i Bahrewar Banu.

Zaślubiny Dżahandara i Bahrewar Banu.

Po uroczystościach weselnych młoda para wraz ze świtą wyruszyła w drogę powrotną do Indii. Na pierwszym postoju Dżahandar uwolnił papugę, która tak wiernie służyła mu radą i pomocą.

Jechał z nimi Hormoz, syn wezyra, który również był zakochany w młodej królewnie. Chcąc ją zdobyć, postanowił pozbyć się rywala. Gdy pewnego dnia Dżahandar ustrzelił na polowaniu antylopę, Hormoz powiedział, że posiada magiczną umiejętność, która pozwala mu przenieść swoją duszę w każde inne ciało. Wystarczy, że wypowie tajemne imię Boga. Dodał, że jeśli Dżahandar ma taką chęć, może nauczyć go tej sztuki. Królewicz uniósł się i odparł gniewnie, że zna tę sztukę i nikt nie jest w niej bieglejszy niż on. Żeby udowodnić swoje słowa, natychmiast przeniósł swą duszę w ciało zabitej antylopy. Hormoz tylko na to czekał. Gdy tylko dusza Dżahandara weszła w ciało antylopy, Hormoz natychmiast przeniósł swoją duszę w ciało Dżahandara, a co za tym idzie – przybrał jego postać. Bahrewar Banu podejrzewała, że Dżahandar, który wrócił z polowania, nie jest tym Dżahandarem, którego niedawno poślubiła. Udawała więc chorobę i trzymała się od niego z daleka.

Hormoz podstępem przenosi swą duszę w ciało Dżahandara, którego dusza zostaje uwięziona w ciele antylopy.

Hormoz podstępem przenosi swą duszę w ciało Dżahandara, którego dusza zostaje uwięziona w ciele antylopy.

Wkrótce po tym, jak para młoda przybyła do Indii, zmarł stary król, ojciec Dżahandara. W ten sposób podszywający się pod następcę tronu Hormoz objął władzę.

Tymczasem prawdziwy Dżahandar wciąż uwięziony był w ciele antylopy. Wędrował po polach i lasach szukając sposobu, by wrócić do swojego ludzkiego ciała. Pewnego dnia natknął się na martwego ptaka. Przeniósł duszę w ptasie ciało i czym prędzej pofrunął do stolicy swojego kraju. Tam schwytał go myśliwy i podarował pewnemu derwiszowi. Ptak bowiem potrafił mówić, czym budził powszechne zdumienie.

Dowiedziała się o tym Bahrewar Banu i w tajemnicy przed mężem kupiła od derwisza cudownego ptaka. Dżahandar wszystko jej opowiedział, po czym udzielił wskazówek, co zrobić, by jego dusza znów znalazła się w swoim ciele. Tak też się stało.

Gdy tylko prawdziwy Dżahandar odzyskał tron, w królestwie wybuchła rebelia, którą wywołały złe rządy Hormoza. Na jej czele stał generał Bahram Chan. Dżahandar pokonał buntowników i ponownie zjednoczył królestwo. Wśród pojmanych znalazła się córka generała. Jej uroda oszołomiła króla Dżahandara, który bez pamięci zakochał się w dziewczynie. Bahrewar Banu chudła ze zgryzoty, jednak swoje cierpienia przeżywała w ciszy. W końcu Dżahandar zrozumiał swój błąd i wrócił do małżonki.

Wojna Dżahandara ze zbuntowanym generałem Bahramem Chanem.

Wojna Dżahandara ze zbuntowanym generałem Bahramem Chanem.

Minęło wiele miesięcy i lat, aż król Dżahandar umarł. Gdy królowa Bahrewar Banu dowiedziała się o śmierci męża, założyła weselne szaty, położyła się przy jego boku i umarła. Pochowano ich w jednym grobie.

Bahrewar Banu umiera przy zmarłym Dżahandarze.

Śmierć królowej Bahrewar Banu.

Procesja żałobna niesie ciała Dżahandara i Bahrewar, by złożyć je do grobu.

Procesja żałobna niesie ciała Dżahandara i Bahrewar, by złożyć je do grobu.

Licencja Creative Commons
Ogród wiedzy, część XIV by Albert Kwiatkowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Mszał Erazma Ciołka – z łąki do biblioteki http://blog.polona.pl/2016/10/mszal-erazma-ciolka/ Fri, 21 Oct 2016 11:39:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/10/mszal-erazma-ciolka/ W XVI wieku, w czasach rosnącej popularności książki drukowanej, iluminowane rękopisy jeszcze wyraźniej niż dotąd nabierały cech przedmiotu luksusowego. Technika wykonywania pergaminowego kodeksu nie zmieniła się zasadniczo od wieków, a droga nawet najbogatszych, ociekających złotem i dekorowanych licznymi miniaturami ksiąg, które miały trafić do rąk władców i możnych, zaczynała się zwykle na łące.

Z łąki do warsztatu

Mszału Erazma Ciołka i podobnych mu rękopisów z całą pewnością nie można określić mianem wegańskich książek. Nie mogłyby też stanąć na półce konsekwentnych zwolenników skóry ekologicznej. Każda z 231 kart rękopisu została zapisana na pergaminie wykonanym najprawdopodobniej z koziej skóry. Gatunek zwierzęcia, którego skóra została przerobiona na pergamin, można określić na podstawie widocznych śladów po owłosieniu, które starannie usuwano podczas przygotowywania kart.

Ślady kozich włosów, Mszał Erazma Ciołka (BN, Rps 3306 III, fol. 66r).

Ślady kozich włosów, Mszał Erazma Ciołka (BN, Rps 3306 III, fol. 66r).

Skórę poddawano chemicznym i mechanicznym procesom, które miały umożliwić poluzowanie włosów i ich usunięcie. Następnie rozpinano ją na ramie, by kontynuować oczyszczanie, w końcu suszono ją, szlifowano oraz gładzono. W tak przygotowaną skórę wcierano wapno, kredę lub talk. Jakość pergaminu zależała przede wszystkim od skóry zwierzęcia, ale cały proces przygotowania miał również ogromne znaczenie. Niestety, rzemieślnikom zdarzało się przypadkowo naciąć delikatną skórę, czego efektem była zwykła dziura, która powiększała się wraz z rozciąganiem skóry na ramie. Nie był to jednak wystarczający powód, aby cenny materiał spisywać na straty. Wykorzystywano go, a dziury czasami nawet dekoracyjnie naprawiano – cerowano barwną nicią lub zdobiono obrysowując wzorami. Także w Mszale Erazma Ciołka nie brakuje kilku dziurawych, a nawet już reperowanych i niezbyt pięknie pozszywanych kart.

Obrysowana dziura w pergaminie, fol. 47v.

Obrysowana dziura w pergaminie, fol. 47v.

Na początku XVI w. używano już powszechnie papieru wytwarzanego wówczas z rozdrobnionych szmat, jednak dzieła, którym chciano nadać szczególną rangę i które miały być towarem luksusowym były jeszcze przez wiele lat pisane, malowane, a nawet drukowane na dużo droższym pergaminie.

Do kogo po księgę iluminowaną?

Gotowy pergamin mógł zostać zakupiony przez osobę odpowiedzialną za wykonanie rękopisu. Nakład pracy, którą należało włożyć w przygotowanie iluminowanej księgi, nie skłaniał jednak nikogo do podjęcia tego trudu ot tak po prostu, z nadzieją, że ktoś kupi gotowy produkt. Zwykle zawierano umowę miedzy zleceniodawcą lub jego przedstawicielem a wykonawcą lub przedsiębiorcą – jednym z wykonawców albo pośrednikiem zajmującym się handlem książkami. Umowa taka nie była tylko formalnością i często stanowiła podstawę dochodzenia do swoich praw. Jedną z przykładowych kar umownych dla wykonawcy mogła być ekskomunika, lecz i tak sroga konsekwencja nie chroniła zleceniodawców przed stratą czasu i pieniędzy. Przypadki pobrania zaliczki i nieukończenia dzieła nie należały do rzadkości, o czym informują akta sądowe.

Chociaż dziś rękopisy kojarzą się przede wszystkim z mozolną pracą zakonników, to należy podkreślić że już w XIV w. również poza murami klasztorów działali profesjonalni skrybowie, iluminatorzy, malarze i introligatorzy. Skryptorzy przepisujący księgi byli zwykle dobrze wykształceni, potrafili posługiwać się biegle różnymi krojami pisma, a także wykonywać inicjały (ozdobne i wyróżnione pierwsze litery słów). Zawodowi kopiści tekstów byli nazywani katedralisami, od łacińskiego słowa cathedra oznaczającego niezbędny do ich pracy mebel: krzesło wyposażone w pulpit. Za wyposażenie malarskie rękopisu odpowiadały osoby określane w źródłach nazwami illuminator, illuminator librorum, pictor, pictor imaginum.

Niestety nie zachowały się dokumenty, które pozwoliłyby precyzyjnie zidentyfikować krakowskich twórców Mszału. Nikt się w nim także nie podpisał, oprócz samego Ciołka, który na karcie 122r napisał ponad fragmentem tekstu „antistite nostro E[rasmo]” – „me misero Peccatore E[rasmo]”.

Wpis Erazma Ciołka między wierszami Mszału, fol. 122r.

Wpis Erazma Ciołka między wierszami Mszału, fol. 122r.

Przygotowania

Kiedy twórcy wiedzieli już, co mają robić i zgromadzili odpowiedni zapas pergaminu, mogli przystąpić do szczegółowego rozplanowania dzieła – kolumn tekstu, miejsc na inicjały i miniatury. Zamawiający mógł mieć również duży wkład w wybór oraz ikonografię dekoracji rękopisu. Zarówno ustalone terminy, jak i obłożenie pracą całego zespołu, wymagały skoordynowanej współpracy kilku osób na luźnych, jeszcze niezszytych w całość składkach. Goniący deadline nie jest współczesnym wymysłem.

 Nie było więc czasu do stracenia. Karty liniowano ostrym narzędziem zostawiającym zarysowania lub – tak jak w przypadku mszału Ciołka – rozcieńczonym czerwonym atramentem rysowano sieć linii, która upodabniała pergamin do strony ze szkolnego zeszytu. Czasem na kartach rękopisów można natrafić na robocze notatki zawierające instrukcje dla poszczególnych wykonawców. W Mszale Ciołka zachowały się tylko wskazówki dla twórców inicjałów, tzw. reprezentanty, czyli kursywne literki informujące, jaki inicjał ma się w danym miejscu znaleźć – nikt nie zdrapał ich nożykiem przed wykaligrafowaniem inicjałów, więc do dziś to świadectwo praktyki warsztatowej można dostrzec w środku ozdobnych liter.

0046-litera-p-w-inicjale-zlotym

Inicjał „P” (fol. 15r).

0062-litera-f

Inicjał „F” (fol. 23r).

Inicjał „B” (fol. 25v).

Inicjał „B” (fol. 25v).

Przepisujemy

Właściwą pracę rozpoczynał skryba, który najpierw przepisywał tekst z dostarczonego mu wzoru. W omawianym przypadku dostarczono mu mszał, czyli księgę liturgiczną niezbędną dla kapłana odprawiającego nabożeństwo, zawierającą poszczególne części mszy, teksty modlitw, czytań i śpiewów.

