Polona/Blog http://blog.polona.pl Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Thu, 17 Jan 2019 11:23:53 +0000 pl hourly 1 WP-MTV Edward Słoński – zapomniany poeta legionista http://blog.polona.pl/2019/01/edward-slonski-zapomniany-poeta-legionista/ Thu, 17 Jan 2019 11:23:53 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/edward-slonski-zapomniany-poeta-legionista/ Edward Słoński (1872–1926) należał do licznego grona poetów żołnierzy, takich jak m.in. Rajmund Bergel (1894–1937), Józef Mączka (1888–1918), Józef Relidzyński (1886–1964), Józef Andrzej Teslar (1889–1961), ale to właśnie on zdobył największą spośród nich, chociaż krótkotrwałą sławę.

Wszystko za sprawą wydanego w roku 1915 wraz ze Zdzisławem Dębickim (1871–1931) zbiorku wierszy patriotycznych i żołnierskich Ta, co nie zginęła. Wiersze Słońskiego spotkały się z tak żywym zainteresowaniem, by nie powiedzieć entuzjazmem, że niebawem tomik ale już bez wierszy Dębickiego – został wznowiony i doczekał się kilku wydań.

Z równie wielką estymą przyjęte zostały przez czytelników, ale i przez krytykę cykle wierszy Słońskiego z 1917 roku Idzie żołnierz borem, lasem… oraz Już Ją widzieli idącą.

Popularność tego poety potwierdza fakt, że w latach I wojny światowej kilkanaście jego wierszy, takich jak: O, pola krwią napojone!, Sen o szpadzie. Do mego syna, Szły tędy pułki kozackie, Kiedy zginę, Ojczyzna, Bój o Warszawę ukazały się na okolicznościowych kartach pocztowych, a do wielu z nich (m.in. do Ta, co nie zginęła, A gdy na wojenkę szli ojczyźnie służyć) muzykę skomponowali: Feliks Starczewski, Feliks Halpern, Stanisław Kazuro czy Zygmunt Pomarański.

W napisanym we wrześniu 1914 roku najbardziej znanym utworze – Ta, co nie zginęła, składającym się z trzech numerowanych części, poeta nawiązywał na wstępie do tragicznych polskich losów, gdy Polacy służyli we wrogich sobie armiach:

Rozdzielił nas, mój bracie,

zły los i trzyma straż –

w dwóch wrogich sobie szańcach

patrzymy śmierci w twarz.

Apelował w tym wierszu o odwagę w imię niewymienionej z nazwy ojczyzny, a w finale prorokował, że dzięki ofierze życia, jaką złożą na jej ołtarzy żołnierze polscy, odrodzi się prędzej czy później:

Bo wciąż na jawie widzę

i co noc mi się śni,

że TA, CO NIE ZGINĘŁA,

wyrośnie z naszej krwi.

Zanim Edward Słoński zdobył powszechną popularność, nie był pisarzem nikomu nie znanym. Krytyka literacka wiele lat wcześniej zwróciła uwagę na niego jako na przedstawiciela Młodej Polski.

Urodził się w 1872 w Zapasiszkach na terenie dzisiejszej Łotwy. Kształcił się w Kazaniu, w Wilnie oraz w Warszawie, z którą związał się aż do śmierci. Wstąpił do PPS, działał w konspiracji, bliski mu był duch rewolucji społecznej. Wielokrotnie aresztowany, do czego dobitnie nawiązał w tomie prozy W więzieniu, ogłoszonym w 1911 roku oraz w roku 1928 z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości. Dość wspomnieć, że po opublikowaniu w roku 1907 skonfiskowanej zresztą przez carską cenzurę powieści Przebudzenie został osadzony w Cytadeli warszawskiej jako „przestępca polityczny”.

Jego wczesne zbiory wierszy i poematów, wydane pod koniec XIX wieku: Dla mojej pani, Z wiosennych dum, a także ogłoszone przed wybuchem I wojny światowej: Pieśń. Mary, Pieśń nad pieśniami, Do Boga utrzymane były w dość nienośnej manierze modernistycznej, czytane dzisiaj wydają się być niezamierzoną parodią poetyki najwybitniejszych poetów Młodej Polski. Dobre pojęcie o duchu tej liryki daje wydany w 1922 roku obszerny, liczący ponad sto pięćdziesiąt stron, wybór Wiśniowy sad ze znamiennym podtytułem Wiersze o wiośnie, o miłości i o szczęściu.

Co ciekawe, Edward Słoński z zawodu był dentystą, dzięki czemu mógł utrzymać siebie i swoją rodzinę. W latach 1914-1915 jego pacjentem był rosyjski poeta Walery Briusow, który przebywał wówczas w Warszawie jako korespondent wojenny. Znajomość ta szybko przerodziła się w zażyłość, czego świadectwem są dwa wiersze Briusowa Do Polski oraz Polska żyje, a także dwa sonety Słońskiego Panu Waleremu Briusowowi. Ambicją Słońskiego była jednak literatura.

W latach 1915-1918 służył w legionach, potem w wojsku polskim, z którego zwolnił się w roku 1921 po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Niestety, w ostatnich latach życia zaniedbał praktykę dentystyczną, licząc na wielkie sukcesy literackie, w wyniku czego żył w coraz trudniejszych warunkach materialnych. Pisane i publikowane w tym czasie utwory przeszły bez większego echa, złośliwi mówili o nim, że jest najlepszym poetą wśród dentystów i najlepszym dentystą wśród poetów. Zmarł w zapomnieniu i w nędzy 24 lipca 1926 roku w swoim mieszkaniu przy ulicy Pięknej w Warszawie. Pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

Oprócz licznych zbiorów poezji pozostawił po sobie utwory wierszem i prozą o charakterze dydaktycznym i obywatelskim, skierowane do młodego czytelnika, takie jak Zatopione królestwo. Opowieść o prawdziwych nieprawdach, Prawdziwa wojna, „Bajka o białym orle” czy Na progu Polski (nota bene, z rycinami Eligiusza Niewiadomskiego, przyszłego zabójcy prezydenta Gabriela Narutowicza), poemat Na gwiezdnym szlaku, wiersze dla dzieci Zaślubiny Polski z morzem. Pieśń o Polsce i o morzu” czy bajka O żołnierzu tułaczu.

Najważniejsze jednak jego utwory to te, które zostały napisane z perspektywy obywatela marzącego o niepodległej Polsce i żołnierza walczącego najpierw o jej niepodległość, a potem w jej obronie. To o nim wybitny historyk literatury i kultury prof. Aleksander Brückner napisał: „Słoński pierwszy wznowił pieśń żołnierską, która zagłuchła od roku 1864”. Zaś Karol Wiktor Zawodziński, jeden z czołowych i najbardziej miarodajnych krytyków dwudziestolecia, nazwał go może trochę na wyrost, ale jednak „niewątpliwie jednym z najznakomitszych poetów polskich”, bowiem jego liryka okazała się „spontanicznym wyrazem uczuć bardzo szerokich warstw całego Narodu w czasie Wielkiej Wojny. Ludzie najbardziej obcy poezji, prostaczkowie i uczeni, starcy i podrostki, szeptali bezwiednie wiersze o Tej, co nie zginęła”. Cieszący się równie wielkim autorytetem literaturoznawca prof. Wacław Borowy, stwierdził, że choć nie był on wielkim poetą, to jednak: „Całe tragiczne rozdarcie, cała rozpacz i cała nadzieja polska tego czasu – z ludową jakąś prostotą – wyśpiewały się, zdawałoby się, same w zwrotkach Słońskiego”. Na błyskotliwą, ale chwilową i przemijającą sławę Słońskiego zwracał uwagę także krytyk Kazimierz Czachowski, nazywając go wprost „najrzetelniej uzdolnionym bardem legionowym”, który był „poetą serca i do serc przemawiał”.

Nie sposób nie wspomnieć, że pod wrażeniem jego patriotycznych wierszy był młody Julian Tuwim, który w roku 1915 na łamach „Nowego Kuriera Polskiego” ogłosił wiersz Ktoś zadedykowany właśnie Słońskiemu.

W czasach PRL-u o Słońskim było głucho. Upomniał się o niego dopiero w 1978 Marian Piechal, wydając z okazji 60-lecia odzyskania niepodległości Wybór wierszy poety w serii zapomnianych twórców pod nazwą Oficyna Poetów XX wieku, w której ukazał się także zbiór poezji Józefa Mączki, zaś w trzy lata wcześniej w pracy zbiorowej Literatura polska 1918-1932 profesor Ryszard Przybylski przypomniał jego twórczość, określając go mianem najsławniejszego spośród poetów związanych z legionami Józefa Piłsudskiego.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Włoskie wakacje. Wyprawy do Włoch doby nowożytnej http://blog.polona.pl/2019/01/wloskie-wakacje-wyprawy-do-wloch-doby-nowozytnej/ Wed, 02 Jan 2019 10:34:14 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/wloskie-wakacje-wyprawy-do-wloch-doby-nowozytnej/ Opisy świata

Z pietyzmem opracowana mapa – jak jedna z tych przygotowanych przez kartografa Abrahama Orteliusa – mogła być dla niektórych pierwszym źródłem wiedzy o kształcie krain i kontynentów w epoce nowożytnej. Flamandzki uczony wydał swój atlas geograficzny świata Theatrum orbis terrarum po raz pierwszy w 1570 roku, konsultując jego kolejne liczne edycje z członkami szesnastowiecznej res publica litteraria. Popularnością cieszyły się też zapewne opisy innego geografa, Sebastiana Münstera, którego opasłą Kosmografię musieli oprawiać introligatorzy aspirujący do mistrzowskiego tytułu w ramach swojego egzaminu, jak głosi statut ich cechu z 1603 roku. Można więc przypuszczać, że wiele oprawionych egzemplarzy krążyło między zainteresowanymi czytelnikami w dawnej Polsce. Wydawano także publikacje poświęcone konkretnym krajom, w tym wypadku Włochom. Wizerunki poszczególnych miast Półwyspu Apenińskiego z krótkimi ich opisami znajdowały się na przykład w albumie Theatrum urbium italicarum  z 1599 rokuPietra Bertellego.Te i inne kompendia zapewniały wiedzę obfitującą w szczegóły geograficzne i historyczne. Italia, znajdująca się w centrum ówczesnego kulturalnego świata, stanowiła ważny punkt odniesienia.

Lecz w XVI wieku informacje o świecie rozpowszechniane były nie tylko za pośrednictwem druku. Jak wskazują badacze, to właśnie w zmianach w sposobie podróżowania i funkcjach, jakie zaczęto przypisywać podróży, można dopatrywać się pierwocin nowoczesnej turystyki. A Italia stała się ważnym celem pielgrzymowania, niekoniecznie religijnego.

Widok Sieny w Theatrum urbium italicarum (1599) Pietra Bertellego

Porządkowanie wrażeń

Postrzeganie świata przez wykształconą, umiejącą czytać osobę było zdeterminowane przez retoryczną organizację tekstów, gatunków wypowiedzi i ich wewnętrzną strukturę. Dotyczyło to również drukowanych opisów geograficznych i prywatnych wrażeń z podróży. Sztuki podróżowania i obserwacji podczas wojaży uczyły tzw. traktaty apodemiczne, które niejednokrotnie uzupełniano o wygodne wypunktowane wskazówki, którymi powinien kierować się nowożytny turysta.


Na co zwracać uwagę podczas podróżowania? Na: I. miejsce – umiejscowienie w regionie; II. rządy ludzi; III. nazwę miasta i jego genezę, IV. elementy naturalne – rzeki, morza, góry, lasy; V. dzieła ludzkie – publiczne i prywatne; VI. Sposób zarządzania – zadania władzy, edukację, obyczaje ludu. Schemat apodemiczny z dzieła Variorum in Europa itinerum deliciae (1599) Nathana Chytraeusa

Już nie wyłącznie cele merkantylne, religijne (jak pielgrzymki) czy polityczne motywowały do wyjazdu. Coraz częściej zamożniejsze rody wysyłały swoich synów w podróże o charakterze edukacyjnym, czego świadectwem są m.in. zachowane instrukcje podróżnicze dla dzieci pisane przez ich rodziców. Częstym celem takich wojaży były właśnie Włochy: już to ze względu na liczne zabytki kultury antycznej, już to dzięki sławie ośrodków uniwersyteckich o długoletniej tradycji (jak Bolonia czy Padwa).


Widok Zamku św. Anioła w Rzymie z albumuSplendore nell’antica e moderna Roma (1637) Giacoma Laura

Drukarze zaczęli przygotowywać również przewodniki, które miały poprowadzić turystę przez całe Włochy lub poszczególne miasta. Nicolaus Basse, wydawca niemieckiego przewodnika Delitiae Italiae (1599) zauważał, że podróżowanie w jego czasach staje się coraz bardziej powszechne i chciał dostarczyć informacji, które pozwoliłyby podróżnikom z Niemiec (głównie kupcom i studentom) docenić piękno poszczególnych miast i miasteczek, poznać najważniejsze lokacje. Późniejsze polskie tłumaczenie tego tekstu z 1665 roku, znane jako Delicje ziemie włoskiej, nie zawiera już tej przedmowy, ale także wskazuje na zupełnie nowoczesne motywacje do odbywania wojaży: doświadczenia, „eksperyjencyi”, człowiek nabywa „przez ciężkie a prawie z utratą zdrowia niewczasy i trudy podróżne w przebyciu i widzeniu świata” albo „przez ciekawość, którą każdy człowiek ma wrodzoną, do widzenia rzeczy na świecie godnych”.

Pierwszy polskojęzyczny przewodnik po Italii ukazał się już pół wieku wcześniej: to Pielgrzym włoski (1614), który stanowi przede wszystkim opis geograficzny i historyczny starożytnych zabytków w Rzymie. Na polski przełożony został przez drukarza Franciszka Cezarego i, jak ustalono, jest tłumaczeniem traktaciku Le cose meravigliose dell’alma città di Roma (1588) weneckiego architekta i wielbiciela antyku, Andrei Palladia. Chociaż tytuł sugeruje odniesienie do pielgrzymstwa, czyli czynności motywowanej religijnie, odwołuje się w tym wypadku przede wszystkim do innego obszaru kultu we wczesnej nowożytności: tego, co pozostało po starożytnych i czego można dowiedzieć się o funkcjonowaniu ówczesnego społeczeństwa w oparciu o powiązane ze sobą świadectwa pisane i materialne (ostatniej z nich, zwłaszcza architektura, pozostające zachowaną lepiej lub gorzej areną minionej codzienności).

Karta tytułowa dzieła Delicye zięmie włoskiey(1665)

Pierwsi turyści

Pierwszy ślad turystycznej podróży z dawnej Rzeczypospolitej do Italii pochodzi z końca XVI wieku. Nieznany nasz praszczur Włochy niewątpliwie odwiedził, niestety jednak zachowany w Bibliotece Narodowej rękopis (wydany przez Jana Czubka w 1925 roku) zaczyna się dopiero 3 marca 1595 roku od opisu końcowej fazy podróży po Półwyspie Apenińskim: opuszczenia Neapolu i żegludze na południe ku Sycylii.

Starszy jeszcze dziennik łaciński, którego rękopiśmienny przekaz również znajduje się w Bibliotece Narodowej, spisany został przez Jana Ocieskiego i dotyczy podróży szlachcica do Rzymu w latach 1540–1541 (fragmenty tekstu itinerariusza przełożył i opracował Grzegorz Franczak). Ocieski jednak – w przeciwieństwie do motywowanego wyłącznie turystyczną ciekawością Anonima Polaka – był członkiem poselstwa do Stolicy Apostolskiej, a jego obserwacje niezwiązane z celem wojaży, jak zauważa wydawca, i tak odznaczają się wyjątkowo praktycznym charakterem. Notatki Ocieskiego dotyczą m.in. trasy, stanu dróg i odwiedzanych w drodze karczm, a o obiektach artystycznych wspomina niejako przy okazji.

Niewiele więcej zachwytów nad sztuką znajdziemy w Księgach peregrynackich Macieja Rywockiego, który od 1584 roku towarzyszył w podróży edukacyjnej do Niemiec i Włoch synom wojewody mazowieckiego, Stanisława Kryskiego (rękopis także wydany przez Czubka). Ze względu jednak na edukacyjny cel podróży, z której pewnie pamiętnikarz zdawał sprawę wojewodzie, zwiedzanie wszystkich głównych punktów wizytowanych miast było bardziej systematyczne i choć autor itinerariusza brał za dobrą monetę wszelkie brednie, które o zabytkach opowiadali mu lokalni przewodnicy, to sumiennie towarzyszył młodym Kryskim w eksploracji włoskiego dziedzictwa.

Prywatne notatki lub po czasie spisywane wspomnienia służyć mogły zarówno celom sprawozdawczym, jak i porządkowaniu osobistych wrażeń. Pozostawały przede wszystkich w rękopisach, najpewniej krążących w kręgach towarzyskich podróżnika. Przykładowo dopiero w XIX wieku wydano z manuskryptu pamiętnik Stefana Paca, który towarzyszył w latach 1624–1625 w podróży (m.in. do Włoch) królewiczowi Władysławowi Wazie, późniejszemu monarsze.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


]]>
Szkicując wodza i legionistów http://blog.polona.pl/2018/12/szkicujac-wodza-i-legionistow/ Thu, 20 Dec 2018 10:16:09 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/szkicujac-wodza-i-legionistow/ Odradzająca się Polska była państwem wielonarodowym i wielokulturowym. Widać to było także w tworzących się legionach Józefa Piłsudskiego, gdzie wśród wielu nacji znaleźli się także przedstawiciele wyznania mojżeszowego – przede wszystkim inteligencja z Galicji: lekarze, prawnicy, artyści. Wielu z nich pochodziło z rodzin o tradycjach niepodległościowych. Nie tworzyli oni osobnej grupy czy oddziału, lecz wtapiali się w społeczność żołnierzy innych nacji. W oddziałach legionowych w Galicji było ich ok. 10 proc., a w Kongresówce – 4 proc.

Do grona sztabowców brygady Piłsudskiego należał m.in. Leopold Gottlieb (1879–1934). Pochodził z Drohobycza i był najmłodszym bratem słynnego żydowsko-polskiego malarza Maurycego Gottlieba. Już przed wojną dał się poznać jako sprawny i utalentowany portrecista. Był członkiem paryskiego „Strzelca”, a po wybuchu wojny zgłosił się na ochotnika do Legionów. Zaliczał się do grona tych artystów, którzy w czasie kampanii właściwie nie schodzili z linii boju. Nazywano go malarzem I Brygady, bo stworzył większość wizerunków jej oficerów. Był artystą powszechnie szanowanym, choć – jak pisano – nie wyróżniał się specjalnie talentem wojskowym, organizacyjnym i politycznym. Posługiwał się co zrozumiałe w warunkach polowych – nie pędzlem, lecz ołówkiem lub kredką. Był autorem ponad tysiąca prac. Choć tworzył sceny rodzajowe, to przede wszystkim wyspecjalizował się w portretach. Wykonywał oficjalne portrety żołnierzy, ale też dokumentował codzienne legionowe życie.

Artur Tanikowski w artykule Po obu stronach rozbitego lustra zwraca uwagę, że ideowa wymowa prac Gottlieba „wiązała się z emanującym w całej jego twórczości zainteresowaniem człowiekiem, jego konstrukcją psychofizyczną i doświadczeniem egzystencjalnym. Patrząc na jego portrety i sceny rodzajowe widać wyraźnie szacunek jaki wyrażał on dla prostych żołnierzy i towarzyszy broni”. W żadnej z kilkuset jego prac wojennych nie zauważymy też pogardy dla wroga. Stąd właśnie krytycy sztuki uznają, że Gottliebowi udało się zawrzeć w swych pracach ideę „nowego humanizmu”. Warto przypomnieć, że to określenie sformułowała Jane Kallir w stosunku do wojennych rysunków Egona Schielego.

Tanikowski, wskazując na specyfikę rysunków Gottlieba, porównuje je z pracami innego sympatyka Legionów – Jana Rembowskiego. Przytacza też opinię poety i legionisty Józefa Andrzeja Teslara, przyjaciela Gottlieba z Grupy Pięciu, który stwierdził: „Rembowski i Gottlieb poszukiwali w szeregach rysunków typu żołnierza polskiego pomiędzy legionową rzeszą. Ale kiedy Rembowski patrzy niemal z religijnym sentymentem na portretowane przez siebie twarze poprzez idealistyczne namaszczenie wypowiadając ich wyższą duchową siłę, Gottlieb właśnie ekspresją swego rysunku i wyrazów ostro rysowanych typów i masek dochodzi w sile do buty i brutalności”.

W zestawie portretów legionistów tworzonych przez Maurycego Gottlieba nie mogło zabraknąć wizerunków Józefa Piłsudskiego.

https://polona.pl/item/juliusz-kaden-oficer-sztabu-i-brygady,NzUyMTA0NDU/2/#info:metadata

Juliusz Kaden Bandrowski, pisarz i kronikarz I Brygady we wstępie do wydanej w 1936 roku w Warszawie teki prac artysty wspomina chwilę, kiedy malarzowi udało się stanąć przed obliczem Komendanta: „Stało się to w roku 1914, przy końcu grudnia. Komendant właśnie powracał był z jakiegoś wyjazdu, w siwej szubie oszronionej, z oszronionymi brwiami, wąsami, rzutki, drapieżny. Wydostawszy się z auta posuwał się przed wąskie schody do przedsionka. Gottlieb, stojący wówczas obok mnie na schodach nie spuszczał wzroku z Piłsudskiego. Gdy zaś na koniec straciliśmy Brygadiera z oczu, rzekł chwytając mnie za rękę – Oddałbym nie wiem co, życie bym oddał, żeby mi chciał cierpliwie popozować. Ja na to z umyślną przekorą, która należała przecież do stylu frontowego – że niby, że co? Po co ci ma pozować?! Gottlieb wówczas: – bo w nim jest wszystko. Wszystko!”

Najsłynniejszy portret Piłsudskiego Gottlieb zatytułował Wódz i sporządził go na podstawie rysunkowego szkicu  najprawdopodobniej w maju lub czerwcu 1916 roku na Wołyniu. Lekko przygarbiony brygadier zajmuje niemal całą wysokość kadru. Patrzy w dal, poza horyzont. Ubrany jest w długi płaszcz, na głowie nieodłączna maciejówka, w tle zarysowany pejzaż bitewny.  Jest też inny wizerunek marszałka.

https://polona.pl/item/jozef-pilsudski-brygadyer,NzUy

Ma tytuł Brygadier Józef Piłsudski. Ta wykonana w 1914 roku akwaforta prezentuje głowę  Marszałka z sumiastym wąsem i marsowym obliczem. Artysta, jak można się przekonać, skupił się przede wszystkim na wyrazie twarzy swego modela, stąd maciejówka ledwie naszkicowana, a płaszcz niemal niewidoczny.

