Polona/Blog http://blog.polona.pl Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Thu, 08 Nov 2018 13:35:07 +0000 pl hourly 1 WP-MTV Stanisław Janowski malarz fotografii http://blog.polona.pl/2018/11/stanislaw-janowski-malarz-fotografii/ Thu, 08 Nov 2018 13:35:07 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/11/stanislaw-janowski-malarz-fotografii/ W szeregach Legionów służyło około 180 artystów. Można powiedzieć, że wielu z nich trafiło na wojnę prosto z ław Akademii Sztuk Pięknych. Służyli i tworzyli na froncie, w okopowych warunkach. Pomimo brutalności wojny nie zatracili swojej artystycznej wrażliwości. Wśród nich pojawili się m.in. profesorowie ASP Jan Fałat i Leon Wyczółkowski. Byli malarzami wojennymi na froncie wołyńskim. Edward Rydz-Śmigły, późniejszy polityk i marszałek Polski, dał się również poznać jako utalentowany rysownik, szkicujący przede wszystkim pejzaże, ale także karykatury. Jego opiekunem artystycznym w krakowskiej ASP był początkowo Leon Wyczółkowski, a później Teodor Axentowicz. Ważną rolę wśród artystów-legionistów odgrywali również Leopold Gottlieb oraz Stanisław Janowski. Ten ostatni, to żyjący w latach 1866-1942 malarz, scenograf i fotograf. Zamiłowanie do teatru i malarstwa łatwo dostrzec w jego fotografiach. Są bardzo malarskie i niekiedy bardzo teatralne. Na takie spojrzenie Janowskiego mogła wpłynąć atmosfera domu artysty. Janowski był bratem malarki Bronisławy Rychter. Jej twórczość wyróżniała się subtelnością i nastrojowością, a także mistrzowską grą świateł i cieni. Ulubionym tematem jej prac był dwór polski, kościółki i wiejskie chaty oraz pejzaże. Pewna teatralność fotografii Janowskiego mogła natomiast wynikać z faktu, że był mężem Marii Gabrieli Janowskiej (z domu Korwin-Piotrowskiej), która do historii polskiego teatru przeszła pod pseudonimem Gabriela Zapolska, stając się jako pisarka czołową przedstawicielką polskiego naturalizmu. W latach 1901-1910 kierował teatrem żony, dla którego tworzył scenografię.

Janowski uciekał w swych fotografiach w świat malarstwa nie tylko ze względu na siostrę Bronisławę Rychter. Sam studiował malarstwo w krakowskiej Szkole Sztuk Plastycznych, a potem kontynuował studia w monachijskiej Akademii, by w 1912 roku zostać profesorem Wolnej Akademii Sztuki we Lwowie. Malował pejzaże, portrety, sceny rodzajowe i myśliwskie, a w okresie służby w Legionach stworzył wiele rysunków i akwareli o tematyce wojskowej.

Jako żołnierz II Brygady Legionów przez cały okres służby, od 1914 do 1918 roku, dokumentował swymi fotografiami i rysunkami walki Legionów, zwłaszcza II Brygady i 2. pułku ułanów.

Całą żołnierską drogę jaką przebył Stanisław Janowski skrupulatnie odnotowały Wacława Milewska i Maria Zientara w książce Sztuka legionów Polskich i jej twórcy (Kraków 1999). Czytamy tam m.in.:

We wrześniu 1914 roku wstąpił do Legionów Polskich. Do lipca 1915 roku służył w Oddziale Technicznym w Departamencie Wojskowym Naczelnego Komitetu Narodowego, wyjeżdżając na front I i II Brygady jako fotograf i rysownik – korespondent. W sierpniu 1915 roku na własną prośbę został przydzielony do 3. pułku piechoty. W grudniu tego roku otrzymał nominację na chorążego. W marcu 1916 roku przeniósł się do 2. pułku ułanów. Pozostał w nim do końca kampanii wojennej, pełniąc funkcje komendanta oddziału sztabowego. Janowski należał do nielicznej grupy legionowych artystów malarzy, rzeźbiarzy i grafików, których służba podporządkowana była sprawom artystycznym.

Fotografie Janowskiego znajdujące się w zbiorach Polony pokazują, że autor nie tylko odznaczał się wielką wrażliwością malarską, ale też miał niewątpliwy temperament reżysera. Wszystkie zdjęcia są bowiem precyzyjnie ustawione, czy świetnie wyreżyserowane. Tę pierwszą cechę widać choćby w przypadku fotografii W rowach strzeleckich. Jest w niej ewidentny klimat płócien jego mistrza Teodora Axentowicza. I tak jak w niektórych jego obrazach tłem jest śnieg, który daje prezentowanym postaciom dodatkowej poświaty. W podobnym klimacie wykonane są inne fotografie. Artyleryja górska czy Placówka.

W niektórych obrazach widzimy pewne podobieństwo do płócien Kossaków. Janowski wyraźnie unikał w swoich fotografiach ekspresji, kurzu bojowego, Większość zdjęć jest statyczna, czasem ma się wrażenie, że ustawiona.

Widzimy żołnierzy gotowych do strzału, ale nie strzelających. Jeśli widać tam jakiś ogień, to nie jest to ogień bitwy, ale polowej kuchni czy ogniska.

Są oczywiście zdjęcia mniej malarskie, bardziej reportażowe np. Zmiana warty.

Co ciekawe, większość zachowanych zdjęć Janowskiego, którymi dysponuje Polona, przetrwała w formie pocztówek. A jak sugeruje napis na odwrocie, wydane zostały „Nakładem Naczelnego Komitetu Narodowego na cele Legionów”.

Zdjęcia Stanisława Janowskiego posłużyły mu potem do rysunków i kolorowych akwarel. Oglądając je ma się wrażenie, że nie osiągnął w nich takiego mistrzostwa, jakie udało mu się osiągnąć w fotografiach.

 

]]>
Czart z wylinki cz. II http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-ii/ Thu, 25 Oct 2018 11:45:53 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-ii/ Następcy opisanego w poprzednie części tatrzańskiego Króla Wężów charakteryzowali się już znacznie mniejszymi rozmiarami, lecz również dysponowali wieloma mocami.  Wybór na króla dokonywany był w wężowych jamach w dniu św. Jana, czyli w dzień przesilenia letniego (24 czerwca). Wąż mógł ubiegać się o koronę dopiero po udanej wyprawie za morze, czyli po przepłynięciu go w obydwie strony. Następnie musiał stoczyć walkę z trzema rywalami. Jeżeli w jej trakcie został zraniony pozostałe węże rzucały się na niego, jako na niegodnego królewskich przywilejów. Gdy jednak wąż pomyślnie przeszedł wszystkie próby i został wybrany na hierarchę, otrzymywał koronę i berło. Koronę kładł na głowę tylko na Podniesienie Św. Krzyża. Berło natomiast trzymał jedynie podczas wężowych narad. Król wężów mieszkał zwykle pod korzeniem leszczyny, na której rośnie jemioła, gdzie w swojej pieczarze wypoczywał na kamiennym stole. Był większy od wszystkich swoich podwładnych co najmniej dwa razy, a jego skóra zazwyczaj miała biały kolor. Całe jego życie obracało się wokół ochrony najcenniejszego skarbu, jakim była jego złota korona. Powiadano, że korona była w stanie dawać wieczne szczęście oraz poznawać myśli wszystkich ludzi. Kto ją posiądzie, nie będzie potrzebował również już światła, ponieważ miała sama z siebie nadzwyczaj jasno świecić. W momencie, gdy korona była zagrożona, król porozumiewał się z innymi wężami głośnym świstem, wydając polecenia i wysyłając je w pogoń za złodziejem. Mówiono, że zdobycie jej było trudniejsze niż odnalezienie kwiatu paproci, były jednak na to pewne metody. Koronę najłatwiej można było zdobyć o godzinie 12 w nocy. Okazywało się także, że jeżeli rzuci się przed królem białą chustkę, ten niechętnie, ale będzie musiał złożyć na niej koronę. Nie oznaczało to jednak, że po jej zabraniu uniknie się wężowego pościgu. Legendy mówią o kilku śmiałkach, którym udało się zyskać koronę. Był to przykładowo rzeźniczek z Czerniejewa niedaleko Gniezna, który wykorzystał fortel z białą chusteczkę, czy pastuszek, który odebrał królowi wężów koronę, gdy ten zażywał kąpieli w potoku na Goduli, szczycie położonym nieopodal Cieszyna.

Węże posiadały również przykrą przypadłość przekształcania się w rozmaite kreatury. Zdarzały się drobne incydenty takie jak ten, że wężowi po upolowaniu i zjedzeniu koguta wyrastały kurze nogi. Miały miejsce też przypadki poważniejsze. Bywało, że zezłoszczony wąż zamieniał się w człowieka z głową niedźwiedzia, rogami, ludzkimi rękami uzbrojonymi w długie pazury, jedną nogą końską, a drugą ludzką. Powodem takiej przemiany mogło być na przykład podanie mu słonej zupy (s. 46). Najgorszym przypadkiem była jednak sytuacja, gdy wąż odnajdując szczelinę skalną otoczoną przestrzenią bogatą w pożywienie, przez siedem lat nie był widziany przez człowieka. Od tego momentu za każdym razem, gdy usłyszał dzwony w Dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny wyrastała mu kolejna głowa, po bokach wyrastały skrzydła, a jego oczy stawały się kosmate. Gdy miał głów siedem, przyjmował miano smoka. W każdych opowieściach smoki w związku ze swoimi rozmiarami, drapieżnym trybem życia, zdolnością krzesania iskier z pyska lub, gdy mowa o większych osobnikach, ziania ogniem, prowadziły dość rzucający się w oczy tryb życia. Niektóre w poszukiwaniu pożywienia zamieszkiwały tereny nieopodal osad, gdzie korzystały z łatwo dostępnej na polach żywności w formie bydła, chłopów lub, w przypadku wyszukanego podniebienia, dziewic. Inne starały się żyć na uboczu, stroniąc od ludzi, żyjąc spokojnie w swoim smoczym królestwie. Niezależnie jednak od swojego wyboru, każdy smok musiał zginąć z rąk człowieka. W ludowych legendach rozpowszechnionych na naszych dawnych ziemiach bohaterami, którzy wsławili się zabiciem smoków byli miedzy innymi:

Suczyc, urodzony z psiej matki, mężczyzna o olbrzymiej sile i sprawności. Miał na swoim koncie zabójstwo trzygłowego i sześciogłowego żmija, dziewięciogłowego smoka, trzech żmijowych córek oraz, przy współpracy z kowalem Kuźmą-Damianem, smoczej królowej.

Syn córki młynarzowej z ziemi dobrzyńskiej, który uśmiercił smoka przy pomocy ozdrza (broni składającej się z czterech noży połączonych na krzyż);

Cyryl skórnik znad Dniepra, który pokonał bestię mając do dyspozycji zbroję z przędziwa i smoły oraz wielką żelazną buławę;

Dwóch cieśli ze Świniar i Biechowa, którzy wraz z napotkanym lwem stoczyli walkę ze smokiem na łące w Wójczy (pow. Buski). Zarąbali oni smoka siekierami, których wcześniej używali do budowy kościołów w obydwu miejscowościach;

Husar Jerzy, który pokonał smoka nasłanego przez czarnoksiężnika antychrysta na swoją pobożną córkę. Uśmiercił go wpychając kopię w jego gardziel;

– Ilia, paralityk lat 30, który zabił smoka swoją czapką;

Historiae naturalis de serpentibus libri II

Rycina z Historiae naturalis de serpentibus libri II Jana Jonstona

Każda z opowieści przedstawiająca walkę człowieka ze smokiem symbolizuję walkę sił boskich z szatańskimi, które często były utożsamiane z pogaństwem. Obraz węża wywodzący się z wierzeń pogańskich jest jednak inny niż ten bliższy naszym czasom.