Skryba do zapisania tekstu głównego użył czarnego atramentu. Czerwonym zapisywał rubryki (łac. rubrum – czerwony atrament), które są wprowadzeniem do następujących po nich tekstów. Rubryki wyróżniały się i ułatwiały szybkie orientowanie się w zawartości księgi (jak współcześnie używane zakreślacze). Wspomniane wyżej inicjały kaligraficzne (niebieskie i złote) były wykonywane później – co łatwo zauważyć, ponieważ często nachodzą na czarne litery tekstu.

Rubryka oraz inicjał nachodzący na miniaturę oraz tekst, fol. 89v.

Rubryka oraz inicjał nachodzący na miniaturę oraz tekst, fol. 89v.

Chociaż Erazm Ciołek był biskupem płockim, to rękopiśmienny mszał ze zbiorów Biblioteki Narodowej jest w swej redakcji liturgicznej mszałem krakowskim. W Litanii do Wszystkich Świętych zabrakło patrona Płocka – św. Zygmunta. Wymieniono za to patronów Krakowa – św. Stanisława, Wacława i Floriana.

Święci: Wojciech, Stanisław, Wacław i Florian w litanii na fol. 66r.

Święci: Wojciech, Stanisław, Wacław i Florian w litanii na fol. 66r.

Aby nadać dziełu blasku…

W Mszale Ciołka spod złotych i malowanych inicjałów oraz miniatur miejscami przebija różowa zaprawa o nieco ceglastym odcieniu. Najlepiej widać ją na przetarciach, pęknięciach i ubytkach złota. Jest to glinka (bolus lub pulment) zmieszana z kredą, którą nakładano na pergamin przed położeniem cieniusieńkiego płatka złota. Po przyłożeniu płatka na bolus polerowano go agatem lub zwierzęcym kłem do uzyskania idealnie gładkiej powierzchni. Intensywny efekt lśnienia gaszono nieco poprzez malowanie jasną farbą gęstej, dekoracyjnej sieci wijącego się ornamentu nitkowego.

Glinka widoczna pod złotym inicjałem (fol. 66v).

Glinka widoczna pod złotym inicjałem (fol. 66v).

Ornament na złocie wypełniającym inicjał (fol. 226r).

Ornament na złocie wypełniającym inicjał (fol. 226r).

Iluminacje

Lata 1514-1518, które są wskazywane jako czas powstania Mszału Erazma Ciołka, przypadają na okres świetności małopolskiej sztuki iluminatorskiej. Rękopis zdobi jedna miniatura całostronicowa oraz 19 miniatur i inicjałów figuralnych towarzyszących tekstowi. Nie trzeba być specjalistą, by dostrzec różnice w poziomie i wykonaniu poszczególnych miniatur, które jasno wskazują na udział kilku malarzy-iluminatorów w tworzeniu malarskiej dekoracji rękopisu. Nakładali oni farby warstwami bezpośrednio na pergamin, a na gotową już kompozycję nanosili farby cienkimi kreskami. Efekt migotliwości i lekkości wiele miniatur zawdzięcza użyciu złota malarskiego, którym za pomocą drobnych linii podkreślano wybrane elementy kompozycji.

Adoracja Dzieciątka (fol. 102v).

Adoracja Dzieciątka (fol. 102v).

Jan Chrzciciel (fol. 158r).

Jan Chrzciciel (fol. 158r).

Przez długi czas badacze wiązali dekorację Mszału Ciołka ze Stanisławem Samostrzelnikiem – najsłynniejszym krakowskim miniaturzystą pierwszej połowy XVI wieku. Z czasem jednak ograniczono się do przypisywania mu tylko jednej karty (102v) ozdobionej inicjałem G[loria] z przedstawieniem Adoracji Dzieciątka. Karta ta została również otoczona bordiurą z dekoracją ornamentalną i figuralną. Malarzowi udało się uzyskać efekt przestrzenny – motywy rzucają cień na powierzchnię pergaminu tak, jakby były na nim faktycznie rozłożone. Z tą iluzją współgra spacerująca między ornamentami mucha, która za sprawą malarza przysiadła w lewym dolnym rogu karty.

Bordiura na fol. 102v.

Bordiura na fol. 102v.

Mimo różnic artystycznych w wykonaniu miniatur, prawie wszystkie łączy silna inspiracja rycinami Albrechta Dürera i jego naśladowców. Twórcy Mszału Ciołka w samodzielnych miniaturach, a także tych wpisanych w inicjały, wzorowali się szczególnie na rycinach pochodzących z drzeworytniczego cyklu Małej Pasji Albrechta Dürera,  która ledwie kilka lat wcześniej została odbita po raz pierwszy (najwcześniejsza datowana rycina z serii pochodzi z 1509 r., lecz cały cykl w formie książkowej ukazał się dwa lata później). Posługiwanie się rycinami w praktyce warsztatowej było powszechne. W pracowniach różnych artystów, nie tylko malarzy książkowych, znaleźć można było odbitki Dürera, Martina Schongauera oraz innych twórców, które stanowiły gotowe i sprawdzone rozwiązania kompozycyjne. Ryciny i druki ilustrowane dostarczały wzorów dla całych scen, układów wybranych postaci, a także rozwiązań formalnych. Miniaturzyści przetwarzali pojedyncze wzory lub łączyli kilka w jeden obraz. W przypadku Mszału Ciołka często stawali przed zadaniem dostosowania pierwowzoru do dość specyficznej i ograniczonej przestrzeni inicjału.

Adoracja Dzieciątka – inicjał P[uer] (fol. 135r).

Adoracja Dzieciątka – inicjał P[uer] (fol. 135r).

Pokłon Pasterzy z Małej Pasji Albrechta Dürera (British Museum, nr inw. E,2.226)

Pokłon Pasterzy z Małej Pasji Albrechta Dürera (British Museum, nr inw. E,2.226)

Ponieważ rękopis był zamawiany przez konkretną osobę, jego dekoracja została zindywidualizowana. Dwie strony Mszału Ciołka zdobią bordiury z insygniami biskupimi – infułą i pastorałem. Herb Erazma Ciołka, Sulima, powtarza się na kartach rękopisu czterokrotnie (karty: 1 r, 102v, 121v, 129r). Ukazany jest w otoczeniu rogów obfitości lub podtrzymują go putta. Puttom towarzyszą ornamentalne stwory wyrastające z wici roślinnej – na karcie 102 v są to delfiny, a na karcie 129r smoki. Te ostatnie kąsają ubrane w całkowicie prześwitujące koszulki putta, które próbują się bronić chwytając się mocno herbu bibliofila niczym ostatniej deski ratunku.

Bordiura na karcie

Bordiura na karcie 129r.

Książkę trzeba ubrać

Kiedy rękopis był już gotowy, a wszystkie składki zszyte, można było go oprawić. Dzięki zachowanym księgom ze zbiorów Erazma Ciołka wiemy, że biskup dbał o ich zewnętrzny wygląd i zaopatrywał je w oprawy opatrzone jego superekslibrisem (znakiem własnościowym, np. herbem wytłaczanym na oprawie).
W XVI wieku oprawiano książki w pergamin, lecz do oprawy kosztownych dzieł, jakimi niewątpliwie były rękopisy iluminowane, stosowano raczej cienkie deski (ewentualnie tekturę) obciągnięte skórą z tłoczeniami. Niekiedy zamiast skóry wybierano gładkie, tłoczone lub haftowane tkaniny (atłas, aksamit). Oprawę można było także uszlachetnić złoceniami lub drogimi kamieniami. Niestety wiele opraw nie zachowało się do naszych czasów. Oprawa miała nie tylko zdobić, ale przede wszystkim chronić rękopis lub książkę. Nic dziwnego więc, że sama uległa często zniszczeniu lub wymieniano ją na nową, gdy zmieniał się właściciel. Mszał Erazma Ciołka został oprawiony powtórnie w czasie konserwacji, lecz zachowała się wcześniejsza oprawa z desek powleczonych skórą.

Na półce

Erazm Ciołek, biskup, dyplomata, mówca i bibliofil marzący o kapeluszu kardynalskim, zabrał swój mszał w podróż do Rzymu w roku 1518. Tam też zmarł nagle 9 września 1522 r. nie doczekawszy się spełnienia swych ambicji. Po jego śmierci oszacowano wartość księgi na 100 florenów. Kilkanaście lat później taka kwota jest wymieniana jako równowartość rocznej pensji Stanisława Hozjusza, podówczas sekretarza królewskiego. Wobec znajomości kunsztu wykonania tego dzieła oraz całego procesu – od łąki do warsztatu introligatora – podana wycena wydaje się całkiem uczciwa.

Droga do Rzymu była ledwie zapowiedzią kolejnych podróży Mszału, który krążył nie tylko między szafami bibliotecznymi, ale nawet podróżował między kontynentami. Po Erazmie Ciołku odziedziczyła go kapituła płocka. Gdy został wycofany z użytkowania, trafił do Biblioteki Biskupów Płockich w Pułtusku, a następnie do Biblioteki Załuskich w Warszawie. W 1795 roku przewieziono go do Biblioteki Cesarskiej w Petersburgu (na kilku kartach odbito pieczątki rosyjskiej biblioteki). Po I wojnie światowej księga wróciła do Polski i została włączona do zbiorów Biblioteki Narodowej. W trakcie II wojny światowej ewakuowano ją wraz z innymi cennymi dziełami do Rumunii, Francji, a w końcu do Kanady, skąd szczęśliwie powróciła do Biblioteki Narodowej dopiero w 1959 roku.

]]>
Wcielenia królowej Wandy http://blog.polona.pl/2016/09/wcielenia-wandy/ Mon, 26 Sep 2016 09:14:06 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/09/wcielenia-wandy/ Choć to Wincenty Kadłubek na początku XIII w. jako pierwszy wprowadza Wandę na karty polskiej historiografii, dopiero późniejsi autorzy doprowadzili jej legendę do znanego powszechnie kształtu: opowieści o bajecznej słowiańskiej władczyni, która na czele wojsk przegania niemieckiego adoratora, a później dramatycznie kończy w wiślanych odmętach.

wanda1

Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Rządy królowej Wandy były według Kroniki polskiej Kadłubka pełne rozwagi i dobrobytu. Monarchini kontynuowała politykę swojego ojca, znanego z roztropności Kraka. Było wprawdzie o krok od nieszczęścia, bo za panowania Kraka poddanym dawał się we znaki żarłoczny potwór – sławny wawelski smok. Poczwarę zgładzili synowie władcy, ale młodszy z nich nie chciał później podzielić się władzą z bratem i zabił go potajemnie. Gdy bratobójczy grzech wyszedł na jaw, utracił koronę i został skazany na banicję.

Początek historii o Wandzie w rękopisie z Chronica Polonorum Kadłubka z XV w. (tzw. Kodeks Stanisława Augusta, BN Rps 3376 II).

Początek historii o Wandzie w rękopisie z Chronica Polonorum Kadłubka z XV w. (tzw. Kodeks Stanisława Augusta, BN Rps 3376 II).

Tam, gdzie zgładzono smoka, powstało miasto nazwane od imienia władcy „Grakchovia”. Kronikarz dodaje, że „niektórzy nazywali je Krakowem od krakania kruków, które zleciały się tam do ścierwa potwora” (przeł. B. Kürbis). Senat, możni i lud czuli ogromny sentyment do rządów Kraka, uznali zatem jego jedyną córkę Wandę za prawowitą następczynię i obrali ją swoją królową.

Fragment Kroniki Kadłubka opisujący wybór Wandy na królową.