Leopold Gottlieb portretował życie codzienne legionistów podczas walki, przy codziennych posiłkach i w chwilach relaksu. Wielkie uznanie zdobył sobie portretami dowódców. Na 22 barwnych litografiach poza marszałkiem Piłsudskim możemy odnaleźć m.in. Edwarda Rydza-Śmigłego, Kazimierza Sosnkowskiego, Józefa Hallera czy Bolesława Roję. Wiele z tych wizerunków znalazło się potem w wydanej w Warszawie tece Legiony polskie. Stała się ona sporym wydarzeniem, a ze względu na zamieszczone tam prace Gottlieba pisano, że teka ta winna się znaleźć w domu każdego kulturalnego Polaka.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Gabriel Narutowicz: pierwszy prezydent niepodległej Polski http://blog.polona.pl/2018/12/gabriel-narutowicz-pierwszy-prezydent-niepodleglej-polski/ Thu, 13 Dec 2018 17:28:29 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/gabriel-narutowicz-pierwszy-prezydent-niepodleglej-polski/ 16 grudnia 1922 roku, w piątym dniu sprawowania urzędu prezydenta, na otwarciu wystawy w Galerii Zachęta w Warszawie został zastrzelony Gabriel Narutowicz. W zwycięskich wyborach 9 grudnia, pokonał kandydującego również hrabiego Maurycego Zamoyskiego. Do wyborczej rywalizacji stanął namówiony przez posłów PSL „Wyzwolenie”, mimo, że odradzał mu to Józef Piłsudski, pod którego wpływem Narutowicz – jako profesor politechniki w Zurychu – w roku 1919 wrócił z emigracji do Polski i natychmiast włączył się w proces odbudowy gospodarczej kraju.

Minister spraw wewnętrznych Ludwik Darowski tego samego dnia ogłosił tekst obwieszczenia, w którym poinformował o tym, że „niepoczytalna ręka” dokonała „ohydnego mordu” na prezydencie i że obowiązki prezydenta „objął zastępczo” Maciej Rataj – marszałek sejmu.

 

Afisz o przejęciu obowiązków głowy państwa wydał sam Maciej Rataj, powołując się na artykuł 40 konstytucji. Afisz został sygnowany także przez Prezesa Rady Ministrów.

Dzień później z płomienną odezwą, zaczynającą się słowem „Polacy!”, zwrócił się do rodaków Prezes Rady Ministrów, czyli generał Władysław Sikorski, podkreślając: „Groza […] najazdu bolszewickiego, który w roku 1920 stał u wrót stolicy, blednie wobec politycznego mordu, jakiego ofiarą padł Pierwszy Prezydent Rzeczpospolitej – wobec walk bratobójczych oraz wobec zamachów na porządek prawny i Majestat Rzeczpospolitej”.

30 grudnia odbył się proces zamachowca – malarza i krytyka sztuki Eligiusza Niewiadomskiego, który został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok został wykonany 31 stycznia 1923 roku.

W tym czasie w kraju wrzało. Partie lewicowe oskarżały endecję o faszyzm i podżeganie do zabójstwa prezydenta wybranego głosami posłów lewicy, partii chłopskich oraz mniejszości narodowych.

 

Mord na prezydencie potępiły władze wszystkich większych miast Polski, apelowano przy tej okazji „o powagę i spokój, które cechować winny w chwilach nieszczęścia Ojczyzny dojrzałych i dbałych o dobro Rzeczpospolitej obywateli i Państwa”.

Wobec skrytobójczej zbrodni nie mogli milczeć poeci. Antoni Słonimski ogłosił wiersz Na śmierć prezydenta, zaś Julian Tuwim napisał utwór poetycki Pogrzeb prezydenta Narutowicza, zaczynający się zwrotką:

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,

Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,

Wy, w chichocie zastygli, bladzi przestraszeni,

Chodźcie, głupcy do okien – i patrzcie! i patrzcie!

Kilkanaście lat potem do sprawy tego zamachu, który okrył hańbą całą Drugą Rzeczpospolitą, nawiązał poeta Edward Szymański w wierszu Śmierć prezydenta z 1937 roku. Zapewniał w nim w cokolwiek awangardowej poetyce:

Twoja przysięga przez nas będzie dotrzymana

nad przyszłością słoneczną i krwawą.

Dla nich – pięści ściśnięte!

Tobie – odkryte głowy

i dziedzictwo codziennego trudu.

Narutowicz stał się także bohaterem formy dramatycznej zatytułowanej Gabriel Narutowicz: dramat w pięciu aktach, wydanej w roku 1930 przez Zygmunta Popiela-Popiołka.

Gabriel Narutowicz urodził się w 1865 w Telszach na Żmudzi w rodzinie powstańca styczniowego. Uczył się w gimnazjum w Lipawie na Łotwie, studiował na wydziale matematyczno-fizycznym uniwersytetu w Petersburgu, skąd w roku 1887 przeniósł się na politechnikę w Zurychu. Związał się emigracyjną partią „Proletariat”, za co władze carskie wydały za nim nakaz aresztowania. Ze względu na bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny w 1895 przyjął obywatelstwo Szwajcarii. Jako ceniony inżynier i konstruktor kierował budowami hydroelektrowni w Szwajcarii, Włoszech, Francji i Hiszpanii. W roku 1907 został profesorem politechniki w Zurychu, gdzie w latach 1913–1919 zajmował stanowisko dziekana.

Po powrocie do ojczyzny pełnił wiele funkcji – w latach 1920–1922 był ministrem robót publicznych w rządach Władysława Grabskiego, Wincentego Witosa oraz Antoniego Ponikowskiego, w roku 1922 został ministrem spraw zagranicznych najpierw w rządzie Artura Śliwińskiego, a następnie Juliana Ignacego Nowaka.

W niespełna rok po jego tragicznej śmierci Józef Piłsudski opublikował obszerną broszurę Wspomnienia o Gabrielu Narutowiczu, w której nazywa go wprost przyjacielem.

Podkreślał w niej swoiste pobratymstwo, bowiem obydwaj pochodzili ze Żmudzi, z tej samej ziemiańsko-szlacheckiej sfery. W zakończeniu książki Marszałek zwraca się wprost do Prezydenta: „Zginąłeś od kuli nie wrażej, o której może w dzieciństwie marzyłeś – od kuli rodaków, do których niosłeś swą ewangelię miłości i pracy. Czy zginąłeś w ten sposób za to tylko, że takim byłeś, czy za to, że z brudem niewoli walczyć nie chciałeś czy nie mogłeś?”.

Nie sposób nie wspomnieć, że w trzy dni po zaprzysiężeniu Narutowicza, 14 grudnia w Belwederze doszło do przekazania mu władzy przez Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego pielęgnowano pamięć o Narutowiczu, ale próbowano też rozliczyć się politycznie z zaistniałą tragedią. Wielokrotnie z odczytami poświęconymi zasługom prezydenta występował generał Tadeusz Wieniawa-Długoszowski (daleki krewny Bolesława).

 

W roku 1924 Tadeusz Hołówko poświęcił tragicznie zmarłemu prezydentowi monograficzną pracę Gabriel Narutowicz. Życie i działalność, opatrzoną przedmową premiera Artura Śliwińskiego, a Leon Małecki książkę Ś.p. Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. W roku 1925 ukazała się ogromna, licząca około 600 stron księga pamiątkowa Gabriel Narutowicz – pierwszy Prezydent Rzeczpospolitej, natomiast w roku 1930 opublikowano książkę Bronisława Poletura zatytułowaną Narutowicz i Piłsudski: wrażenia i refleksje.

Co ciekawe – prezydent Gabriel Narutowicz, który został pochowany 22 grudnia 1922 roku w archikatedrze św. Jana na Starym Mieście w Warszawie – był jednym z niewielu polityków Drugiej Rzeczpospolitej uznawanym przez władze Polski Ludowej. W niemal każdym większym mieście w czasach PRL-u jego imieniem nazywano ulice i place.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Kim jesteś ty? Nie wiem - czyli historia nieznanego żołnierza http://blog.polona.pl/2018/12/kim-jestes-ty-nie-wiem-czyli-historia-nieznanego-zolnierza/ Tue, 11 Dec 2018 10:32:48 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/kim-jestes-ty-nie-wiem-czyli-historia-nieznanego-zolnierza/ Szczątki wysadzonego przez Niemców w czasie II wojny światowej monumentalnego pałacu Saskiego w Warszawie są niezwykle sugestywnym pomnikiem historii. Tragicznym i poruszającym świadectwem barbarzyństwa, dokonanego z pełną premedytacją na mieście, które postanowiono zamienić w morze ruin. Te właśnie szczątki tworzą najbardziej wstrząsające oblicze Grobu Nieznanego Żołnierza. Miejsca, które stało się obowiązkowym punktem wizyt najwyższych rangą przywódców świata, odwiedzających Polskę i jej stolicę.

Taka forma Grobu Nieznanego Żołnierza została „stworzona” przez historię. ale sam Grób ma znacznie dłuższą tradycję. Początki idei tworzenia grobów nieznanego żołnierza jako symbolicznych mogił upamiętniających bezimiennych żołnierzy poległych podczas wojny mają swe korzenie w I wojnie światowej.

Z inicjatywą stworzenia takich miejsc wystąpił Francuz Fryderyk Simon, który podczas wojny stracił trzech synów i mimo poszukiwań nie odnalazł ciała żadnego z nich. Jego osobista tragedia stała się przyczynkiem utworzenia grobu nieznanego żołnierza pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu.

W tym symbolicznym grobie umieszczono trumnę ze zwłokami bezimiennego żołnierza, spoczywającą wcześniej w cytadeli w Verdun. A trafiły tam one w taki oto sposób: 10 listopada 1920 roku osiem delegacji z ośmiu odcinków frontu, gdzie odbywały się najkrwawsze walki, przywiozło do Verdun osiem drewnianych trumien z ciałami nieznanych poległych. Ustawiono je na miejscowym rynku i wtedy jeden z najmłodszych francuskich żołnierzy położył wiązankę kwiatów na trumnie, która została przeniesiona do cytadeli. A następnego dnia – 11 listopada – złożona pod Łukiem Triumfalnym. Wkrótce podobną uroczystość zorganizowano w Londynie, w Opactwie Westminster. Później groby nieznanego żołnierza powstały też w Berlinie, Brukseli, Belgradzie, Moskwie i Waszyngtonie.

Tu leży żołnierz nieznany…

W Polsce potrzeba uhonorowania pamięci bezimiennych żołnierzy poległych w obronie ojczyzny zrodziła się dość spontanicznie już w 1921 roku i ma swoją zaskakującą puentę. Budowę poprzedziła dyskusja w prasie. Pojawiały się wówczas różne rozwiązania, projekty cokołów. Rozważano też kilka lokalizacji, m.in. okolice Cytadeli, Fort Legionów czy wylot Mostu Poniatowskiego. Na mocy decyzji prezydenta Stanisława Wojciechowskiego 30 listopada 1923 roku powołano Tymczasowy Komitet Organizacyjny Budowy Pomnika Nieznanego Żołnierza. Kiedy rozmowy przeciągały się i nie przynosiły żadnych rozstrzygnięć, w następnym już, czyli 1924 roku miało miejsce dość tajemnicze zdarzenie: za usytuowanym przed kolumnadą pałacu Saskiego pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego ktoś ustawił płytę z napisem: „Tu spoczywają zwłoki nieznanego żołnierza poległego za ojczyznę” i na niej położył wiązankę kwiatów. Przez długi czas uważano, że za tym działaniem krył się Ignacy Jan Paderewski… Po latach okazało się, że była to inicjatywa Zjednoczenia Polskich Stowarzyszeń Rzeczypospolitej. Wskazana lokalizacja szybko zyskała uznanie i w 1925 roku zawiązano Komitet Organizacyjny Budowy Pomnika Nieznanego Żołnierza, któremu przewodniczył gen. Władysław Sikorski. Autorem projektu Grobu Nieznanego Żołnierza w środkowej części kolumnady pałacu Saskiego został rzeźbiarz Stanisław Ostrowski.

Podobnie jak we Francji, nieznanego żołnierza wybrano spośród poległych w najkrwawszych bojach I wojny światowej. Z piętnastu pól bitewnych, na których walczono o niepodległość Polski, wytypowano Lwów. Wówczas to, na tamtejszej nekropolii Jadwiga Zarugiewiczowa, polska Ormianka, matka jednego z żołnierzy, poległych w walce z bolszewikami pod Zadwórzem, spośród trumien ze szczątkami lwowskich żołnierzy wskazała na jedną. Znajdowały się w niej zwłoki młodego chłopaka, ochotnika legionisty z raną postrzałową czaszki.

1 listopada 1925 roku szczątki nieznanego żołnierza wyruszyły do Warszawy specjalnym pociągiem w ostatnią drogę. Na trasie przejazdu gromadziły się setki osób. Uroczysty karawan dotarł do stolicy nazajutrz, czyli w Dzień Zaduszny. Bezimiennemu bohaterowi hołd oddali m.in. prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Władysław Grabski. W Warszawie trumna ze szczątkami obrońcy Lwowa na specjalnej lawecie przewieziona została do katedry św. Jana. Tam ksiądz Antoni Szlagowski, późniejszy biskup pomocniczy warszawski, wygłosił płomienną homilię: „Kim jesteś ty? Nie wiem. Gdzie dom twój rodzinny? Nie wiem. Kto twoi rodzice? Nie wiem. I wiedzieć nie chcę i wiedzieć nie będę, aż do dnia sądnego. Wielkość Twoja w tem, żeś nieznany. (…) Nazywasz się Milijon, bo miliony złożyły w Tobie swe ukochanie i swe katusze. Nazywasz się Milijon, a imię Twoje czterdzieści i cztery. A życie Twoje – trud trudów. Sława, sława, sława”.

Po nabożeństwie, w którym uczestniczyły najwyższe władze państwowe, uformował się kondukt żałobny. Przy trwającym niemal godzinę dźwięku kościelnych dzwonów wszystkich kościołów Warszawy podążał on w stronę pałacu Saskiego. Trumnę z młodym obrońcą Lwowa oraz ziemią z pozostałych czternastu pól bitewnych złożono pod środkową częścią kolumnady. Potem nastąpiła minuta ciszy, a następnie rozległy się dźwięki salw armatnich. Prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski zapalił wieczny znicz. Delegacje ze wszystkich stron kraju złożyły okolicznościowe wieńce. I wtedy właśnie Grób Nieznanego Żołnierza stał się miejscem najważniejszych uroczystości państwowych. Składanie wieńców pod kolumnadą z wypisanymi polami bitew, urnami z prochami ofiar i wiecznym płomieniem stało się nieodłączną częścią ceremoniału dyplomatycznego i wojskowego.

Niezwykłą czcią otaczany był Grób Nieznanego Żołnierza w latach okupacji. Dla wielu Polaków stanowił symbol tęsknoty za niepodległością. Niemcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, bo po wybuchu powstania, kiedy Warszawę zrównano z ziemią, postanowili wysadzić w powietrze także monumentalny pałac Saski. Z gigantycznego gmachu został tylko niewielki trzykolumnowy fragment, który stanowił centralną część Grobu Nieznanego Żołnierza.

Obecny kształt Grobu Nieznanego Żołnierza – zdruzgotanego pomnika na tle wielkiego placu Piłsudskiego, jest tak wymownym świadectwem okrucieństwa i barbarzyństwa wojny, że dyskusja, czy odbudować pałac Saski, by przywrócić dawną świetność tej części Warszawy, czy pozostawić ten niewielki jego fragment „ku przestrodze”, jest ciągle otwarta i trudna do rozstrzygnięcia.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Historia gry w szachy http://blog.polona.pl/2018/12/historia-gry-w-szachy/ Wed, 05 Dec 2018 12:45:16 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/historia-gry-w-szachy/ Jeżeli przyjmiemy, że szachy powstały w VI wieku naszej ery w Indiach i od tamtych czasów podstawowe reguły gry pozostały w zasadzie niezmienione, to od przeszło tysiąca pięciuset lat mamy do czynienia z permanentną wojną. Mimo że na polach bitew dochodziło do rozmaitych zmian kodeksu walki, których zasady publikowane były w uczonych traktatach, naprzeciwko siebie stawali najznamienitsi generałowie swoich epok, a bitewny kurz opadał powoli wraz z kolejnymi pokoleniami, to jednak nadal formuła szachowego piękna, głębi i złożoności ruchów figur jest uniwersalna i kultywowana przez całe wieki w nieodmienny sposób. Obok tej królewskiej gry istniały inne formy gier planszowych, ale to właśnie królewska gra była traktowana w sposób szczególny. Gdy Alfons X Mądry, XIII-wieczny król Kastylii pisał pierwszy traktat na temat szachów klasycznych, wyraźnie oddzielił grę królewską od innych losowych rozrywek – kości i kart. Szachy od stuleci uchodziły za swojego rodzaju abstrakcyjne i intelektualne starcie umysłów, stojąc w jawnej opozycji do takich gier, jak loteria i tarot.

Z. Kamiński, Gra w szachy, Warszawa 1917, s. 3

Z. Kamiński, Gra w szachy, Warszawa 1917, s. 3

Jedną z pierwszych polskich prac całkowicie poświęconą szachom zawdzięczamy Janowi Kochanowskiemu. Napisał ją prawdopodobnie podczas swojego pobytu w Padwie między 1562 a 1566 rokiem. W poemacie Szachy przedstawił starcie dwóch rycerzy, którzy za pomocą figur szachowych prowadzili bitwę o rękę córki duńskiego króla Taresa.

J. Kochanowski, Szachy, [Kraków 1574], s. 1

Kochanowski, Szachy, [Kraków 1574], s. 1

Starcie trwało cały dzień, a z początku słabszym graczem był rycerz darzący najszczerszą miłością piękną księżniczkę. Córka Taresa, zauważywszy głębokie uczucie jednego z wojowników, zakradła się podczas nocnej przerwy do komnaty, w której rozgrywał się pojedynek i przekazała istotne wskazówki dotyczące dalszych posunięć. Przegrywający szachista, dzięki błyskotliwym podpowiedziom księżniczki, odniósł zwycięstwo. Kochanowski opisał podstawowe zasady gry w szachy, choć – niestety – bardzo trudno prześledzić cały przebieg partii, a analiza poszczególnych ruchów jest w zasadzie niemożliwa.

Tamże, s. 4

Tamże, s. 4

Na poważne i zarazem naukowe podejście do materii szachowej musieliśmy czekać aż do XIX wieku – do czasu edycji podręcznika Kazimierza Krupskiego z 1835 roku.

Na przestrzeni wieków szachy odgrywały ważną rolę edukacyjną i wychowawczą, łącząc czasem we wspólnej pasji młodych i starszych.

Wielokrotnie, jako motyw gry politycznej, były częścią składową propagowanych postaw i wzorców społecznych.

W II połowie XIX wieku były jednym z symboli emancypacji kobiet, a intelektualne wyzwania podczas rozgrywania partii zakładały równość między pojedynkującymi się.

Partia szachów, Anguissola Sofonisba

Partia szachów, Anguissola Sofonisba

Często stanowiły również element abstrakcyjnej ekspresji awangardowych artystów.

Popularność królewskiej gry zaowocowała powstawaniem wielu poradników sztuki szachowej, którą uważano za odpowiednią niemal dla wszystkich – początkujących i zaawansowanych graczy. Wystarczy sięgnąć do choćby jednego z poradników, żeby przekonać się, iż nazwania figur ewoluowały – pieszek stał się pionkiem, skakun koniem, giermek zaś gońcem (laufrem), a hetman królową. Pomimo zmieniających się nazw figur, podręczniki są na tyle uniwersalne, że można korzystać z nich do dzisiaj, analizować najbardziej znane pojedynki mistrzów szachowych. I wcale nie potrzeba do tego opieki nauczyciela!

Na przykład podręcznik Augusta Helcina z 1878 roku zapewnia nas, że dzięki metodzie jesteśmy w stanie sami zwiększyć swoją siłę gry. Autor podręcznika prowadzi czytelnika (ucznia) przez najbardziej spektakularne pojedynki w historii szachów.

Autorzy poradników prześcigali się w pomysłowych radach i sposobach na wywalczenie zwycięstwa. Gdy zasiadamy do partii powinniśmy się kierować prostymi zasadami:

Każdy kto miał kiedykolwiek do czynienia z szachami, zdaje sobie sprawę z tego, że wcześniej czy później stanie naprzeciw osoby, która pozostawi go pokonanym na polu bitwy. Żeby ograniczyć przewagę przeciwnika wystarczy przemyśleć poniższe rady mistrzów sprzed niemal dwustu lat:

tamże s.88

tamże s. 88

tamże, s. 89.

tamże, s. 89

Z powyższych zasad najczęściej korzystało się w miejscach publicznych, podczas zabaw w miejskich kawiarniach, na ulicy i w parkach. Druga połowa XIX wieku została zdominowana przez szachy w sposób szczególny. Organizowano największą liczbę turniejów, pasjonowano się nimi na łamach gazet i książek. Najlepsi szachiści podróżowali z kontynentu na kontynent, łącząc się w uniwersalnym języku posunięć i kombinacji. Moda na szachy zaowocowała zawiązywaniem się kół i stowarzyszeń szachowych. Przed I wojną światową powołano do życia Warszawskie Towarzystwo Szachowe, którego członkowie spotykali się w oficjalnych siedzibach, często w oderwaniu od pracy i zobowiązań. W 1922 roku towarzystwa współorganizowały pierwszy międzymiastowy mecz klubów szachowych Warszawa-Łódź. W ustawie założycielskiej Warszawskiego Towarzystwa Zwolenników Gry Szachowej (siedziba na ul. Wierzbowej) możemy przeczytać, że celem powstania zrzeszenia było:

Co ciekawe, zgromadzenie zakazywało uprawiania gry hazardowej, która zwykle postrzegana była jako niemoralna i niezgodna z naukami kościoła oraz chrześcijańskim etosem.