W dawnych czasach na Litwie szeroko rozpowszechniony był kult Atrimposa boga morza i wody. Oddając mu cześć chwalono użyźniającą i twórczą rolę wody. Wyobrażany on był w postaci węża wodnego zwiniętego w pierścienie, z głową mężczyzny w średnim wieku.

Za jego sprawą w wileńskich świątyniach istniało oddzielne pomieszczenie, w którym karmiono i hodowano węże. Trzymano je także w wypróchniałych pniach świętych drzew, gdzie na cześć Atrimposa oferowano im mleko. Można tutaj zauważyć bliskie powiązanie ze Indyjskim świętem Nāgapancamī, w trakcie którego oddaje się cześć wężom również poprzez podawanie im mleka. Czyni się to ku czci Ananty – tysiącgłowego węża, na którym spoczywa Wisznu płynąc po oceanie mleka. Węże na Litwie były domowymi bogami. Nigdy nie były zabijane, gdy zostały znalezione w pomieszczeniu. W różnych porach roku przygotowywano im strawę. Jej odmówienie przyjmowane było przez ludzi jako zła wróżba.

Atrimpos. Teodor Narbutt, Dzieje starożytne narodu litewskiego. T. 1, Mitologia litewska, Wilno 1835. https://polona.pl/item/209967/255/

Atrimpos. Teodor Narbutt, Dzieje starożytne narodu litewskiego. T. 1, Mitologia litewska, Wilno 1835. https://polona.pl/item/209967/255/

W podaniach zebranych przez Majewskiego również możemy znaleźć odbicie tych wierzeń. Powszechnie twierdzono, że węże lubią pić mleko i często przyczepiają się do krowich wymion chcąc je wydoić. Wierzono, że krowa karmiąc węża po pewnym czasie przywiązywała się do niego do tego stopnia, że gdy ten zginął, ona również szybko marniała i umierała. W okolicach Lubartowa, węże miały zanurzać łebki w miskach, w których podawano mleko dzieciom, a te chcąc się dostać do swojego posiłku były zmuszone odganiać je bijąc łyżkami po łebkach. Pod koniec XIX wieku na Żmudzi węże wciąż uznawane były za stróżów domu, a bezdzietne mężatki modliły się do nich o płodność, także ofiarując im mleko. Jak podaje Majewski za litewskim etnografem Szymonem Dowkontem, w XV wieku każdy gospodarz zamieszkujący ten region miał swojego węża, którego karmił i pielęgnował. Obserwowano także starszych ludzi, którzy na szyi nosili żywe węże. Znawcy i czciciele węży znali je na tyle dobrze, że zaglądając do chaty sąsiada i czując znajomy fetor, który te wydzielają w trakcie rui, winszowali gospodarstwu przyjaciela węża.

Wąż nie zawsze był więc symbolem zła i szatana. Za znaczne pogorszenie jego wizerunku w dużej mierze odpowiada współczesna symbolika religijna. Postawienie go w tak złym świetle mogło jednak być dla utożsamianych z nim gatunków zbawienne. Będąc symbolem złych mocy i czarnym bohaterem licznych opowieści, węże wciąż budzą strach i szacunek. Dzięki temu, pozostając w rzeczywistości bezkonfliktowymi stworzeniami, są w stanie wciąż trzymać na dystans domorosłych smokobójców i poszukiwaczy wężowych skarbów.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Czart z wylinki cz. I http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-i/ Sun, 14 Oct 2018 08:25:18 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/10/czart-z-wylinki-cz-i/ Żmije, Ulysse Aldrovandi, malunki przygotowawcze, pierwsza połowa XVII wieku, źródło: http://www.filosofia.unibo.it

Rok po wydaniu „Bociana…” Majewski opublikował kolejną pracę podejmującą temat ludowej wizji świata zwierzęcego. Tym razem skupiała się ona na wężach. Patrząc na współczesną systematykę, dotyczyła ona całego podrzędu gadów, zawierającego ponad 3000 bliżej lub dalej ze sobą spokrewnionych gatunków. W przeszłym, jak i obecnym mniemaniu ludu, wszystkie te gatunki kryją się jednak pod jedną, ogólną nazwą, jaką jest właśnie wąż. Gromadząc wszystkie węże pod jedną postacią, człowiek odnosił się zatem do wyjątkowo osobliwego stworzenia. Posiadało ono budowę znacznie odbiegającą od innych zwierząt. Pełznąc po ziemi przemieszczało się niezauważenie w poszukiwaniu zdobyczy. Mogło posiadać rozmaite rozmiary, zawsze jednak było w stanie uśmiercić ofiarę przewyższającą je wielkością. Robiło to skrycie wstrzykując jad, dusząc lub po prostu kąsając i połykając w całości. Nic więc dziwnego, że tak osobliwe zwierzę było przyczyną powstania szerokiej symboliki i wierzeń, które od tysiącleci były pielęgnowane w kulturach i religiach ludu na całym świecie. W swojej pracy „Wąż w mowie i pojęciach ludu przeważnie polskiego” Majewski zauważa, że wiele zebranych przez niego podań ma swoje źródło w starożytnych opowieściach, które nie dotyczą gatunków występujących w naszym kraju. Powstały one nie w miejscu ich przekazu, lecz w miejscach oddalonych i odnoszą się często do gatunków egzotycznych.

W Polsce występuje zaledwie pięć gatunków węży, są to: zaskroniec zwyczajny, żmija zygzakowata, gniewosz plamisty, wąż Eskulapa i niedawno zanotowany zaskroniec rybołów. Dla porównania, w Indiach jest ich ponad 270. Majewski opisując ziemię ludu Polskiego odnosi się do granic sprzed rozbiorów. Do rodzimych gatunków zaliczył więc jeszcze węża czteropasiastego i połoza żółtozielonego. W swoich opowieściach ludność jednak na ogół odnosiła się do dwóch najpospolitszych gatunków – zaskrońca zwyczajnego i żmii zygzakowatej. Pomimo tego, że jeden jest jadowity, a drugi nie, rzadko były między sobą rozróżniane.

Według rodzimych podań węże powstały w momencie, gdy strącone chóry aniołów spadły na ziemię w postaci deszczu. Część spadła do Rajskiego Ogrodu, gdzie obok czystych istot zaczęły pojawiać się „plugawe i obrzydliwe” jak gady i węże. Opowieści ludu na temat powstania węża odbiegały nieco od relacji biblijnych zawartych w Księdze Rodzaju, mówiących o szatanie pod jego postacią, któremu za skuszenie Ewy zostały odebrane ręce i nogi. Przykładem może być tutaj opowieść ludu krakowskiego mówiącą o tym, że za czasów, kiedy żmije chodziły na nogach, jedna z nich schowała się za drzewem, zza którego wychyliła się nieopatrznie strasząc Matkę Boską. Matka Boska uznała to zachowanie za zbyt zuchwałe i zrewanżowała się odebraniem jej nóg.  Węże od samego początku nie zyskały także przychylności Boga, który pozbierał je do worka i kazał utopić Stonelisowi – późniejszemu bocianowi. W niektórych miejscowościach twierdzono, że węże powstają z ogonów jaszczurek. Do takich wniosków dochodzono prawdopodobnie po spostrzeżeniu, że zaatakowana przez domowego kota jaszczurka pozostawia za sobą wciąż wijący się ogon. Same koty również zostały obarczone podobnymi podejrzeniami. Twierdzono, że węże rozwijają się w ich ogonach i wychodzą z nich po siedmiu latach. W niektórych miejscowościach rozwiązywano ten problem zawczasu ucinając kotom końcówki ogonów.

Wszystkie węże były dla ludu jednakowo odrażające i odpychające. Określane były takimi nazwami jak gadziny, niestatki, robactwo, gryźliwce czy grzmiele. Popularnym było przysłowie „Brzydzić się jak wężem”, co wiele mówiło o podejściu człowieka do tych zwierząt. Smukły język węża odpowiedzialny za dotyk postrzegany był przez, jak to określił Majewski, „ludzi mających pretensje do wykształcenia”, za jadowite żądło. Dlatego duża część mieszkańców wsi myślała, że wszystkie węże są jadowite. Zdarzało się, że pozbawiano ich języków tylko po to aby móc je wziąć na ręce. Tworzone przez węże kłębowiska w trakcie rui wywoływały w świadkach „grozę i nadczułość wyobraźni”. Wydawanie na świat potomków również w ich mniemaniu odbiegało od ogólnie przyjętych kanonów piękna. Wierzono, że gdy nadszedł na to czas, żmija wieszała się na gałęzi drzewa i czekała aż pociechy się z niej wygryzą. Podirytowana tą sytuacją kąsała i zabijała każde młode, które zdołała dopaść. Następnie opiekowała się jedynie tymi, które spadły na ziemie. Te które zostały na gałęziach drzewa ginęły porzucone. Wszystko miało się dziać zgodnie z zamysłem Boga, który w ten sposób chciał uniknąć nadmiaru żmij. W miejscowościach, w których zdołano się naocznie przekonać, że węże wykluwają się z jaj, bacznie uważano, aby przez przypadek ich nie uszkodzić. Po ich rozgnieceniu całe zło, które znajdowało się w środku rozchodziło się po domu nieszczęśnika, który na nie nastąpił.

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Żaba na grzbiecie węża, Jan Luyken, 1693, źródło: https://www.rijksmuseum.nl

Węże czuły niechęć do takich roślin jak kadyło (jasnota biała) lub jesion, co również można wyczytać w Dykcyonarzu roślinnym księdza Kluka. W związku z tym miały one nie występować w miejscach, gdzie można było się na te rośliny natknąć. Gdy wąż pełzł przez trawę miał powodować, że ta usychała. Gdy natomiast przepływał przez wodę, ta stawała się zatruta. Nigdy nie umierały ze starości, ponieważ wraz z kolejnym zrzuceniem skóry młodniały na nowo. W związku z ich zamiłowaniem do ciepła wielokrotnie opowiadano o przypadkach chowania się węży w łóżkach i pod poduszkami. W lubartowskim opowiadano o przypadku młynarczyka, któremu w trakcie snu wąż wygrzewał się na twarzy. Gdy chłopiec się przebudził, pochorował się ze strachu.

Mieszkańcom wsi nie umknął uwadze związek zmiennocieplnych węży ze słońcem. Twierdzono, że żmije ślepiami wyciągają z niego moc. Gdyby więc patrzyły na nie przez cały czas, mogłoby ono przestać świecić. Gdy żmija została zabita, poruszała ogonem w stronę słońca. Gdy natomiast słońce patrzyło na zabitą żmiję, przyćmiewało i zachodziło krwawo.