Tantus autem amor principis senatu proceres, vulgus omne devinxerat, ut unicam eius virgunculam, cuius nomen Vanda, patris imperio surrogarent – „Tak wielka zaś miłość do zmarłego władcy ogarnęła senat, możnych i cały lud, że jedynej jego dzieweczce, której na imię było Wanda, powierzyli rządy po ojcu” (przeł. B. Kürbis).

Nową władczynię wyróżniała nie tylko roztropność, ale i niesłychany wdzięk oraz piękna postać, a „najokrutniejsi spośród wrogów łagodnieli na jej widok” (przeł. B. Kürbis). Gdy pewien alemański książę, bynajmniej nie w celach matrymonialnych, ruszył na jej ziemie ze swoimi wojskami, monarchini nie zlękła się i zdecydowała bronić młodego państwa. Gdy stanęła naprzeciw nieprzyjacielskich wojsk, dziwny blask onieśmielił srogich najeźdźców. Ci w niejakiej konsternacji odrzucili broń, nie chcąc walczyć z tym świetlistym bóstwem. Wódz ich, jak mówi Kadłubek „tknięty udręką miłości czy oburzenia”, rzucił się w gniewie na miecz i tak zakończył swój żywot. Był jednak zapobiegliwy, bo zanim popełnił samobójstwo, rzucił klątwę na lud Wandy, każąc mu się starzeć pod niewieścimi rządami na wieki.

Ilustracja z popularnego druczku Obrazki historyczne z życia świątobliwych błogosławionych i zasłużonych krajowi cnotą, nauką, odwagą i męztwem, Polaków i Polek..., Warszawa 1862.

Ilustracja z popularnego druczku Obrazki historyczne z życia świątobliwych błogosławionych i zasłużonych krajowi cnotą, nauką, odwagą i męztwem, Polaków i Polek…, Warszawa 1862.

Może to klątwa nie pozwoliła mieć Wandzie dziedziców, a może już wcześniej królowa przedkładała dziewictwo nad małżeństwo – kronikarz tego nie precyzuje. Zmarła bezpotomnie osierociwszy swoje państwo, które na długi czas pogrążyło się w chaosie bezkrólewia. Według mistrza Wincentego od imienia Wandy wzięła się nazwa rzeki Wandal, a poddany jej lud określono zaś mianem Wandalów. To stwierdzenie Kadłubka miało niebagatelną wartość, bo pozwoliło umocować tworzone przezeń legendarne dzieje państwa i narodu w rzeczywistości opisywanej przez starożytnych autorów, a zatem łączyć „rodzime” historie z korpusem tekstów antycznych, skąd pochodziła większość ówczesnej wiedzy.

Nie wiadomo, czy przypisać historię Wandy inwencji Kadłubka, czy też jego erudycji – niewątpliwie jednak krakowska heroina będzie po wielokroć wracać na karty dziejopisarstwa. Prapolską królową spotykamy znowu w anonimowej Kronice wielkopolskiej. Dowiadujemy się rzeczy nowych: słowo „Wanda” ma być odpowiednikiem łacińskiego hamus, oznaczającego wędkę. Tak rozumiane imię nabiera nowego znaczenia – niezwykły powab władczyni działa niczym wędka na wszystkich dokoła. Nic więc dziwnego, że alemańskiemu najeźdźcy autor Kroniki wielkopolskiej (koniec XIII w.) dopisuje nową motywację do ataku na państwo Wandy: królowa konsekwentnie odrzucała zaloty, czym doprowadziła zakochanego desperata do zbrojnego natarcia. W tej wersji legendy Wanda nieco straciła blask, bo broniła się bardziej namacalnym argumentem siłowym w postaci odważnych zastępów. I znowu alemański władca, targany już to miłością, już to oburzeniem, przeklął lud Wandy tymi samymi co u Kadłubka słowy, po czym rzucił się na ostrze miecza. Wanda odniosła zwycięstwo, ale za swój sukces musiała zapłacić bogom najwyższą cenę i rzucić się w nurt rzeki. W tym przekazie znajdujemy więcej logiki w etymologicznym dowodzie – od Wandy wzięła swoją nazwę rzeka Wandalus, czyli Wisła, bo królowa utonęła w jej wodach; takiego powiązania próżno szukać w przekazie Kadłubka.

Królowa Wanda w poczcie polskich władców w Chronicum polonorum Macieja Miechowity.

Królowa Wanda w poczcie polskich władców w Chronicum polonorum Macieja Miechowity.

Podobną redakcję tej opowieści daje również Jan Długosz w swoich Rocznikach (druga połowa XV w.). Niemiecki adorator zyskuje też u krakowskiego dziejopisa imię i staje się księciem Rytygierem. Odmowa Wandy nabiera z kolei honorowego wymiaru: jakże mogłaby bowiem przyjąć awanse władcy kraju, który tak często napadał na jej królestwo? Za Kadłubkiem przyjmuje jednak Długosz, że przyczyną poddania się alemańskich oddziałów była nie liczebność wojsk królowej, a niezwykła piękność jej oblicza. Wanda zauroczyła więc swojego wroga w sposób bez mała magiczny – nie miecz, a jej urok, niczym dar od samej Wenery, pokonał najeźdźcę. Podobnie jak w Kronice wielkopolskiej Wanda płaci jednak za swoje zwycięstwo życiem, oddając się bogom w ofierze i ginąc w wiślanej toni.

W wiek szesnasty redakcję Długosza, kompilującą dwie wcześniejsze, przeniósł Maciej Miechowita, który przyczynił się mocno swoją Kroniką polską (1519) do ugruntowania legendy o sarmackim pochodzeniu Polaków. Ze zbliżonego źródła najpewniej korzystał też Bartłomiej Paprocki w Gnieździe cnoty (1578), dokonując zgrzebnego opisu dziejów polskich za pomocą krótkich wierszowanych form. Jeden utwór poświęca także Wandzie:

11686631-24

11686631-25

Fragmenty Gniazda cnoty Bartłomieja Paprockiego. Epitafium Wandzie oraz opis bezkrólewia po jej śmierci.

Wydawca wykorzystał zresztą do zilustrowania dzieła Paprockiego te same ryciny, które towarzyszyły wcześniej jednemu z wydań dzieła Miechowity.

Jeszcze inne wcielenia Wandy przynosi wiek dziewiętnasty. Legendarna królowa i jej dramatyczny los doskonale pasował do romantyczno-sentymentalnej wizji średniowiecza. W 1807 roku wystawiono w Warszawie anonimową tragedię w pięciu aktach pt. Wanda. Sztuka zyskała ogromne powodzenie, chwalił je nawet Ludwik Osiński, tuz ówczesnego środowiska teatralnego. Tekstu nie wydano jednak drukiem przez długi jeszcze czas – być może nie chciała tego sama autorka, którą okazała się Tekla Łubieńska. Dramatopisarka, zgodnie z obowiązującym wówczas smakiem, uczyniła postać Wandy jeszcze bardziej tragiczną – bohaterka odrzuca awanse Rytygiera (czynione i przez posłów, i zbrojnie), bo obawia się, by poślubienie Niemca – choć tak dzielnego i mądrego – nie stało się zagrożeniem dla polskiego umiłowania wolności. Po zwycięstwie nad wrogimi oddziałami – zgodnie z brzmieniem legendy – zabija się w dziękczynnej ofierze. Wyznaje jednak przy tym, że odwzajemnia namiętne uczucie, które kazało niemieckiemu księciu nacierać na krakowskie ziemie. Tak Wanda Łubieńskiej stała się ucieleśnieniem chętnie eksploatowanego przez romantyków konfliktu między obywatelską powinnością a osobistym afektem.

Fragment Wandy w sztambuchu wnuczki Tekli Łubieńskiej.

Fragment Wandy w sztambuchu wnuczki Tekli Łubieńskiej.

O ile Wanda jedynie dowodziła swoimi oddziałami (co jest już, prawdę mówiąc, niemałym dowodem śmiałości średniowiecznej niewiasty), o tyle jej literacka krewna, czyli Grażyna z poematu Adama Mickiewicza (1823), nie tylko podjęła się roli dowódczej, ale i sama chwyciła za broń. Pod nieobecność swego książęcego małżonka Litawora, a w obliczu krzyżackiego natarcia, Grażyna wdziała zbroję – co było jej na rękę, bo uniemożliwiło rozpoznanie jej postaci – i w polu bitwy siekła szablą jak najmężniejszy rycerz, poniósłszy równie rycerską śmierć.

Scena śmierci Grażyny, konającej w objęciach męża Litawora; z ręcznie kolorowanego dziewiętnastowiecznego wydania poematu.

Scena śmierci Grażyny, konającej w objęciach męża Litawora; z ręcznie kolorowanego dziewiętnastowiecznego wydania poematu.

Z czasem legendarna Wanda traci zacięcie do wojaczki. W komiksie Wanda leży w naszej ziemi Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza (1938) królewska powinność nakazuje jej znaleźć męża. Marzy jej się tajemniczy rycerz, który rozprawił się wcześniej ze smoczą bestią, ale nie sposób go odnaleźć, choć zostawił po sobie łabędzie pióra, niemal jak Wagnerowski Lohengrin. Zamiast wyczekiwanego bohatera tęskna Wanda zobaczy pod bramami Krakowa tylko krwiożerczego Rytygiera. Pokorna monarchini, nie chcąc rozlewać krwi, by bronić się przed niechcianym małżeństwem, widzi tylko jedno rozwiązanie, którym jest usunięcie się z politycznej sceny i skok do Wisły. Fabularnie górę bierze jej tragiczny koniec, a nie mężny opór.

Dziewiętnastowieczna litografia według obrazu Maksymiliana Antoniego Piotrowskiego, „przedstawiająca Wandę, ten mit pogański zawsze tak świeży w wyobraźni narodu, a tak z jego życiem zrosły, że nawet badania historyków chcących nam go odebrać, przeszły bez odgłosu”.

Dziewiętnastowieczna litografia według obrazu Maksymiliana Antoniego Piotrowskiego, „przedstawiająca Wandę, ten mit pogański zawsze tak świeży w wyobraźni narodu, a tak z jego życiem zrosły, że nawet badania historyków chcących nam go odebrać, przeszły bez odgłosu”.

A pazur czai się czasem tam, gdzie najmniej się go spodziewamy – silną władczynię stojącą na czele prapolskich wojsk łatwiej było sobie wyobrazić naszym przodkom. Wanda realizuje topos rycerskiej kobiety tak silnie obecny w dawnej kulturze od asyryjskiej królowej Semiramis (której historię omawiają jako paralelną do opowieści o Wandzie biskupi Jan i Mateusz w Kronice polskiej Kadłubka) po późniejsze wcielenia tej samej figury – owianą legendą Joannę d’Arc, Armidę z Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa czy wreszcie waleczną Mickiewiczowską Grażynę.

]]>
Yanko the Musician i Křižáci, czyli Sienkiewicz w przekładach http://blog.polona.pl/2016/09/sienkiewicz-w-przekladach/ Sat, 03 Sep 2016 13:52:21 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/09/sienkiewicz-w-przekladach/ Henryk Sienkiewicz już za życia był jednym z najczęściej przekładanych polskich autorów. W Polonie możecie znaleźć bardzo wiele obcojęzycznych wydań, które systematycznie gromadzimy w osobnej kolekcji. Są tam nie tylko przekłady na angielski, niemiecki, francuski czy rosyjski, ale także sporo wydań w jidysz, tłumaczenia na serbski, niderlandzki, duński czy islandzki. Poza oczywistymi tytułami natrafić można na mniej znane i często zaskakujące dzieła, jak choćby ozdobiony na okładce romantyczno-tragicznym kowbojem wydany w Mediolanie western Lilliana. Autor Lilliany, podpisany jako Enrico Sienkiewicz, pierwotnie publikował swoje dzieło w odcinkach w „Gazecie Polskiej” jako nowelę Przez stepy. Nad Sienkiewiczem pracowali też esperantyści, na warsztat biorąc przede wszystkim jego nowele.