W dwudziestoleciu międzywojennym w szachy grali niemal wszyscy – bohema artystyczna przedwojennej Warszawy na czele z zawodnikami toczącymi legendarne pojedynki – Bolesławem Leśmianem i Franciszkiem Fiszerem. Wśród graczy znaleźli się: Witold Gombrowicz, Melchior Wańkowicz, Jerzy Putrament, dwukrotny prezes Polskiego Związku Szachowego. Stowarzyszenia szachowe wychodziły z inicjatywami edukacyjnymi i organizowały czas wolny młodzieży. W jednodniówce kół młodych szachistów,

relacjonowano sławny pojedynek z Buenos Aires z 1927 roku o mistrzostwo świata między Alekinem a Capablancą. Drukowano kolejne posunięcia, które analizowano krok po kroku. Jak widać z przytoczonych przykładów szachy są popularną grą strategiczną znaną od dawna, uczącą nie tylko kreatywnego myślenia, lecz także kształtującą umiejętność podejmowania decyzji i rozwijającą pamięć. Na przestrzeni wieków zmieniły się oczywiście standardy gry, rozwinęła się teoria, przyśpieszono tempo gry – jednakże szachy zachowały swoją specyficzną i fascynującą duszę. Szachy należą do tych gier, które są lubiane, traktuje się je jako rozrywkę, a z drugiej strony znacząco wpływają na rozwój człowieka. Po więcej ciekawostek na temat szachów odsyłamy do cyfrowej Biblioteki Narodowej POLONA.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Od drezyny do mopedu http://blog.polona.pl/2018/11/od-drezyny-do-mopedu/ Mon, 26 Nov 2018 12:41:39 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/11/od-drezyny-do-mopedu/ Coraz bardziej popularny dziś rower nie ma długiej historii zaczyna się ona w drugim dziesięcioleciu XIX wieku, kiedy to Karl Drais, wynalazca niemiecki, zaprezentował Laufmachine, czyli „maszynę do biegania”, ochrzczoną od jego nazwiska draisienne, draisine, a w polskiej wersji też drezyną (dreziną) lub drezynką. Urządzenie nazywano także wózkiem biegowym, rzadziej określano francuskim célérifère, tzn. „pędnik”, bo można na nim było prędko jeździć (célérité – „prędkość”, -fère od łac. ferre – „przemieszczać się)”. Szybko zresztą wyraz ten został wyparty przez inne francuskie słowo vélocipède o analogicznej budowie, z członem véloci- z łac. velox, velocis „szybkość” (por. fr. vélocité).

Jeszcze w epoce drezynek został on w polszczyźnie oddany przez kalki: szybkojazd, skorobieg oraz przymiotnikową skorobieżnyTygodnik Polski i Zagraniczny” w roku 1818 uznaje tę nazwę za jak najbardziej uzasadnioną: „Sędząc po wzorze niedokładnym zapewne, jaki się w ogrodzie bagateli znajduje, można mówić, iż nazwisko tego wózka Skorobieżny (Vélocipède) może być wziętem w całym znaczeniu tego słowa; gdyż tu szybkonożność koniecznie jest potrzebna; cały bieg jego na tym zależy, aby często i zręcznie popychać się nogami i stały utrzymywać równowagę”.

Drezynki nie odniosły wielkiego sukcesu ze względu na niewygodę użytkowania były ciężkie, nadawały się wyłącznie do jazdy po równych drogach, nie miały regulowanej wysokości siodełka, więc musiały być wykonywane na zamówienie. Wróciły jednak współcześnie. Jako rowery bezpedałowe, rowery biegowe, biegusy czy z niemiecka laufrady dostarczają pierwszych wrażeń najmłodszym cyklistom, którzy zapewne nie wiedzą, że ich poprzednikiem był niemiecki kanclerz Otto Bismarck, snujący w 1892 roku takie refleksje: „„[…] jazda na kołowcach bynajmniej nie jest wynalazkiem nowym. Przypominam sobie, że przed laty 70-ciu, kiedym uczęszczał do szkoły gimnastyki, można się go już było nauczyć. Nazywano to podówczas drezyną (draisine), a jeżdżono na niej, uderzając od czasu do czasu końcem nogi o ziemię; na równej drodze pędziło się niemal z taką szybkością, z jaką wy dzisiaj”.

Po mniej więcej ćwierćwieczu względnego zapomnienia Pierre Michaux z synami dodali skorobieżnym do przedniego koła pedały, w ten sposób narodził się bicykl (we Francji od nazwiska twórcy zwany michaudine). Jego nazwa, będąca łacińsko-grecką hybrydą (bi- „podwójny”, kýklos „koło”, fr. bicycle) została szybko ortograficznie zaadaptowana i długo była używana właściwie wymiennie z wcześniejszym welocypedem. Wydawnictwa o nieco bardziej fachowym profilu określenia welocyped (skoropęd) używały jako ogólniejszego.

I tak na przykład „Przewodnik Gimnastyczny” Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” z maja 1893 roku rozróżnia „skropędy jedno, dwu, trzy i więcej kołowe. […] W użyciu zaś są głównie dwu i trzykołowe (bi- i tricykle), a tak jedne jak drugie mogą być o jednem, dwu (tandem) lub trzech (triplet) siedzeniach”. Bicykle dzielą się dalej na skoropęd wysoki i skoropęd niski, czyli rower, bardzo rzadko nazywany też z francuska bicyklet  (z franc. bicyclette „rower”). Równolegle funkcjonują bezpośrednie kalki: dwukołowiec (rzadko dwukolec i trzykołowiec (obocznie trójkołowiec, rzadko trójkolec) oraz bardziej ogólne określenie kołowiec uformowane już, rzecz jasna, na rodzimym gruncie. Czasem rower nazywany jest po prostu kołem. Na kołach jeżdżą welocypedyści, bicykliści, trycykliści i cykliści, a także (w spolszczonej wersji odpowiedników tych ostatnich) kołownicy i kołowcy, a potem też kolarze i wreszcie rowerzyści. Spolszczenia wzbudziły pewne namiętności. Antoni Małecki, profesor uniwersytetu we Lwowie, opowiedział się stanowczo przeciw kolarzowi, argumentując: „Słowo «kolarz» w moich oczach więcej wygląda na wyzwisko (Spitzname) niż na nazwę bez intencyi ironicznej”. Być może na ten sąd rzutowało ironiczne nazywanie kolarzami członków Koła Polskiego w wiedeńskim parlamencie.

Rower, który ostatecznie wyparł kołowiec (niezbyt udany choćby przez wzgląd na to, że odnosił się raz do cyklisty, raz do pojazdu) i skoropęd, jest wyrazem pospolitym pochodzącym od nazwy własnej, czyli eponimem. Nazwa ta przyjęła się bardzo szybko. John Kemp Starley wraz z Williamem Suttonem założyli fabrykę welocypedów w 1877 roku. Skoncentrowali się na bezpieczniejszej alternatywie dla bicykli wysokich, zwanych po angielsku penny-farthing, dosł. „pensówka-ćwierćpensówka” co nawiązywało do dysproporcji w wielkości przedniego i tylnego koła. Welocypedy niższe, o mniej więcej równych kołach, nazywano safety bicycle były bowiem bez porównania bezpieczniejsze w razie upadku niż bicykle, na których cyklista siedział bardzo wysoko. Od 1883 roku ich produkty nosiły markę Rover, a w roku 1885 na rynek został wypuszczony legendarny Rover safety bicycle pojazd, który stał się protoplastą współczesnych rowerów. Już w drugiej połowie lat 80. XIX wieku firma Starley & Sutton Co. miała swoje przedstawicielstwo na ziemiach polskich. Kilka lat później wyraz rower używany był jako eponim w odniesieniu do zdobywających coraz większą popularność safety bicycles: „niemal w każdej osadzie i miasteczku jest już po kilku młodzieńców, przejeżdżających się na rowerach lub bicyklach, ku wielkiej uciesze wiejskiej gawiedzi” („Tygodnik Ilustrowany” 12 sierpnia 1893).

Jazda w sukni na wózku biegowym lub wysokim bicyklu byłaby bardzo utrudniona i raczej niebezpieczna, jednak rowery szybko podbiły serca cyklistek i rowerzystek, które sporadycznie były  też nazywane kolarkami. „Wiadomo, iż tak na Zachodzie, jak i w Warszawie wyścigi kobiet-kolarek dla nikogo już nie są nowością a na reszcie i w Poznania po raz pierwszy się odbędą. Wezmą w nich udział tylko wypróbowane już, czerstwe i dzielne kolarki z miasta i prowincyi” cieszy się „Dziennik Poznański” 20 września 1898 r. Formę kolarka jako żeński odpowiednik kolarza potwierdza też Słownik języka polskiego pod red. A. A. Kryńskiego, J. Karłowicza i W. Niedźwiedzkiego (tzw. warszawski 1900-1927). Istniały też towarzystwa kolarek.

Określenie roweru kolarza wyścigowego nazwą kolarka jest dużo późniejsze. Wyraz ten konkurował też z kolarzówką, która to nazwa używana była jednak rzadziej. W Wakacjach z duchami (1962) Adama Bahdaja jeden z bohaterów, Paragon, zsuwa kolarkę – i jest to mała czapeczka. Dziś kolarki i kolarze zajmują się sportem wyczynowym, amatorzy natomiast to rowerzyści.

Stosunkowo późno pojawiło się potoczne określenie roweru z obniżoną ramą, typowego dla kobiet, czyli damka. Nie notuje go jeszcze „słownik warszawski”, potem funkcjonuje ono jako słowo raczej potoczne. W relacji z walk w Holandii w czasie II wojny światowej czytamy: „Nie wiele się namyślając, generał Sosabowski chwyta damkę, która mu się akurat nawinęła pod rękę i jadąc, wskazuje czołgom wolną od min drogę”. („Informator Radiowy” z 5 listopada 1944 roku).

Rowery, a wcześniej drezynki nazwane zostały samojazdami, nie wymagały bowiem ciągnięcia przez zwierzę sam jadący napędzał pojazd. Szybko jednak pojawiło się marzenie, by welocypedy niczym samochody napędzać inaczej niż siła własnych mięśni, co oznaczało wyposażenie ich w silnik. Urządzenia takie nazywano zrazu kołem motorowym, potem motorowerem  do czasów powojennych bowiem były to rowery z lekkim silnikiem. Odnotowane zostały przypadki nadużyć takich pojazdów w wyścigach winnych spotkała surowa kara: „17 b. m. na posiedzeniu sędziów wyścigu cyklistów 100 kil. o tytuł «Mistrza Jazdy Królestwa Polskiego na r. 1909», rozegranego w d. 8 sierpnia r. b. na szosie lubelskiej, po ostatecznem zbadaniu świadków i stwierdzeniu faktu, że pierwsi jeźdźcy, którzy przybyli do mety, t. j. p. Stanisław Gronczewski i p. Franciszek Zawadzki, posiłkowali się prowadzeniem motorowem, wbrew warunkom wyścigu, odsądzeni zostali od nagród i zdyskwalifikowani w tegorocznym sezonie bez możności stawania do wszelkich wyścigów, zarówno szosowych, jak i torowych do końca roku bieżącego” („Nowa Gazeta” z 9 sierpnia 1909 roku).  Szwedzka pożyczka moped (motor „silnik”, pedaler „pedały”), która do polskiego trafiła najprawdopodobniej przez niemiecki w latach 60. ubiegłego wieku wraz z motorowerami z Simson, popularność zdobywa sobie dopiero w ostatnich latach i wiąże się raczej z pojazdami elektrycznymi.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Stanisław Janowski malarz fotografii http://blog.polona.pl/2018/11/stanislaw-janowski-malarz-fotografii/ Thu, 08 Nov 2018 13:35:07 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/11/stanislaw-janowski-malarz-fotografii/ W szeregach Legionów służyło około 180 artystów. Można powiedzieć, że wielu z nich trafiło na wojnę prosto z ław Akademii Sztuk Pięknych. Służyli i tworzyli na froncie, w okopowych warunkach. Pomimo brutalności wojny nie zatracili swojej artystycznej wrażliwości. Wśród nich pojawili się m.in. profesorowie ASP Jan Fałat i Leon Wyczółkowski. Byli malarzami wojennymi na froncie wołyńskim. Edward Rydz-Śmigły, późniejszy polityk i marszałek Polski, dał się również poznać jako utalentowany rysownik, szkicujący przede wszystkim pejzaże, ale także karykatury. Jego opiekunem artystycznym w krakowskiej ASP był początkowo Leon Wyczółkowski, a później Teodor Axentowicz. Ważną rolę wśród artystów-legionistów odgrywali również Leopold Gottlieb oraz Stanisław Janowski. Ten ostatni, to żyjący w latach 1866-1942 malarz, scenograf i fotograf. Zamiłowanie do teatru i malarstwa łatwo dostrzec w jego fotografiach. Są bardzo malarskie i niekiedy bardzo teatralne. Na takie spojrzenie Janowskiego mogła wpłynąć atmosfera domu artysty. Janowski był bratem malarki Bronisławy Rychter. Jej twórczość wyróżniała się subtelnością i nastrojowością, a także mistrzowską grą świateł i cieni. Ulubionym tematem jej prac był dwór polski, kościółki i wiejskie chaty oraz pejzaże. Pewna teatralność fotografii Janowskiego mogła natomiast wynikać z faktu, że był mężem Marii Gabrieli Janowskiej (z domu Korwin-Piotrowskiej), która do historii polskiego teatru przeszła pod pseudonimem Gabriela Zapolska, stając się jako pisarka czołową przedstawicielką polskiego naturalizmu. W latach 1901-1910 kierował teatrem żony, dla którego tworzył scenografię.

Janowski uciekał w swych fotografiach w świat malarstwa nie tylko ze względu na siostrę Bronisławę Rychter. Sam studiował malarstwo w krakowskiej Szkole Sztuk Plastycznych, a potem kontynuował studia w monachijskiej Akademii, by w 1912 roku zostać profesorem Wolnej Akademii Sztuki we Lwowie. Malował pejzaże, portrety, sceny rodzajowe i myśliwskie, a w okresie służby w Legionach stworzył wiele rysunków i akwareli o tematyce wojskowej.

Jako żołnierz II Brygady Legionów przez cały okres służby, od 1914 do 1918 roku, dokumentował swymi fotografiami i rysunkami walki Legionów, zwłaszcza II Brygady i 2. pułku ułanów.

Całą żołnierską drogę jaką przebył Stanisław Janowski skrupulatnie odnotowały Wacława Milewska i Maria Zientara w książce Sztuka legionów Polskich i jej twórcy (Kraków 1999). Czytamy tam m.in.:

We wrześniu 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich. Do lipca 1915 roku służył w Oddziale Technicznym w Departamencie Wojskowym Naczelnego Komitetu Narodowego, wyjeżdżając na front I i II Brygady jako fotograf i rysownik – korespondent. W sierpniu 1915 roku na własną prośbę został przydzielony do 3. pułku piechoty. W grudniu tego roku otrzymał nominację na chorążego. W marcu 1916 roku przeniósł się do 2. pułku ułanów. Pozostał w nim do końca kampanii wojennej, pełniąc funkcje komendanta oddziału sztabowego. Janowski należał do nielicznej grupy legionowych artystów malarzy, rzeźbiarzy i grafików, których służba podporządkowana była sprawom artystycznym.

Fotografie Janowskiego znajdujące się w zbiorach Polony pokazują, że autor nie tylko odznaczał się wielką wrażliwością malarską, ale też miał niewątpliwy temperament reżysera. Wszystkie zdjęcia są bowiem precyzyjnie ustawione, czy świetnie wyreżyserowane. Tę pierwszą cechę widać choćby w przypadku fotografii W rowach strzeleckich. Jest w niej ewidentny klimat płócien jego mistrza Teodora Axentowicza. I tak jak w niektórych jego obrazach tłem jest śnieg, który daje prezentowanym postaciom dodatkowej poświaty. W podobnym klimacie wykonane są inne fotografie. Artyleryja górska czy Placówka.

W niektórych obrazach widzimy pewne podobieństwo do płócien Kossaków. Janowski wyraźnie unikał w swoich fotografiach ekspresji, kurzu bojowego, Większość zdjęć jest statyczna, czasem ma się wrażenie, że ustawiona.

Widzimy żołnierzy gotowych do strzału, ale nie strzelających. Jeśli widać tam jakiś ogień, to nie jest to ogień bitwy, ale polowej kuchni czy ogniska.

Są oczywiście zdjęcia mniej malarskie, bardziej reportażowe np. Zmiana warty.

Co ciekawe, większość zachowanych zdjęć Janowskiego, którymi dysponuje Polona, przetrwała w formie pocztówek. A jak sugeruje napis na odwrocie, wydane zostały „Nakładem Naczelnego Komitetu Narodowego na cele Legionów”.

Zdjęcia Stanisława Janowskiego posłużyły mu potem do rysunków i kolorowych akwarel. Oglądając je ma się wrażenie, że nie osiągnął w nich takiego mistrzostwa, jakie udało mu się osiągnąć w fotografiach.

 

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Czart z wylinki cz. II http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-ii/ Thu, 25 Oct 2018 11:45:53 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-ii/ Następcy opisanego w poprzednie części tatrzańskiego Króla Wężów charakteryzowali się już znacznie mniejszymi rozmiarami, lecz również dysponowali wieloma mocami.  Wybór na króla dokonywany był w wężowych jamach w dniu św. Jana, czyli w dzień przesilenia letniego (24 czerwca). Wąż mógł ubiegać się o koronę dopiero po udanej wyprawie za morze, czyli po przepłynięciu go w obydwie strony. Następnie musiał stoczyć walkę z trzema rywalami. Jeżeli w jej trakcie został zraniony pozostałe węże rzucały się na niego, jako na niegodnego królewskich przywilejów. Gdy jednak wąż pomyślnie przeszedł wszystkie próby i został wybrany na hierarchę, otrzymywał koronę i berło. Koronę kładł na głowę tylko na Podniesienie Św. Krzyża. Berło natomiast trzymał jedynie podczas wężowych narad. Król wężów mieszkał zwykle pod korzeniem leszczyny, na której rośnie jemioła, gdzie w swojej pieczarze wypoczywał na kamiennym stole. Był większy od wszystkich swoich podwładnych co najmniej dwa razy, a jego skóra zazwyczaj miała biały kolor. Całe jego życie obracało się wokół ochrony najcenniejszego skarbu, jakim była jego złota korona. Powiadano, że korona była w stanie dawać wieczne szczęście oraz poznawać myśli wszystkich ludzi. Kto ją posiądzie, nie będzie potrzebował również już światła, ponieważ miała sama z siebie nadzwyczaj jasno świecić. W momencie, gdy korona była zagrożona, król porozumiewał się z innymi wężami głośnym świstem, wydając polecenia i wysyłając je w pogoń za złodziejem. Mówiono, że zdobycie jej było trudniejsze niż odnalezienie kwiatu paproci, były jednak na to pewne metody. Koronę najłatwiej można było zdobyć o godzinie 12 w nocy. Okazywało się także, że jeżeli rzuci się przed królem białą chustkę, ten niechętnie, ale będzie musiał złożyć na niej koronę. Nie oznaczało to jednak, że po jej zabraniu uniknie się wężowego pościgu. Legendy mówią o kilku śmiałkach, którym udało się zyskać koronę. Był to przykładowo rzeźniczek z Czerniejewa niedaleko Gniezna, który wykorzystał fortel z białą chusteczkę, czy pastuszek, który odebrał królowi wężów koronę, gdy ten zażywał kąpieli w potoku na Goduli, szczycie położonym nieopodal Cieszyna.

Węże posiadały również przykrą przypadłość przekształcania się w rozmaite kreatury. Zdarzały się drobne incydenty takie jak ten, że wężowi po upolowaniu i zjedzeniu koguta wyrastały kurze nogi. Miały miejsce też przypadki poważniejsze. Bywało, że zezłoszczony wąż zamieniał się w człowieka z głową niedźwiedzia, rogami, ludzkimi rękami uzbrojonymi w długie pazury, jedną nogą końską, a drugą ludzką. Powodem takiej przemiany mogło być na przykład podanie mu słonej zupy (s. 46). Najgorszym przypadkiem była jednak sytuacja, gdy wąż odnajdując szczelinę skalną otoczoną przestrzenią bogatą w pożywienie, przez siedem lat nie był widziany przez człowieka. Od tego momentu za każdym razem, gdy usłyszał dzwony w Dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny wyrastała mu kolejna głowa, po bokach wyrastały skrzydła, a jego oczy stawały się kosmate. Gdy miał głów siedem, przyjmował miano smoka. W każdych opowieściach smoki w związku ze swoimi rozmiarami, drapieżnym trybem życia, zdolnością krzesania iskier z pyska lub, gdy mowa o większych osobnikach, ziania ogniem, prowadziły dość rzucający się w oczy tryb życia. Niektóre w poszukiwaniu pożywienia zamieszkiwały tereny nieopodal osad, gdzie korzystały z łatwo dostępnej na polach żywności w formie bydła, chłopów lub, w przypadku wyszukanego podniebienia, dziewic. Inne starały się żyć na uboczu, stroniąc od ludzi, żyjąc spokojnie w swoim smoczym królestwie. Niezależnie jednak od swojego wyboru, każdy smok musiał zginąć z rąk człowieka. W ludowych legendach rozpowszechnionych na naszych dawnych ziemiach bohaterami, którzy wsławili się zabiciem smoków byli miedzy innymi:

Suczyc, urodzony z psiej matki, mężczyzna o olbrzymiej sile i sprawności. Miał na swoim koncie zabójstwo trzygłowego i sześciogłowego żmija, dziewięciogłowego smoka, trzech żmijowych córek oraz, przy współpracy z kowalem Kuźmą-Damianem, smoczej królowej.

Syn córki młynarzowej z ziemi dobrzyńskiej, który uśmiercił smoka przy pomocy ozdrza (broni składającej się z czterech noży połączonych na krzyż);

Cyryl skórnik znad Dniepra, który pokonał bestię mając do dyspozycji zbroję z przędziwa i smoły oraz wielką żelazną buławę;

Dwóch cieśli ze Świniar i Biechowa, którzy wraz z napotkanym lwem stoczyli walkę ze smokiem na łące w Wójczy (pow. Buski). Zarąbali oni smoka siekierami, których wcześniej używali do budowy kościołów w obydwu miejscowościach;

Husar Jerzy, który pokonał smoka nasłanego przez czarnoksiężnika antychrysta na swoją pobożną córkę. Uśmiercił go wpychając kopię w jego gardziel;

– Ilia, paralityk lat 30, który zabił smoka swoją czapką;

Historiae naturalis de serpentibus libri II

Rycina z Historiae naturalis de serpentibus libri II Jana Jonstona

Każda z opowieści przedstawiająca walkę człowieka ze smokiem symbolizuję walkę sił boskich z szatańskimi, które często były utożsamiane z pogaństwem. Obraz węża wywodzący się z wierzeń pogańskich jest jednak inny niż ten bliższy naszym czasom.

W dawnych czasach na Litwie szeroko rozpowszechniony był kult Atrimposa boga morza i wody. Oddając mu cześć chwalono użyźniającą i twórczą rolę wody. Wyobrażany on był w postaci węża wodnego zwiniętego w pierścienie, z głową mężczyzny w średnim wieku.