Największe obawy, co oczywiste, budziło jednak wśród ludu ich ukąszenie. Powiadano, że człowiek po ukąszeniu puchnie, pęka i rozpada się. Łatwo było rozpoznać węże, które dopuściły się grzechu ukąszenia. Były to te osobniki, które wciąż widywano po święcie Podniesienia Św. Krzyża (14 września). W związku ze swoimi przewinieniami miały pozostać na powierzchni w trakcie zimy i czekać na swoją śmierć. Uznawano je wtedy za wyjątkowo niebezpieczne, ponieważ chcąc skrócić swoje męki, atakowały ludzi w nadziei na łaskę pozbawienia życia. Gdy nadchodziła zima, węże kłębiły się w jamach, rozpadlinach i norach. Miały tam do dyspozycji tajemniczy kamień, który powodował, że zaraz po jego polizaniu stawały się syte. Gdy nadchodziło święto Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego) śpiące węże przewracały się na drugi bok.

Wśród węży zamieszkujących nasze tereny panował także pewien rodzaj hierarchii. Miały one podlegać wężowym królom. Za pierwszego wężowego króla, poprzednika wszystkich lokalnych wężowych królów, uznawany był osobnik zamieszkujący Tatry jeszcze przed czasami, gdy do tej krainy zaczęli sprowadzać się ludzie. W góralskiej opowieści spisanej w 1905 roku przez Kazimierza Łapczyńskiego w Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego opisany jest w następujący sposób:

Był to półmilowej długości padalec, srebrną łuską okryty, z wielkim diamentowym czubem zamiast korony na głowie. Napisano mu takie prawo: „będziesz się czołgał po tatrzańskich wierchach, patrz stamtąd na świat, a gdzie tylko twój wzrok będzie mógł odróżnić na człowieku białą gunię od burej, to wszystko twoje, póki nie znajdzie się taki co cię zwojuje.”

Warto tutaj jednocześnie zaznaczyć, że wśród ludu określenie „padalec” wielokrotnie odnosiło się także do żmij.

Ostatecznie pierwszego króla wężów przegonił góral Perłowic przy pomocy magicznej osikowej pałki. Zlany krwią wierch na którym toczyła się bitwa przyjął nazwę Czerwonego Wierchu. Droga ucieczki węża przed Perłowicem stała się Doliną Czarnego Dunajca, a miejsce w którym wkopał się w ziemię aby uciec do piekieł, przyjęło nazwę Zakopane.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

Perłowic walczący z królem wężów, Walery Eliasz Radzikowski, Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego T.26, Kraków 1905.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Lata 50. i 60. minionego wieku w fotografii http://blog.polona.pl/2018/09/lata-50-i-60-minionego-wieku-w-fotografii/ Thu, 27 Sep 2018 11:27:30 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/lata-50-i-60-minionego-wieku-w-fotografii/ Eugeniusz Bodo i jego pies, fot. Benedykt Jerzy Dorys

 

Sztuka wysoka i kultura ludowa to dominujące tematy fotografii lat 50. i 60. ubiegłego wieku, udostępnionych przez POLONĘ. Wśród autorów – mistrzowie gatunku: Jerzy Dorys,  Edward Hartwig i Piotr Gan.

Jerzy Benedykt Dorys, żyjący w latach 1901-1990 odegrał znaczącą rolę w historii polskiej fotografii. Był jednym z założycieli Związku Polskich Artystów Fotografików, przez lata przewodniczył nawet komisji artystycznej tej organizacji. Zasłynął jako fotograf mody i portrecista. O klasie jego fotografii możemy się przekonać właśnie z niezwykłej kolekcji portretów ludzi kultury, które znajdują się w zbiorach Biblioteki Narodowej udostępnianych dzięki POLONIE. Zarówno w portretach Dorysa, jak i jego fotografiach mody widać wyraźne nawiązanie do estetyki . Dopuszczała ona indywidualną ingerencję artysty w każdą wykonywaną odbitkę. Najczęściej była to np. punktowa zmiana tonalna, zmiękczenie konturów itp. Dzięki takim zabiegom fotografia zmierzała w kierunku malarstwa, grafiki czy rysunku. Imponujący zbiór fotografii Dorysa z lat 50. i 60. minionego stulecia, znajdujący się w archiwach Biblioteki Narodowej, potwierdza że jego prace wykraczały poza typowe zdjęcia portretowe. Prace artysty cieszyły się nie tylko uznaniem krytyków, ale też modeli, z którymi pracował i w których dostrzegał wyraźnie widoczne w jego pracach rysy psychologiczne.

Był wręcz „nadwornym” portrecistą Niny Andrycz – heroiny polskiego teatru, jednej z najbardziej wpływowych aktorek powojennych, przez lata także żony PRL-owskiego premiera Józefa Cyrankiewicza. Dorys dostrzegł nie tylko jej niezwykłą urodę, ale też pewną władczość, którą akcentowała w swoich rolach silnych kobiet – królowych. Klasę talentu Dorysa możemy docenić także w wielu portretach innych ważnych dla kultury osób, do których powracał (tak jak w przypadku Andrycz) wielokrotnie. Mamy więc okazję obejrzeć w kilku wariantach kobiety legendy: piosenkarkę Irenę Santor, skrzypaczkę Wandę Wiłkomirską (na jednym z portretów trzyma skrzypce niczym karabin),  skrzypaczkę i kompozytorkę Grażynę Bacewicz, pieśniarkę operową Marię Fołtyn, gwiazdę starego kina Mieczysławę Ćwiklińską i wiele innych.

Artysta doskonale oddaje w swych pracach indywidualny rys tak różnych osobowości, jak: Alfons Karny, Zofia Nałkowska czy Leon Kruczkowski. Nie sposób nie docenić, z jaką klasą i dyskrecją potrafi zajrzeć do ich duszy. Podziwiamy więc promienny uśmiech satyryczki Stefanii Grodzieńskiej, melancholię piosenkarki Marty Mirskiej i jej „pierwszy siwy włos”, spokój i opanowanie dyrygenta Stefana Rachonia, a także pewną nieśmiałość Jerzego Ficowskiego znakomitego poety, odkrywcy Papuszy i Brunona Schulza. W portrecie Aleksandra Forda, twórcy najbardziej kasowego filmu polskiej kinematografii, czyli „Krzyżaków” wyraźnie widać marzenia o Hollywood. Zaskakująco rubasznie wypadł znakomity rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Wizerunki prezentowane w zbiorach POLONY ujawniają,  że większość tych prac przez lata uchodziła za wzorcowe i praktycznie jedyne rozpowszechniane w PRL portrety w szkołach, oficjalnych publikacjach, encyklopediach, podręcznikach.  itp.

Przeglądając portrety ikon kultury polskiej połowy XX wieku, trudno nie zauważyć ciekawego zbioru jednego z najsłynniejszych polskich fotografów Edwarda Hartwiga. Syn zawodowego fotografa, brat słynnej poetki Julii Hartwig wykazywał wielką pasję zarówno do fotografii, jak i malarstwa. Kiedy zajął się fotografią dał się poznać jako mistrz w przedstawianiu porannych mgieł w formie impresjonistycznych pejzaży z okolic Lublina, jak też scen rodzajowych o tradycji polskiego malarstwa. Dokumentował tragiczne wydarzenia z historii Polski. Duże wrażenie robił np. reportaż o pomordowanych na zamku w jego rodzinnym Lublinie. Po ukazaniu się w 1958 roku albumu „Fotografika” odkryto w  Hartwigu wybitnego estetę o tradycji malarskiej, a jednocześnie twórcę grafizującego, zbliżającego się do nowoczesnej, abstrakcyjnej, często plakatowej formy. W takiej właśnie konwencji utrzymane są, wykonane w latach 50. I 60., fotografie teatralne Adolfa Dymszy, Ludwika Sempolińskiego, Kazimierza Brusikiewicza, Lody Halamy czy Ireny Kwiatkowskiej.

Wśród twórców fotografii tego okresu, udostępnianych dzięki POLONIE, znaczącym dorobkiem może wykazać się Piotr Gan. Żyjący w latach 1914-1983 artysta, nie bez powodu nazywany jest Kolbergiem Kielecczyzny. Fotografię traktował przede wszystkim jako formę dokumentacji ludzi i obyczajów. Kochał muzykę ludową, organizował przeglądy kapel ludowych i wystawy ludowych twórców. Znał ponoć wszystkich kowali, garncarzy, rzeźbiarzy ludowych ziemi kieleckiej i radomskiej. Trafiał do nich bezbłędnie, wiedziony jakimś siódmym zmysłem. Fotografie towarzyszyły jego reportażom zamieszczanym w lokalnej prasie, a jego barwne opowieści sprawiły, że szybko stał się też człowiekiem radia. Po śmierci artysty Muzeum Etnograficzne w Warszawie zakupiło archiwum liczące m.in. niemal 1400 czarnobiałych negatywów jego prac. Większość pochodzi właśnie z lat 50. i 60.  Po digitalizacji i dzięki współpracy z POLONĄ można je oglądać na portalu BN. Gan prezentuje tam sielskie pejzaże, twórców ludowych, obrzędy zapustne, ludowe kapele, chaty pokryte strzechą. Utrwala sceny z targu, wiejskie wycieczki, przeprawy flisaków przez Wisłę, ale też sceny narodzin i sceny z pogrzebów, czas zasiewów i czas zbierania plonów, podkuwanie konia, a nawet międlenia lnu.

]]>
Lata 40. minionego wieku w afiszach i fotografii http://blog.polona.pl/2018/09/lata-40-minionego-wieku-w-afiszach-i-fotografii/ Mon, 24 Sep 2018 13:11:51 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/lata-40-minionego-wieku-w-afiszach-i-fotografii/ Fotografie, afisze, druki ulotne z lat 40. XX wieku, zgromadzone w archiwach Biblioteki Narodowej i udostępniane przez Cyfrową Bibliotekę Narodową POLONA, to kolekcja z okresu naznaczonego terrorem II wojny światowej, a potem polityką nowego ładu  narzuconego państwom Europy Środkowej przez Józefa Stalina. Zbiór liczy niemal pół tysiąca obiektów.

W 1939 roku, po wkroczeniu do Polski, Niemcy podjęli decyzję o zamknięciu prawie wszystkich teatrów. Zezwolono na uruchomienie zaledwie kilku, zastrzegając jednocześnie, że mogą prezentować jedynie repertuar rozrywkowy, obejmujący operetki, rewie czy farsy. W lipcu 1940 roku władze Generalnego Gubernatorstwa wydały nakaz rejestrowania się wszystkim aktorom pragnącym prowadzić działalność artystyczną. Konspiracyjny ZASP nawoływał do bojkotu tych dyspozycji. Jednocześnie aktorzy uzyskali zgodę na występy w kawiarniach prowadzonych przez artystów teatru, filmu czy muzyków. Ci wszyscy, którzy nie podporządkowali się tym zasadom i występowali w teatrach działających za zgodą Niemców karani byli infamią.

Przyglądając się afiszom teatralnym z czasów wojny, można wyraźnie zauważyć, że z repertuaru zniknęła całkowicie klasyka, ustępując miejsca rozrywce. Pojawiała się ona zwłaszcza w usankcjonowanych przez Niemców tzw. teatrach jawnych. Teatr Niebieski Motyl, na przykład, zapraszał 2 czerwca 1940 roku na Mazowiecką, gdzie w ramach gościnnych występów miał być realizowany program „wysoce artystyczny”, „z udziałem czołowych artystów scen polskich”.

Niebieski Motyl to oczywiście jeden z kilkunastu jawnych teatrów, wśród których można wymienić takie, jak:  Variete, Kometa,

Hollywood, Figaro,

Maska, Nowości czy  Teatr Miasta Warszawy.