Wróćmy jednak do najpopularniejszych tytułów i sprawdźmy, jak kilka najsłynniejszych sienkiewiczowskich cytatów brzmi w przekładach. Wychodzimy oczywiście od Trylogii.

„Kończ… waść!… wstydu oszczędź!…” (Potop)

Zacznijmy lekko perwersyjnie, czyli przekładem Potopu na… szwedzki (tłumaczyła Ellen Sofia Wester, Stockholm 1901). Skandynawski Kmicic (czyli Kmitsits) mówi „Gör slut… det är en skam att bli skonad…”, a dialog z Wołodyjowskim wygląda tak:

W angielskim przekładzie Jeremiaha Curtina (London 1891), tłumacza wielce zasłużonego dla popularyzacji polskiej literatury, mamy rozmowę godną prawdziwych dżentelmenów:

Z kolei niemiecka wersja (tłumaczyła Clara Hillebrand, Leipzig 1900) urzeka lakonicznością i subtelnym wewnętrznym rymem słowach Kmicica (Kmiziz) „Macht ein Ende, spart die Schande!”:

Pozostaje jeszcze zajrzeć do tekstu francuskiego (tłumaczyli Bronisław Kozakiewicz i Antoni Wodziński, Paris 1901) i szukać w nim ewentualnych wpływów prozy Dumasa:

 

„Mów mi: Wuju! […] Ja jestem Kowalski, a to jest pani Kowalska, innej nie chcę” (Potop)

Jeśli będziecie kiedyś chcieli się z kimś mocno spoufalić, wykorzystajcie metodę Zagłoby, który skutecznie wyprowadził w pole Rocha Kowalskiego. Tymczasem kwestia Kowalskiego może przydać się przy przedstawianiu małżonki lub prezentacji oręża.

W szwedzkiej wersji mamy drobną zmianę: wuj zmienia się w stryja (farbror):

Angielska wersja z dużym szacunkiem podchodzi do nazwy trunku spożywanego przez bohaterów:

49846359 287

W niemieckiej czytamy z kolei „Nennt mich Oheim!” i oficerskie „Jawohl, das bin ich”, panowie piją zaś Branntwein:

 

„– Ociec, prać? – Prać!” (Potop)

Najkrótszy i najlepiej znany dialog ojcowsko-synowski w polskiej literaturze oddawano na różne sposoby. Szwedzki przekład pomija go zupełnie, w angielskim pada zaś nieco flegmatyczne pytanie „Shall we pound, father?”:

W niemieckim czytamy „Zuschlagen, Vater?”:

A we francuskim „Père, faut-il cogner?”:

 

Podbipięta herbu Zerwikaptur (Ogniem i mieczem)

Seria pomyłek Zagłoby przedstawiającego pana Podbipiętę oraz same nazwy własne, były nie lada wyzwaniem dla każdego tłumacza. Angielski przekład, również sporządzony przez Curtina (London 1897), załatwia sprawę łatwo – dodaje przypisy do Psikishek, Myshikishek i Zervipludrów:

Podobnie w niemieckim tekście Clary Hillebrand (Leizpig 1901) – odpowiedniki zostają umieszcozne w nawiasach obok, a Podbipięta po niemiecku brzmi Hackenschlag:

Polscy tłumacze wersji francuskiej niestety bezlitośnie skracają ten fragment:

 

„Mój ci jest! mój ci jest!” (Krzyżacy)

Scena, w której Danusia ratuje prowadzonego na dekapitację Zbyszka, pełna wzruszeń, rączęt, rucianych wianków znakomicie brzmi w czeskim tłumaczeniu Jana Josefa Langnera (Praha 1903):

Jeremiah Curtin w The Knights of the Cross (London 1900) przełożył ją tak:

Godny uwagi jest też fragment z I cavalieri della croce – włoskiej wersji skróconej, wydanej w 1901 roku w Mediolanie:

 

Dwa nagie miecze (Krzyżacy)

Legendarna mowa krzyżackiego posłańca, który składa przed Jagiełłą dwa nagie miecze, w każdym języku tchnie teutońską dumą i patosem. W czeskim przekładzie Langera wygląda tak:

W drugim tomie angielskiego przekładu fraza jest niemalże szekspirowska:

Francuski tekst pochodzi zaś nie z przekładu całej powieści, tylko z wyciągu La Bataille de Grunwald (tłumaczył znów duet Wodziński i Kozakiewicz) skupiającego się tylko na opisie bitwy:

 

„Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki?” (Janko Muzykant)

Kulminacja noweli, która od przeszło wieku gra na emocjach szkolnej dziatwy. Historia Janka była całkiem popularna, bo przytoczyć możemy dwa przekłady angielskie, niemiecki, a nawet serbski. Wydany w Belgradzie w 1914 roku zbiór nowel Sienkiewicza zawiera również tekst Svirač Janko:

Ostatnie słowa, które wypowiada konający Svirač brzmią: „Mamo!… Da li će mi dobri Bog dati na nebu pravu violinu, istinsku?”.

W wydanym w Bostonie w 1893 roku zbiorku Yanko the musician and other stories (kolejny przekład Curtina), Yanko na łożu śmierci brzmi dosyć powściągliwie:

Bardziej przekonująco wypada w przekładzie opublikowanym przez „The Strand Magazine” w 1905 roku:

Co może jednak zaskakiwać, najbardziej poruszający jest niemiecki przekład ze zbioru Janko der Musikant przełożonego przez Stefanię Goldenring (Berlin 1909). Do słów „Muttel, wird mir der liebe Gott im Himmel eine wirkliche Geige geben?” Bach mógłby napisać kantatę.

 

Wybraliśmy tu tylko kilka fragmentów, a cytaty z dzieł Sienkiewicza są niezliczone. Pamiętajcie, żeby zaglądać do naszej kolekcji z rękopisami, wydaniami, fotografiami i innymi materiałami związanymi z pisarzem oraz kolekcji z przekładami – obie uzupełniamy na bieżąco, więc gwarantujemy długie godziny spędzone na czytaniu i przeglądaniu.

 

Licencja Creative Commons
Yanko the Musician i Křižáci, czyli Sienkiewicz w przekładach by Polona is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Ogród wiedzy, część XIII http://blog.polona.pl/2016/08/ogrod-wiedzy-czesc-xiii/ Tue, 23 Aug 2016 16:18:15 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/08/ogrod-wiedzy-czesc-xiii/ Bahar-e Danesz (Ogród wiedzy) to powstała w Indiach perska opowieść szkatułkowa napisana przez Enajatullaha Kambu (1608-1671). W Bibliotece Narodowej jest przechowywany wspaniale iluminowany rękopis powieści (BOZ 182), której treść na Polona/Blog przybliża w odcinkach dr Albert Kwiatkowski (literaturaperska.com). 

pierwszej części syn władcy Indii Dżahandar oszalał z miłości do Bahrewar Banu, jednak jej ojciec odmówił mu ręki królewny. Dżahandar zamieszkał więc w ogrodzie nieopodal pałacu. Towarzyszyła mu wierna papuga, która starała się pocieszyć Dżahandara, racząc go opowieściami. Oto kolejne z nich.

◊◊◊

Opowieść o księciu Farroch Falu

Władca pewnego dalekiego królestwa nie mógł doczekać się następcy. Któregoś dnia przyszedł do niego pustelnik i podarował mu jabłko. Powiedział, by król dał je swojej żonie. Gdy królowa zje owoc, urodzi wkrótce syna. Tak też się stało.

Po narodzinach chłopca nadworni astrolodzy przepowiedzieli, że gdy królewicz skończy czternaście lat, zobaczy portret pięknej dziewczyny, zakocha się w niej i zachoruje z miłości. Król rozkazał więc ukryć w pałacu wszystkie portrety i obiecał czuwać nad tym, by przepowiednia nigdy się nie spełniła. Na próżno. Po czternastu latach Farroch Fal zobaczył, że jedna ze służących chowa coś przed nim w szkatułce. Zajrzał do środka i zobaczył portret pięknej dziewczyny. Natychmiast się w niej zakochał i postanowił ją odnaleźć. W wędrówce towarzyszył mu jego przyjaciel Dża’far, który był synem wezyra.

Po paru dniach dotarli do miasta i zatrzymali się na nocleg w hinduskiej świątyni. W nocy Dża’far udał się na przechadzkę i książę został sam. Nagle usłyszał jakieś głosy. Ukrył się więc za posągiem bóstwa. Wtedy do świątyni weszli złodzieje, stanęli przed posągiem i upadli na twarz. Wyznali, że zamierzają ukraść wysadzane drogocennymi klejnotami łoże, na którym śpi córka władcy tego miasta. Przyrzekli bóstwu, że jeśli im się to uda, złożą mu w ofierze dziewczynę. Pomodlili się chwilę i odeszli.

Ciała zabitych przez księcia złodziei.

Ciała zabitych przez księcia złodziei.

Nie minęła godzina, a byli już z powrotem. Nieśli ze sobą łoże, na którym spała księżniczka. Udając głos bóstwa Farroch Fal rozkazał złodziejom, by zgodnie z daną mu obietnicą jeden z nich umieścił łoże ze śpiącą dziewczyną na ołtarzu. Gdy złodziej to zrobił, książę wyskoczył zza posągu i ściął mu głowę. Wkrótce to samo spotkało pozostałych złodziei. Wtedy Farroch Fal obudził księżniczkę, wszystko jej opowiedział, po czym zaniósł ją z powrotem do komnaty.

Po tym jak rozprawił się ze złodziejami, książę Farroch Fal budzi księżniczkę.

Książę Farroch Fal budzi księżniczkę.

Następnego dnia Farroch Fal i Dża’far wyruszyli w dalszą wędrówkę. Po paru dniach dotarli do Udżdżainu, miasta, do którego ściągali kupcy ze wszystkich stron świata. Pragnąc odnaleźć wybrankę Farroch Fala, Dża’far otworzył kram, a wśród towarów umieścił portret dziewczyny. Nie minął dzień, gdy jakiś podróżny rozpoznał, kim jest przedstawiona na portrecie postać. Była ona piękną, lecz groźną królową, która niegdyś wydała wojnę wszystkim mężczyznom. Jej królestwo zamieszkiwały same kobiety.

Farroch Fal i Dża’far ruszyli w dalszą drogę. Wkrótce dotarli do drzewa, na którym dostrzegli gniazdo Simorga*. W gnieździe były same pisklęta, a po wspinał się wielki wąż. Książę zabił gada, nie wahając się ani chwili. Gdy Simorg wrócił do swych piskląt, sowicie wynagrodził Farroch Fala. Zabrał wędrowców do kraju Amazonek, po czym podarował księciu swoje pióro. Powiedział, żeby je spalił, gdyby kiedykolwiek potrzebował pomocy.