Za jego sprawą w wileńskich świątyniach istniało oddzielne pomieszczenie, w którym karmiono i hodowano węże. Trzymano je także w wypróchniałych pniach świętych drzew, gdzie na cześć Atrimposa oferowano im mleko. Można tutaj zauważyć bliskie powiązanie ze Indyjskim świętem Nāgapancamī, w trakcie którego oddaje się cześć wężom również poprzez podawanie im mleka. Czyni się to ku czci Ananty – tysiącgłowego węża, na którym spoczywa Wisznu płynąc po oceanie mleka. Węże na Litwie były domowymi bogami. Nigdy nie były zabijane, gdy zostały znalezione w pomieszczeniu. W różnych porach roku przygotowywano im strawę. Jej odmówienie przyjmowane było przez ludzi jako zła wróżba.

Atrimpos. Teodor Narbutt, Dzieje starożytne narodu litewskiego. T. 1, Mitologia litewska, Wilno 1835. https://polona.pl/item/209967/255/

Atrimpos. Teodor Narbutt, Dzieje starożytne narodu litewskiego. T. 1, Mitologia litewska, Wilno 1835. https://polona.pl/item/209967/255/

W podaniach zebranych przez Majewskiego również możemy znaleźć odbicie tych wierzeń. Powszechnie twierdzono, że węże lubią pić mleko i często przyczepiają się do krowich wymion chcąc je wydoić. Wierzono, że krowa karmiąc węża po pewnym czasie przywiązywała się do niego do tego stopnia, że gdy ten zginął, ona również szybko marniała i umierała. W okolicach Lubartowa, węże miały zanurzać łebki w miskach, w których podawano mleko dzieciom, a te chcąc się dostać do swojego posiłku były zmuszone odganiać je bijąc łyżkami po łebkach. Pod koniec XIX wieku na Żmudzi węże wciąż uznawane były za stróżów domu, a bezdzietne mężatki modliły się do nich o płodność, także ofiarując im mleko. Jak podaje Majewski za litewskim etnografem Szymonem Dowkontem, w XV wieku każdy gospodarz zamieszkujący ten region miał swojego węża, którego karmił i pielęgnował. Obserwowano także starszych ludzi, którzy na szyi nosili żywe węże. Znawcy i czciciele węży znali je na tyle dobrze, że zaglądając do chaty sąsiada i czując znajomy fetor, który te wydzielają w trakcie rui, winszowali gospodarstwu przyjaciela węża.

Wąż nie zawsze był więc symbolem zła i szatana. Za znaczne pogorszenie jego wizerunku w dużej mierze odpowiada współczesna symbolika religijna. Postawienie go w tak złym świetle mogło jednak być dla utożsamianych z nim gatunków zbawienne. Będąc symbolem złych mocy i czarnym bohaterem licznych opowieści, węże wciąż budzą strach i szacunek. Dzięki temu, pozostając w rzeczywistości bezkonfliktowymi stworzeniami, są w stanie wciąż trzymać na dystans domorosłych smokobójców i poszukiwaczy wężowych skarbów.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Czart z wylinki cz. I http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-i/ Sun, 14 Oct 2018 08:25:18 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-i/ Żmije, Ulysse Aldrovandi, malunki przygotowawcze, pierwsza połowa XVII wieku, źródło: http://www.filosofia.unibo.it

Rok po wydaniu „Bociana…” Majewski opublikował kolejną pracę podejmującą temat ludowej wizji świata zwierzęcego. Tym razem skupiała się ona na wężach. Patrząc na współczesną systematykę, dotyczyła ona całego podrzędu gadów, zawierającego ponad 3000 bliżej lub dalej ze sobą spokrewnionych gatunków. W przeszłym, jak i obecnym mniemaniu ludu, wszystkie te gatunki kryją się jednak pod jedną, ogólną nazwą, jaką jest właśnie wąż. Gromadząc wszystkie węże pod jedną postacią, człowiek odnosił się zatem do wyjątkowo osobliwego stworzenia. Posiadało ono budowę znacznie odbiegającą od innych zwierząt. Pełznąc po ziemi przemieszczało się niezauważenie w poszukiwaniu zdobyczy. Mogło posiadać rozmaite rozmiary, zawsze jednak było w stanie uśmiercić ofiarę przewyższającą je wielkością. Robiło to skrycie wstrzykując jad, dusząc lub po prostu kąsając i połykając w całości. Nic więc dziwnego, że tak osobliwe zwierzę było przyczyną powstania szerokiej symboliki i wierzeń, które od tysiącleci były pielęgnowane w kulturach i religiach ludu na całym świecie. W swojej pracy „Wąż w mowie i pojęciach ludu przeważnie polskiego” Majewski zauważa, że wiele zebranych przez niego podań ma swoje źródło w starożytnych opowieściach, które nie dotyczą gatunków występujących w naszym kraju. Powstały one nie w miejscu ich przekazu, lecz w miejscach oddalonych i odnoszą się często do gatunków egzotycznych.

W Polsce występuje zaledwie pięć gatunków węży, są to: zaskroniec zwyczajny, żmija zygzakowata, gniewosz plamisty, wąż Eskulapa i niedawno zanotowany zaskroniec rybołów. Dla porównania, w Indiach jest ich ponad 270. Majewski opisując ziemię ludu Polskiego odnosi się do granic sprzed rozbiorów. Do rodzimych gatunków zaliczył więc jeszcze węża czteropasiastego i połoza żółtozielonego. W swoich opowieściach ludność jednak na ogół odnosiła się do dwóch najpospolitszych gatunków – zaskrońca zwyczajnego i żmii zygzakowatej. Pomimo tego, że jeden jest jadowity, a drugi nie, rzadko były między sobą rozróżniane.

Według rodzimych podań węże powstały w momencie, gdy strącone chóry aniołów spadły na ziemię w postaci deszczu. Część spadła do Rajskiego Ogrodu, gdzie obok czystych istot zaczęły pojawiać się „plugawe i obrzydliwe” jak gady i węże. Opowieści ludu na temat powstania węża odbiegały nieco od relacji biblijnych zawartych w Księdze Rodzaju, mówiących o szatanie pod jego postacią, któremu za skuszenie Ewy zostały odebrane ręce i nogi. Przykładem może być tutaj opowieść ludu krakowskiego mówiącą o tym, że za czasów, kiedy żmije chodziły na nogach, jedna z nich schowała się za drzewem, zza którego wychyliła się nieopatrznie strasząc Matkę Boską. Matka Boska uznała to zachowanie za zbyt zuchwałe i zrewanżowała się odebraniem jej nóg.  Węże od samego początku nie zyskały także przychylności Boga, który pozbierał je do worka i kazał utopić Stonelisowi – późniejszemu bocianowi. W niektórych miejscowościach twierdzono, że węże powstają z ogonów jaszczurek. Do takich wniosków dochodzono prawdopodobnie po spostrzeżeniu, że zaatakowana przez domowego kota jaszczurka pozostawia za sobą wciąż wijący się ogon. Same koty również zostały obarczone podobnymi podejrzeniami. Twierdzono, że węże rozwijają się w ich ogonach i wychodzą z nich po siedmiu latach. W niektórych miejscowościach rozwiązywano ten problem zawczasu ucinając kotom końcówki ogonów.

Wszystkie węże były dla ludu jednakowo odrażające i odpychające. Określane były takimi nazwami jak gadziny, niestatki, robactwo, gryźliwce czy grzmiele. Popularnym było przysłowie „Brzydzić się jak wężem”, co wiele mówiło o podejściu człowieka do tych zwierząt. Smukły język węża odpowiedzialny za dotyk postrzegany był przez, jak to określił Majewski, „ludzi mających pretensje do wykształcenia”, za jadowite żądło. Dlatego duża część mieszkańców wsi myślała, że wszystkie węże są jadowite. Zdarzało się, że pozbawiano ich języków tylko po to aby móc je wziąć na ręce. Tworzone przez węże kłębowiska w trakcie rui wywoływały w świadkach „grozę i nadczułość wyobraźni”. Wydawanie na świat potomków również w ich mniemaniu odbiegało od ogólnie przyjętych kanonów piękna. Wierzono, że gdy nadszedł na to czas, żmija wieszała się na gałęzi drzewa i czekała aż pociechy się z niej wygryzą. Podirytowana tą sytuacją kąsała i zabijała każde młode, które zdołała dopaść. Następnie opiekowała się jedynie tymi, które spadły na ziemie. Te które zostały na gałęziach drzewa ginęły porzucone. Wszystko miało się dziać zgodnie z zamysłem Boga, który w ten sposób chciał uniknąć nadmiaru żmij. W miejscowościach, w których zdołano się naocznie przekonać, że węże wykluwają się z jaj, bacznie uważano, aby przez przypadek ich nie uszkodzić. Po ich rozgnieceniu całe zło, które znajdowało się w środku rozchodziło się po domu nieszczęśnika, który na nie nastąpił.

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Węże czuły niechęć do takich roślin jak kadyło (jasnota biała) lub jesion, co również można wyczytać w Dykcyonarzu roślinnym księdza Kluka. W związku z tym miały one nie występować w miejscach, gdzie można było się na te rośliny natknąć. Gdy wąż pełzł przez trawę miał powodować, że ta usychała. Gdy natomiast przepływał przez wodę, ta stawała się zatruta. Nigdy nie umierały ze starości, ponieważ wraz z kolejnym zrzuceniem skóry młodniały na nowo. W związku z ich zamiłowaniem do ciepła wielokrotnie opowiadano o przypadkach chowania się węży w łóżkach i pod poduszkami. W lubartowskim opowiadano o przypadku młynarczyka, któremu w trakcie snu wąż wygrzewał się na twarzy. Gdy chłopiec się przebudził, pochorował się ze strachu.

Mieszkańcom wsi nie umknął uwadze związek zmiennocieplnych węży ze słońcem. Twierdzono, że żmije ślepiami wyciągają z niego moc. Gdyby więc patrzyły na nie przez cały czas, mogłoby ono przestać świecić. Gdy żmija została zabita, poruszała ogonem w stronę słońca. Gdy natomiast słońce patrzyło na zabitą żmiję, przyćmiewało i zachodziło krwawo.

Największe obawy, co oczywiste, budziło jednak wśród ludu ich ukąszenie. Powiadano, że człowiek po ukąszeniu puchnie, pęka i rozpada się. Łatwo było rozpoznać węże, które dopuściły się grzechu ukąszenia. Były to te osobniki, które wciąż widywano po święcie Podniesienia Św. Krzyża (14 września). W związku ze swoimi przewinieniami miały pozostać na powierzchni w trakcie zimy i czekać na swoją śmierć. Uznawano je wtedy za wyjątkowo niebezpieczne, ponieważ chcąc skrócić swoje męki, atakowały ludzi w nadziei na łaskę pozbawienia życia. Gdy nadchodziła zima, węże kłębiły się w jamach, rozpadlinach i norach. Miały tam do dyspozycji tajemniczy kamień, który powodował, że zaraz po jego polizaniu stawały się syte. Gdy nadchodziło święto Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego) śpiące węże przewracały się na drugi bok.

Wśród węży zamieszkujących nasze tereny panował także pewien rodzaj hierarchii. Miały one podlegać wężowym królom. Za pierwszego wężowego króla, poprzednika wszystkich lokalnych wężowych królów, uznawany był osobnik zamieszkujący Tatry jeszcze przed czasami, gdy do tej krainy zaczęli sprowadzać się ludzie. W góralskiej opowieści spisanej w 1905 roku przez Kazimierza Łapczyńskiego w Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego opisany jest w następujący sposób:

Był to półmilowej długości padalec, srebrną łuską okryty, z wielkim diamentowym czubem zamiast korony na głowie. Napisano mu takie prawo: „będziesz się czołgał po tatrzańskich wierchach, patrz stamtąd na świat, a gdzie tylko twój wzrok będzie mógł odróżnić na człowieku białą gunię od burej, to wszystko twoje, póki nie znajdzie się taki co cię zwojuje.”

Warto tutaj jednocześnie zaznaczyć, że wśród ludu określenie „padalec” wielokrotnie odnosiło się także do żmij.

Ostatecznie pierwszego króla wężów przegonił góral Perłowic przy pomocy magicznej osikowej pałki. Zlany krwią wierch na którym toczyła się bitwa przyjął nazwę Czerwonego Wierchu. Droga ucieczki węża przed Perłowicem stała się Doliną Czarnego Dunajca, a miejsce w którym wkopał się w ziemię aby uciec do piekieł, przyjęło nazwę Zakopane.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Lata 50. i 60. minionego wieku w fotografii http://blog.polona.pl/2018/09/lata-50-i-60-minionego-wieku-w-fotografii/ Thu, 27 Sep 2018 11:27:30 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/lata-50-i-60-minionego-wieku-w-fotografii/ Eugeniusz Bodo i jego pies, fot. Benedykt Jerzy Dorys

Sztuka wysoka i kultura ludowa to dominujące tematy fotografii lat 50. i 60. ubiegłego wieku, udostępnionych przez POLONĘ. Wśród autorów – mistrzowie gatunku: Jerzy Dorys,  Edward Hartwig i Piotr Gan.

Jerzy Benedykt Dorys, żyjący w latach 1901-1990 odegrał znaczącą rolę w historii polskiej fotografii. Był jednym z założycieli Związku Polskich Artystów Fotografików, przez lata przewodniczył nawet komisji artystycznej tej organizacji. Zasłynął jako fotograf mody i portrecista. O klasie jego fotografii możemy się przekonać właśnie z niezwykłej kolekcji portretów ludzi kultury, które znajdują się w zbiorach Biblioteki Narodowej udostępnianych dzięki POLONIE. Zarówno w portretach Dorysa, jak i jego fotografiach mody widać wyraźne nawiązanie do estetyki . Dopuszczała ona indywidualną ingerencję artysty w każdą wykonywaną odbitkę. Najczęściej była to np. punktowa zmiana tonalna, zmiękczenie konturów itp. Dzięki takim zabiegom fotografia zmierzała w kierunku malarstwa, grafiki czy rysunku. Imponujący zbiór fotografii Dorysa z lat 50. i 60. minionego stulecia, znajdujący się w archiwach Biblioteki Narodowej, potwierdza że jego prace wykraczały poza typowe zdjęcia portretowe. Prace artysty cieszyły się nie tylko uznaniem krytyków, ale też modeli, z którymi pracował i w których dostrzegał wyraźnie widoczne w jego pracach rysy psychologiczne.

Był wręcz „nadwornym” portrecistą Niny Andrycz – heroiny polskiego teatru, jednej z najbardziej wpływowych aktorek powojennych, przez lata także żony PRL-owskiego premiera Józefa Cyrankiewicza. Dorys dostrzegł nie tylko jej niezwykłą urodę, ale też pewną władczość, którą akcentowała w swoich rolach silnych kobiet – królowych. Klasę talentu Dorysa możemy docenić także w wielu portretach innych ważnych dla kultury osób, do których powracał (tak jak w przypadku Andrycz) wielokrotnie. Mamy więc okazję obejrzeć w kilku wariantach kobiety legendy: piosenkarkę Irenę Santor, skrzypaczkę Wandę Wiłkomirską (na jednym z portretów trzyma skrzypce niczym karabin),  skrzypaczkę i kompozytorkę Grażynę Bacewicz, pieśniarkę operową Marię Fołtyn, gwiazdę starego kina Mieczysławę Ćwiklińską i wiele innych.

Artysta doskonale oddaje w swych pracach indywidualny rys tak różnych osobowości, jak: Alfons Karny, Zofia Nałkowska czy Leon Kruczkowski. Nie sposób nie docenić, z jaką klasą i dyskrecją potrafi zajrzeć do ich duszy. Podziwiamy więc promienny uśmiech satyryczki Stefanii Grodzieńskiej, melancholię piosenkarki Marty Mirskiej i jej „pierwszy siwy włos”, spokój i opanowanie dyrygenta Stefana Rachonia, a także pewną nieśmiałość Jerzego Ficowskiego znakomitego poety, odkrywcy Papuszy i Brunona Schulza. W portrecie Aleksandra Forda, twórcy najbardziej kasowego filmu polskiej kinematografii, czyli „Krzyżaków” wyraźnie widać marzenia o Hollywood. Zaskakująco rubasznie wypadł znakomity rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Wizerunki prezentowane w zbiorach POLONY ujawniają,  że większość tych prac przez lata uchodziła za wzorcowe i praktycznie jedyne rozpowszechniane w PRL portrety w szkołach, oficjalnych publikacjach, encyklopediach, podręcznikach.  itp.

Przeglądając portrety ikon kultury polskiej połowy XX wieku, trudno nie zauważyć ciekawego zbioru jednego z najsłynniejszych polskich fotografów Edwarda Hartwiga. Syn zawodowego fotografa, brat słynnej poetki Julii Hartwig wykazywał wielką pasję zarówno do fotografii, jak i malarstwa. Kiedy zajął się fotografią dał się poznać jako mistrz w przedstawianiu porannych mgieł w formie impresjonistycznych pejzaży z okolic Lublina, jak też scen rodzajowych o tradycji polskiego malarstwa. Dokumentował tragiczne wydarzenia z historii Polski. Duże wrażenie robił np. reportaż o pomordowanych na zamku w jego rodzinnym Lublinie. Po ukazaniu się w 1958 roku albumu „Fotografika” odkryto w  Hartwigu wybitnego estetę o tradycji malarskiej, a jednocześnie twórcę grafizującego, zbliżającego się do nowoczesnej, abstrakcyjnej, często plakatowej formy. W takiej właśnie konwencji utrzymane są, wykonane w latach 50. I 60., fotografie teatralne Adolfa Dymszy, Ludwika Sempolińskiego, Kazimierza Brusikiewicza, Lody Halamy czy Ireny Kwiatkowskiej.

Wśród twórców fotografii tego okresu, udostępnianych dzięki POLONIE, znaczącym dorobkiem może wykazać się Piotr Gan. Żyjący w latach 1914-1983 artysta, nie bez powodu nazywany jest Kolbergiem Kielecczyzny. Fotografię traktował przede wszystkim jako formę dokumentacji ludzi i obyczajów. Kochał muzykę ludową, organizował przeglądy kapel ludowych i wystawy ludowych twórców. Znał ponoć wszystkich kowali, garncarzy, rzeźbiarzy ludowych ziemi kieleckiej i radomskiej. Trafiał do nich bezbłędnie, wiedziony jakimś siódmym zmysłem. Fotografie towarzyszyły jego reportażom zamieszczanym w lokalnej prasie, a jego barwne opowieści sprawiły, że szybko stał się też człowiekiem radia. Po śmierci artysty Muzeum Etnograficzne w Warszawie zakupiło archiwum liczące m.in. niemal 1400 czarnobiałych negatywów jego prac. Większość pochodzi właśnie z lat 50. i 60.  Po digitalizacji i dzięki współpracy z POLONĄ można je oglądać na portalu BN. Gan prezentuje tam sielskie pejzaże, twórców ludowych, obrzędy zapustne, ludowe kapele, chaty pokryte strzechą. Utrwala sceny z targu, wiejskie wycieczki, przeprawy flisaków przez Wisłę, ale też sceny narodzin i sceny z pogrzebów, czas zasiewów i czas zbierania plonów, podkuwanie konia, a nawet międlenia lnu.

]]>
Lata 40. minionego wieku w afiszach i fotografii http://blog.polona.pl/2018/09/lata-40-minionego-wieku-w-afiszach-i-fotografii/ Mon, 24 Sep 2018 13:11:51 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/lata-40-minionego-wieku-w-afiszach-i-fotografii/ Fotografie, afisze, druki ulotne z lat 40. XX wieku, zgromadzone w archiwach Biblioteki Narodowej i udostępniane przez Cyfrową Bibliotekę Narodową POLONA, to kolekcja z okresu naznaczonego terrorem II wojny światowej, a potem polityką nowego ładu  narzuconego państwom Europy Środkowej przez Józefa Stalina. Zbiór liczy niemal pół tysiąca obiektów.

W 1939 roku, po wkroczeniu do Polski, Niemcy podjęli decyzję o zamknięciu prawie wszystkich teatrów. Zezwolono na uruchomienie zaledwie kilku, zastrzegając jednocześnie, że mogą prezentować jedynie repertuar rozrywkowy, obejmujący operetki, rewie czy farsy. W lipcu 1940 roku władze Generalnego Gubernatorstwa wydały nakaz rejestrowania się wszystkim aktorom pragnącym prowadzić działalność artystyczną. Konspiracyjny ZASP nawoływał do bojkotu tych dyspozycji. Jednocześnie aktorzy uzyskali zgodę na występy w kawiarniach prowadzonych przez artystów teatru, filmu czy muzyków. Ci wszyscy, którzy nie podporządkowali się tym zasadom i występowali w teatrach działających za zgodą Niemców karani byli infamią.

Przyglądając się afiszom teatralnym z czasów wojny, można wyraźnie zauważyć, że z repertuaru zniknęła całkowicie klasyka, ustępując miejsca rozrywce. Pojawiała się ona zwłaszcza w usankcjonowanych przez Niemców tzw. teatrach jawnych. Teatr Niebieski Motyl, na przykład, zapraszał 2 czerwca 1940 roku na Mazowiecką, gdzie w ramach gościnnych występów miał być realizowany program „wysoce artystyczny”, „z udziałem czołowych artystów scen polskich”.

Niebieski Motyl to oczywiście jeden z kilkunastu jawnych teatrów, wśród których można wymienić takie, jak:  Variete, Kometa,

Hollywood, Figaro,

Maska, Nowości czy  Teatr Miasta Warszawy.

W tym ostatnim, mieszczącym się w dawnym Teatrze Polskim przy ulicy Karasia, w październiku 1940 roku dali występ filharmonicy, co dokumentuje niemiecki afisz z orłem III Rzeszy trzymającym w szponach swastykę. Warto dodać, że sam gmach Filharmonii Warszawskiej, spalony w czasie oblężenia Warszawy w roku 1939, podczas walk powstania warszawskiego w 1944 został zbombardowany i uległ znacznemu zniszczeniu.

Zgodnie z instrukcją konspiracyjnego ZASP, powstało wiele scen organizowanych przez aktorów. Otwierano je w kawiarniach i klubach. Aktorzy występowali na malutkich estradach, a w wolnych chwilach dorabiali sobie jako kelnerzy. W okresie świąt Bożego Narodzenia organizowali „Gwiazdki” dla biednych dzieci. Café- Winiarnia Narcyz zapraszała na wieczór piosenek lwowskich, gdzie zamiast Szczepka i Tońka pojawili się Jóźko i Mańko.