W tym ostatnim, mieszczącym się w dawnym Teatrze Polskim przy ulicy Karasia, w październiku 1940 roku dali występ filharmonicy, co dokumentuje niemiecki afisz z orłem III Rzeszy trzymającym w szponach swastykę. Warto dodać, że sam gmach Filharmonii Warszawskiej, spalony w czasie oblężenia Warszawy w roku 1939, podczas walk powstania warszawskiego w 1944 został zbombardowany i uległ znacznemu zniszczeniu.

Zgodnie z instrukcją konspiracyjnego ZASP, powstało wiele scen organizowanych przez aktorów. Otwierano je w kawiarniach i klubach. Aktorzy występowali na malutkich estradach, a w wolnych chwilach dorabiali sobie jako kelnerzy. W okresie świąt Bożego Narodzenia organizowali „Gwiazdki” dla biednych dzieci. Café- Winiarnia Narcyz zapraszała na wieczór piosenek lwowskich, gdzie zamiast Szczepka i Tońka pojawili się Jóźko i Mańko.

W Starym Teatrze w Krakowie odbywały się w miarę regularnie koncerty poezji. Ciekawą inicjatywą artystyczną był tajny Teatr Niezależny Młodych Plastyków z Krakowa, tworzący oryginalne awangardowe inscenizacje klasyki. Występy tej grupy odbywały się prywatnych mieszkaniach. Wystawiano m.in. „Balladynę”  Słowackiego czy „Powrót Odysa” Wyspiańskiego, które przeszły do historii teatru. Ich reżyser: malarz i rysownik Tadeusz Kantor stał się potem jedną z najważniejszych postaci światowego teatru. Dzięki POLONIE możemy obejrzeć zdjęcia z próby „Balladyny” z 1943 roku.

Spektakle – o czym świadczy jedna z fotografii – powstawały w miejscach tak szczególnych jak oflag.

Warto, choć pokrótce, wspomnieć o publikacjach.  W 1941 roku, najwyraźniej „ku pokrzepieniu serc”, wydano książkę „Od Zagłoby do Wiecha. Humor w literaturze polskiej”. „Być może nie czas dzisiaj na humor – czytamy we wstępie – ale gospodarze nasi, Anglicy pokazują nam swojem życiem, że uśmiech nigdy nie jest zbrodnią. Nawet w czasach tragizmu”.  W 1940 roku we Lwowie z okazji 85. rocznicy śmierci Adama Mickiewicza odbywa się uroczysty wieczór pamięci. Okolicznościowe wydawnictwo w języku polskim i rosyjskim opatrzone jest mottem: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Nakładem Biblioteki Polskiej w Budapeszcie ukazuje się „Nie-Boska komedia” Zygmunta Krasińskiego. Związek Patriotów Polskich w ZSRR wydaje w 1943 roku tomik poezji Marii Konopnickiej. Fotografowie wypełniają misję dokumentalistów. W nieformalnym cyklu, który można by nazwać „Polska oskarża”, pojawiają się zestawy zdjęć pokazujących słynne pomniki przed zniszczeniem i zrujnowane w czasie wojny.

Niemieckie plakaty zapraszają do zwiedzania Krakowa czy Wilanowa. Mimo popularnego hasła „Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze”, pojawia się wiele plakatów filmowych zarówno w polskiej, jak i w niemieckiej wersji językowej.

Zakończenie wojny i wprowadzanie w Polsce nowego ustroju zaowocowało cała serią  fotografii i druków propagandowych. Widnieją na nich hasła typu: „Do bram Szczecina i bram Gdańska wiedzie nas trwała przyjaźń słowiańska”,

czy też: „Polska wraca nad Bałtyk”.

Po zakończeniu wojny życie teatralne powoli odradzało się. Organizowano publiczne zbiórki pieniędzy na odbudowę teatrów, sal koncertowych. Jeden z afiszy informuje np., że w maju 1945 roku odbędzie się zbiórka na odbudowę Warszawy w Teatrze Ziemi Rzeszowskiej.

Sceny teatralne powstają także w małych miejscowościach. W Grudziądzu w 1946 roku na inaugurację sceny teatralnej wystawiono „Ciotkę Karola”. W Tarnobrzegu grają „Pana Jowialskiego”, a w Ełku komedię „Gdzie diabeł nie może”.

Na afiszach króluje klasyka – bezpieczna klasyka. O „Dziadach” można sobie pomarzyć. Po udanej krakowskiej premierze „Skiza” w 1945 roku gwiazda przedwojennego kina Mieczysława Ćwiklińska odbywa tournée ze spektaklem po scenach Warszawy i Poznania. Grane są też „Śluby panieńskie”. Organizuje się koncerty, recitale muzyczne. Chopina gra dobrze zapowiadający się wówczas wirtuoz Jan Ekier. Jerzy Jurandot zakłada w 1945 roku Teatr Syrena. Scena muzyczno-rewiowo-kabaretowa powstaje w Łodzi, ale kilka lat później przenosi się na stałe do Warszawy.

Ozdobą kolekcji dokumentującej życie społeczne i kulturalne, zwłaszcza drugiej połowy lat 40. ubiegłego wieku, są portrety fotograficzne Benedykta Jerzego Dorysa prezentującego najwybitniejszych przedstawicieli świata kultury. Ten cykl rozwinie się zwłaszcza w późniejszych dekadach.

 

]]>
Wieloraka osobowość Księdza Wojtka cz. II http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-ii/ Wed, 19 Sep 2018 11:42:14 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-ii/ Bociany, Józef Chełmoński, 1900, źródło: http://cyfrowe.mnw.art.pl

Oprócz szczęścia bocianowi, zwanemu gdzieniegdzie Księdzem Wojtkiem, przypisywano również moce mające chronić miejsca, w których się osiedlił. W artykule „Święty i przeklęty” opublikowanym w czasopiśmie „Lud” Szymon Matusiak pisze:

W powiecie tarnobrzeskim, gdy z wiosną zobaczą dzieci wiejskie bociana, wołają: „Dookoła, Wojtusiu, dookoła!” bo im większe zatacza koła i większe okrąży przestrzenie, tem lepiej dla tych przestrzeni ze wszystkiem, co na nich jest: chroni to od wszystkiego złego.

Twierdzono, że gospodarstwa, w których założył gniazdo chronił przed ogniem, gradem i piorunami. Sam dom natomiast, na którym było zbudowane gniazdo, stawał się wolny od złych duchów. Nic więc dziwnego, że tak ochoczo był wabiony do gospodarstw przez mieszkańców wsi. Metod było wiele. Do przygotowanego miejsca pod gniazdo kładziono igłę, kawałek metalu lub coś błyszczącego co miało zwrócić uwagę bociana. Pomóc miało także położenie na podstawie, będącej zazwyczaj broną, kawałka cukru, chleba i trojaka (monety trzygroszowej). Ważne było także to, żeby brona ta została zaciągnięta pod stodołę przez bezżennego młodziana przy pomocy swojej dziewczyny. Tak przygotowanemu miejscu bocian nie mógł się oprzeć. Gdy już zbudował swoje gniazdo wystarczyło otoczyć go należnym szacunkiem, aby powracał do niego co roku.

Eugeniusz Janota w swoim dziele „Bocian: opowiadania, spostrzeżenia i uwagi” przedstawia przypadek jaki miał miejsce w Heidelbergu, gdzie pewien cukiernik miał dosyć bocianów przesiadujących na dachu jego cukierni. Po dogadaniu się ze swoim sąsiadem, który mimo chęci nie został obdarzony bocianim towarzystwem, postanowili zimą przenieść gniazdo na sąsiedzki dach. Po powrocie bociany po krótce obadały położenie swojego nowego gniazda i zaczęły po kawałku przenosić je z powrotem na dawne miejsce, bo „…gdyby je były chciały mieć na tym domie, to je tutaj były mogły zbudować, a musiały mieć słuszne do tego powody, że je zbudowały na domie cukiernika.”

Portret z bocianem, Busko-Zdrój 1936, źródło: http://www.bikop.eu/

Portret z bocianem, Busko-Zdrój 1936, źródło: http://www.bikop.eu/

Ptaki te zyskały także przychylność ludu w związku z zaobserwowanym u nich przykładnym życiem rodzinnym. Bociany wiążą się w pary i często spędzają ze sobą całe życie wspólnie opiekując się potomstwem. W 1818 roku Ignacy Czerwiński w swoim wywodzie „Skąd to iest, że lud pospolity, osobliwie na wsiach pozwala z radością gnieździć się bocianom…” pisał:

Wierność iego w wspólnem stadle, tudzież miłość iego dla dzieci, a tych znowu wdzięczność ku swoim starym rodzicom, ledwie nie za przykład moralności samemu człeku służyćby mogły.

Janota z kolei o bocianim związku pisał w ten sposób:

Małżonkowie dochowują sobie sumiennie wiary małżeńskiej, a to bez wystawiania rewersów lub jakichbądź innych aktów, któremi tylko człowiek słabą i lichą wolą swoję wiązać musi, a które częstokroć ostatecznie także bezskutecznemi się okazują.

Bocianom towarzyszył także przesąd, który obecnie wciąż stosowany jest przez rodziców, chcących uniknąć niezręcznych rozmów ze swoim dzieckiem. Mówił on o tym, że to bociany są odpowiedzialne za przynoszenie dzieci. Jakkolwiek dosłowne znaczenie tego twierdzenia wśród ludu również było przeznaczone jedynie dla dzieci, jego źródeł możemy doszukiwać się w religiach przedchrześcijańskich.

Wspomniana wcześniej nazwa Adebar odpowiedzialna za powstanie polskiego Wojtka w języku staronordyckim oznacza „przynoszącego życie”. Na naszych ziemiach bocian natomiast uważany był za ptaka pochodzącego od Rody, pradawnego boga słowiańskiego odpowiedzialnego za poczęcie i dawanie życia, a co za tym idzie za rodzicielstwo. Wierzono, że to właśnie za pośrednictwem ptaka dusza została przeniesiona z krainy bogów na ziemię. Ślad po tym wierzeniu zachował się do dziś w języku Chorwatów i Serbów, gdzie bocian nosi właśnie nazwę „roda”. Nie była to jednak jedyna rzecz, którą Rod przekazywał ludzkości za pośrednictwem bocianów. Wraz z darem życia bocian przynosił także ogień.

Chroniąc życzliwych gospodarzy przed ogniem pochodzącym z niebios pod postacią gromów, miał również zsyłać ogień na swoich wrogów. Wierzono, że rozgniewany był w stanie spalić wrogie gospodarstwo przynosząc w dziobie zapalone łuczywo lub głownię. W przypadku braku powyższych, sam krzesał dziobem ogień siedząc na dachu.

Jak donosi Majewski, mieszkaniec Niebylca niedaleko Rzeszowa poinformował dr Janotę, że 16 czerwca 1876 roku niejaki Jan Drabek z miejscowości Sobiernie zabrał młode bocianom z gniazda znajdującego się na stodole włościanina Michała Pokrywki. Gdy rodzice wrócili na miejsce zaczęli rozpaczliwie klekotać po czym odlecieli od gniazda. Po chwili przy gnieździe znalazła się grupa ośmiu bocianów, które po wspólnym klekotaniu również oddaliły się od niego. Po paru godzinach na miejsce miał przylecieć znów samiec, tym razem niosąc w dziobie żarzący się węgiel z pobliskiego ogniska, który ułożył na szczycie stodoły podpalając ją.