W kraju Amazonek Farroch Fal i Dża’far przebrali się za kobiety i zaczęli udawać muzykantki. Grali tak ładnie, że zaprosiła ich do pałacu sama królowa. Od kobiety, która pełniła urząd wezyra dowiedzieli się, jaki jest powód nienawiści królowej do mężczyzn. Była ona niegdyś ptakiem i gdy pewnego razu wysiadywała jaja, jej gniazdo zajęło się ogniem. Tchórzliwy samiec uciekł, a ona spłonęła wraz z pisklętami. Odrodziła się w ludzkiej postaci i przysięgła, że będzie nienawidzić mężczyzn.

Farroch Fal postanowił zdobyć królową podstępem. Spalił pióro Simorga i za jego pomocą zebrał armię. Najechał kraj Amazonek, a do królowej wysłał posłańca. Ten przekazał jej, że książę poprzysiągł dozgonną nienawiść kobietom. Zaintrygowana królowa zaprosiła go na rozmowę. Farroch Fal zaproponował jej, że skoro tak wiele ich łączy, powinni się pobrać, by w ten sposób zakończyć panującą między nimi nienawiść. Tak też się stało.

Farroch Fal r.ozmawia z królową Amazonek

Farroch Fal rozmawia z królową Amazonek.

Opowieść o handlarzu Azizie

W mieście Udżdżain żył sobie młody handlarz imieniem Aziz, który prowadził szczęśliwe i beztroskie życie. Pewnego dnia przejeżdżający przez Udżdżain podróżny opowiedział mu o mieście zwanym Lo’batbaz. Było ono niczym raj na ziemi. Aziz zdecydował się więc porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć na poszukiwanie miasta.

Podczas swojej wędrówki spotkał młodzieńca, który zaklinał się, że Lo’batbaz nie istnieje i radził mu zawrócić. Jednak Aziz upierał się przy swoim. Młodzieniec podarował mu więc magiczny miecz, wyjawiając mu, że ilekroć ten będzie zmęczony, wystarczy, że wyjmie miecz z pochwy. Tak też się stało: za każdym razem gdy Aziz wyjmował miecz, przed jego oczami pojawiało się wspaniałe miasto, w którym mógł odpoczywać do woli. Podróżował tak, dopóki nie zgubił miecza.

Pewnego dnia swojej wędrówki dotarł na plantację, na której rosło wielkie drzewo spowite gęstą mgłą. Co rano podchodził do niego mężczyzna i stawiał pod drzewem czarę wina. Z mgły wyłaniała się ręka, zabierała czarę, po czym zwracała ją pustą.

Aziz zatrzymał się na jakiś czas u właściciela plantacji. Wkrótce mężczyzna musiał wyjechać na parę dni i przykazał Azizowi, by ten co rano zanosił pod drzewo czarę wina. Młodzieniec obiecał tak robić. Jednak już pierwszego dnia, gdy z mgły wyłoniła się ręka, chwycił ją i nie chciał puścić. Wtedy z mgły wyleciał olbrzymi ptak, chwycił Aziza w swoje szpony, uniósł w powietrze i odleciał. Leciał i leciał, aż w końcu upuścił go nad jakąś wyniosłą kopułą. Młodzieniec wpadł do ciemnej głębokiej jamy. Zobaczył w niej drzwi. Za nimi był korytarz, który prowadził na dziedziniec otoczony murem. Gdy już wspinał się na mur, jakiś mężczyzna zarzucił mu sznur na szyję i zaprowadził do pięknej dziewczyny. Ona spojrzała zaś na niego i rzekła, że zdobycz jest marna. Kazała go więc wypuścić i przyprowadzić za jakiś czas. Ze strachu i zmęczenia Aziz stracił przytomność.

Olbrzymi ptak chce zrzucić Aziza na ziemię, po tym jak uprzednio porwał go wyłoniwszy się z mgły.

Olbrzymi ptak chce zrzucić Aziza na ziemię.

Gdy doszedł do siebie, zobaczył, że leży na pustyni. Przechodzący obok starzec wskazał mu, dokąd ma się kierować. Tak dotarł do miasta, które przypominało raj. Gdy je podziwiał, otoczyli go jacyś ludzie, którzy zabrali go do łaźni, ubrali w piękne szaty, włożyli na głowę koronę i posadzili na tronie. Dowiedział się, że znajduje się w mieście Lo’batbaz, którego król właśnie umarł. Zgodnie z tutejszym prawem pierwszy przybysz, który zjawi się w mieście po śmierci władcy, zostaje jego następcą i musi poślubić córkę zmarłego króla.

Następnego dnia, gdy Aziz obudził się ze snu, zobaczył, że znów jest na pustyni. Wokół nie było żywego ducha. W oddali wznosiło się miasto. Poszedł więc w jego stronę. Gdy się zbliżył, przystanął zdumiony. Był to Udżdżain, z którego wyruszył w podróż. Zrozpaczony rozdał cały swój majątek ubogim, porzucił rodzinę i przyjaciół, a resztę życia spędził na odludziu.

◊◊◊

* Simorg to mityczny ptak występujący już w Aweście. Mieszka na rosnącym pośrodku wielkiego morza kosmicznym drzewie, które leczy wszelkie choroby. W tradycji zawartej w Szahname, jego gniazdo znajduje się w wysokich i niedostępnych górach. W literaturze mistycznej postać Simorga uwiecznił perski poeta mistyczny Attar (XII/XIII w. n.e.), czyniąc z niego mitycznego króla ptaków. W bajkach perskich występuje w roli magicznego pomocnika bohaterów.

Licencja Creative Commons
Ogród wiedzy, część XIII by Albert Kwiatkowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Kraków 1618 http://blog.polona.pl/2016/07/krakow-1618/ Mon, 25 Jul 2016 12:06:07 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/07/krakow-1618/ Cracovia Metropolis Regni Poloniae, [Coloniae Agrippinae] : [Anton Hierat], [1618]. Skala nieokreślona, miedzioryt ręcznie kolorowany. Panorama na 2 arkuszach, naklejona na arkusz papieru żeberkowego. Całość 36×111 cm. Biblioteka Narodowa, ZZK 12 162.

mrpcracovia1

Jest to pierwsza szczegółowa panorama Krakowa. Pochodzi z dzieła Civitates orbis terrarum opracowanego i wydanego w Kolonii w latach 1572-1618 przez Georga Brauna i Franza Hogenberga, przedstawicieli flamandzko-holenderskiej szkoły kartograficznej. Praca ta jest najwcześniejszym tak dużym zbiorem planów, widoków i opisów miast. Została pomyślana jako uzupełnienie atlasu świata Abrahama Orteliusa – Theatrum Orbis Terrarum, wydanego po raz pierwszy w 1570 roku i od tego czasu wielokrotnie wznawianego i uzupełnianego (w Polonie dostępne są wydania z 1573, 1592 i 1603 roku). Wśród przedstawionych w Civitates… miejsc znajdują się najważniejsze miasta europejskie oraz niektóre miasta azjatyckie, afrykańskie i amerykańskie. W kolejnych wydaniach znalazły się również widoki ośmiu miast polskich. Prezentowana panorama Krakowa pochodzi z szóstego i zarazem ostatniego tomu dzieła.

Wawel, herby Korony i Litwy.

Wawel, herby Korony i Litwy.

Widok miasta opatrzony jest tytułem Cracovia Metropolis Regni Poloniae. Ozdabia go pięć herbów: nad Wawelem podtrzymywany przez dwa anioły znajduje się herb Polski, na prawo od niego widnieje litewska Pogoń. Przy wstędze z napisem tytułowym umieszczony jest herb Krakowa oraz Biscione – znak Sforzów odziedziczony po Viscontich.

Biscione – herb Sforzów.

Biscione – herb Sforzów.

Podobnie, za pomocą wstęg i znaków herbowych, oznaczono Kleparz (Clepardia) i Kazimierz (Casimiria).

Kleparz i herb z postacią św. Floriana.

Kleparz i herb z postacią św. Floriana.

Panorama sporządzona jest z natury, skomponowano ją wykonując przygotowawcze rysunki miasta z kilku punktów widokowych, dzięki czemu oddaje wiarygodnie obraz zespołów urbanistycznych aglomeracji. Widok obejmuje Kraków z górującym nad nim Wawelem, oddzielony nieistniejącym dziś nurtem Starej Wisły Kazimierz wraz z dzielnicą żydowską (Oppidum Iudeorum), Kleparz i Stradom.

Kazimierz i Stara Wisła.

Kazimierz i Stara Wisła.

Przedstawiono na nim również przedmieścia oraz wsie. Po lewej stronie znajduje się Łobzów, w centrum widać Garbary (obecnie Piaski) wraz z zespołem kościelno-klasztornym karmelitów. Po prawej stronie, przy ujściu Rudawy, znajdują się Półwsie Zwierzynieckie, a po drugiej stronie Wisły Dębniki.

Łobzów i Pałac Królewski.

Łobzów i Pałac Królewski.

U dołu panoramy przedstawiono królewski orszak, wzorowany najpewniej na tzw. Rolce Sztokholmskiej, w którym Zygmunt III Waza podąża do łobzowskiej rezydencji (Habitatio Hortularii S.R.Mtis).

„Nobiles equites” – jeźdźcy z królewskiego orszaku.

„Nobiles equites” – jeźdźcy z królewskiego orszaku.

Zygmunt III Waza w drodze do pałacu w Łobzowie.

Zygmunt III Waza w drodze do pałacu w Łobzowie.

Przeglądając panoramę wyraźnie widać nie tylko królewski orszak i najważniejsze budynki, ukazano też wiele szczegółów ilustrujących życie codzienne dawnego Krakowa. Widoczni są flisacy na wiślanych tratwach, konie przy stajniach, krążące nad miastem ptaki, a nawet szubienica z trzema wisielcami.

Flisacy na Wiśle.

Flisacy na Wiśle.

Szubienica.

Szubienica.

 

Licencja Creative Commons
Kraków 1618 by Barbara Majewska i Małgorzata Tomaszewska is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Ogród wiedzy, część XII http://blog.polona.pl/2016/07/ogrod-wiedzy-czesc-xii/ Wed, 20 Jul 2016 15:20:37 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/07/ogrod-wiedzy-czesc-xii/ Bahar-e Danesz (Ogród wiedzy) to powstała w Indiach perska opowieść szkatułkowa napisana przez Enajatullaha Kambu (1608-1671). W Bibliotece Narodowej jest przechowywany wspaniale iluminowany rękopis powieści (BOZ 182), której treść na Polona/Blog przybliża w odcinkach dr Albert Kwiatkowski (literaturaperska.com). 

pierwszej części syn władcy Indii Dżahandar oszalał z miłości do Bahrewar Banu, jednak jej ojciec odmówił mu ręki królewny. Dżahandar wyruszył więc w podróż, by samemu zdobyć jej serce. Tak trafił do domu starego pustelnika. Mieszkał tam pewien mądry ptak, który zaczął doradzać Dżahandarowi, każdą ze swych rad ilustrując opowieścią. Oto ciąg dalszy przygód królewicza.

◊◊◊

Opowiadane Dżahandarowi historie ani o krok nie zbliżały go do upragnionego celu.
Podczas gdy Dżahandar przebywał w domu starego pustelnika, jego wierna papuga szukała sposobu, by mu pomóc. Latała po pobliskich lasach i wioskach starając się odnaleźć zgubioną przez królewicza drogę oraz obmyślić plan, który pozwoliłby zdobyć serce Bahrewar Banu.