W Starym Teatrze w Krakowie odbywały się w miarę regularnie koncerty poezji. Ciekawą inicjatywą artystyczną był tajny Teatr Niezależny Młodych Plastyków z Krakowa, tworzący oryginalne awangardowe inscenizacje klasyki. Występy tej grupy odbywały się prywatnych mieszkaniach. Wystawiano m.in. „Balladynę”  Słowackiego czy „Powrót Odysa” Wyspiańskiego, które przeszły do historii teatru. Ich reżyser: malarz i rysownik Tadeusz Kantor stał się potem jedną z najważniejszych postaci światowego teatru. Dzięki POLONIE możemy obejrzeć zdjęcia z próby „Balladyny” z 1943 roku.

Spektakle – o czym świadczy jedna z fotografii – powstawały w miejscach tak szczególnych jak oflag.

Warto, choć pokrótce, wspomnieć o publikacjach.  W 1941 roku, najwyraźniej „ku pokrzepieniu serc”, wydano książkę „Od Zagłoby do Wiecha. Humor w literaturze polskiej”. „Być może nie czas dzisiaj na humor – czytamy we wstępie – ale gospodarze nasi, Anglicy pokazują nam swojem życiem, że uśmiech nigdy nie jest zbrodnią. Nawet w czasach tragizmu”.  W 1940 roku we Lwowie z okazji 85. rocznicy śmierci Adama Mickiewicza odbywa się uroczysty wieczór pamięci. Okolicznościowe wydawnictwo w języku polskim i rosyjskim opatrzone jest mottem: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Nakładem Biblioteki Polskiej w Budapeszcie ukazuje się „Nie-Boska komedia” Zygmunta Krasińskiego. Związek Patriotów Polskich w ZSRR wydaje w 1943 roku tomik poezji Marii Konopnickiej. Fotografowie wypełniają misję dokumentalistów. W nieformalnym cyklu, który można by nazwać „Polska oskarża”, pojawiają się zestawy zdjęć pokazujących słynne pomniki przed zniszczeniem i zrujnowane w czasie wojny.

Niemieckie plakaty zapraszają do zwiedzania Krakowa czy Wilanowa. Mimo popularnego hasła „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”, pojawia się wiele plakatów filmowych zarówno w polskiej, jak i w niemieckiej wersji językowej.

Zakończenie wojny i wprowadzanie w Polsce nowego ustroju zaowocowało cała serią  fotografii i druków propagandowych. Widnieją na nich hasła typu: „Do bram Szczecina i bram Gdańska wiedzie nas trwała przyjaźń słowiańska”,

czy też: „Polska wraca nad Bałtyk”.

Po zakończeniu wojny życie teatralne powoli odradzało się. Organizowano publiczne zbiórki pieniędzy na odbudowę teatrów, sal koncertowych. Jeden z afiszy informuje np., że w maju 1945 roku odbędzie się zbiórka na odbudowę Warszawy w Teatrze Ziemi Rzeszowskiej.

Sceny teatralne powstają także w małych miejscowościach. W Grudziądzu w 1946 roku na inaugurację sceny teatralnej wystawiono „Ciotkę Karola”. W Tarnobrzegu grają „Pana Jowialskiego”, a w Ełku komedię „Gdzie diabeł nie może”.

Na afiszach króluje klasyka – bezpieczna klasyka. O „Dziadach” można sobie pomarzyć. Po udanej krakowskiej premierze „Skiza” w 1945 roku gwiazda przedwojennego kina Mieczysława Ćwiklińska odbywa tournée ze spektaklem po scenach Warszawy i Poznania. Grane są też „Śluby panieńskie”. Organizuje się koncerty, recitale muzyczne. Chopina gra dobrze zapowiadający się wówczas wirtuoz Jan Ekier. Jerzy Jurandot zakłada w 1945 roku Teatr Syrena. Scena muzyczno-rewiowo-kabaretowa powstaje w Łodzi, ale kilka lat później przenosi się na stałe do Warszawy.

Ozdobą kolekcji dokumentującej życie społeczne i kulturalne, zwłaszcza drugiej połowy lat 40. ubiegłego wieku, są portrety fotograficzne Benedykta Jerzego Dorysa prezentującego najwybitniejszych przedstawicieli świata kultury. Ten cykl rozwinie się zwłaszcza w późniejszych dekadach.

 

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Wieloraka osobowość Księdza Wojtka cz. II http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-ii/ Wed, 19 Sep 2018 11:42:14 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-ii/ Bociany, Józef Chełmoński, 1900, źródło: http://cyfrowe.mnw.art.pl

Oprócz szczęścia bocianowi, zwanemu gdzieniegdzie Księdzem Wojtkiem, przypisywano również moce mające chronić miejsca, w których się osiedlił. W artykule „Święty i przeklęty” opublikowanym w czasopiśmie „Lud” Szymon Matusiak pisze:

W powiecie tarnobrzeskim, gdy z wiosną zobaczą dzieci wiejskie bociana, wołają: „Dookoła, Wojtusiu, dookoła!” bo im większe zatacza koła i większe okrąży przestrzenie, tem lepiej dla tych przestrzeni ze wszystkiem, co na nich jest: chroni to od wszystkiego złego.

Twierdzono, że gospodarstwa, w których założył gniazdo chronił przed ogniem, gradem i piorunami. Sam dom natomiast, na którym było zbudowane gniazdo, stawał się wolny od złych duchów. Nic więc dziwnego, że tak ochoczo był wabiony do gospodarstw przez mieszkańców wsi. Metod było wiele. Do przygotowanego miejsca pod gniazdo kładziono igłę, kawałek metalu lub coś błyszczącego co miało zwrócić uwagę bociana. Pomóc miało także położenie na podstawie, będącej zazwyczaj broną, kawałka cukru, chleba i trojaka (monety trzygroszowej). Ważne było także to, żeby brona ta została zaciągnięta pod stodołę przez bezżennego młodziana przy pomocy swojej dziewczyny. Tak przygotowanemu miejscu bocian nie mógł się oprzeć. Gdy już zbudował swoje gniazdo wystarczyło otoczyć go należnym szacunkiem, aby powracał do niego co roku.

Eugeniusz Janota w swoim dziele „Bocian: opowiadania, spostrzeżenia i uwagi” przedstawia przypadek jaki miał miejsce w Heidelbergu, gdzie pewien cukiernik miał dosyć bocianów przesiadujących na dachu jego cukierni. Po dogadaniu się ze swoim sąsiadem, który mimo chęci nie został obdarzony bocianim towarzystwem, postanowili zimą przenieść gniazdo na sąsiedzki dach. Po powrocie bociany po krótce obadały położenie swojego nowego gniazda i zaczęły po kawałku przenosić je z powrotem na dawne miejsce, bo „…gdyby je były chciały mieć na tym domie, to je tutaj były mogły zbudować, a musiały mieć słuszne do tego powody, że je zbudowały na domie cukiernika.”

Portret z bocianem, Busko-Zdrój 1936, źródło: http://www.bikop.eu/

Portret z bocianem, Busko-Zdrój 1936, źródło: http://www.bikop.eu/

Ptaki te zyskały także przychylność ludu w związku z zaobserwowanym u nich przykładnym życiem rodzinnym. Bociany wiążą się w pary i często spędzają ze sobą całe życie wspólnie opiekując się potomstwem. W 1818 roku Ignacy Czerwiński w swoim wywodzie „Skąd to iest, że lud pospolity, osobliwie na wsiach pozwala z radością gnieździć się bocianom…” pisał:

Wierność iego w wspólnem stadle, tudzież miłość iego dla dzieci, a tych znowu wdzięczność ku swoim starym rodzicom, ledwie nie za przykład moralności samemu człeku służyćby mogły.

Janota z kolei o bocianim związku pisał w ten sposób:

Małżonkowie dochowują sobie sumiennie wiary małżeńskiej, a to bez wystawiania rewersów lub jakichbądź innych aktów, któremi tylko człowiek słabą i lichą wolą swoję wiązać musi, a które częstokroć ostatecznie także bezskutecznemi się okazują.

Bocianom towarzyszył także przesąd, który obecnie wciąż stosowany jest przez rodziców, chcących uniknąć niezręcznych rozmów ze swoim dzieckiem. Mówił on o tym, że to bociany są odpowiedzialne za przynoszenie dzieci. Jakkolwiek dosłowne znaczenie tego twierdzenia wśród ludu również było przeznaczone jedynie dla dzieci, jego źródeł możemy doszukiwać się w religiach przedchrześcijańskich.

Wspomniana wcześniej nazwa Adebar odpowiedzialna za powstanie polskiego Wojtka w języku staronordyckim oznacza „przynoszącego życie”. Na naszych ziemiach bocian natomiast uważany był za ptaka pochodzącego od Rody, pradawnego boga słowiańskiego odpowiedzialnego za poczęcie i dawanie życia, a co za tym idzie za rodzicielstwo. Wierzono, że to właśnie za pośrednictwem ptaka dusza została przeniesiona z krainy bogów na ziemię. Ślad po tym wierzeniu zachował się do dziś w języku Chorwatów i Serbów, gdzie bocian nosi właśnie nazwę „roda”. Nie była to jednak jedyna rzecz, którą Rod przekazywał ludzkości za pośrednictwem bocianów. Wraz z darem życia bocian przynosił także ogień.

Chroniąc życzliwych gospodarzy przed ogniem pochodzącym z niebios pod postacią gromów, miał również zsyłać ogień na swoich wrogów. Wierzono, że rozgniewany był w stanie spalić wrogie gospodarstwo przynosząc w dziobie zapalone łuczywo lub głownię. W przypadku braku powyższych, sam krzesał dziobem ogień siedząc na dachu.

Jak donosi Majewski, mieszkaniec Niebylca niedaleko Rzeszowa poinformował dr Janotę, że 16 czerwca 1876 roku niejaki Jan Drabek z miejscowości Sobiernie zabrał młode bocianom z gniazda znajdującego się na stodole włościanina Michała Pokrywki. Gdy rodzice wrócili na miejsce zaczęli rozpaczliwie klekotać po czym odlecieli od gniazda. Po chwili przy gnieździe znalazła się grupa ośmiu bocianów, które po wspólnym klekotaniu również oddaliły się od niego. Po paru godzinach na miejsce miał przylecieć znów samiec, tym razem niosąc w dziobie żarzący się węgiel z pobliskiego ogniska, który ułożył na szczycie stodoły podpalając ją.

Bocian jako zwiastun nie ograniczał się wyłącznie do wiosny i szczęścia. Szczęśliwy był tylko ten, kto zobaczył pierwszego bociana w locie. Kto pierwszy zobaczył go siedzącego, w krótkim czasie miał zachorować. Gdy zobaczył go stojącego lub siedzącego na gnieździe, miał się stać leniwym, gnuśnym i słabym. Kto usłyszał klekocącego bociana, a go nie zauważył, miał tego roku niszczyć każdy sprzęt zaprzęgowy, którego się dotknie. Nieszczęście natomiast spadało no dom, którym bocian wzgardził.

Obraz idealnej rodziny rozpływał się w oczach ludności wiejskiej w momencie, gdy bocian wyrzucał z gniazda jedno ze swoich piskląt. Czyn ten miał zwiastować okres nieurodzajów. Tłumaczono to także tym, że bocian jako istota żyjąca jedynie w parach musi mieć parzyste potomstwo. Gdy liczba się nie zgadzała, bez najmniejszych skrupułów pozbywał się nieparzystego pisklęcia. Obserwowano także liczne zdrady, krwawe potyczki samców, czy mordy dokonywane na partnerach. Uważano, że bocian zawsze poszukiwał zemsty za swoją niedolę. Twierdzono, że nigdy nie był w stanie przeboleć zdrady małżonki, na której jednak nigdy nie mścił się bezpośrednio.

Jako przykład opowiadano o eksperymencie polegającym na podmienianiu jaj bocianich z kurzymi lub gęsimi. W momencie wyklucia piskląt ojciec widząc w gnieździe odmieńców wydawał głośny klekot i ze smutkiem oddalał się od gniazda. Do samicy natomiast po pewnym czasie podlatywała grupa innych bocianów, które po obejrzeniu osobliwego potomstwa uśmiercały je wraz ze znajdującą się na gnieździe matką.

W momencie, gdy bociany zbierały się do odlotu, ich sejmiki lud odbierał jako wróżbę wojny i biedy. Według opowieści ludności Janowa, najważniejszy bocian w trakcie sejmiku chodzi przed szeregiem przemawiając do zgromadzonych bocianów, jednocześnie prowadząc przegląd stanu bocianiego hufca. Dokonuje on wtedy wyboru najsłabszych bocianów, które nie są w stanie odbyć podróży. Wybrane słabe jednostki miały być uśmiercane przez pobratymców. Zgodnie z podaniem ludu z okolic Krakowa, śmierci tej ma towarzyszyć śpiew gnębionych przez bociani ród żab:

– Siostro?

– Cóż?

– Umarł bocian.

– Już?

– A my temu rade, rade, rade

Bocian i żaby, J.B. Rundell, AEsop's fables, Londyn 1896. Źródło: https://openlibrary.org

Bocian i żaby, J.B. Rundell, AEsop’s fables, Londyn 1896. Źródło: https://openlibrary.org

Pomimo tego, że zabójstwo bociana uznawane było za grzech, nie uważano go za świętego. Przed czynem tym powstrzymywał również fakt, że mógł on sprowadzić na zabójcę liczne nieszczęścia. Jego moc nie była uznawana za dar od Boga. Wśród ludu zachowała się świadomość tego, że pochodziła ona od pogańskich bożków, którzy wraz z przyjęciem wiary chrześcijańskiej przyjęli postać diabłów. Razem z nastaniem chrześcijaństwa z bocianem również stało się coś złego. Stał się półdiabłem, z którego te same dzieci, które cieszyły się z jego przylotu, szydziły słysząc jego klekot:

Klekle, ino klekle,

Siedzi matka w piekle

Co ona tam robi?

Klóski żabom drobi 

Strach ludu przed diabelskimi mocami bociana stopniowo przeobrażał w umysłach pospólstwa jego postać w coraz bardziej nikczemną i odrażającą. Tak powstało Boćko – kosmaty potwór o trzech lub siedmiu głowach, kryjący się w norach i jaskiniach, z których wychodził, by pożerać ludzi i zwierzęta.

A musiało to boćko kogo koniecznie zjeść i jak na wsi nie mogło złapać, wybijało okna do chałup, porywało pierwszego lepszego człeka lub bydle i zeżarło.

W rzeczywistości strach ludności wiejskiej przed towarzyskim ptakami, które jak podaje hr. Kazimierz Wodzicki w swoich „Zapiskach OrnitologicznychOdwagą w ataku nie odznaczają się, nawet przy wielkim apetycie, targnąć się nie śmią na większe trochę żyjątko, mógł wynikać z pewnej osobliwej sytuacji, w jakiej człowiek nie zwykł być stawiany.

Rzadko zdarza się, żeby jeden z dzikich przedstawicieli fauny, pomimo ludzkiej nieprzewidywalności, paranoi i rozchwiania emocjonalnego, odnalazł pewne korzyści w towarzystwie człowieka i zaakceptował go jako część środowiska życia. Tym rzadziej zdarza się, żeby gatunkiem, który obdarza nas przychylnością nie była byle bakteria zalegająca w jelicie, lecz gatunek tak okazały i dostojny.

Człowiek wykorzystywał tę sytuację przez wieki, obarczając swojego towarzysza-niemowę winą za wszelkie niegodziwości i niepowodzenia. Nie potrafiąc zapanować nad wybiegami swojego umysłu, po pewnym czasie sam uznawał to za prawdę. Samą przychylność bociana potrafił z kolei obrócić przeciwko drugiej osobie, gardząc tymi, w których gospodarstwie nie zamieszkała bociania rodzina.

Przykładem tego jest wieś Zazdrość położona obecnie w obwodzie tarnopolskim na Ukrainie. Zgodnie z zachowanymi podaniami nazwa ta powstała właśnie w wyniku zazdrości jaką żywili wzgardzani gospodarze wobec innych, którzy z dumą gościli na swojej posesji bocianie rodziny. Zazdrość o stodołę z bocianim gniazdem na szczycie może być wyjątkowo niebezpieczna, kiedy do głosu dochodzi władający ogniem rodzaj ludzki. Podsumował to hr. Wodzicki w „Zapiskach…” kierując prośbę do bocianów:

My wam zachowamy sumiennie wasze gniazda, ulubione stare drzewa; a wy tymczasem strońcie od ludzi w ogólności, bo nie wiele ich dobrych…

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Wieloraka osobowość Księdza Wojtka cz. I http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-i/ Tue, 18 Sep 2018 09:36:22 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-i/ Bocian, Georges-Louis Leclerc de Buffon, Histoire naturelle des oiseaux, t. VII, Paryż 1780

Ludowe spojrzenie na świat przyrody od wieków wystawiane było na pogardę ze strony środowiska uczonych, którzy jako jedyni posiadali umiejętności i narzędzia niezbędne do dokładnego uwiecznienia go w piśmie. Wyłączną metodą umożliwiającą przetrwanie elementów kultury ludowej były więc podania słowne. Ten sposób przekazu informacji wymagał współpracy wielu pokoleń, w wyniku czego pewne spostrzeżenia ulegały modyfikacjom, inne natomiast były stopniowo zacierane. Na przełomie wieku XIX i XX próbę zachowania przed zapomnieniem ludowej wizji świata zwierzęcego podjął Erazm Majewski – archeolog, socjolog, etnograf i biolog, który obecnie określany byłby mianem etnobiologa. Czytelnikom może być on jednak bardziej znany jako autor powieści fantastycznych takich jak Doktór Muchołapski, czy Profesor Przedpotopowicz.

Erazm Majewski, źródło: http://www.nac.gov.pl/

Erazm Majewski, źródło: http://www.nac.gov.pl/

Jednym z marzeń Majewskiego było stworzenie obszernej pracy zatytułowanej „Zoologia ludowa polska” która miała być encyklopedycznym zbiorem ludowych pojęć o zwierzętach. Podjął w tym celu współpracę z etnografami Wojciechem Szczęsnym Jastrzębowskim oraz Józefem Saneckim. Ogrom materiału, któremu musieli stawić czoło niestety przerósł naukowców. Dzieło ostatecznie nie powstało, jednak Majewski pozostawił po sobie serię publikacji zawierających zbiór spisanych ludowych podań przedstawiających barwny i surrealistyczny obraz rodzimej fauny. Obraz ten zwykle ubrany był w przesadę i poezję, jednak w wielu przypadkach fantastyka przeplatała się z wiedzą ludową wynikającą z obserwacji, które towarzyszyły życiu w bliskiej styczności z przyrodą. Do podań ludowych sam Majewski odnosił się w następujący sposób:

 Dopóki takowe nie rozsypią się w próchno, obowiązkiem jest dobrego bibliofila przechować je starannie, choćby się miały kiedyś okazać bezwartościowemi, wiadomo bowiem, że nie jeden fakt, pozornie błahy lub niedorzeczny, urasta przy odpowiednim oświetleniu do pierwszorzędnego znaczenia w nauce i staje się dokumentem oraz podstawą ważnych wniosków.

Pierwszą publikacją Majewskiego przybliżającą ludową wizję świata zwierząt był „Bocian w mowie i pojęciach ludu naszego”. Dzięki niej oraz innym dostępnym opracowaniom jesteśmy w stanie przekonać się, jak ten ptak był niegdyś postrzegany przez nasz lud.

Zgodnie z przedstawionym przez Majewskiego zbiorem podań bocian jest chłopem. Został on przemieniony w ptaka przez Boga po tym, kiedy ten mu się w jakiś sposób naprzykrzył. Za pierwszego bociana uznawany był ciekawski mężczyzna, który zgodnie z podaniami ludu litewskiego nosił imię Stonelis.  Pewnego dnia otrzymał on od Boga wielki wór, który miał niezwłocznie utopić. Przekazując go Bóg jednocześnie zaznaczył, żeby pod żadnym pozorem nie zaglądał do jego wnętrza. Stonelis nie mogąc pohamować swojej ciekawości przekroczył pierwszy stopień do piekieł i rozsupłał worek tuż przed wrzuceniem go do wody. Okazało się, że Bóg nie chcąc, aby po ziemi tak licznie pełzało jakiekolwiek plugastwo umieścił w worku gady i płazy wraz z bliżej nieokreślonym „robactwem”. Kiedy ciekawski chłop zajrzał do środka cała zawartość rozbiegła się po świecie. Zmartwiony Stonelis wrócił do Boga, który w tym momencie ogrzewał się przy ognisku z jodłowych gałęzi. Bóg słysząc co się stało zdzielił go płonącą głownią zmieniając jednocześnie w bociana. Od tego momentu Stonelis musi maszerować za pługiem i czyścić świat z uwolnionego przez siebie plugastwa. Pamiątką po uderzeniu rozpaloną głownią są jego osmalone skrzydła. Historię można przeczytać w pracy Ludwika Jucewicza „Litwa pod względem starożytnych zabytków, obyczajów i zwyczajów”.

Według lokalnych wierzeń chłopi zamieniani byli w bociany również w wyniku innych przewinień. Bocianem stawał się mężczyzna, który orał w święto. Gdy Pan Jezus przechadzał się po ziemi pod postacią dziada, a chłopi nie odpowiadali mu na pochwałę jego ojca, też przemieniał ich w tego ptaka.

Ten dziad był sam Pen Krystus, chtóry ino spoźrzał, a z chłopów już stały się boćki, a ich kosy dzióbami, rence skrzydłami, tylko nogi długie kiejby ludzkie gicole

Godne uwagi jest to, że bociany miały początkowo mówić po polsku. Za utratą ich mowy stał diabeł Iskrzycki, który chronił pewien możny ród od wygaśnięcia. Iskrzycki miał pomóc w narodzinach dziecięcia, co spostrzegły bociany przez komin, na którym zbudowały swoje gniazdo. Dostał on polecenie ich uciszenia w celu zachowania dyskrecji. Zgodnie z informacją podaną w czasopiśmie „Lud” Oskara Kolberga, rodem tym mieli być Sapiehowie, ponieważ plac Sapieżyński, a obecnie plac Wielkopolski w Poznaniu, słynął z licznych bocianich gniazd.

Nazwa „bocian” pochodzi od słów boczan lub boczoń. Nazywano tak każde zwierzę u którego boki były innej maści niż grzbiet i brzuch. Nazywano go także m.in. bociąg, bocoń, bózko, busiok, dziopan, klabocian, grzechotka lub klekotka. Wśród flisaków zyskał natomiast miano Księdza Wojtka. Pisze o tym między innymi Sebastian Klonowicz w dziele „Flis”.