Bocian jako zwiastun nie ograniczał się wyłącznie do wiosny i szczęścia. Szczęśliwy był tylko ten, kto zobaczył pierwszego bociana w locie. Kto pierwszy zobaczył go siedzącego, w krótkim czasie miał zachorować. Gdy zobaczył go stojącego lub siedzącego na gnieździe, miał się stać leniwym, gnuśnym i słabym. Kto usłyszał klekocącego bociana, a go nie zauważył, miał tego roku niszczyć każdy sprzęt zaprzęgowy, którego się dotknie. Nieszczęście natomiast spadało no dom, którym bocian wzgardził.

Obraz idealnej rodziny rozpływał się w oczach ludności wiejskiej w momencie, gdy bocian wyrzucał z gniazda jedno ze swoich piskląt. Czyn ten miał zwiastować okres nieurodzajów. Tłumaczono to także tym, że bocian jako istota żyjąca jedynie w parach musi mieć parzyste potomstwo. Gdy liczba się nie zgadzała, bez najmniejszych skrupułów pozbywał się nieparzystego pisklęcia. Obserwowano także liczne zdrady, krwawe potyczki samców, czy mordy dokonywane na partnerach. Uważano, że bocian zawsze poszukiwał zemsty za swoją niedolę. Twierdzono, że nigdy nie był w stanie przeboleć zdrady małżonki, na której jednak nigdy nie mścił się bezpośrednio.

Jako przykład opowiadano o eksperymencie polegającym na podmienianiu jaj bocianich z kurzymi lub gęsimi. W momencie wyklucia piskląt ojciec widząc w gnieździe odmieńców wydawał głośny klekot i ze smutkiem oddalał się od gniazda. Do samicy natomiast po pewnym czasie podlatywała grupa innych bocianów, które po obejrzeniu osobliwego potomstwa uśmiercały je wraz ze znajdującą się na gnieździe matką.

W momencie, gdy bociany zbierały się do odlotu, ich sejmiki lud odbierał jako wróżbę wojny i biedy. Według opowieści ludności Janowa, najważniejszy bocian w trakcie sejmiku chodzi przed szeregiem przemawiając do zgromadzonych bocianów, jednocześnie prowadząc przegląd stanu bocianiego hufca. Dokonuje on wtedy wyboru najsłabszych bocianów, które nie są w stanie odbyć podróży. Wybrane słabe jednostki miały być uśmiercane przez pobratymców. Zgodnie z podaniem ludu z okolic Krakowa, śmierci tej ma towarzyszyć śpiew gnębionych przez bociani ród żab:

– Siostro?

– Cóż?

– Umarł bocian.

– Już?

– A my temu rade, rade, rade

Bocian i żaby, J.B. Rundell, AEsop's fables, Londyn 1896. Źródło: https://openlibrary.org

Bocian i żaby, J.B. Rundell, AEsop’s fables, Londyn 1896. Źródło: https://openlibrary.org

Pomimo tego, że zabójstwo bociana uznawane było za grzech, nie uważano go za świętego. Przed czynem tym powstrzymywał również fakt, że mógł on sprowadzić na zabójcę liczne nieszczęścia. Jego moc nie była uznawana za dar od Boga. Wśród ludu zachowała się świadomość tego, że pochodziła ona od pogańskich bożków, którzy wraz z przyjęciem wiary chrześcijańskiej przyjęli postać diabłów. Razem z nastaniem chrześcijaństwa z bocianem również stało się coś złego. Stał się półdiabłem, z którego te same dzieci, które cieszyły się z jego przylotu, szydziły słysząc jego klekot:

Klekle, ino klekle,

Siedzi matka w piekle

Co ona tam robi?

Klóski żabom drobi 

Strach ludu przed diabelskimi mocami bociana stopniowo przeobrażał w umysłach pospólstwa jego postać w coraz bardziej nikczemną i odrażającą. Tak powstało Boćko – kosmaty potwór o trzech lub siedmiu głowach, kryjący się w norach i jaskiniach, z których wychodził, by pożerać ludzi i zwierzęta.

A musiało to boćko kogo koniecznie zjeść i jak na wsi nie mogło złapać, wybijało okna do chałup, porywało pierwszego lepszego człeka lub bydle i zeżarło.

W rzeczywistości strach ludności wiejskiej przed towarzyskim ptakami, które jak podaje hr. Kazimierz Wodzicki w swoich „Zapiskach OrnitologicznychOdwagą w ataku nie odznaczają się, nawet przy wielkim apetycie, targnąć się nie śmią na większe trochę żyjątko, mógł wynikać z pewnej osobliwej sytuacji, w jakiej człowiek nie zwykł być stawiany.

Rzadko zdarza się, żeby jeden z dzikich przedstawicieli fauny, pomimo ludzkiej nieprzewidywalności, paranoi i rozchwiania emocjonalnego, odnalazł pewne korzyści w towarzystwie człowieka i zaakceptował go jako część środowiska życia. Tym rzadziej zdarza się, żeby gatunkiem, który obdarza nas przychylnością nie była byle bakteria zalegająca w jelicie, lecz gatunek tak okazały i dostojny.

Człowiek wykorzystywał tę sytuację przez wieki, obarczając swojego towarzysza-niemowę winą za wszelkie niegodziwości i niepowodzenia. Nie potrafiąc zapanować nad wybiegami swojego umysłu, po pewnym czasie sam uznawał to za prawdę. Samą przychylność bociana potrafił z kolei obrócić przeciwko drugiej osobie, gardząc tymi, w których gospodarstwie nie zamieszkała bociania rodzina.

Przykładem tego jest wieś Zazdrość położona obecnie w obwodzie tarnopolskim na Ukrainie. Zgodnie z zachowanymi podaniami nazwa ta powstała właśnie w wyniku zazdrości jaką żywili wzgardzani gospodarze wobec innych, którzy z dumą gościli na swojej posesji bocianie rodziny. Zazdrość o stodołę z bocianim gniazdem na szczycie może być wyjątkowo niebezpieczna, kiedy do głosu dochodzi władający ogniem rodzaj ludzki. Podsumował to hr. Wodzicki w „Zapiskach…” kierując prośbę do bocianów:

My wam zachowamy sumiennie wasze gniazda, ulubione stare drzewa; a wy tymczasem strońcie od ludzi w ogólności, bo nie wiele ich dobrych…

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Wieloraka osobowość Księdza Wojtka cz. I http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-i/ Tue, 18 Sep 2018 09:36:22 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/09/wieloraka-osobowosc-ksiedza-wojtka-cz-i/ Bocian, Georges-Louis Leclerc de Buffon, Histoire naturelle des oiseaux, t. VII, Paryż 1780

Ludowe spojrzenie na świat przyrody od wieków wystawiane było na pogardę ze strony środowiska uczonych, którzy jako jedyni posiadali umiejętności i narzędzia niezbędne do dokładnego uwiecznienia go w piśmie. Wyłączną metodą umożliwiającą przetrwanie elementów kultury ludowej były więc podania słowne. Ten sposób przekazu informacji wymagał współpracy wielu pokoleń, w wyniku czego pewne spostrzeżenia ulegały modyfikacjom, inne natomiast były stopniowo zacierane. Na przełomie wieku XIX i XX próbę zachowania przed zapomnieniem ludowej wizji świata zwierzęcego podjął Erazm Majewski – archeolog, socjolog, etnograf i biolog, który obecnie określany byłby mianem etnobiologa. Czytelnikom może być on jednak bardziej znany jako autor powieści fantastycznych takich jak Doktór Muchołapski, czy Profesor Przedpotopowicz.

Erazm Majewski, źródło: http://www.nac.gov.pl/

Erazm Majewski, źródło: http://www.nac.gov.pl/

Jednym z marzeń Majewskiego było stworzenie obszernej pracy zatytułowanej „Zoologia ludowa polska” która miała być encyklopedycznym zbiorem ludowych pojęć o zwierzętach. Podjął w tym celu współpracę z etnografami Wojciechem Szczęsnym Jastrzębowskim oraz Józefem Saneckim. Ogrom materiału, któremu musieli stawić czoło niestety przerósł naukowców. Dzieło ostatecznie nie powstało, jednak Majewski pozostawił po sobie serię publikacji zawierających zbiór spisanych ludowych podań przedstawiających barwny i surrealistyczny obraz rodzimej fauny. Obraz ten zwykle ubrany był w przesadę i poezję, jednak w wielu przypadkach fantastyka przeplatała się z wiedzą ludową wynikającą z obserwacji, które towarzyszyły życiu w bliskiej styczności z przyrodą. Do podań ludowych sam Majewski odnosił się w następujący sposób:

 Dopóki takowe nie rozsypią się w próchno, obowiązkiem jest dobrego bibliofila przechować je starannie, choćby się miały kiedyś okazać bezwartościowemi, wiadomo bowiem, że nie jeden fakt, pozornie błahy lub niedorzeczny, urasta przy odpowiednim oświetleniu do pierwszorzędnego znaczenia w nauce i staje się dokumentem oraz podstawą ważnych wniosków.

Pierwszą publikacją Majewskiego przybliżającą ludową wizję świata zwierząt był „Bocian w mowie i pojęciach ludu naszego”. Dzięki niej oraz innym dostępnym opracowaniom jesteśmy w stanie przekonać się, jak ten ptak był niegdyś postrzegany przez nasz lud.

Zgodnie z przedstawionym przez Majewskiego zbiorem podań bocian jest chłopem. Został on przemieniony w ptaka przez Boga po tym, kiedy ten mu się w jakiś sposób naprzykrzył. Za pierwszego bociana uznawany był ciekawski mężczyzna, który zgodnie z podaniami ludu litewskiego nosił imię Stonelis.  Pewnego dnia otrzymał on od Boga wielki wór, który miał niezwłocznie utopić. Przekazując go Bóg jednocześnie zaznaczył, żeby pod żadnym pozorem nie zaglądał do jego wnętrza. Stonelis nie mogąc pohamować swojej ciekawości przekroczył pierwszy stopień do piekieł i rozsupłał worek tuż przed wrzuceniem go do wody. Okazało się, że Bóg nie chcąc, aby po ziemi tak licznie pełzało jakiekolwiek plugastwo umieścił w worku gady i płazy wraz z bliżej nieokreślonym „robactwem”. Kiedy ciekawski chłop zajrzał do środka cała zawartość rozbiegła się po świecie. Zmartwiony Stonelis wrócił do Boga, który w tym momencie ogrzewał się przy ognisku z jodłowych gałęzi. Bóg słysząc co się stało zdzielił go płonącą głownią zmieniając jednocześnie w bociana. Od tego momentu Stonelis musi maszerować za pługiem i czyścić świat z uwolnionego przez siebie plugastwa. Pamiątką po uderzeniu rozpaloną głownią są jego osmalone skrzydła. Historię można przeczytać w pracy Ludwika Jucewicza „Litwa pod względem starożytnych zabytków, obyczajów i zwyczajów”.

Według lokalnych wierzeń chłopi zamieniani byli w bociany również w wyniku innych przewinień. Bocianem stawał się mężczyzna, który orał w święto. Gdy Pan Jezus przechadzał się po ziemi pod postacią dziada, a chłopi nie odpowiadali mu na pochwałę jego ojca, też przemieniał ich w tego ptaka.