Pewnego dnia papuga zobaczyła na skraju lasu dwóch braci spierających się o cztery magiczne przedmioty, które w spadku zostawił im ojciec. A były to: szata fakira, jałmużniczka kalandara*, worek i drewniane chodaki. Szata po założeniu zmieniała się w dowolne okrycie, worek mieścił w sobie nieskończoną ilość klejnotów, z jałmużniczki można było wyjąć każdy rodzaj pożywienia, a chodaki pozwalały latać szybciej od wiatru.

Wierna papuga wróciła do królewicza i powiedziała mu, że dzięki tym przedmiotom zdobędzie serce Bahrewar Banu. Poprosiła go, żeby udał się z nią na skraj lasu i rozwiązał spór braci. Tak też zrobił.

Papuga rozmawia z królewiczem Dżahandarem.

Papuga rozmawia z królewiczem Dżahandarem.

Dżahandar doradził braciom, by ustawili się do siebie plecami i naciągnęli cięciwy swych łuków. Na dany przez niego znak każdy z nich wystrzeli z łuku strzałę, po czym po nią pobiegnie. Ten, który jako pierwszy ją przyniesie, wybierze sobie dwa magiczne przedmioty.
Gdy bracia rozbiegli się w przeciwne strony świata, królewicz założył chodaki i szatę, wziął worek i jałmużniczkę i w mgnieniu oka dotarł do Minusawad, miasta, w którym mieszkała jego ukochana Bahrewar Banu.

Ojciec królewny rozpoznał jednak Dżahandara i kazał go czym prędzej przepędzić z pałacu. Nieprzytomny z rozpaczy królewicz błąkał się po mieście, gdy natknął się na Hormoza, syna wezyra, który służył jego ojcu. Zdziwił się widząc go w tym miejscu. Hormoz przyodziany był w szaty fakira, a skórę miał wysmarowaną popiołem. Okazało się, że i on był oczarowany urodą Bahrewar Banu i też chorował z miłości do niej.

Gdy królewicz dowiedział się, że Bahrewar Banu go kocha, opuścił miasto i zatrzymał się w jej ulubionym ogrodzie. Wierna papuga dotrzymywała mu tam towarzystwa. Pocieszała go mówiąc, że wielu przed nim doświadczyło podobnych cierpień w miłości. Królewicz poprosił ją więc o opowieści.

Kiedy królewicz łowi ryby, pojawia się łódź, na której płynie piękna dziewczyna.

Kiedy królewicz łowi ryby, pojawia się łódź, na której płynie piękna dziewczyna.

Opowieść o księciu Fettanu i księżniczce Mehrbanu

Syn władcy Fettanu bardzo lubił wędkować. Gdy pewnego razu łowił ryby, na wodach jeziora pojawiła się łódź. Płynęła nią młoda dziewczyna. Ujrzawszy jej piękno, młodzieniec zachorował z miłości. Nic nie było w stanie go uleczyć.

W końcu postanowił odszukać dziewczynę, którą pokochał od pierwszego wejrzenia. W drogę wyruszył ze swoim przyjacielem, synem wezyra. Wkrótce dołączyli do nich rybak i stolarz. Obaj posiadali niezwykłe umiejętności: rybak potrafił odczytywać ślady nawet najdawniejszej podróży, i był w stanie orzec, kim jest podróżny i gdzie się obecnie znajduje; stolarz natomiast umiał zbudować z drewna latający tron, który w mgnieniu oka zanosił tego, kto na nim siedział, tam, gdzie ten tylko sobie zażyczył.

Po paru dniach podróży dotarli do pustelni i ujrzeli tam wiekowego starca, który siedział pod drzewem i składał w całość krowi szkielet. Pustelnik polał szkielet wodą i nagle kości powstały i oblekły się ciałem.

Królewicz spotyka pustelnika.

Królewicz spotyka pustelnika.

Starzec wyjaśnił im, że nieopodal w lesie mieszka razem ze swoją córką pewna kobieta. Miały one krowę, która stanowiła cały ich dobytek. Niestety parę dni temu zabił ją tygrys. Starcowi objawiło się, że gdy poleje krowie kości wodą, krowa ożyje. Tak też się stało.

Książę Fettanu poprosił, by starzec towarzyszył mu w dalszej wędrówce i był mu przewodnikiem, niczym Chezr**. Pustelnik zgodził się, więc ruszyli w drogę. Gdy dotarli na skraj lasu, zobaczyli na ziemi stosy ludzkich kości. Starzec wyjaśnił, że ziemie te zamieszkuje olbrzymi ifrit***, zły duch, który zabił wszystkich mieszkańców okolicy. Dodał, że aby przejść przez las, trzeba go pokonać. Można to jednak zrobić tylko w drugiej połowie miesiąca, gdy demon śpi.

Padło na syna wezyra, to on miał odnaleźć i zabić ifrita. Gdy dotarł do zamku, w którym mieszkał demon, napotkał tam uwięzioną dziewczynę. Na imię miała Perineżad i była królewną. Opowiedziała mu szeptem, w jaki sposób dostała się w niewolę ifrita, po czym wyjawiła mu, jak można go zabić. Trzeba wrzucić mu do nosa wysmarowaną miodem czarną pszczołę. Gdy owad go użądli, demon zginie. Tak też się stało. Syn wezyra uwolnił Perineżad i zabrał ją ze sobą. Razem z księciem, rybakiem, stolarzem i pustelnikiem ruszyli w dalszą drogę.

Książę Fettanu i jego towarzysze przychodzą uwolnić uwięzioną przez ifrita Perineżad.

Książę Fettanu i jego towarzysze przychodzą uwolnić uwięzioną przez ifrita Perineżad.

Dotarli do rodzinnego miasta Perineżad. Miasto było jednak opuszczone, tak samo jak i królewski pałac. W jednej z komnat pałacu leżał mąż królewny, zabity przez ifrita. Pustelnik wylał na niego kilka kropel wody, która wcześniej przywróciła do życia pożartą przez tygrysa krowę i młodzieniec ożył. Gdy dowiedział się o śmierci demona, rozpuścił wieści po swym królestwie i ludzie zaczęli wracać do domów.

Przywrócony do życia mąż Perineżad dziękuje księciu.

Przywrócony do życia mąż Perineżad dziękuje księciu.

Książę Fettanu opowiedział Perineżad o celu swojej wędrówki, ona zaś wezwała do siebie pewną starą kobietę. Kazała jej odnaleźć dziewczynę, w której zakochał się książę. Tak też się stało.

Perineżad każe starej kobiecie odszukać dziewczynę, w której zakochał się książę.

Perineżad każe starej kobiecie odszukać dziewczynę, w której zakochał się książę.

Dziewczyna była księżniczką, a na imię miała Mehrbanu. Mieszkała w mieście leżącym nad rzeką. Gdy stara kobieta wróciła opowiedzieć o tym księciu, ten akurat łowił ryby. W brzuchu jednej z nich znalazł kobiecą bransoletkę. Staruszka rozpoznała, że należy ona do Mehrbanu, po czym zaprowadziła księcia i jego towarzyszy do miasta, w którym mieszkała księżniczka.

Za radą kobiety towarzyszący księciu pustelnik udał się do ojca Mehrbanu i podał się za wysłannika Chezra. Przepowiedział ojcu księżniczki, że Bóg przeznaczył jego córce szlachetnego młodzieńca, który niebawem zjawi się w pałacu z jej zagubioną bransoletką. Tak też się stało. Książę otrzymał rękę Mehrbanu, poślubił ją, po czym udał się z nią do swojego kraju.

Ślub księcia z Mehrbanu.

Ślub księcia z Mehrbanu.

W Mehrbanu jednak kochał się też inny książę o imieniu Huszang. Rozkazał on pewnej podstępnej kobiecie, by pomogła mu zdobyć księżniczkę. Udało się jej zaskarbić sobie względy Mehrbanu i gdy pewnego dnia książę Fettanu pojechał na polowanie, kobieta doniosła o tym Huszangowi. Księżniczce skłamała, że mąż ustrzelił jelenia, wyprawił na polanie ucztę i posłał po nią, by do niego dołączyła.

Niepodejrzewając niczego Mehrbanu wsiadła na konia i pojechała na wskazane przez kobietę miejsce. Tam czekał na nią Huszang, który wyznał jej miłość, po czym, mimo protestów księżniczki, zabrał ją do swojego kraju.

Huszang podstępem uprowadza Mehrbanu.

Huszang podstępem uprowadza Mehrbanu.

Gdy książę powrócił z polowania, nigdzie nie zastał swojej żony. Dzięki magicznym zdolnościom rybaka, który odczytał pozostawione przez księżniczkę ślady, dowiedział się jednak, co się wydarzyło i gdzie ona jest. Razem ze swoimi towarzyszami wyruszył na pomoc. Wszyscy przebrali się za derwiszy.

Gdy dotarli na miejsce, udali się do domu dla podróżnych, by mogli się tam posilić i odpocząć. Okazało się, że budynek rozkazała zbudować Mehrbanu. Gdy książę usłyszał imię swojej żony, ze wzruszenia stracił przytomność. Ocucił go dopiero syn wezyra.

Usłyszawszy imię swej ukochanej, książę Fettanu traci przytomność.

Usłyszawszy imię swej ukochanej, książę Fettanu traci przytomność.

Pragnąc dać żonie znać, że pomoc nadciąga, książę posłał do Mehrbanu ukryty w wieńcu pierścień. W tym czasie stolarz zbudował z drewna magiczny tron, dużo piękniejszy niż tron Dżamszida****.

Nadszedł dzień, w którym Huszang zdecydował się poślubić Mehrbanu. Zarządził więc przygotowania. Gdy czekał na swoją wybrankę, którą w tym czasie stroiły służące, ni stąd, ni zowąd coś przemknęło w powietrzu, a na ziemię upadła głowa podstępnej kobiety – tej samej, która pomogła Huszangowi uprowadzić księżniczkę.

Kiedy Huszang czeka na Mehrbanu, ona razem z mężem i jego towarzyszami odlatuje na latającym tronie.

Kiedy Huszang czeka na Mehrbanu, księżniczka wraz z mężem i jego towarzyszami odlatuje na latającym tronie.

Zajmujące się Mehrbanu kobiety w te pędy przybiegły do Huszanga mówiąc, że nagle przyleciał drewniany tron, na którym siedziało pięciu derwiszy. Zabrali ze sobą księżniczkę i podstępną kobietę i czym prędzej odlecieli. Gdy Huszang to usłyszał, rozkazał żołnierzom, by strzelali w powietrze, w nadziei, że strącą tron. Na próżno. Książę Fettanu i Mehrbanu byli już daleko.

◊◊◊

* Kalandar – wędrowny derwisz, którego cechuje nieuznawanie wszelkich praw, zasad, reguł, umów i konwenansów, jakie funkcjonują w społeczeństwie.
** Chezr – czyli „zielony” prorok i święty z legendy arabskiej. W islamie symbolizuje mądrość i wieczną młodość. Jest to postać ogromnie ważna dla sufich, ponieważ reprezentuje niewidzialnego mistrza drogi inicjacyjnej. Łączy się go z tajemniczym przewodnikiem Mojżesza do „zlewiska dwóch mórz” (Koran XVIII: 60-82).
*** Ifrity – złe duchy, najpotężniejsze z dżinnów.
**** Dżamszid – według wierzeń irańskich był to czwarty władca świata, trudzący się nieustannie, odkrywający coraz to nowe rzeczy i uczący ludzi wciąż czegoś nowego. W końcu uczynił dla siebie tron ze złota, który kazał ozdobić szlachetnymi kamieniami. Następnie usiadł na nim i rozkazał demonom, aby go dźwignęły i poleciały do nieba.