Choć w rewerendzie nie widzisz kapłana,

Jednak zów księdzem Wojciechem bociana

Gdy owo sobie kroczy nad żabińcem

Jak nad zwierzyńcem…

Flisacy na rzece Prypeć, ca 1936

Flisacy na rzece Prypeć, ca 1936

Jak można wywnioskować z tego fragmentu, porównanie do księdza wynika z podobieństwa barwy bociana do rewerendy, czyli sutanny. Jak podaje Antoni Mierzyński w Przyczynkach do Mytologii Porównawczej Wojciech związany jest z germańskimi nazwami bociana: Odebero, Adebar lub Adeber. Słowianie nie odróżniając Adebera od imienia Adelbert, będącego odpowiednikiem Wojciecha, nadali mu również imię Wojtek. Według ludu nadrabskiego jednak, imię Wojtuś wzięło się również od chłopa o tym imieniu, którego Bóg zamienił w bociana.

W dawnych czasach mniemano, że na zimę bociany zanurzają się w stawach i jeziorach, gdzie pod wodą starają się przeczekać niesprzyjającą porę roku. Z czasem jednak lud słusznie doszedł do wniosku, że przed zimą bociany wylatują do „cieplic”. W cieplicach jednak prowadzą zupełnie inne życie. Przemieniają się z powrotem w ludzi, wracają do swoich izb i zajmują się swoimi codziennymi ludzkimi sprawami. Stosują jednak przy tym dietę składającą się jedynie z gadów i płazów.

Wśród ludu bocian budził szacunek przede wszystkim ze względu na swoją pracowitość w oczyszczaniu świata ze szkodników, a za takie były uznawane wszystkie pełzające, oślizgłe, cichcem przemykające pod butem istoty, które zazwyczaj wybiegały poza estetykę przeciętnego chłopa. Cygański w swoim dziele „Myślistwo ptasze” pisał o nim tak:

To ptak domowy, pożytek go taki:

Jadowite, sprośne trawi robaki,

i przetoż rzadko myśliwiec nań jedzie,

nie rad go jada na swoim obiedzie.

 Bocian od zawsze uznawany był za zwiastun wiosny. Dla dzieci, jego przylot oznaczał, że od tego momentu mogą spędzać więcej czasu poza domem. Mazurzy twierdzili, że na swoich skrzydłach przynosi ostatni śnieg. Jego przylot kojarzony był z końcem przednówkowej biedy i męki. Między innymi dlatego był traktowany także jako zwiastun pokoju i szczęścia. Osobom, które upatrzyły go jako pierwsze wróżono pomyślny rok i obdarowywano podarunkami. Istniały także liczne wróżby związane ze spostrzeżeniem swojego pierwszego bociana. Jeżeli ujrzano pierwszego bociana w locie znaczyło to, że człowiekowi długo będzie dopisywać zdrowie, będzie przezorny i pilny. Jeżeli w locie spostrzegła go panna lub kawaler, oznaczało to rychłe zaślubiny. Jeżeli chodził po ziemi, miało skończyć się na zalotach, a gdy stał w miejscu, to rok pod tym względem miał być spokojny. W Szczepanowie, kto pierwszy go zobaczył pędził się umyć, „aby być rzeźwym i wesołym, jak bocian”. Na Litwie z okazji jego przybycia organizowano święto Sterkawimas, dzisiaj znane pod nazwą Gandro diena. W Niemczech ich przybycie natomiast obwieszczane było przez miejscowych trębaczy. W wieku XV i XVI bocian i szczęście traktowane były niemal jako synonimy. Stąd popularne w tamtych czasach porzekadło „Bociana sprowadzić”, co znaczyło tyle, co sprowadzić szczęście. Jak okaże się w dalszej części szczęściem tym nie mogli być jednak obdarzeni wszyscy.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Gra w praszczura http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Wed, 11 Jul 2018 08:09:46 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Celina z Treterów Dominikowska (ur. po 1830, zm. 1908) nie jest postacią szczególnie znaną. I nigdy nią nie była. Jednak ta żwawa galicyjska panienka (a po kilkudziesięciu latach żwawa galicyjska staruszka) zostawiła po sobie ujmujące dzieła: pamiętnikarskie, literackie, muzyczne oraz liczne rysunki i akwarele. Bądźmy szczerzy: Treterówna nie miała wielkiego talentu – ot, potrafiła może nieco więcej niż każda panna z dobrego domu. Była za to wnikliwą, energiczną i niepozbawioną dowcipu obserwatorką, dzięki czemu zostawiła nam znakomite źródła odzwierciedlające codzienne życie i mentalność ludzi XIX wieku.

Autoportret Treterówny z czasów młodości.

Do świata młodej Treterówny wejść łatwo – wystarczy sięgnąć po jej tworzony z figlarnym dystansem rysunkowy pamiętnik Życie młodej dziewczyny, w którym pod rokiem 1846 koteczki Szczebiotka i Bianka podpisano „mes premiers amours!” („moje pierwsze miłości!), czy po inny sztambuch, w którym znajdziemy powklejane święte obrazki, humorystyczne grafiki, akademickie wprawki i skrupulatnie podpisywane landszafty.

Kotki Szczebiotka i Bianka z pamiętnika Treterówny, 1846.

Ustatkowawszy się w małżeństwie, już jako Dominikowska, nadal rysowała i malowała scenki wzięte z życia, zwykle je opisując, choćby enigmatycznym „Help your self”. Z wiekiem zaś jej warsztat znacznie się poprawiał i taki portret Przybyszewskiego sygnowany zamaszystym „Celina’899”  (autorka była już pod siedemdziesiątkę!) jest już dziełkiem naprawdę niezłym.

Celina Dominikowska, Portret Stanisława Przybyszewskiego, 1899.

Choć Dominikowska osiadła na prowincji, nie miała najwyraźniej kompleksów – z „Gazety Lwowskiej” z 14 lutego 1866 roku dowiadujemy się, że jej witraż jedzie na Wystawę Światową do Paryża wraz z obrazami Tepy i likierami Baczewskiego. Choć witraż raczej nie był arcydziełem i bliżej mu było do gazetki szkolnej niż Sainte-Chapelle, to katalog L’Exposition universelle de 1867 illustrée umieścił jego podobiznę oraz objaśnienie nieco naciąganej mesjanistycznej kompozycji. Mignięcie na Expo pozwoliło Dominikowskiej doczekać się krótkiej wzmianki w „Tygodniku Mód”, który przedstawił ją raczej jako lokalną ciekawostkę i coś na kształt ludowej artystki. Sama Celina poświęciła się zaś pracy – zarówno literackiej i plastycznej, jak i na gospodarstwie, gromadzeniu pamiątek historycznych, komponowaniu laurek, prowadzeniu korespondencji i pamiętników. Czasem napotkać możemy ją w prasie – np. z „Gazety Narodowej” z 1873 roku dowiadujemy się, że ma na sumieniu psa pani Białobrzeskiej, który pokąsał jej syna – ale rozgłosu z czasów Wystawy Światowej już nie powtórzyła.

Witraż Dominikowskiej w katalogu Expo 1867.

Wśród rysunków i akwarel Dominikowskiej znajdujemy jeden wyjątkowy obiekt: to plansza do gry, przechowywana obecnie w dwóch częściach w zbiorach ikonograficznych Biblioteki Narodowej (R.12826/II i R.12827/II). Plansza podzielona jest na 64 pola zdobione akwarelami. Od razu można rozpoznać na nich postacie historyczne (Sobieski, Kościuszko), heraldykę, miejsca (np. Kolumna Zygmunta i Wawel), sceny z legend (smok wawelski, gniazdo białych orłów). Całość jednak, pełna alegorycznych kompozycji i symboli oraz pozbawiona jakiejkolwiek instrukcji, pozostaje enigmatyczna. Po układzie pól możemy się spodziewać, że plansza Dominikowskiej służyła do gry opartej na dziejach Polski, choć skonstruowanej podobnie do hazardowej gry w gąskę.

Plansza Dominikowskiej po scaleniu.

Na szczęście instrukcję znamy skądinąd. Plansza nie jest bowiem oryginalnym dziełem Celiny, tylko kopią gry Klementyny Hoffmanowej (1798-1845) wydanej po raz pierwszy ok. 1830 roku (co potwierdza reklama z „Dziennika dla Dzieci”) jako Assarmot – zabawa historyczna ułożona dla dzieci przez autorkę „Pamiątki po dobrej matce”. Gra ta musiała być niezwykle popularna, skoro wznawiano ją przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku, w Polonie można znaleźć egzemplarze wydane długo po śmierci Hoffmanowej, z 1850, 1852 i z 1861 – najpóźniejsze, ale i najważniejsze, bo z zachowaną oryginalną planszą.

Plansza do Assarmota, Wilno 1861.

Od razu widać podobieństwo między Assarmotem a planszą Dominikowskiej, a na jaw wychodzą artystyczne niedociągnięcia tej ostatniej. Z instrukcji dowiadujemy się nie tylko, jak grać (nie jest to bardziej skomplikowane od gier typu „Magia i miecz”), ale zostajemy też wprowadzeni do wizji dziejów Polski, jaką Hoffmanowa starała się wtłoczyć młodym graczom. I to jest chyba najciekawsze w Assarmocie, u Hoffmanowej bowiem spotkała się dość anachroniczna (nawet z perspektywy owych czasów) wiedza historyczna, brak krytycznej refleksji, konieczność liczenia się z cenzurą, specyficzny dla niej guwernerski dydaktyzm i wreszcie spora doza lizusostwa wobec cara. Pola planszy rozpoczynają się od legendarnych postaci (Krak, Wanda, Popiel, Piast), a kończą na czasach autorce współczesnych – grę zamyka książę Józef Poniatowski i car Aleksander zakamuflowany pod przykrywką Kongresówki.

Co ciekawe, gra ukazuje się pierwszy raz tuż przed wybuchem powstania listopadowego, a wydania Assarmota z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (w tym również krakowskie, którym nie groziła zbytnia cenzura) nadal kończą się pochwałą Aleksandra i nie wspominają o wydarzeniach późniejszych.

Dominikowska, choć z pewnością była indoktrynowana w młodości Pamiątką po dobrej matce, nie ulega Hoffmanowej i na ostatnim polu przedstawia zadumanego rannego żołnierza, ułańską lancę i kosę na sztorc oparte o ruiny, wreszcie białego orła na sztandarze i anioła wskazującego otoczony gwiazdami napis „kiedyś”. Ta scenka, choć naiwna, jest zdecydowanie odważniejsza od finału Assarmota, gdzie po prostu widzimy mapę Królestwa.

Skąd jednak nazwa samej gry i postać patriarchalnego starca z kosturem tak u Hoffmanowej, jak u Dominikowskiej. Prawidła gry objaśniają ją następująco:

Tu wkraczamy na grząski teren historiograficznych fantazji, których wiekowy mechanizm jest dziś częściowo odpowiedzialny za wielkolechickie brednie. Assarmot, poprzez Sema potomek Noego (z poszerzonej genealogii biblijnej Księgi Rodzaju), jako praszczur Sarmatów i Polaków został wprowadzony przez Stanisława Sarnickiego w Annales… (1587) oraz wcześniejszej Annalium synopsis (1582), gdzie na karcie tytułowe figuruje nawet nonszalancko jako „conditor Sarmaticorum populorum”.

Stanisław Sarnicki, Annalium Polonicorum Qui in Lucem Propediem Aedentur Brevissima Synopsis, Cracoviae : typis Mathiae Wirzbietae 1582.

Pomysł z Assarmotem i semickim pochodzeniem Sarmatów nie był w smak Marcinowi Bielskiemu, który (choć może być to również wtręt jego syna Joachima) w wydanej pośmiertnie Kronice polskiej (1597) argumentuje za pochodzeniem Polaków od drugiego z synów Noego, Jafeta, i rozprawia się uczenie z propozycją Sarnickiego:

Kronika polska, W Krakowie : W Drukarni Jakuba Sibeneychera, 1597

Wybaczmy od razu szesnastowiecznym historykom tak pokrętne przypisywanie pochodzenia ludów, jest ono bowiem efektem nadmiernej erudycji – wszak już Wergiliusz dodawał Rzymianom trojańskie korzenie, co w średniowieczu podchwycili w swej założycielskiej legendzie Francuzi. Z kolei przypisywanie sobie starotestamentalnych rodowodów było utrwaloną praktyką zaskakująco długo i jeszcze dla Mickiewicza są one żywym symbolem szlacheckiego intelektualnego zapyzienia.

Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie : historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, Paryż 1834.

Mit Assarmota na dobre został podkopany przez krytyczną szkołę historyczną przełomu XVIII i XIX wieku. Łukasz Gołębiowski pisze, że Sarnicki historię tworzy z „wywodów etymologicznych częstokroć śmiesznych i nakręconego autorów starożytnych wykładu”, a kilkadziesiąt lat później Lesław Łukaszewicz podsumowuje: „opowiadania Sarnickiego […] za marzenia uważać należy”.

Assarmot z planszy do Assarmota, Wilno 1861.

Wysiłki historyków chcących pogrzebać Assarmota zostały jednak zniweczone w początku XIX wieku przez prorosyjskie działania Czartoryskich. Dla realizacji tzw. planu puławskiego, czyli inicjatywy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z 1805 roku, by utworzyć skromne państwo polskie pod carskim berłem, ten potomek Sema był idealną symboliczną figurą. Związany z Czartoryskimi kanonik Jan Paweł Woronicz na fali książęcych planów ułożył wierszydło zatytułowane Assarmot, syn Jektana, praprawnuk Sema, praszczur Noego, narodów sarmackich patriarcha, przyszłym pokoleniom w duchu wieszczym błogosławi, w którym w niesmacznych strofach plótł proto-panslawistyczne wizje braterstwa potomków Assarmota. Plan puławski jednak się nie powiódł, przyszedł czas Napoleona i Księstwa Warszawskiego, niefortunny dla Czartoryskiego i łaskawszy dla oportunisty Woronicza. Po klęsce cesarza szczęście uśmiechnęło się jednak do obydwu. W Królestwie Polskim Czartoryski wrócił do polityki, a Woronicz z rosyjskiej łaski został kolejno: biskupem, arcybiskupem, a w końcu prymasem, który dostąpił zaszczytu podania polskiej korony carowi Mikołajowi. Obu piewców Assarmota dobrze podsumowuje wygłoszona przez Czartoryskiego pośmiertna Pochwała Jana Pawła Woronicza (notabene przedrukowująca Assarmota, syna Jektana…) z 1830 roku. W niej prymas-wierszokleta zostaje nazwany z Macphersonowska „bardem”, a nawet „wieszczem” i „prorokiem”, Romanowowie stają się zaś „wielkomyślnymi i wielkodusznymi ojcami i opiekunami narodu”…

Adam Jerzy Czartoryski, Pochwała Jana Pawła Woronicza, czytana na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk dnia 30 kwietnia 1830 r., Puławy 1830.

Ten intelektualny klimat Kongresówki oznaczał coming-back Assarmota. Nikczemne rymy Woronicza zaczęły pojawiać się na łamach prasy i prawdopodobnie właśnie dzięki nim Hoffmanowa (która dość dobrze znała się z biskupem) poznała legendę praszczura Sarmatów. Wyjaśnia to też nieco zaskakujący z dzisiejszej perspektywy finał gry z carem jako „wskrzesicielem Polaków”.

Dalsze losy gry są zaskakujące, była bowiem wciąż wydawana przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Świadczy o tym nie tylko kopia Dominikowskiej i zachowane egzemplarze gry Hoffmanowej, ale także reklamy i wzmianki w prasie, choć w 1862 roku pisano, że jest „mniej upowszechniona” wśród dzieci niż mniej wymagająca, a bardziej hazardowa gra w loteryjkę. Jednocześnie zanika pierwotny kontekst i wymowa Assarmota… Woronicza: odnajdujemy go na przykład w śpiewniczku powstańców styczniowych obok piosenki „polskich bandytów” (sic!), którzy chętnie „palnęliby” do cara porównanego do zwierzyny łownej.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku pojawiły się już głosy, że z punktu widzenia pedagogiki gra Hoffmanowej jest przestarzała i „opiera się na pierwiastku dogmatycznym” (czemu trudno zaprzeczyć). Wkrótce okazało się jednak, że jej mechanika jest na tyle sprawdzona, by merytorycznie zaktualizowana znów mogła wrócić do obiegu. W grudniu 1903 roku w „Małym Światku” pojawia się przedświąteczna reklama Piasta.

„Dziś już wiemy, że Polacy nie pochodzą od bajecznego Assarmotu” napisano dzieciom explicite dopiero w XX wieku, choć historycy sto lat wcześniej starali się skruszyć tego niefortunnego prototurbosłowiańskiego bałwana. Udało się to z trudem i dzięki wsparciu znakomitych szyderców – pod koniec stulecia dziewiętnastego Assarmot pojawiał się już w mało poważnym kontekście, choćby w błyskotliwej humoresce Jana Lama Syn Sławy, w której satyryk, posługując się archaicznymi i anachronicznymi zarazem protoplastami narodów, obśmiewa nie tylko dawne etnogenezy, ale też ówczesnych archeologów i entuzjastów indoeuropeistyki.

Plansza do Piasta, Lwów 1904.

Piast (dostępny w wydaniach z 1904 i 1909 roku) to Assarmot po gruntownym liftingu. W centrum planszy widnieje mapa Rzeczpospolitej u szczytu potęgi. Nie ma słowa o dobrym carze, jest za to o prześladowaniach pod zaborem rosyjskim i pruskim (gra wydana jest w końcu we Lwowie!). Pojawiają się: powstanie listopadowe i styczniowe, trzeci rozbiór, legiony, kongres wiedeński czy Targowica, którą reprezentuje skopiowana Puszcza z Lituanii Grottgera. Pozostałe pola oraz ich opisy zostały zaktualizowane zgodnie z ówczesnym stanem nauk historycznych, a wiele z nich brzmi niepokojąco podobnie do tekstów z całkiem współczesnych podręczników. Tym samym mnemotechniczna zabawa Hoffmanowej pozwalająca utrwalić burzliwe dzieje Polski aż do szczęśliwego objęcia tronu przez cara Aleksandra stała się zupełnie nowym narzędziem, zdecydowanie przydatnym w latach poprzedzających Wielką Wojnę i rok 1918.

Końcowe pola planszy do Piasta.

80 lat jednej gry planszowej i jej przemian, od Assarmota Hoffmanowej serwującej dziatwie sinusoidalną wizję polskich dziejów zakończonych szczęśliwie w ramionach batiuszki Aleksandra, przez nonkonformistyczną kopię Celiny Dominikowskiej, aż po powstającego w zupełnie innych okolicznościach Piasta, pokazują nie tylko zmienne, lepsze, gorsze i bardzo złe oblicza tzw. „edukacji historycznej”, ale dowodzą również dużej skuteczności i trwałości dydaktycznych metod opartych na choćby prostej rozrywce. Zabawa historyczna z 1830 roku, choć łatwo ją z dzisiejszej perspektywy skrytykować pod względem ideologicznym i merytorycznym, była niewątpliwie przełomem w ówczesnej surowej pedagogice i dała początek zupełnie nowemu gatunkowi edukacyjnych rozrywek.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Dyscyplina i biologia. Władza nad populacją w dokumentach życia społecznego 1914–1918 http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Fri, 29 Jun 2018 08:47:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Zbiór dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 pozwala poznawać historię dziejącą się pomiędzy dobrze opisanymi obszarami, takimi jak biografie głównych aktorów polskiej niepodległości czy dzieje polskiego czynu zbrojnego i dyplomacji. Główną bohaterką dokumentów jest bowiem codzienność na terenach objętych wojną. Dokumenty to jednak nie tylko bierne świadectwa zdarzeń. Wiele z nich stanowiło narzędzie do zarządzania działalnością, zdrowiem i własnością ludności cywilnej.

Pozornie zbyt przyziemne, czasem komiczne w swojej urzędowej powadze i dbałości o szczegóły, dokumenty życia społecznego z tego okresu zasługują na rzetelną interpretację. Ich historyczną wartość określa bowiem związek zbioru z procesami społecznymi, których trwanie wykracza daleko poza ramy czasowe pierwszej wojny światowej. Mowa tu przede wszystkim o powstawaniu nowoczesnych sposobów rządzenia państwem i organizowania życia populacji.

Opisanie tej części dokumentów wymaga narzędzi, które uwzględnią jednocześnie wojenne doświadczenie jednostek, jak i całych populacji dotkniętych konfliktem. Potrzeba też pojęć, które wyjaśnią, dlaczego dokumenty ukazują rzeczywistość niebezpieczną, ale na swój sposób uporządkowaną. Wymagania te spełnia koncepcja dwóch biegunów nowoczesnej władzy, którą Michel Foucault zarysował w Historii seksualności, a także w swoich wykładach w Collège de France. Pierwszy z biegunów to dostrzegalna w wieku XVII władza dyscyplinarna, kontrolująca konkretne ciała, wzmagająca ich gospodarczą wydajność i wymuszająca posłuszeństwo. Drugi biegun, formujący się w zachodniej Europie od połowy XVIII wieku, to władza nad populacją jako biologiczną całością – biowładza. Jej przedmiotem są rozmnażanie, zdrowie publiczne, migracje czy jakość życia, a dyscyplinują ją szkoła, armia i więzienie. Medycyna, higiena i demografia pozwalają badać i regulować życie populacji. Skuteczna władza panuje nad życiem w jego jednostkowych i zbiorowych przejawach zarówno za pomocą groźby przemocy, jak i za pośrednictwem upowszechnianej wiedzy. Co ważne, oba bieguny władzy spaja nowoczesna, ekonomiczna racjonalność, którą posługują się rządzący, ale też rządzeni. U jej podstaw leży rozpatrywanie procesów życia w kategoriach zysku, podtrzymania i pomnożenia produktywności.

Dokumenty życia społecznego z lat 1914–1918 pozwalają spojrzeć na nowoczesną władzę, a zatem także na polską niepodległość, w momencie dla niej kryzysowym, w czasie wojennego konfliktu. Do Europy wraca wówczas powszechne niebezpieczeństwo śmierci zagrażające przeżyciu pojedynczych ciał, rozwojowi całych populacji oraz stabilności poszczególnych państw.