Ten dziad był sam Pen Krystus, chtóry ino spoźrzał, a z chłopów już stały się boćki, a ich kosy dzióbami, rence skrzydłami, tylko nogi długie kiejby ludzkie gicole

Godne uwagi jest to, że bociany miały początkowo mówić po polsku. Za utratą ich mowy stał diabeł Iskrzycki, który chronił pewien możny ród od wygaśnięcia. Iskrzycki miał pomóc w narodzinach dziecięcia, co spostrzegły bociany przez komin, na którym zbudowały swoje gniazdo. Dostał on polecenie ich uciszenia w celu zachowania dyskrecji. Zgodnie z informacją podaną w czasopiśmie „Lud” Oskara Kolberga, rodem tym mieli być Sapiehowie, ponieważ plac Sapieżyński, a obecnie plac Wielkopolski w Poznaniu, słynął z licznych bocianich gniazd.

Nazwa „bocian” pochodzi od słów boczan lub boczoń. Nazywano tak każde zwierzę u którego boki były innej maści niż grzbiet i brzuch. Nazywano go także m.in. bociąg, bocoń, bózko, busiok, dziopan, klabocian, grzechotka lub klekotka. Wśród flisaków zyskał natomiast miano Księdza Wojtka. Pisze o tym między innymi Sebastian Klonowicz w dziele „Flis”.

Choć w rewerendzie nie widzisz kapłana,

Jednak zów księdzem Wojciechem bociana

Gdy owo sobie kroczy nad żabińcem

Jak nad zwierzyńcem…

Flisacy na rzece Prypeć, ca 1936

Flisacy na rzece Prypeć, ca 1936

Jak można wywnioskować z tego fragmentu, porównanie do księdza wynika z podobieństwa barwy bociana do rewerendy, czyli sutanny. Jak podaje Antoni Mierzyński w Przyczynkach do Mytologii Porównawczej Wojciech związany jest z germańskimi nazwami bociana: Odebero, Adebar lub Adeber. Słowianie nie odróżniając Adebera od imienia Adelbert, będącego odpowiednikiem Wojciecha, nadali mu również imię Wojtek. Według ludu nadrabskiego jednak, imię Wojtuś wzięło się również od chłopa o tym imieniu, którego Bóg zamienił w bociana.

W dawnych czasach mniemano, że na zimę bociany zanurzają się w stawach i jeziorach, gdzie pod wodą starają się przeczekać niesprzyjającą porę roku. Z czasem jednak lud słusznie doszedł do wniosku, że przed zimą bociany wylatują do „cieplic”. W cieplicach jednak prowadzą zupełnie inne życie. Przemieniają się z powrotem w ludzi, wracają do swoich izb i zajmują się swoimi codziennymi ludzkimi sprawami. Stosują jednak przy tym dietę składającą się jedynie z gadów i płazów.

Wśród ludu bocian budził szacunek przede wszystkim ze względu na swoją pracowitość w oczyszczaniu świata ze szkodników, a za takie były uznawane wszystkie pełzające, oślizgłe, cichcem przemykające pod butem istoty, które zazwyczaj wybiegały poza estetykę przeciętnego chłopa. Cygański w swoim dziele „Myślistwo ptasze” pisał o nim tak:

To ptak domowy, pożytek go taki:

Jadowite, sprośne trawi robaki,

i przetoż rzadko myśliwiec nań jedzie,

nie rad go jada na swoim obiedzie.

 Bocian od zawsze uznawany był za zwiastun wiosny. Dla dzieci, jego przylot oznaczał, że od tego momentu mogą spędzać więcej czasu poza domem. Mazurzy twierdzili, że na swoich skrzydłach przynosi ostatni śnieg. Jego przylot kojarzony był z końcem przednówkowej biedy i męki. Między innymi dlatego był traktowany także jako zwiastun pokoju i szczęścia. Osobom, które upatrzyły go jako pierwsze wróżono pomyślny rok i obdarowywano podarunkami. Istniały także liczne wróżby związane ze spostrzeżeniem swojego pierwszego bociana. Jeżeli ujrzano pierwszego bociana w locie znaczyło to, że człowiekowi długo będzie dopisywać zdrowie, będzie przezorny i pilny. Jeżeli w locie spostrzegła go panna lub kawaler, oznaczało to rychłe zaślubiny. Jeżeli chodził po ziemi, miało skończyć się na zalotach, a gdy stał w miejscu, to rok pod tym względem miał być spokojny. W Szczepanowie, kto pierwszy go zobaczył pędził się umyć, „aby być rzeźwym i wesołym, jak bocian”. Na Litwie z okazji jego przybycia organizowano święto Sterkawimas, dzisiaj znane pod nazwą Gandro diena. W Niemczech ich przybycie natomiast obwieszczane było przez miejscowych trębaczy. W wieku XV i XVI bocian i szczęście traktowane były niemal jako synonimy. Stąd popularne w tamtych czasach porzekadło „Bociana sprowadzić”, co znaczyło tyle, co sprowadzić szczęście. Jak okaże się w dalszej części szczęściem tym nie mogli być jednak obdarzeni wszyscy.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Gra w praszczura http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Wed, 11 Jul 2018 08:09:46 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/07/gra-w-praszczura/ Celina z Treterów Dominikowska (ur. po 1830, zm. 1908) nie jest postacią szczególnie znaną. I nigdy nią nie była. Jednak ta żwawa galicyjska panienka (a po kilkudziesięciu latach żwawa galicyjska staruszka) zostawiła po sobie ujmujące dzieła: pamiętnikarskie, literackie, muzyczne oraz liczne rysunki i akwarele. Bądźmy szczerzy: Treterówna nie miała wielkiego talentu – ot, potrafiła może nieco więcej niż każda panna z dobrego domu. Była za to wnikliwą, energiczną i niepozbawioną dowcipu obserwatorką, dzięki czemu zostawiła nam znakomite źródła odzwierciedlające codzienne życie i mentalność ludzi XIX wieku.

Autoportret Treterówny z czasów młodości.

Do świata młodej Treterówny wejść łatwo – wystarczy sięgnąć po jej tworzony z figlarnym dystansem rysunkowy pamiętnik Życie młodej dziewczyny, w którym pod rokiem 1846 koteczki Szczebiotka i Bianka podpisano „mes premiers amours!” („moje pierwsze miłości!), czy po inny sztambuch, w którym znajdziemy powklejane święte obrazki, humorystyczne grafiki, akademickie wprawki i skrupulatnie podpisywane landszafty.

Kotki Szczebiotka i Bianka z pamiętnika Treterówny, 1846.

Ustatkowawszy się w małżeństwie, już jako Dominikowska, nadal rysowała i malowała scenki wzięte z życia, zwykle je opisując, choćby enigmatycznym „Help your self”. Z wiekiem zaś jej warsztat znacznie się poprawiał i taki portret Przybyszewskiego sygnowany zamaszystym „Celina’899”  (autorka była już pod siedemdziesiątkę!) jest już dziełkiem naprawdę niezłym.

Celina Dominikowska, Portret Stanisława Przybyszewskiego, 1899.

Choć Dominikowska osiadła na prowincji, nie miała najwyraźniej kompleksów – z „Gazety Lwowskiej” z 14 lutego 1866 roku dowiadujemy się, że jej witraż jedzie na Wystawę Światową do Paryża wraz z obrazami Tepy i likierami Baczewskiego. Choć witraż raczej nie był arcydziełem i bliżej mu było do gazetki szkolnej niż Sainte-Chapelle, to katalog L’Exposition universelle de 1867 illustrée umieścił jego podobiznę oraz objaśnienie nieco naciąganej mesjanistycznej kompozycji. Mignięcie na Expo pozwoliło Dominikowskiej doczekać się krótkiej wzmianki w „Tygodniku Mód”, który przedstawił ją raczej jako lokalną ciekawostkę i coś na kształt ludowej artystki. Sama Celina poświęciła się zaś pracy – zarówno literackiej i plastycznej, jak i na gospodarstwie, gromadzeniu pamiątek historycznych, komponowaniu laurek, prowadzeniu korespondencji i pamiętników. Czasem napotkać możemy ją w prasie – np. z „Gazety Narodowej” z 1873 roku dowiadujemy się, że ma na sumieniu psa pani Białobrzeskiej, który pokąsał jej syna – ale rozgłosu z czasów Wystawy Światowej już nie powtórzyła.

Witraż Dominikowskiej w katalogu Expo 1867.

Wśród rysunków i akwarel Dominikowskiej znajdujemy jeden wyjątkowy obiekt: to plansza do gry, przechowywana obecnie w dwóch częściach w zbiorach ikonograficznych Biblioteki Narodowej (R.12826/II i R.12827/II). Plansza podzielona jest na 64 pola zdobione akwarelami. Od razu można rozpoznać na nich postacie historyczne (Sobieski, Kościuszko), heraldykę, miejsca (np. Kolumna Zygmunta i Wawel), sceny z legend (smok wawelski, gniazdo białych orłów). Całość jednak, pełna alegorycznych kompozycji i symboli oraz pozbawiona jakiejkolwiek instrukcji, pozostaje enigmatyczna. Po układzie pól możemy się spodziewać, że plansza Dominikowskiej służyła do gry opartej na dziejach Polski, choć skonstruowanej podobnie do hazardowej gry w gąskę.

Plansza Dominikowskiej po scaleniu.

Na szczęście instrukcję znamy skądinąd. Plansza nie jest bowiem oryginalnym dziełem Celiny, tylko kopią gry Klementyny Hoffmanowej (1798-1845) wydanej po raz pierwszy ok. 1830 roku (co potwierdza reklama z „Dziennika dla Dzieci”) jako Assarmot – zabawa historyczna ułożona dla dzieci przez autorkę „Pamiątki po dobrej matce”. Gra ta musiała być niezwykle popularna, skoro wznawiano ją przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku, w Polonie można znaleźć egzemplarze wydane długo po śmierci Hoffmanowej, z 1850, 1852 i z 1861 – najpóźniejsze, ale i najważniejsze, bo z zachowaną oryginalną planszą.

Plansza do Assarmota, Wilno 1861.

Od razu widać podobieństwo między Assarmotem a planszą Dominikowskiej, a na jaw wychodzą artystyczne niedociągnięcia tej ostatniej. Z instrukcji dowiadujemy się nie tylko, jak grać (nie jest to bardziej skomplikowane od gier typu „Magia i miecz”), ale zostajemy też wprowadzeni do wizji dziejów Polski, jaką Hoffmanowa starała się wtłoczyć młodym graczom. I to jest chyba najciekawsze w Assarmocie, u Hoffmanowej bowiem spotkała się dość anachroniczna (nawet z perspektywy owych czasów) wiedza historyczna, brak krytycznej refleksji, konieczność liczenia się z cenzurą, specyficzny dla niej guwernerski dydaktyzm i wreszcie spora doza lizusostwa wobec cara. Pola planszy rozpoczynają się od legendarnych postaci (Krak, Wanda, Popiel, Piast), a kończą na czasach autorce współczesnych – grę zamyka książę Józef Poniatowski i car Aleksander zakamuflowany pod przykrywką Kongresówki.

Co ciekawe, gra ukazuje się pierwszy raz tuż przed wybuchem powstania listopadowego, a wydania Assarmota z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (w tym również krakowskie, którym nie groziła zbytnia cenzura) nadal kończą się pochwałą Aleksandra i nie wspominają o wydarzeniach późniejszych.