 

Licencja Creative Commons
Ogród wiedzy, część XII by Albert Kwiatkowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
W żalu najczystszym http://blog.polona.pl/2016/06/w-zalu-najczystszym/ Fri, 17 Jun 2016 13:28:26 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/06/w-zalu-najczystszym/ W kolekcji rękopisów, grafik i konspiracyjnych wydań Krzysztofa Kamila Baczyńskiego tomik W żalu najczystszym jest dziełem wyjątkowym. Niewielki zbiór osiemnastu utworów dwudziestojednoletni poeta przygotował własnoręcznie jako podarunek ślubny dla swojej przyszłej żony, Barbary Drapczyńskiej – widzimy w dedykacji „Mojej ukochanej Basieńce w dniu naszego ślubu. Krzysztof. dn. 3/VI/1942r.”.

a0004

Na tej samej stronie znajduje się również motto zaczerpnięte z Prób Cypriana Kamila Norwida: „Pieśń twa – nie skona z niedokończoności – Jeźli anielstwo jej wyżywić zdołasz”. Fragment Na zapytanie: czemu w Konfederatce? Odpowiedź Norwida jest też przywołany przy wierszu Bohater.

0041

Wiersze zamieszczone w tomiku znane są z innych źródeł, zwłaszcza tzw. Kodeksu 39/42, rękopisu Krzyż człowieczy i konspiracyjnego zbioru wierszy wybranych, opublikowanych pod pseudonimem Jan Bugaj. Niektóre z nich zostały zapisane w nieco zmienionej wersji – Baczyński zmieniał kolejność wyrazów w strofach i wprowadzał inne drobne modyfikacje. Widać to choćby w Pieśni o ciemności i wierszu o incipicie „Świat – kryształowa kula”.

104432

W żalu najczystszym to dzieło wyjątkowe nie tylko ze względu na jego osobisty charakter. Baczyński przyozdobił czterdziestostronicową książeczkę własnoręcznie malowanymi akwarelkami i inicjałami, upodabniając ją do średniowiecznego rękopisu. Na wklejonych karteczkach widnieją zwierzęta: czerwony koń w Rycerzu i jelonek przy Wolności.

0011

0013

Przy innych wierszach widnieją lekko naiwne przedstawienia drzew, drobne pejzaże i inne motywy. Na niektórych akwarelkach wciąż widać odciski palców poety.

0019

0027

0031

0033

Tomik znalazł się w Bibliotece Narodowej w 1963 roku, został zakupiony wraz z innymi rękopisami poety od matki Barbary, Feliksy Drapczyńskiej. Wraz z pozostałą spuścizną przechowywaną w BN, stanowią one największy zachowany zbiór rękopisów, rysunków, korespondencji i konspiracyjnych wydań Baczyńskiego, przez których pryzmat widzimy całe życie młodego poety.

0003

◊◊◊

Oryginalny rękopis W żalu najczystszym będzie można zobaczyć w sobotę 18 czerwca na jednodniowej wystawie w Pałacu Rzeczypospolitej w Warszawie w ramach Imienin Jana Kochanowskiego. Z tej okazji ukazało się faksymilowe wydanie zbiorku opublikowane przez Wydawnictwo Świat Książki.

 
Licencja Creative Commons
W żalu najczystszym by Polona is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Warszawa 1762 http://blog.polona.pl/2016/06/warszawa-1762/ Thu, 09 Jun 2016 12:50:04 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/06/warszawa-1762/ Plan de la ville de Varsovie : dedie a S. M. Avgvste III Roi de Pologne, Electevr de Saxe etc. etc., levé par ordre de S. E. M. le Comte Bielinski Grand Marechal de la Covronne, 1762 r., skala 1:6700. Miedzioryt. 4 ark., każdy 66×51 cm; sklejony – oprawiony w ramę, za szkłem. Orientacja zachodnia. ZZK 36 590.

Plan ten jest najwybitniejszym dziełem warszawskiej kartografii osiemnastego stulecia. Zadedykowano go zleceniodawcy, marszałkowi wielkiemu koronnemu Franciszkowi Bielińskiemu, który był inicjatorem modernizacji Warszawy oraz przewodniczył Komisji Brukowej, mającej na celu poprawę warunków sanitarnych w stolicy. Zasługi Bielińskiego dla miasta oceniano bardzo wysoko, to właśnie na jego cześć ulica Marszałkowska zyskała swoją nazwę.

b3741651

Plan został oparty na pomiarach Jakuba Fontany i jest pomniejszona wersją rękopiśmiennej mapy Warszawy wykonanej w skali 1:1100 przez podpułkownika Regimentu Gwardii Pieszej Koronnej, inżyniera, architekta i kartografa Pierre’a Ricauda de Tirregaille w 1762 roku. Rękopis ten był przechowywany w zbiorach Archiwum Miejskiego w Warszawie i przez długie lata służył jako podstawa do rozwiązywania wątpliwości związanych z gruntami. W roku 1944 spłonął wraz z całym Archiwum, zachowały się jednak negatywy zdjęć oryginału (w zbiorach Instytutu Sztuki PAN) oraz dziewiętnastowieczna kopia (w zbiorach Zakładu Zbiorów Kartograficznych BN). Plan został wyrytowany przez kapitana wojsk koronnych, Holendra Jakuba Teofila Marstallera.

Fragment dziewiętnastowiecznej kopii planu Tirregaille'a.

Fragment dziewiętnastowiecznej kopii planu Tirregaille’a.

Swoim zasięgiem plan obejmuje Warszawę i Pragę, od Koszar Gwardii Pieszej Litewskiej na Ujazdowie do Koszar Gwardii Pieszej Koronnej (obecnie tereny Cytadeli) oraz od Pola Elekcyjnego na Woli do jurydyk praskich na prawym brzegu Wisły, które jednak przedstawiono w sposób schematyczny i niezgodny z rzeczywistością.

Koszary Gwardii Pieszej Koronnej.

Koszary Gwardii Pieszej Koronnej.

U dołu po lewej stronie, poniżej tytułu, znajduje się nota: Par M.P.RICAVD de TIRREGAILLE Lieut Colonel et Inginieur au Service du Roi et de la REPVBLIQVE en 1762. Nad tytułem widnieje oko opatrzności, a na prawo od niego orzeł trzymający w szponach medalion z monogramem Królewskim: AR (Augustus Rex).

a3741651

U góry oraz po bokach plan otoczony jest 17 widokami najważniejszych budowli Warszawy wraz z konwencjonalnymi przedstawieniami mieszczan i szlachty. Co ciekawe, na wszystkich rycinach, poza przedstawieniem kościoła św. Krzyża, ludziom towarzyszą psy, które były ważnymi mieszkańcami osiemnastowiecznej Warszawy. Poniżej planu znajduje się panorama miasta z tytułem umieszczonym we wstędze na tle nieba: VUE DE VARSOVIE DU COTTE [sic!] DE LA VISTULE. W dolnych rogach mapy umieszczono legendę w języku polskim i francuskim: „Wykład / Ranvoÿ” – wykaz pałaców i kościołów (numery 1-82), jurydyk (A-J) oraz bram (A-E), które znalazły się na planie. Na końcu legendy widnieje przywilej sprzedaży wydany przez króla: „Se Vend á Varsovie avec Privilege du Roi”.

Pałac Branickich.

Pałac Branickich.

Pałac Radziwiłłów (Namiestnikowski).

Pałac Radziwiłłów (Namiestnikowski).

Pałac Sułkowskiego (Kazimierzowski).

Pałac Sułkowskiego (Kazimierzowski).

Pałac Bielińskich.

Pałac Bielińskich.

44

Biblioteka Załuskich.

60

Kościół św. Krzyża.

82

Pałac Krasińskich.

I choć plan Tirregaille’a w wersji miedziorytniczej był w XVIII i na początku XIX wieku wielokrotnie kopiowany i wydawany przez innych kartografów, takich jak George-Louis Le Rouge, Giovanni Antonio Rizzi Zannoni, czy Pierre François Tardieu, to jednak w zbiorach polskich zachowało się tylko kilka kopii tej mapy.

 

Licencja Creative Commons
Warszawa 1762 by Barbara Majewska i Małgorzata Tomaszewska is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Kto nie je zupy, ten umrzeć musi http://blog.polona.pl/2016/06/kto-nie-je/ Wed, 01 Jun 2016 00:17:06 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/06/kto-nie-je/ Makabra, śmierć i makabreska towarzyszą literaturze dziecięcej od samych jej początków. Szczęśliwe zakończenie znanych bajek odwraca uwagę od wilka-antropofaga, starszej pani uprawiającej kanibalizm, czy pastwienia się nad podopiecznymi. Nieszczęśliwy finał z kolei przewija się przez czytanki – dzieci sylabizowały pouczającą opowiastkę o Edziu, który postrzelił się ojcowską fuzją lub Wosiu zmasakrowanym przez skrzydła wiatraka. Ponurzy klasycy – bracia Grimm – ukazują w przesiąkniętych śmiercią bajkach drobiowy schopenhaueryzm, Andersen z kolei uśmiercając małoletnią przekupkę tworzy jedno z największych emocjonalnych nadużyć literatury. Wszystko to jednak blednie w obliczu niewielkiego zbiorku dziesięciu niemieckich wierszyków o nieposłusznej dziatwie, który przez sto lat był chyba najczęściej wznawianą, przekładaną i przerabianą książeczką dla dzieci.

Der Struwwelpeter – pierwsze wydanie zbiorku Hoffmana jeszcze pod tytułem Lustige Geschichten und drollige Bilder..., Frankfurt am Main : Literarische Anstalt, [1845] (ze zbiorów Universitätsbibliothek Frankfurt am Main).

Der Struwwelpeter – pierwsze wydanie zbiorku Hoffmana jeszcze pod tytułem Lustige Geschichten und drollige Bilder…, Frankfurt am Main : Literarische Anstalt, [1845] (ze zbiorów Universitätsbibliothek Frankfurt am Main).

Na początku czwartej dekady dziewiętnastego stulecia młody lekarz (w późniejszych latach ważna persona początków niemieckiej psychiatrii) Heinrich Hoffmann szukał gwiazdkowego prezentu dla swojego synka. Niezadowolony ze świątecznych ofert, postanowił, że sam napisze i zilustruje książeczkę. Nie wiemy, czy te okoliczności powstania zbiorku nie zostały trochę upiększone przez Hoffmana, możemy jednak być pewni, że w 1845 roku namówiony przez przyjaciół medyk wydaje Lustige Geschichten und drollige Bilder mit 15 schön kolorierten Tafeln für Kinder von 3-6 Jahren, czyli Wesołe historie i ucieszne obrazki z piętnastoma kolorowanymi tablicami dla dzieci w wieku 3-6 lat. Hoffman nie wiedział wówczas, że tworzy coś więcej niż bestseller. Powstał prawdziwy literacki wiral, który nie tylko podbił świat, ale zakorzenił się w języku i kulturze popularnej prawie każdego kraju, do którego dotarł.

Płonąca Paulinchen – dziewczynka, która bawiła się zapałkami i jej kotki Minz i Maunz. Wydanie frankfurckie z 1846 roku.

Płonąca Paulinchen – dziewczynka, która bawiła się zapałkami i jej lamentujące kotki Minz i Maunz. Wydanie frankfurckie z 1846 roku.