Warszawa, 28 maja 1917

Były już i rozruchy głodowe i strajk wyższych uczelni. Ostatnio zamknęli gaz, ale końca jak nie widać, tak nie widać. […] I czasem tak mi przeraźliwie żal mojej traconej energii, mojej siły woli, która mogłaby tworzyć, rządzić, podnosić, zabiegać, a musi tylko wytrzymywać.

z pamiętnika Janiny Gajewskiej

W czasie pierwszej wojny światowej pełzająca linia walk stanowiła ruchomą granicę państw eksploatujących zajęte obszary. Od umiejętnego wykorzystania własnych zasobów za linią działań wojennych oraz doprowadzenia wroga do stanu wyczerpania zależała przewaga na froncie. Niemcy i Austriacy kontrolujący nie tylko tereny, które zajęli w wyniku zaborów, ale też ziemie polskie należące przed Wielką Wojną do Imperium Rosyjskiego, stanęli przed problemem skutecznego zarządzania populacją. Po pierwsze, starali się jak najpełniej zaangażować ludność w wysiłek wojenny. Po drugie, próbowali nie doprowadzić do jej zupełnego wycieńczenia i niesubordynacji. Po trzecie, zamierzali skłonić mieszkańców okupowanych terenów, by uwewnętrznili cele administracji.

31301826, Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ziemie polskie stały się zapleczem wielkich armii. Na wsi rekwirowano konie, bydło i zboże, zaś za uchybienia w dostawach groziła grzywna. Tym niemniej, warunki życia na prowincji były lepsze niż w miastach. W Warszawie kartki na żywność pojawiły się jesienią 1915 roku. Dzienna racja dla jednej osoby wynosiła jedynie około 1000 kalorii, a kupujący żywność na czarnym rynku musieli liczyć się z bezwzględną spekulacją cenami.

Warszawa, 28 maja 1917

Nie wiem, czy ten stan rzeczy, jaki teraz trwa, to już się nazywa głód, czy jeszcze nie. Te wiorstowe ogony przy węglu, kartoflach, chlebie, cukrze i komitetowym mięsie, ci ludzie wychudli, zszarzali, bez butów, wystając często od godziny czwartej rano! […] Wydajemy całą moc pieniędzy, a wcale nie jesteśmy najedzeni.

Ceny węgla i drewna na opał gwałtownie wzrosły. Brakowało butów i ciepłej odzieży. Ograniczono dostawy gazu i reglamentowano świece. Rondle i samowary, a nawet żelazne klamki rekwirowano na potrzeby wojennej gospodarki. W wyniku zniszczenia lub ewakuacji zakładów przemysłowych doszło do jednoczesnego wzrostu cen i pojawienia się licznej grupy bezrobotnych. Tymczasem w głąb okupowanego terytorium zmierzała ludność uciekająca z terenów objętych walkami.

38746221 W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!.

W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!

W warunkach przedłużającego się niedoboru administracje niemiecka i austro-węgierska podjęły działania, które miały łagodzić niepokoje poprzez ochronę i kontrolę podległej populacji. Państwowa służba sanitarna rozpoczęła masowe szczepienia przeciwko ospie. Z kolei walka z tyfusem przenoszonym przez wszy czy czerwonką i cholerą obecnymi w zanieczyszczonej wodzie wymagała nie tylko wyeliminowania siedlisk choroby, ale też przekonania ludności do dbania o higienę.

44715248 Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Żeby móc podróżować koleją, pasażer miał obowiązek okazać pozwolenie na kupno biletu oraz świadectwo płatnego odwszawienia. Koszty podróży, rzadkie kursy i uciążliwe formalności skutecznie zniechęcały do przemieszczania się po okupowanych terenach.

38746065, Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Z czasem mieszkańcy ziem polskich zyskali prawo do tworzenia miejskich i gminnych samorządów. To znamienne, że zarządzanie populacją wymagało udziału jej reprezentantów i zostało uznane za poszerzenie praw politycznych. Według najwyższych przedstawicieli władz okupacyjnych decyzja ta miała nowoczesny, cywilizujący charakter.

25 grudnia 1915
Główna rzecz, aby się nie dać i wśród najgorszych okoliczności zachować swoją wesołą duszę, dopóki można. My też się nie dajemy. Może to egoizm, ale martwi się nic nie pomoże, a społeczeństwo po wojnie będzie potrzebowało jednostek silnych, a nie rozklekotanych.

Sprawne zarządzanie ludnością nosiło wprawdzie znamię okupacyjnej przemocy, ale stanowiło jeden z warunków odzyskania i utrzymania niepodległości. Wśród dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 znajduje się dyplom ukończenia „Kursu jednorocznego odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich”, prowadzonego przez polską Radę Główną Opiekuńczą.

32431606 Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Od absolwenta kursu wymagano znajomości materiałów i technik budowlanych oraz podstaw ekonomii i historii polskiej architektury. Dokument ilustruje dwuznaczny charakter każdej nowoczesnej administracji, która oddziałuje nie poprzez przymus, ale poprzez umiejętności, wiedzę i uwewnętrznione wartości.

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Do bezrobotnych! [Inc.:] Olbrzymie rzesze robotników płyną do kraju ze wschodu i zachodu. Wracają zdemobilizowani żołnierze, jeńcy, wygnańcy, wracają z ka- torg pruskich robotnicy, których gwałt lub głód wypędziły do Niemiec […], 1918, 1918

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

„Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Historia początków polskiej niepodległości to jednocześnie historia codziennego wysiłku jednostek i dzieje nowego państwa z wyczerpaną populacją. W wyniku masowych przesiedleń w głąb Imperium Rosyjskiego, działań wojennych, głodu i chorób ziemie polskie zasiedlało około czterech milionów mieszkańców mniej niż przed wojną. Znaczna część doświadczyła niedoboru, przemocy i niepewności. Dlatego niestabilność cechująca II Rzeczpospolitą ma swój początek także w zbiorowym doświadczeniu wojny „na własnym ciele”.

Przejdź do całej kolekcji Dyscyplina i biologia »

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Gąska – gra włoska ucieszna http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Fri, 18 May 2018 10:22:01 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Nieco z historii i zasady rozgrywki: średniopolskie dla zaawansowanych, przełożone dla początkujących.

Ucieszna, czyli taka, która sprawia przyjemność. Choć najstarszy drukowany w języku polskim egzemplarz tej gry planszowej pochodzi z 1721 roku, to wymyślono ją nieco wcześniej, jeszcze w XVI stuleciu. Uznaje się bowiem, że il gioco dell’oca – gra w gęś – powstała na florenckim dworze Medyceuszy. Międzynarodowa kariera gąski miała rozpocząć się, gdy jedną kopię przekazał hiszpańskiemu królowi Filipowi II jego agent artystyczny działający w latach osiemdziesiątych XVI wieku w Italii, Gonzalo de Liaño (znany także jako Gonzalillo). W  traktacie Il gioco degli scacchi (1617) – poświęconym grze w szachy – Pietro Carrera wspomina o grze w gęś jako darze od Franciszka Medyceusza dla hiszpańskiego monarchy.

Nie wiemy, kiedy dokładnie gęś zawędrowała do Rzeczypospolitej. Gdy Gonzazlilo przesyłał ją do Madrytu, polski arcypoeta Jan Kochanowski zachwalał grę bardziej skomplikowaną i o dłuższej tradycji: szachy. To rodzaj wojny, powiadał, którą można prowadzić „czysto i bez guzów”. „K temu wyjeżdżać nie potrzeba w pole, wszytka się sprawa ogląda na stole”. O gąsce wspominał na początku XVII stulecia inny poeta, Hieronim Morsztyn. W poemacie „Światowa rozkosz” panna Krotochwila wymienia kilka gier, które przedstawia jako nowinki zajmujące „białą płeć”. Obok gąski znalazła się tam na przykład gra w zielone.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Konstrukcja gry w gąskę jest bardzo prosta: 63 pola układają się w kształt ślimaka wokół planszy, a gracze przesuwają pionki, rzucając dwoma kośćmi. Jak pokazują zasady przetranskrybowane poniżej, na planszy znajduje się szereg pól o specjalnych właściwościach, z których część pomaga graczowi, część zaś utrudnia rozgrywkę.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Mistyka i pieniądze

Wiadomo, że późniejsze gąski przybierały różne bardziej refleksyjne szaty, a poszczególnym specjalnym polom nadawano dodatkowe znaczenia mistyczne, filozoficzne, religijne czy historyczne, które gracze mogli kontemplować i omawiać podczas zabawy. Jakie przesłanie kryła pierwotna wersja gry, do której gąska wydrukowana w Krakowie jest najbardziej podobna?

Niektórzy przypuszczają, że znaczącą wskazówką jest liczba pól: 63. Wiązałaby ona rozgrywkę z latami klimakterycznymi. Ta astrologiczna miara czasu wskazuje na odstępy pomiędzy kluczowymi zmianami zachodzącymi w życiu człowieka w cyklach liczonych co 7 lub 9 lat. Iloczyn tych liczb wyznaczał według niektórych astrologów wiek, który był szczególnie doniosły i trudny, a jego przetrwanie mogło, jak odnotował na przykład Jan Mączyński, zapewnić później długie i spokojne życie. Gracza w gąskę, który za pierwszym razem wyrzuci na dwóch kościach liczbę oczek równą 9 (ale nie cztery i pięć – zob. zasadę nr 2), czeka niemała niespodzianka.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Gąska jako gra losowa oparta o rzuty kośćmi mogła stać się dla nowożytnych graczy intrygującą metaforą ludzkiego życia, nie tylko dworską rozrywką do zabicia czasu. Ptak patronujący grze pojawia się zresztą okazjonalnie także w innych drukach astrologicznych. Nie gąskę, a gąsiorka znajdziemy na przykład w Fortunie abo szczęściu z 1649 roku, zestawie plansz służących wróżbom:

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Nie tylko jednak astrologia jest tu ważnym kontekstem – gąska była także grą hazardową. Już Gonzalilo, wzmiankowany agent Filipa II, miał pisać w liście do Franciszka Medyceusza, że „diabelska” gra w gąskę wpędziła go w niemałe długi. Nie wiadomo, ile osób straciło majątki w wyniku tej pozornie niewinnej rozrywki w Rzeczypospolitej, ale gąska z 1721 roku dopuszcza grę na pieniądze (zob. zasady nr 1 i 10), a haracz powinien zostać opłacony za stawanie na polach z mostem i labiryntem (zob. zasady nr 4 i 7). Jędrzej Kitowicz podaje opisy licznych „gier szulerskich” popularnych w czasach niedługo po wydaniu rodzimej gęsi. Wprawdzie tej gry tam nie znajdziemy, zwraca jednak uwagę, że wiele z tych opisanych oparto, podobnie jak gąskę, o kości.

Terminologia

Język, którym spisano zasady gry w środkowym polu planszy, na pierwszy rzut oka nie wydaje się bardzo różny od współczesnego, może tylko nieco archaiczny. Gracze pomykają po planszy znakami, czyli pionkami. Kostki lub kości rozciska się, czyli rzuca, a w efekcie można konkretny wynik urzucić.

Nieco bardziej tajemnicze są określenia na liczbę oczek widocznych na wierzchniej stronie kości. Zyz, znany także jako zez, to sześć oczek; dryja – z niemieckiego trzy (trójka jest przeciętnym wynikiem, ale los bywa złośliwy, co język zapamiętał w przysłowiu: Dryja konia wygrała, a chłopa obieszono). Wyrzucając kwater, otrzymamy cztery oczka, a cyntek – pięć.  To ostatnie słowo częściej pojawiało się jako „cynek” i – podobnie jak niemieckie Zink – z czasem zaczęło także oznaczać wzór, w jaki najczęściej układano pięć oczek na kości.

Nie jest jasne, dlaczego akurat dryja i zyz oraz kwater z cyntkiem wybrano na szczególne premie podczas gry. Być może autor rozstrzygnął to arbitralnie, a może posiłkował się znanymi kompendiami numerologicznymi. Na przykład w przewodniku do wróżenia z rzutów kośćmi Seweryna Bączalskiego różne wyniki mogły oznaczać nadchodzące wydarzenia w życiu rzucającego. I tak jeśli ktoś wybierał się w daleką drogę – za taką roboczo uznajmy przesuwanie się po planszy do gry w gąskę – wyrzucając trójkę i szóstkę miał przed sobą raczej szczęśliwą drogę:

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Według Bączalskiego wyrzucenie piątki i czwórki miało zaś być cokolwiek niepokojące:

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Transkrypcja zasad z 1721 roku

  1. Wziąwszy dwie kostki, wprzód rozciskać je trzeba. Kto większą urzuci, ten wprzód ma ro<zci>skać, zatym wymówić sobie, po czemu kto grać będzie chciał. A każdy ma mieć znak swój, którym chodzić ma albo pomykać ma po liczbie.
  1. Kto urzuci zyz i dryja za pierwszym razem, idzie aż na liczbę 26, gdzie kostki są. A kto urzuci także za pierwszym razem kwater z cyntkiem, idzie na liczbę 53, gdzie też kostki są.
  1. Kto przyjdzie na gąskę, nie zastanowi się, ale idzie dalej, rachując znowu to, co urzuci, a gdy napadnie na istną gąskę, toż czynić ma.
  1. Pod liczbą 6 jest most. Tam mostowe zapłaciwszy, iść trzeba aż na liczbę dwanaście.
  1. Kto przyjdzie na 19, gdzie jest karczma, tam sobie odpocząć ma tak długo, aż się wszyscy obejdą po razu ciskaniem kostek.
  1. Kto przyjdzie na l<i>czbę 31, pod którą jest studnia, i tam tak długo być, póki go kto inszy nie wyciągnie, na to miejsce przyszedszy.
  1. Kto wnidz<i>e na liczbę 42, gdzie jest labirent, wspak się wrócić ma aż na 30 i zapłacić za przechadzkę.
  1. Kto zajdzie na 52, wchodzi w więzienie, od którego zapłaciwszy, ma tam tak długo być, aż go kto na to miejsce przyszedłszy, wybawi.
  1. Kto wnidzie na 58, kędy jest śmierć, powinien się nazad wrócić na to miejsce, skąd poczynają, a gdy nań przyjdzie kolej, znowu ciskać i ruszyć się ma.
  1. Kto kogo z miejsca zruci, wraca się na to miejsce, na którym ten, który go zrucił, stał. I zapłacić powinien, jeśli to sobie gracze wymówią.
  1. Kto przyjdzie na liczbę 63, ma się wrócić nazad, licząc to, co przedtym ucisnął, po<w>inien powtórzyć liczbę.
  1. Kto właśnie najpierwej przyjdzie na 63, bierze pieniądze. Tak się kończy gra: potym ten, który pierwej zaczynał, ciskać znowu poczyna.

 

Współczesna parafraza reguł gry

  1. Każdy z graczy rzuca dwoma kośćmi. Kto wyrzuci większą liczbę oczek, zaczyna grę. Trzeba także ustalić, co będzie stawką w grze. Każdy z graczy wybiera sobie pionek, za pomocą którego będzie przemieszczać się po planszy.
  2. Kto za pierwszym razem wyrzuci szóstkę i trójkę, przesuwa pionek na pole z numerem 26, na którym znajdują się kostki. Kto także za pierwszym razem wyrzuci czwórkę i piątkę, przesuwa pionek na pole z numerem 53, gdzie również znajdują się kostki.
  1. Kto stanie na polu z gąską, bez wahania powinien przesunąć pionek o tyle pól, ile wyrzucił oczek. Jeśli znowu stanie na polu z gąską – robi to ponownie.
  1. Na polu z numerem 6 znajduje się most. Gdy gracz na nim stanie, musi zapłacić za przejście i przesuwa pionek na pole 12.
  1. Gdy gracz stanie na polu 19, gdzie znajduje się karczma, ma w niej odpocząć całą kolejkę, aż wszyscy pozostali gracze rzucą kośćmi.
  1. Gdy gracz stanie na polu 31, na którym znajduje się studnia, ma pozostać na nim tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie wyciągnie go ze studni.
  1. Gdy gracz trafi na pole 42, gdzie znajduje się labirynt, musi cofnąć się na pole 30 i zapłacić za tę przechadzkę.
  1. Gdy gracz stanie na polu 52, trafia do więzienia, w którym musi zapłacić karę i pozostać tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie uratuje go stamtąd.
  1. Gdy gracz stanie na polu 58, gdzie znajduje się śmierć, powinien cofnąć się na pierwsze pole, od którego zaczyna się gra, a w następnej kolejce znowu rzucać kośćmi i ruszać się według liczby wyrzuconych oczek.
  1. Jeśli jeden gracz strąci drugiego z jego miejsca, to strącony musi wrócić na to miejsce, z którego przyszedł ten, który go zrzucił. Musi także zapłacić tyle, na ile umówią się gracze.
  1. Żeby gracz stanął na polu 63, musi wyrzucić dokładnie tyle oczek, ile pól dzieli go od ostatniego pola. Jeśli wyrzuci więcej, musi cofnąć się o tyle pól, ile wynosi naddatek.
  1. Kto pierwszy stanie na polu 63, wygrywa umówioną stawkę pieniędzy. Tak kończy się gra, a w następnych rozgrywkach ten, kto zaczynał pierwszy, znowu rzuca kośćmi.

 

Właściwie dlaczego gęś?

Nie jest jasne, dlaczego właśnie ten ptak posłużył za główną figurę dla całej gry. Być może to pionki przesuwane po planszy przypominają maszerujące w rządku gąski, idącego gęsiego? Oskar Kolberg opisywał ludową zabawę również określaną jako „gąska”, której istotą było ustawienie się graczy w równy szereg.

Rozmaite gry często wyobrażano sobie jako naśladowanie rzeczywistości. W przekładanym z francuskiego osiemnastowiecznym podręczniku do gier karcianych kwestię tę tłumaczono w ten sposób:

André Contant d'Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

André Contant d’Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

Jaki obraz życia można było wystawić za pomocą gry w gęś?

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Prezent od Juliusza Słowackiego http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Fri, 11 May 2018 07:40:04 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Odkryty przed kilku laty we francuskim antykwariacie okazał się sensacją. Teraz po licznych zabiegach wreszcie stał się naszą własnością. To niezwykłej urody pamiętnik, w którym znajduje się m.in. rękopis jednego z dwóch wierszy Juliusza Słowackiego pisanych po francusku.

Pozyskanie paryskiego sztambucha wzbogaca spuściznę po Juliuszu Słowackim o dokument oryginalny, bogaty w inne autografy, stanowiący szczególny okaz kultury literackiej okresu romantyzmu, dowód współobecności polskiego poety w paryskim życiu kulturalnym – mówi dr Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej.

Sztambuch, czyli pamiętnik, zakupił Juliusz Słowacki podczas pobytu w Paryżu i podarował go córce drukarza, u którego miał wkrótce wydać swoje debiutanckie tomy poezji. Łącznie z wierszem Słowackiego znajdują się w nim wpisy wybitnych postaci epoki romantycznej, dziś już niestety po części zapomnianych, ale swego czasu wysoko cenionych i odgrywających istotną rolę w paryskim życiu literackim lat 1820–1840.

W 1832 roku podczas pierwszego pobytu w Paryżu nasz wieszcz po otrzymaniu przesyłki pieniężnej od matki udał się do cieszącego się dobrą renomą, cenionego przez polską emigrację wydawnictwa Pinarda, by wydać tam dwa tomy poezji. Właściciel wydawnictwa Joseph-Baptiste II Pinard nie żył już od roku, a wydawnictwem zarządzała najstarsza z trzech córek Anais wraz z narzeczonym. Słowacki pisze o tym w listach do matki w marcu 1832 roku.

Nazajutrz rano poszedłem do drukarza Pinard o druk się układać i tam zastałem bardzo ładną pannę Pinard, której narzeczony zawiaduje drukarnią. […] ułożyłem się o druk i dwa tomy będą mnie kosztowały nie tak wiele, jakem się spodziewał. Potem zostałem z panną Pinard i z tą długo gadaliśmy – biedny narzeczony musi panienki słuchać – musiał ze łzami w oczach na obiad mnie zaprosić. [Sk 98]

Prowadzący drukarnię nie musiał czuć się zazdrosny o swą narzeczoną, bo Juliusz zwrócił uwagę na jej młodszą siostrę Korę. O czym oczywiście nie omieszkał powiadomić matki.

Dziewczyna młoda, ma lat 15-cie i coś hiszpańskiego w twarzy. (…) Po obiedzie zostałem sam z pannami i panna Kora śpiewała mi śliczne romanse.

Znajomość z pannami Pinard, a zwłaszcza Korą, stawała się coraz ściślejsza: wspólne obiady, spacery przy księżycu. Słowacki postanawia też udzielać Korze lekcji polskiego. A 12 sierpnia w liście do matki po raz pierwszy wspomina właśnie o pamiątkowym sztambuchu.

Muszę się przyznać mamie, że darowałem jej prześliczny sztambuch – dziwiłem się, że jej siostry nic w nim nie napisały, i dowiedziałem się, że w Paryżu nie znają sztambuchów, tak jak u nas dla przyjaciół poświęconych – starają się tylko o napisy ludzi sławnych, imię w świecie mających. Nawet rysunki powinny być szkicami przez sławnych malarzów robionymi… (…) Ponieważ u tych panien mam opinię niepospolitego poety, którą winienem kilku bywającym w ich domu Polakom stąd silnie napierały się abym co napisał po polsku w sztambuchu. W kilka dni odniosłem im sztambuch, ale z wierszami francuskimi.

Jedna z pierwszych wzmianek o tym cennym odkryciu pojawiła się w artykule “Odnaleziony autograf francuskiego wiersza Juliusza Słowackiego“, napisanym przez prof. Zbigniewa Przychodniaka wraz z Marią Kalinowską, Emmanuelem Fradois i Jackiem Brzozowskim („Pamiętnik Literacki” 2014). Artykuł powstał w czasie, kiedy pamiętnik nie był jeszcze własnością Biblioteki Narodowej.

Wolumen o wymiarach 206 na 275 mm ma 52 nienumerowane karty. Kunsztowna oprawa wykonana jest z ciemnofioletowego safianu, w którym tłoczone są złocenia przypominające w miniaturze perski dywan z rozetami i motywami roślinnymi. Na 25 kartach znajdują się autografy przedstawicieli paryskiej bohemy, z którymi wiersz Juliusza Słowackiego wydaje się wchodzić w naturalny dialog.

Już pierwszy wpis do sztambucha robi wrażenie. Jest to romanca La Sylphide autorstwa Emile’a Barateau.

Wpis Emile Barateau

Wpis Emile Barateau

Autor po studiach w Paryżu i krótkiej karierze urzędniczej wsławił się tworzeniem niewielkich utworów lirycznych do kompozycji muzycznych, pieśni i piosenek. Inspiracją do La Sylphide była premiera baletu romantycznego z udziałem słynnej tancerki epoki romantyzmu Marii Taglioni. Emile Barateau poślubił Catherine Anais Pinard, starszą siostrę Kory i wraz z małżonką po śmierci teścia zarządzał drukarnią.

W paryskim sztambuchu autograf swego wiersza zamieściła też Melanie Waldor, powieściopisarka, poetka i dramatopisarka, prowadząca w Paryżu salon literacki.