Dominikowska, choć z pewnością była indoktrynowana w młodości Pamiątką po dobrej matce, nie ulega Hoffmanowej i na ostatnim polu przedstawia zadumanego rannego żołnierza, ułańską lancę i kosę na sztorc oparte o ruiny, wreszcie białego orła na sztandarze i anioła wskazującego otoczony gwiazdami napis „kiedyś”. Ta scenka, choć naiwna, jest zdecydowanie odważniejsza od finału Assarmota, gdzie po prostu widzimy mapę Królestwa.

Skąd jednak nazwa samej gry i postać patriarchalnego starca z kosturem tak u Hoffmanowej, jak u Dominikowskiej. Prawidła gry objaśniają ją następująco:

Tu wkraczamy na grząski teren historiograficznych fantazji, których wiekowy mechanizm jest dziś częściowo odpowiedzialny za wielkolechickie brednie. Assarmot, poprzez Sema potomek Noego (z poszerzonej genealogii biblijnej Księgi Rodzaju), jako praszczur Sarmatów i Polaków został wprowadzony przez Stanisława Sarnickiego w Annales… (1587) oraz wcześniejszej Annalium synopsis (1582), gdzie na karcie tytułowe figuruje nawet nonszalancko jako „conditor Sarmaticorum populorum”.

Stanisław Sarnicki, Annalium Polonicorum Qui in Lucem Propediem Aedentur Brevissima Synopsis, Cracoviae : typis Mathiae Wirzbietae 1582.

Pomysł z Assarmotem i semickim pochodzeniem Sarmatów nie był w smak Marcinowi Bielskiemu, który (choć może być to również wtręt jego syna Joachima) w wydanej pośmiertnie Kronice polskiej (1597) argumentuje za pochodzeniem Polaków od drugiego z synów Noego, Jafeta, i rozprawia się uczenie z propozycją Sarnickiego:

Kronika polska, W Krakowie : W Drukarni Jakuba Sibeneychera, 1597

Wybaczmy od razu szesnastowiecznym historykom tak pokrętne przypisywanie pochodzenia ludów, jest ono bowiem efektem nadmiernej erudycji – wszak już Wergiliusz dodawał Rzymianom trojańskie korzenie, co w średniowieczu podchwycili w swej założycielskiej legendzie Francuzi. Z kolei przypisywanie sobie starotestamentalnych rodowodów było utrwaloną praktyką zaskakująco długo i jeszcze dla Mickiewicza są one żywym symbolem szlacheckiego intelektualnego zapyzienia.

Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie : historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, Paryż 1834.

Mit Assarmota na dobre został podkopany przez krytyczną szkołę historyczną przełomu XVIII i XIX wieku. Łukasz Gołębiowski pisze, że Sarnicki historię tworzy z „wywodów etymologicznych częstokroć śmiesznych i nakręconego autorów starożytnych wykładu”, a kilkadziesiąt lat później Lesław Łukaszewicz podsumowuje: „opowiadania Sarnickiego […] za marzenia uważać należy”.

Assarmot z planszy do Assarmota, Wilno 1861.

Wysiłki historyków chcących pogrzebać Assarmota zostały jednak zniweczone w początku XIX wieku przez prorosyjskie działania Czartoryskich. Dla realizacji tzw. planu puławskiego, czyli inicjatywy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego z 1805 roku, by utworzyć skromne państwo polskie pod carskim berłem, ten potomek Sema był idealną symboliczną figurą. Związany z Czartoryskimi kanonik Jan Paweł Woronicz na fali książęcych planów ułożył wierszydło zatytułowane Assarmot, syn Jektana, praprawnuk Sema, praszczur Noego, narodów sarmackich patriarcha, przyszłym pokoleniom w duchu wieszczym błogosławi, w którym w niesmacznych strofach plótł proto-panslawistyczne wizje braterstwa potomków Assarmota. Plan puławski jednak się nie powiódł, przyszedł czas Napoleona i Księstwa Warszawskiego, niefortunny dla Czartoryskiego i łaskawszy dla oportunisty Woronicza. Po klęsce cesarza szczęście uśmiechnęło się jednak do obydwu. W Królestwie Polskim Czartoryski wrócił do polityki, a Woronicz z rosyjskiej łaski został kolejno: biskupem, arcybiskupem, a w końcu prymasem, który dostąpił zaszczytu podania polskiej korony carowi Mikołajowi. Obu piewców Assarmota dobrze podsumowuje wygłoszona przez Czartoryskiego pośmiertna Pochwała Jana Pawła Woronicza (notabene przedrukowująca Assarmota, syna Jektana…) z 1830 roku. W niej prymas-wierszokleta zostaje nazwany z Macphersonowska „bardem”, a nawet „wieszczem” i „prorokiem”, Romanowowie stają się zaś „wielkomyślnymi i wielkodusznymi ojcami i opiekunami narodu”…

Adam Jerzy Czartoryski, Pochwała Jana Pawła Woronicza, czytana na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk dnia 30 kwietnia 1830 r., Puławy 1830.

Ten intelektualny klimat Kongresówki oznaczał coming-back Assarmota. Nikczemne rymy Woronicza zaczęły pojawiać się na łamach prasy i prawdopodobnie właśnie dzięki nim Hoffmanowa (która dość dobrze znała się z biskupem) poznała legendę praszczura Sarmatów. Wyjaśnia to też nieco zaskakujący z dzisiejszej perspektywy finał gry z carem jako „wskrzesicielem Polaków”.

Dalsze losy gry są zaskakujące, była bowiem wciąż wydawana przez kilkadziesiąt kolejnych lat. Świadczy o tym nie tylko kopia Dominikowskiej i zachowane egzemplarze gry Hoffmanowej, ale także reklamy i wzmianki w prasie, choć w 1862 roku pisano, że jest „mniej upowszechniona” wśród dzieci niż mniej wymagająca, a bardziej hazardowa gra w loteryjkę. Jednocześnie zanika pierwotny kontekst i wymowa Assarmota… Woronicza: odnajdujemy go na przykład w śpiewniczku powstańców styczniowych obok piosenki „polskich bandytów” (sic!), którzy chętnie „palnęliby” do cara porównanego do zwierzyny łownej.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku pojawiły się już głosy, że z punktu widzenia pedagogiki gra Hoffmanowej jest przestarzała i „opiera się na pierwiastku dogmatycznym” (czemu trudno zaprzeczyć). Wkrótce okazało się jednak, że jej mechanika jest na tyle sprawdzona, by merytorycznie zaktualizowana znów mogła wrócić do obiegu. W grudniu 1903 roku w „Małym Światku” pojawia się przedświąteczna reklama Piasta.

„Dziś już wiemy, że Polacy nie pochodzą od bajecznego Assarmotu” napisano dzieciom explicite dopiero w XX wieku, choć historycy sto lat wcześniej starali się skruszyć tego niefortunnego prototurbosłowiańskiego bałwana. Udało się to z trudem i dzięki wsparciu znakomitych szyderców – pod koniec stulecia dziewiętnastego Assarmot pojawiał się już w mało poważnym kontekście, choćby w błyskotliwej humoresce Jana Lama Syn Sławy, w której satyryk, posługując się archaicznymi i anachronicznymi zarazem protoplastami narodów, obśmiewa nie tylko dawne etnogenezy, ale też ówczesnych archeologów i entuzjastów indoeuropeistyki.

Plansza do Piasta, Lwów 1904.

Piast (dostępny w wydaniach z 1904 i 1909 roku) to Assarmot po gruntownym liftingu. W centrum planszy widnieje mapa Rzeczpospolitej u szczytu potęgi. Nie ma słowa o dobrym carze, jest za to o prześladowaniach pod zaborem rosyjskim i pruskim (gra wydana jest w końcu we Lwowie!). Pojawiają się: powstanie listopadowe i styczniowe, trzeci rozbiór, legiony, kongres wiedeński czy Targowica, którą reprezentuje skopiowana Puszcza z Lituanii Grottgera. Pozostałe pola oraz ich opisy zostały zaktualizowane zgodnie z ówczesnym stanem nauk historycznych, a wiele z nich brzmi niepokojąco podobnie do tekstów z całkiem współczesnych podręczników. Tym samym mnemotechniczna zabawa Hoffmanowej pozwalająca utrwalić burzliwe dzieje Polski aż do szczęśliwego objęcia tronu przez cara Aleksandra stała się zupełnie nowym narzędziem, zdecydowanie przydatnym w latach poprzedzających Wielką Wojnę i rok 1918.

Końcowe pola planszy do Piasta.

80 lat jednej gry planszowej i jej przemian, od Assarmota Hoffmanowej serwującej dziatwie sinusoidalną wizję polskich dziejów zakończonych szczęśliwie w ramionach batiuszki Aleksandra, przez nonkonformistyczną kopię Celiny Dominikowskiej, aż po powstającego w zupełnie innych okolicznościach Piasta, pokazują nie tylko zmienne, lepsze, gorsze i bardzo złe oblicza tzw. „edukacji historycznej”, ale dowodzą również dużej skuteczności i trwałości dydaktycznych metod opartych na choćby prostej rozrywce. Zabawa historyczna z 1830 roku, choć łatwo ją z dzisiejszej perspektywy skrytykować pod względem ideologicznym i merytorycznym, była niewątpliwie przełomem w ówczesnej surowej pedagogice i dała początek zupełnie nowemu gatunkowi edukacyjnych rozrywek.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Dyscyplina i biologia. Władza nad populacją w dokumentach życia społecznego 1914–1918 http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Fri, 29 Jun 2018 08:47:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/06/dyscyplina-i-biologia/ Zbiór dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 pozwala poznawać historię dziejącą się pomiędzy dobrze opisanymi obszarami, takimi jak biografie głównych aktorów polskiej niepodległości czy dzieje polskiego czynu zbrojnego i dyplomacji. Główną bohaterką dokumentów jest bowiem codzienność na terenach objętych wojną. Dokumenty to jednak nie tylko bierne świadectwa zdarzeń. Wiele z nich stanowiło narzędzie do zarządzania działalnością, zdrowiem i własnością ludności cywilnej.

Pozornie zbyt przyziemne, czasem komiczne w swojej urzędowej powadze i dbałości o szczegóły, dokumenty życia społecznego z tego okresu zasługują na rzetelną interpretację. Ich historyczną wartość określa bowiem związek zbioru z procesami społecznymi, których trwanie wykracza daleko poza ramy czasowe pierwszej wojny światowej. Mowa tu przede wszystkim o powstawaniu nowoczesnych sposobów rządzenia państwem i organizowania życia populacji.