Struwwelpeter – czyli „Rozczochrany Piotruś” – imię bohatera jednej z historyjek stało się w połowie XIX wieku tytułem tej książeczki. Liczne przekłady albo pozostawiały go w brzmieniu oryginalnym, albo nadawały własny: Shockheaded Peter lub Slovenly Peter, Pierre l’Ébouriffé, Pierino Porcospino, Den store Bastian, Jörö-Jukka, czy wreszcie Stepka Rastrepka i Staś Straszydło. Polska wersja nosi jednak drugi tytuł: Złota Różdżka (w pierwszych wydaniach pisane jako Rószczka) – i to pod tą nazwą przez niemal wiek funkcjonowała, nie bez powodu, wśród polskich dzieci.

Złota rószczka, trzecie wydanie petersburskie (1892).

Złota rószczka, trzecie wydanie petersburskie (1892).

Złotą różdżkę oraz rosyjskiego Stepkę Rastrepkę zawdzięczamy osobie Bolesława Maurycego Wolffa, znanego także jako Moryc Osipowicz Wolff*. Działający w Warszawie i Petersburgu księgarz, wyjątkowo zasłużony dla polskiego i rosyjskiego rynku wydawniczego, był inicjatorem powstania obu przekładów. Nie wiadomo, kto jest autorem tłumaczeń (polskie przypisuje się Wacławowi Szymanowskiemu, choć nie ma tu pewności). Ilustracje prawdopodobnie wykonał Franciszek Kostrzewski – są w zasadzie identyczne w obu wydaniach, tylko w jednym wierszyku, gdzie pojawiają się postacie chłopów, polscy włościanie mają wąsy i rogatywki, rosyjscy zaś brody i rumiane oblicza. Wydania Wolffa ukazały się już w 1849 roku i były pierwszymi, które tak mocno zmieniały estetykę niemieckiego oryginału – wszystko wskazuje na to, że ich ilustracje wpłynęły na Hoffmanna tak, że nieco „upiększył” późniejsze wersje oryginalnego Struwwelpetera. W wersji polskiej i rosyjskiej pominięto również jeden wierszyk – Die Geschichte von dem wilden Jäger (Historia o dzikim myśliwym) o zajączku, który kradnie myśliwemu flintę i mści się na prześladowcy. Skupiono się tylko na wierszykach o niegrzecznych dzieciach. Opowiastki te funkcjonowały przez dziesięciolecia. Były wznawiane, przedrukowywane i przerabiane. W 1922 i 1933 pojawiły się nowe wydania, tym razem z ilustracjami Bogdana Nowakowskiego – w stylu odbiegającymi od wersji Wolffa. Niekiedy sugeruje się, że miały one charakter sentymentalny i były adresowane do dorosłych, którzy wychowywali się na historyjkach Hoffmanna.

Złota różdżka z ilustracjami Bogdana Nowakowskiego, Warszawa 1933.

Złota różdżka z ilustracjami Bogdana Nowakowskiego, Warszawa 1933.

Przejdźmy jednak do samych wierszyków. Co takiego sprawiło, że podbiły świat i serca czytelników? Było to chyba wyjątkowe zestawienie wpadających w ucho rymów, makabryczno-surrealistycznych historii, które sprowadzały zasadę Strafe muss sein na graniczący z ironią poziom. Do tego sugestywne i często znakomite ilustracje, w większości wydań barwne bądź kolorowane. To wszystko sprawiało, że dzieci uwielbiały Złotą różdżkę, o czym mogą poświadczyć wzmianki o książeczce w dziecięcej prasie. Z tej też przyczyny do dziś zachowało się bardzo niewiele wczesnych wydań tego zbiorku – były one po prostu zaczytywane.

Staś Straszydło – wydanie petersburskie, 1892.

Staś Straszydło – wydanie petersburskie, 1892.

Staś Straszydło – wydanie warszawskie, 1933.

Staś Straszydło – wydanie warszawskie, 1933.

Zbiorek otwiera tytułowy Staś Straszydło – polski Struwwelpeter, „coś pół konia, coś pół kota”, niechluj stroniący od grzebienia i nożyczek.

Zły Józio – wydanie warszawskie.

Zły Józio – wydanie warszawskie.

Zły Józio – wydanie petersburskie.

Zły Józio – wydanie petersburskie.

Przygoda złego Józia to obraz najgorszego małego zwyrodnialca. Józio (w oryginale Friederich) bije ludzi i znęca się nad zwierzętami – wyrywa skrzydełka muchom, zabija ptactwo, na oryginalnej rycinie widzimy też roztrzaskanego kamieniem kota… To istne dziecko-demolka doznaje jednak bólu i upokorzenia, gdy zostaje pokąsane przez zbitego psa. Na dodatek, w czasie rekonwalescencji Józia, ów biedny pies zjada przeznaczony dla psotnika obiad.

Płonąca Kasia, Miauczek i Mruczek – wydanie petersburskie.

Płonąca Kasia, Miauczek i Mruczek – wydanie petersburskie.

Płonąca Kasia, Miauczek i Mruczek – wydanie warszawskie.

Płonąca Kasia, Miauczek i Mruczek – wydanie warszawskie.

Okropna historia o zapałkach mogłaby być odpowiedzią na Dziewczynkę z zapałkami Andersena (wydanie warszawskie chyba nawet celowo zmienia tytuł tego wierszyka). Kasia (oryg. Paulinchen) zostaje sama w domu, jedynie w towarzystwie kotów Miauczka i Mruczka (Minz und Maunz), które próbują odwieść ją od pokusy zabawy zapałkami. Nie udaje się, z dziewczynki zostaje popiół i trzewiki. Kasine prochy i obuwie rzewnie opłakują koty z ogonami przewiązanymi kirem.

Czarne dzieci – wydanie warszawskie.

Czarne dzieci – wydanie warszawskie.

Czarne dzieci – wydanie petersburskie.

Czarne dzieci – wydanie petersburskie.

Czarne dzieci to przestroga dla każdego rasisty i hejtera. Trzech urwipołciów naigrawa się z czarnoskórego przechodnia. W sukurs Etiopowi przybywa deus ex machina olbrzym-czarodziej z wielkim kałamarzem, który skutecznie farbuje urwisów: „Tak się wszystkim malcom stanie / Za niesłuszne wyśmiewanie”.

Julek i krawiec – wydanie petersburskie.

Julek i krawiec – wydanie petersburskie.

Julek i krawiec – wydanie warszawskie.

Julek i krawiec – wydanie warszawskie.

Jeden z najlepiej znanych wierszyków Złotej różdżkiO Juleczku, co miał zwyczaj ssać palec. Chyba każdy werset jest tu wart przytoczenia od „Ja wychodzę po ciasteczka / rzekła mama do Juleczka”, przez „Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera / Wpada krawiec jak pantera” aż po „Płacze Julek, żal niebodze, / A paluszki na podłodze”. Julek (w oryginale Konrad) zostaje skutecznie oduczony ssania palców poprzez ich odcięcie.

Michaś, dni 1-2 – wydanie warszawskie.

Michaś, dni 1-2 – wydanie warszawskie.

Michaś, dni 3-6 – wydanie petersburskie.

W niemieckim do dziś mawia się Suppen-Kaspar na niejadka. W polskiej wersji – Historii bardzo smutnej o chłopcu, który nie chciał jeść zupy – Kaspar staje się Michasiem. Okaz zdrowia i tłustości zaczyna odmawiać spożywania posiłków. Z każdym dniem słabnie. „W piątym coś w piersiach i w gardle dusi, / Kto nie je zupy, ten umrzeć musi. / Tak też z Michasiem, był zdrów i tłusty, / Pięć dni grymasił, umarł na szósty”.

Pawełek przy stole – wydanie petersburskie.

Pawełek przy stole – wydanie petersburskie.

Pawełek pod stołem – wydanie warszawskie.

Pawełek pod stołem – wydanie warszawskie.

Pawełek wiercipięta jest wyjątkowo przewidywalny – w większym stopniu przypomina o oczywistych prawach fizyki, niż o zachowaniu przy stole. Pawełek jako jedyny z bohaterów Złotej różdżki zostaje skarcony przez ojca („aż trzeszczała dyscyplina”), choć pozostaje przy życiu i to nawet bez trwałego kalectwa.

Zderzenie Jędrusia z psem – wydanie petersburskie.

Zderzenie Jędrusia z psem – wydanie petersburskie.

Chłopi wyławiają Jędrusia – wydanie warszawskie.

Chłopi wyławiają Jędrusia – wydanie warszawskie.

Jędruś gap (w wersji niemieckiej Hans Guck-in-die-Luft – „Janek z głową w chmurach”) to flaner i romantyk. Spaceruje patrząc w niebo „z gębą wzdłuż i wszerz otwartą”, co prowadzi go najpierw do niebezpiecznej kolizji z psem, a następnie prosto do rzeki.

Grześ i parasol – wydanie warszawskie.

Grześ i parasol – wydanie warszawskie.

Grześ i parasol – wydanie petersburskie.

Grześ i parasol – wydanie petersburskie.

Ostatni wierszyk to Straszny przypadek z parasolem. Krnąbrny Grzegorz wychodzi w czasie wichury z parasolem. Wiatr porywa go i Grześ znika. „Bo kara Boża / tam, gdzie swawola, / Nie ma Grzegorza / Ni parasola!”.

Złota różdżka i jej rosyjski odpowiednik zamykają się w tych 9 historyjkach. Powstałe później warianty przerabiają wierszyki, a nawet fabułę. Artur Oppman (Or-Ot) na zamówienie Michała Arcta pisze pod koniec XIX w. O Jasiu dręczycielu, o Józiu gapicielu, o Cesi cmokosi i o spalonej Zosi. Są to te same historie, choć napisane nieco marniejszym wierszem i – co gorsza – złagodzone. Ssąca palec Cesia (ze względu na zestaw gotowych ilustracji Juleczkowi zmieniono płeć) zostaje tylko draśnięta nożycami przez krawca, który w rzeczywistości jest przebranym „kochanym wujciem”. Ale nie dosyć tego, w kolejnym wydaniu (1931), Oppman niweczy również wiersz o spalonej Zosi (czyli Kasi ze Złotej różdżki) – tym razem dziewczynkę ratuje mama, która wylewa na nią dzbanek wody.

Niezależnie od kolejnych wariantów, Złota różdżka stworzyła zupełnie nowy typ książeczek dla dzieci. Nie tylko podchodząc w makabryczny i groteskowy, a jednocześnie formalnie znakomity sposób do tematów wychowawczych. To również najpewniej pierwsza adresowana do dzieci polska „książeczka z obrazkami”, w której ilustracje są doskonale zgrane z tekstem, a tekst niejednokrotnie odnosi się do odbitych scenek (czytamy wprost: „Kto nie wierzy, jeśli łaska / Niechaj zajrzy do obrazka”). Polski przekład Struwwelpetera otworzył drogę kolejnym autorom (warto wymienić choćby Zygmunta i Mieczysława Wyrobków z ich O Łakomczuchu, Niejadce i Brudasku), ilustratorom i wydawcom.

0021

◊◊◊

*Więcej na temat związków Wolffa z polskim wydaniem Struwwelpetera oraz działalności petersburskiego księgarza przeczytać można w eseju Janusza Dunina Heinrich Hoffmann. Struwwelpeter, Stepka-Rastrepka czyli Złota Różdżka – z dziejów kariery jednej książki towarzyszącym faksymilowemu wydaniu Złotej rószczki (Łódź 2003).

 

Licencja Creative Commons
Kto nie je zupy, ten umrzeć musi by Łukasz Kozak is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>