Wpis Melanie Waldor

Wpis Melanie Waldor

Była muzą Aleksandra Dumasa (ojca) i kochanką Camilla Cavoura, premiera niepodległych Włoch. Kolejny wpis to sonet, którego autorem jest Justin Maurice, poeta, który dwa wiersze o mocnej wymowie antycarskiej poświęcił Polsce. Są to Emilie Plater. Elegie oraz Amnistie aux Polonais.

Wicehrabia de Santaren portugalski dyplomata, który schronił się we Francji i oddał literaturze, opisuje swe romantyczne podróże, oczarowany ruinami świątyń ku czci Jowisza.

Zanim dotrzemy do 20 i 21 karty sztambucha, gdzie ręką Juliusza Słowackiego zapisany jest niezwykle starannie wiersz Le Cimetiére Pere-Lachaise, zauważymy barwną anonimową wklejkę. To akwarela na jedwabnym papierze prezentująca krzew róży i motyle.

Akwarela ze sztambucha

Akwarela ze sztambucha

Materiałów ikonograficznych jest oczywiście więcej. Na 26 karcie narysowane węglem są trzy portrety mężczyzn. Ich autorem, jak wynika z podpisu, jest hrabia Turpin de Crisse wspierany przez cesarzową Józefinę Bonaparte malarz specjalizujący się w scenach historycznych i pejzażach z architekturą w tle, także pisarz.

W sztambuchu Kory Pinard są wpisy polityków, urzędników państwowych, podróżników i artystów. Dramaturg, pisarz i członek Akademii Francuskiej Jacques Ancelot chciał się pochwalić Korze swoją nową, właśnie ukończoną komedią Anna i zamieścił tu jej początek.

Do klimatu wiersza Słowackiego dobrze nawiązuje rysunek brązowym atramentem prezentujący widok paryskiego cmentarza. Autorem jest przyjaciel Eugène’a Delacroix, malarz, twórca obrazów historycznych i nastrojowych pejzaży – Jacques Auguste Ragnier. W nastroju gorączki romantycznej zaprezentował morską burzę znany wówczas marynista Taurel.

Morska burza Taurela

Morska burza Taurela

Kolejną ozdobą pamiętnika jest zapisany w dwóch pięcioliniach temat muzyczny Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona, skrzypka i kompozytora, dyrektora Opery Włoskiej i Paryskiej, wielkiego przeciwnika Berlioza.

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Breton dedykował swemu przyjacielowi, Liugiemu Cherubiniemu. Motyw muzyczny na jeden klucz wiolinowy pojawia się też na zakończenie tego cennego sztambucha.

Motyw muzyczny

Motyw muzyczny

Juliusz Słowacki, poproszony o wpis do podarowanego sztambucha, postanawia zadedykować swej świeżo poznanej przyjaciółce Korze opowieść o Paryżu widzianym oczami emigranta.

Wpis Juliusza Słowackiego

Wpis Juliusza Słowackiego

Rzecz liczy 48 wersów i jest na tyle osobista, że nie pojawia się potem w żadnym innym tomie. Dlatego właśnie w Polsce do chwili odnalezienia paryskiego sztambucha francuski utwór Słowackiego był znany jedynie z odpisu drugiej części. Całość wiersza, kreślona ręką Słowackiego w jego korespondencji do matki, bezpowrotnie zaginęła.

Sztambuch Kory Pinard, zdigitalizowany w ramach projektu Patrimonium, jest do obejrzenia w Polonie.

]]>
Carmen patrium Bogurodzica http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Tue, 27 Feb 2018 09:49:57 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Bogurodzica otwiera historię polskiej literatury i w dalszym ciągu zajmuje w niej wyjątkowe miejsce. Jest bowiem jednym z nielicznych utworów w języku polskim, który fascynuje odbiorców nieustannie od wczesnego średniowiecza aż do dziś (Jak czytać Bogurodzicę?). Przypuszcza się, że została skomponowana, jako pieśń rycerska lub hymn dynastyczny Jagiellonów (Kto ułożył Bogurodzicę? Krótka historia sporu). Jan Długosz opisując bitwę pod Grunwaldem z 1410 r., odnotował, że po przysłaniu przez Krzyżaków dwóch nagich mieczy, tuż przed starciem, całe rycerstwo odśpiewało patrium carmen, czyli „pieśń ojczystą”, Bogurodzicę:

Signis canere incipientibus regius universus exercitus patrium carmen Bogurodzicza sonora voce vociferatus est, deinde hastis vibratis in proelium prorupit.

(„Kiedy zaczęła rozbrzmiewać pobudka, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń Bogurodzica, a potem potrząsając kopiami rzuciło się do walki”, przeł. J. Mrukówna)

Kronikarz w swoich Rocznikach wzmiankował również, że pieśń ta wybrzmiała przed bitwą pod Nakłem (1431 r.) oraz wojną ze Świdrygiełłą (1435 r.). Towarzyszyła także uroczystościom koronacyjnym m.in. Władysława Warneńczyka. Ponieważ pieśń śpiewano w okolicznościach batalii oraz przy okazji koronacji polskich królów, stała się ona odpowiednikiem dzisiejszego hymnu narodowego. Gatunkowo odpowiada także typologii hymnu, będąc pieśnią pochwalną na cześć Maryi, Matki Jezusa.

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica to nie tylko tekst, ale także melodia. Najstarszy przekaz zachowany wraz z nutami to tzw. redakcja kcyńska przechowywana w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.  Zachował się na wyklejce datowanego na ok. 1407 r. rękopisu zawierającego zbiór kazań Macieja z Grochowa, wikariusza w Kcyni.

W przekazie z Biblioteki Jagiellońskiej tę doniosłą pieśń spisano pismem kursywnym w tzw. notacji chorałowej, w typie gotyckim, w którym nie notowano wartości rytmicznych, a jedynie wysokość dźwięku.


Monodia Polska i Adam Strug – Bogurodzica

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej

Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

U twego syna gospodzina matko zwolena, Maryja!

Zyszczy nam, spu<ś>ci nam.

Kyrieleison.

Twego dziela Krzciciela, bożycze,

Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.

Słysz modlitwę, jąż nosimy,

A dać raczy, jegoż prosimy:

A na świecie zbożny pobyt,

Po żywocie ra<j>ski przebyt.

Kyrieleison.

Te dwie najstarsze strofy Bogurodzicy można uznać za wzór średniowiecznej modlitwy. Odzwierciedlają one duchowość ówczesnej epoki. W strofie pierwszej podmiot zbiorowy zwraca się do Matki Boskiej, jako wybranej z wielu przez Boga i zjednoczonej z nim w pełnieniu jego woli, aby pozyskała przychylność swego Syna. W strofie drugiej zwraca się zaś do Syna Bożego, Chrystusa, aby za przyczyną Jana Chrzciciela wysłuchał błagań ludzi o dar bogobojnego życia i zbawienia po śmierci.

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska.

***

Bogurodzicą rozpoczęto koncert Carmen patrium, który towarzyszył inauguracji projektu Patrimonium. Nagranie Adama Struga wraz z zespołem Monodia Polska jest przykładem ponownego wykorzystania cyfrowych zasobów (re-use). Muzycy odśpiewali tą średniowieczną pieśń, tak jak śpiewano ją przed wiekami, zgodnie z zapisem melodii z najstarszego przekazu w tzw. redakcji kcyńskiej.

***

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020.

***

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Z wizytą w Sanatorium http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Thu, 12 Oct 2017 06:57:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Proza Brunona Schulza, jednego z najbardziej niezwykłych twórców literatury polskiej XX wieku, mocno wyróżnia się na tle realistyczno-psychologicznej twórczości lat dwudziestych i trzydziestych minionego stulecia. Jednym z tych wyróżników jest wielorakość rodzajowości gatunkowej.

W opowiadaniach słynnego drohobyczanina, żyjącego w latach 1892-1942, łatwo dostrzec fantastyczne konstrukcje, gdzie formy prozatorskie przeplatają się z poezją. Pojawiają się tu wariacje na temat domu rodzinnego, sklepów, rodziny i mieszkańców miasteczka, pracy i świąt. Spływający do naszej wyobraźni świat Schulza ma swój zapach, barwę, dźwięk. Często przypomina rządzący się własną logiką sen. Mitologizując rzeczywistość, pisarz odnosi się do  antyku, wątków biblijnych oraz szeregu archetypów, zakorzenionych od wieków w kulturze. Schulz wychodził bowiem z założenia, że świat jest stale „umistyczniany”, a źródłem idei, języka, pojęć są właśnie mity. Wszelkie idee również wywodzą się z mitologii, choć z biegiem lat przechodzą negatywną ewolucję. Zostają przeobrażone i okaleczone.

W przeciwieństwie do pierwszego zbioru opowiadań, czyli Sklepów cynamonowych, gdzie centralną postacią jest Ojciec, w tomie Sanatorium pod Klepsydrą na plan pierwszy wysuwa się jego syn Józef – bohater dramatu dojrzewania. Programowym opowiadaniem w tym tomie jest umieszczona na początku Księga. Potem pojawiają się utwory poświęcone inicjacji. Genialna epoka dotyczy inicjacji twórczej, a Wiosna –  erotyczno-społecznej.  Wzniosłe wiosenne porywy i marzenia oraz głębokie westchnienia okrasza nieśmiało szczypta autoironii i nuta sceptycyzmu. W następnych opowiadaniach bohater, jako dojrzalszy, nabywa doświadczeń i systematycznie pozbywa się złudzeń. W tytułowym  Sanatorium… Józef wędruje po królestwie zmarłych. Obowiązuje tam czas nierzeczywisty, co pozwala bohaterowi spotkać się z Ojcem oraz dokładniej przeanalizować własny los. W Emerycie i Samotności Józef jest już starcem, który próbuje ostatniej przygody ze światem. Wraca pamięcią do miejsc i ludzi, po których zostały wspomnienia. Potem jest Ostatnia ucieczka ojca – przejmujący obraz dekadencji i zagłady. W czasie tego ostatecznego pożegnania z Ojcem padają znamienne dla Schulza słowa: „Fatalność nie pomija naszej świadomości i woli, ale włącza je w swój mechanizm, tak, że dopuszczamy i przyjmujemy jak w letargicznym śnie rzeczy, przed którymi wzdragamy się w normalnych warunkach”.

W Sanatorium pod Klepsydrą Schulz podkreśla wyraźnie, że jesteśmy tacy, jakimi staliśmy się w dzieciństwie. I to właśnie stanowi klucz do lepszego poznania siebie. Próbując zgłębić istotę człowieczeństwa, powinniśmy oczywiście czynić starania, by dotrzeć do treści ukrytych. Ale jednocześnie powinniśmy zdawać sobie sprawę, że niektóre do końca pozostaną nieodgadnięte. Warto jednak próbować, a pomocą może okazać się tu sztuka. W  Sanatorium pod Klepsydrą, wydarzają się rzeczy niezwykłe. Manipuluje się czasem, łączy realne i fantastyczne wymiary istnienia, pojawia się postać psa-człowieka, a w innym przypadku człowiek przybiera postać karakona.

Tom opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą ukazał się w końcu października 1937 roku nakładem wydawnictwa Rój – tak jak okrzyknięte wydarzeniem Sklepy cynamonowe. Do tamtego literackiego debiutu doszło dzięki entuzjastycznej ocenie Zofii Nałkowskiej i finansowym wsparciu brata pisarza  Izydora, jednej z głównych figur polskiego przemysłu naftowego.

„Wielka mi szkoda zmarnować taki sukces, jaki odniosłem >>Sklepami…<<,  a zmarnuję go jeśli jeszcze w tym roku nie wydam rzeczy przynajmniej na tym poziomie stojącej” – pisze w jednym z listów Schulz. Niektórzy sądzą, że odpowiedzią na Sklepy… miała być powieść Mesjasz, nad którą Schulz intensywnie pracuje w 1935 roku. Chroniczny brak czasu nie pozwala mu jednak wypełnić tego postanowienia, więc, aby nie „wypaść z rynku” i nie żyć jako pisarz na jałowych obrotach, decyduje się powrócić do rzeczy rozpoczętej już w latach dwudziestych i mocno zaawansowanej, czyli właśnie do Sanatorium pod Klepsydrą.

Warto dodać, że niektóre opowiadania były już wcześniej publikowane w czasopismach. Obok tekstów dawnych w skład tomu weszły napisana w 1936 roku Wiosna oraz Księga i Genialna epoka – dwa opowiadania, które pierwotnie miały wejść do wspomnianego i ciągle dotąd nie odnalezionego Mesjasza.

Maszynopis Sanatorium pod Klepsydrą trafił do wydawcy w styczniu 1937 roku. Prezentowany w Bibliotece Narodowej egzemplarz tomu tych opowiadań to jeden z nielicznych, które pozostały z wydrukowanego w październiku 1937 roku tysięcznego nakładu. Ani rękopis, ani maszynopis tego utworu nie dotrwał do naszych czasów i – podobnie jak większości dzieł Schulza – spłonęły bądź zaginęły w czasie wojny.

Książka ma wiele walorów i ciekawostek. Zawiera 33 rysunki autora. Jej wartość podwyższa odręczna dedykacja Schulza dla przyjaciela. Ciekawostką jest fakt, że na stronie tytułowej wydrukowana jest też dedykacja „Józefinie Szelińskiej” – wieloletniej przyjaciółce pisarza, a potem przez kilka lat także narzeczonej, niedoszłej kandydatce na żonę.

W swoich reakcjach Schulz wyraźnie nie doceniał Sanatorium. Na szczęście zrobili to inni. Książka z początku nieco przemilczana, z czasem otrzymała pochlebne recenzje. Stała się też inspiracją do znakomitego dostrzeżonego w Polsce i na świecie filmu Wojciecha Hasa. Ostatnio jej ekranizacji podjęli się też słynni Bracia Quai, mistrzowie kina animowanego.

Sanatorium pod Klepsydrą »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Licencja Creative Commons
Urna by Jan Bończa-Szabłowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Urna http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wed, 11 Oct 2017 11:58:27 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wizytę w Pałacu Krasińskich, zwanym także Pałacem Rzeczypospolitej, rozpocznijmy od Sali Rycerskiej: z jej figurami rzymskich legionistów, szachownicą podłogi, chłodem charakterystycznym dla wnętrz obszernych i pustych. Następnie, mijając zejście do zachowanych piwnic, szerokimi, marmurowymi schodami wchodzimy na wysokie, pałacowe pierwsze piętro – do Sali Kariatyd. Rzeźby muskularnych kobiet i mężczyzn podtrzymują sufit, uśmiechając się jakby nigdy nic. Wzrok szybko ucieka ku oknu, bo nagle w tę ściszoną, nieco muzealną przestrzeń wdziera się jasne światło i otwiera widok na Ogród Krasińskich z perspektywą domkniętą dawną główną bramą pałacową. Jeśli uda się zwalczyć pokusę pójścia na spacer i odwrócić plecami do zieleni drzew i błękitu nieba, to po przeciwnej stronie można dostrzec rysujące się w półmroku drewniane półki regałów bibliotecznych.

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

To Biblioteka Wilanowska, podarowana państwu polskiemu przez Adama Branickiego w 1932 roku. Z bliska widać również wieńczące regały, regularnie rozstawione popiersia myślicieli i filozofów. Na pierwszym planie zaś niskie szafy na zbiory ikonograficzne i kartograficzne, na blacie XIX-wieczny Schemat filozofii absolutnej tzw. Globus Hoene-Wrońskiego.

Globus Hoene-Wrońskiego

Globus Hoene-Wrońskiego

Spojrzenie wędruje po sali wypełnionej książkami, stanowiącymi jeden z nie tak licznych przykładów zachowanej biblioteki arystokratycznej. Znaleźć można w Bibliotece Wilanowskiej pozycje z wielu dziedzin, w kilku językach. Dokumentuje ona zarówno szerokie zainteresowania właścicieli, jak i mody środowiskowe, budowanie prestiżu poprzez fakt posiadania kolekcji pięknie oprawnych książek.

W lewym rogu pomieszczenia – kuriozum kontrastujące ze złoconymi oprawami Biblioteki Wilanowskiej: zbiór ksiąg z biblioteki klasztornej. Ich budzące zaufanie rozmiary, mocne, szerokie grzbiety, to jeszcze nic. Zaskoczenie przychodzi po konstatacji, iż księgi połączone są ze sobą łańcuchami, solidnymi, grubymi okami, przewleczonymi tak przemyślnie, by księgę dało się podnieść, zdjąć z półki, położyć na blacie, ale by nie dało się jej wynieść. Można to zrozumieć, pamiętając że niegdyś ceną książki (księgi) mogło być nawet kilka wsi.

Księgi biblioteki klasztornej

Właśnie w tym momencie, nasyciwszy się pałacowymi wnętrzami, sielskim widokiem parkowych alejek i kwietnych gazonów, metrami zabytkowych bibliotecznych regałów, złotem opraw i dostojnością popiersi oraz powagą klasztornych ksiąg, zauważamy niepozorny, dziwny kształt, którego nie potrafimy z niczym skojarzyć. Przezroczysta bryła, w której jest COŚ.  Brak podpowiedzi, ów obiekt stoi skromnie, bez podpisu. A jednak czujemy, że nie stałby w tej właśnie sali, być może najpiękniejszej w Pałacu Krasińskich, chroniony przed światłem, przed kurzem, przed ruchem, przy dbałości o odpowiednią temperaturę i wilgotność w pomieszczeniu, nieeksponowany czytelnikom, prezentowany jedynie przy odświętnych okazjach – gdyby nie był cenny. URNA jest najważniejsza.

Historię tę opowiada się zawsze młodym pracownikom, zawsze gościom Biblioteki Narodowej. Zawsze też wywołuje ona szok, wyzwala pokłady empatii, w nieco turystyczne wcześniejsze oprowadzanie niespodziewanie wnosi nastrój powagi, skupienia, przejęcia.

Choć tradycje Biblioteki Narodowej sięgają XVIII wieku i wiążą się z działalnością braci Załuskich, to dopiero w 1928 roku rozporządzeniem prezydenta Ignacego Mościckiego, przy akceptacji prezesa Rady Ministrów i Ministra Spraw Wojskowych Józefa Piłsudskiego, ustanowiona została Biblioteka Narodowa jako instytucja państwowa. Trwały prace nad projektem siedziby Biblioteki, gromadzone zbiory lokowano tymczasowo w wynajmowanych pomieszczeniach warszawskich bibliotek i archiwów. W 1939 roku wybuchła wojna. Wiele bezcennych zbiorów zostało zniszczonych, wiele zagrabionych. Od 1941 roku gmach przy ul. Okólnik 9 pełnił funkcję składnicy.

Tu właśnie Niemcy zwozili zbiory Biblioteki Narodowej, Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Pracowali przy ich porządkowaniu polscy bibliotekarze, w archiwum Biblioteki Narodowej zachowały się ich sprawozdania, oczywiście w rękopisie. Budynek przetrwał powstanie warszawskie. W październiku 1944 roku został jednak, wbrew umowie kapitulacyjnej, celowo podpalony przez Brandkommando. Gdy było już po wszystkim, w listopadzie 1944 – specjalna komisja polsko-niemiecka udała się na Okólnik. Budynek stał. Drzwi zamknięte. Można spróbować sobie wyobrazić wkładanie kluczy do zamka. Regały – są. A na regałach tomy! Radość, ulga, nadzieja… Wtedy, sekundy później, do pomieszczenia od otwartych drzwi wpada powiew wiatru. Na oczach nieszczęsnych ludzi wszystkie tomy osypują się z regałów, w powietrzu wirują strzępki spopielonych kartek, na półkach pozostaje siwy pył…

Ciśnienie i wysoka temperatura wytworzone podczas pożaru budynku oraz jego specyficzna konstrukcja zahibernowały na półkach kształty wypalonych do cna woluminów. Cofam się przed wyobrażeniem sobie uczuć tych, którzy przeżyli straszne rzeczy, którzy tracili ukochanych ludzi i ulubione rzeczy i którzy pomimo to przebiegli ruiny miasta, by ratować to, co należy do wszystkich. I teraz stali wśród popiołów. W 1944 roku spłonęło około 80 000 starych druków, 50 000 rękopisów, 2500 inkunabułów, 1 000 000 rysunków i grafik, 50 000 nut i teatraliów, 12 000 map i atlasów oraz część katalogów i inwentarzy. W tym zapewne momencie polscy bibliotekarze zapragnęli dać świadectwo. To oni właśnie wypełnili Urnę.

II wojnę światową w Bibliotece Narodowej przetrwało około 2000 rękopisów. Wiele jest barwnych, zaskakujących historii o poszukiwaniu zaginionych zbiorów zaraz po wojnie, o papierach w śniegu przy Okólniku, walających się przy rozbitych skrzyniach w Adelinie, o Görbistch, o zwrotach z Moskwy w latach 50., o tomach odkrywanych w bibliotekach niemieckich czy w rękach prywatnych, o najcenniejszych rękopisach, które przetrwały w Kanadzie (zwrócone w 1959 roku) i o tych, które, o ironio, przetrwały dzięki nieterminowym zwrotom – wypożyczone przed wojną osobom lub instytucjom. W 2017 roku w Zakładzie Rękopisów znajduje się około 36 000 rękopisów. Oczywiście zupełnie innych rękopisów, tamte przepadły bezpowrotnie.

Opowieść o Urnie można by w tym miejscu zakończyć, ale dla nas to nie jest koniec, a początek. Bolesna strata, której Biblioteka Narodowa doświadczyła w latach wojny – Urna jest symbolem tej straty. Dała naszym poprzednikom i daje nam teraz niezwykle silną motywację do podejmowania wzmożonych wysiłków, by zachować, by gromadzić, by dbać, by opisać, by udostępniać, by informować… Urna to oczywiste memento, ale także zobowiązanie, wyzwanie. Nie tylko dla bibliotekarzy, ale również dla darczyńców Biblioteki Narodowej, dla czytelników. Konkret, obok którego nie można przejść obojętnie.

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

 

Jądrem Urny jest książka. Właściwie strzęp książki. Jednej ze spalonych na Okólniku. Nie wiemy, kto jest autorem, czego dotyczyła. Można dostrzec wśród popiołu linię kart. Rozpad nie skończył się jeszcze. Podobno dziesięć lat temu widać było fragment grzbietu. Kształt książki coraz bardziej rozmywa się w garści popiołu. Proces trwa. Tyle zostało do zrobienia.

Urna z popiołami rękopisów i starodruków spalonych przez wojsko niemieckie w październiku 1944 r. »

CZYTAJ TAKŻE:

“Klepsydra” Łukasz Wojtysko »

“Urna w bibliotece, czyli jak się palą książki” Mikołaj Gliński »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

Licencja Creative Commons
Urna by Anna Romaniuk is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>