Opisanie tej części dokumentów wymaga narzędzi, które uwzględnią jednocześnie wojenne doświadczenie jednostek, jak i całych populacji dotkniętych konfliktem. Potrzeba też pojęć, które wyjaśnią, dlaczego dokumenty ukazują rzeczywistość niebezpieczną, ale na swój sposób uporządkowaną. Wymagania te spełnia koncepcja dwóch biegunów nowoczesnej władzy, którą Michel Foucault zarysował w Historii seksualności, a także w swoich wykładach w Collège de France. Pierwszy z biegunów to dostrzegalna w wieku XVII władza dyscyplinarna, kontrolująca konkretne ciała, wzmagająca ich gospodarczą wydajność i wymuszająca posłuszeństwo. Drugi biegun, formujący się w zachodniej Europie od połowy XVIII wieku, to władza nad populacją jako biologiczną całością – biowładza. Jej przedmiotem są rozmnażanie, zdrowie publiczne, migracje czy jakość życia, a dyscyplinują ją szkoła, armia i więzienie. Medycyna, higiena i demografia pozwalają badać i regulować życie populacji. Skuteczna władza panuje nad życiem w jego jednostkowych i zbiorowych przejawach zarówno za pomocą groźby przemocy, jak i za pośrednictwem upowszechnianej wiedzy. Co ważne, oba bieguny władzy spaja nowoczesna, ekonomiczna racjonalność, którą posługują się rządzący, ale też rządzeni. U jej podstaw leży rozpatrywanie procesów życia w kategoriach zysku, podtrzymania i pomnożenia produktywności.

Dokumenty życia społecznego z lat 1914–1918 pozwalają spojrzeć na nowoczesną władzę, a zatem także na polską niepodległość, w momencie dla niej kryzysowym, w czasie wojennego konfliktu. Do Europy wraca wówczas powszechne niebezpieczeństwo śmierci zagrażające przeżyciu pojedynczych ciał, rozwojowi całych populacji oraz stabilności poszczególnych państw.

Warszawa, 28 maja 1917

Były już i rozruchy głodowe i strajk wyższych uczelni. Ostatnio zamknęli gaz, ale końca jak nie widać, tak nie widać. […] I czasem tak mi przeraźliwie żal mojej traconej energii, mojej siły woli, która mogłaby tworzyć, rządzić, podnosić, zabiegać, a musi tylko wytrzymywać.

z pamiętnika Janiny Gajewskiej

W czasie pierwszej wojny światowej pełzająca linia walk stanowiła ruchomą granicę państw eksploatujących zajęte obszary. Od umiejętnego wykorzystania własnych zasobów za linią działań wojennych oraz doprowadzenia wroga do stanu wyczerpania zależała przewaga na froncie. Niemcy i Austriacy kontrolujący nie tylko tereny, które zajęli w wyniku zaborów, ale też ziemie polskie należące przed Wielką Wojną do Imperium Rosyjskiego, stanęli przed problemem skutecznego zarządzania populacją. Po pierwsze, starali się jak najpełniej zaangażować ludność w wysiłek wojenny. Po drugie, próbowali nie doprowadzić do jej zupełnego wycieńczenia i niesubordynacji. Po trzecie, zamierzali skłonić mieszkańców okupowanych terenów, by uwewnętrznili cele administracji.

31301826, Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ogłoszenie. [Inc.:] Młynki ręczne i podobne przybory, służące do mielenia lub skrupiania zboża, muszą być do 10-go lipca 1916 r. oddane wójtom i burmistrzom.

Ziemie polskie stały się zapleczem wielkich armii. Na wsi rekwirowano konie, bydło i zboże, zaś za uchybienia w dostawach groziła grzywna. Tym niemniej, warunki życia na prowincji były lepsze niż w miastach. W Warszawie kartki na żywność pojawiły się jesienią 1915 roku. Dzienna racja dla jednej osoby wynosiła jedynie około 1000 kalorii, a kupujący żywność na czarnym rynku musieli liczyć się z bezwzględną spekulacją cenami.

Warszawa, 28 maja 1917

Nie wiem, czy ten stan rzeczy, jaki teraz trwa, to już się nazywa głód, czy jeszcze nie. Te wiorstowe ogony przy węglu, kartoflach, chlebie, cukrze i komitetowym mięsie, ci ludzie wychudli, zszarzali, bez butów, wystając często od godziny czwartej rano! […] Wydajemy całą moc pieniędzy, a wcale nie jesteśmy najedzeni.

Ceny węgla i drewna na opał gwałtownie wzrosły. Brakowało butów i ciepłej odzieży. Ograniczono dostawy gazu i reglamentowano świece. Rondle i samowary, a nawet żelazne klamki rekwirowano na potrzeby wojennej gospodarki. W wyniku zniszczenia lub ewakuacji zakładów przemysłowych doszło do jednoczesnego wzrostu cen i pojawienia się licznej grupy bezrobotnych. Tymczasem w głąb okupowanego terytorium zmierzała ludność uciekająca z terenów objętych walkami.

38746221 W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!.

W tym domu tyfus plamisty! = In diesem Hause Flecktyphus!

W warunkach przedłużającego się niedoboru administracje niemiecka i austro-węgierska podjęły działania, które miały łagodzić niepokoje poprzez ochronę i kontrolę podległej populacji. Państwowa służba sanitarna rozpoczęła masowe szczepienia przeciwko ospie. Z kolei walka z tyfusem przenoszonym przez wszy czy czerwonką i cholerą obecnymi w zanieczyszczonej wodzie wymagała nie tylko wyeliminowania siedlisk choroby, ale też przekonania ludności do dbania o higienę.

44715248 Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Obwieszczenie w sprawie podróży na terenach wojennych = Kundmachung betreffend Reisen in den Kriegsgebieten : Feldpostamt 201, am 10. Oktober 1915 = Opovìŝenê v spravì podorožij v oblastâh voênnih

Żeby móc podróżować koleją, pasażer miał obowiązek okazać pozwolenie na kupno biletu oraz świadectwo płatnego odwszawienia. Koszty podróży, rzadkie kursy i uciążliwe formalności skutecznie zniechęcały do przemieszczania się po okupowanych terenach.

38746065, Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Straż Obywatelska z dniem dzisiejszym obejmuje pieczę nad porządkiem, spokojem i bezpieczeństwem publicznem w naszej stolicy, 191-

Z czasem mieszkańcy ziem polskich zyskali prawo do tworzenia miejskich i gminnych samorządów. To znamienne, że zarządzanie populacją wymagało udziału jej reprezentantów i zostało uznane za poszerzenie praw politycznych. Według najwyższych przedstawicieli władz okupacyjnych decyzja ta miała nowoczesny, cywilizujący charakter.

25 grudnia 1915
Główna rzecz, aby się nie dać i wśród najgorszych okoliczności zachować swoją wesołą duszę, dopóki można. My też się nie dajemy. Może to egoizm, ale martwi się nic nie pomoże, a społeczeństwo po wojnie będzie potrzebowało jednostek silnych, a nie rozklekotanych.

Sprawne zarządzanie ludnością nosiło wprawdzie znamię okupacyjnej przemocy, ale stanowiło jeden z warunków odzyskania i utrzymania niepodległości. Wśród dokumentów życia społecznego z lat 1914–1918 znajduje się dyplom ukończenia „Kursu jednorocznego odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich”, prowadzonego przez polską Radę Główną Opiekuńczą.

32431606 Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Kursy jednoroczne odbudowy miast, miasteczek i wsi polskich: rok 1916–1917, 1916

Od absolwenta kursu wymagano znajomości materiałów i technik budowlanych oraz podstaw ekonomii i historii polskiej architektury. Dokument ilustruje dwuznaczny charakter każdej nowoczesnej administracji, która oddziałuje nie poprzez przymus, ale poprzez umiejętności, wiedzę i uwewnętrznione wartości.

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Do bezrobotnych! [Inc.:] Olbrzymie rzesze robotników płyną do kraju ze wschodu i zachodu. Wracają zdemobilizowani żołnierze, jeńcy, wygnańcy, wracają z ka- torg pruskich robotnicy, których gwałt lub głód wypędziły do Niemiec […], 1918, 1918

33930194 „Bezdomni : jednodniówka”, 1914

„Bezdomni : jednodniówka”, 1914

Historia początków polskiej niepodległości to jednocześnie historia codziennego wysiłku jednostek i dzieje nowego państwa z wyczerpaną populacją. W wyniku masowych przesiedleń w głąb Imperium Rosyjskiego, działań wojennych, głodu i chorób ziemie polskie zasiedlało około czterech milionów mieszkańców mniej niż przed wojną. Znaczna część doświadczyła niedoboru, przemocy i niepewności. Dlatego niestabilność cechująca II Rzeczpospolitą ma swój początek także w zbiorowym doświadczeniu wojny „na własnym ciele”.

Przejdź do całej kolekcji Dyscyplina i biologia »

]]>
Gąska – gra włoska ucieszna http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Fri, 18 May 2018 10:22:01 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/gaska-gra-ucieszna/ Nieco z historii i zasady rozgrywki: średniopolskie dla zaawansowanych, przełożone dla początkujących.

Ucieszna, czyli taka, która sprawia przyjemność. Choć najstarszy drukowany w języku polskim egzemplarz tej gry planszowej pochodzi z 1721 roku, to wymyślono ją nieco wcześniej, jeszcze w XVI stuleciu. Uznaje się bowiem, że il gioco dell’oca – gra w gęś – powstała na florenckim dworze Medyceuszy. Międzynarodowa kariera gąski miała rozpocząć się, gdy jedną kopię przekazał hiszpańskiemu królowi Filipowi II jego agent artystyczny działający w latach osiemdziesiątych XVI wieku w Italii, Gonzalo de Liaño (znany także jako Gonzalillo). W  traktacie Il gioco degli scacchi (1617) – poświęconym grze w szachy – Pietro Carrera wspomina o grze w gęś jako darze od Franciszka Medyceusza dla hiszpańskiego monarchy.

Nie wiemy, kiedy dokładnie gęś zawędrowała do Rzeczypospolitej. Gdy Gonzazlilo przesyłał ją do Madrytu, polski arcypoeta Jan Kochanowski zachwalał grę bardziej skomplikowaną i o dłuższej tradycji: szachy. To rodzaj wojny, powiadał, którą można prowadzić „czysto i bez guzów”. „K temu wyjeżdżać nie potrzeba w pole, wszytka się sprawa ogląda na stole”. O gąsce wspominał na początku XVII stulecia inny poeta, Hieronim Morsztyn. W poemacie „Światowa rozkosz” panna Krotochwila wymienia kilka gier, które przedstawia jako nowinki zajmujące „białą płeć”. Obok gąski znalazła się tam na przykład gra w zielone.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Karta tytułowa poematu Jana Kochanowskiego „Szachy”, Kraków 1574.

Konstrukcja gry w gąskę jest bardzo prosta: 63 pola układają się w kształt ślimaka wokół planszy, a gracze przesuwają pionki, rzucając dwoma kośćmi. Jak pokazują zasady przetranskrybowane poniżej, na planszy znajduje się szereg pól o specjalnych właściwościach, z których część pomaga graczowi, część zaś utrudnia rozgrywkę.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Plansza do gry w gąskę, Kraków 1721.

Mistyka i pieniądze

Wiadomo, że późniejsze gąski przybierały różne bardziej refleksyjne szaty, a poszczególnym specjalnym polom nadawano dodatkowe znaczenia mistyczne, filozoficzne, religijne czy historyczne, które gracze mogli kontemplować i omawiać podczas zabawy. Jakie przesłanie kryła pierwotna wersja gry, do której gąska wydrukowana w Krakowie jest najbardziej podobna?

Niektórzy przypuszczają, że znaczącą wskazówką jest liczba pól: 63. Wiązałaby ona rozgrywkę z latami klimakterycznymi. Ta astrologiczna miara czasu wskazuje na odstępy pomiędzy kluczowymi zmianami zachodzącymi w życiu człowieka w cyklach liczonych co 7 lub 9 lat. Iloczyn tych liczb wyznaczał według niektórych astrologów wiek, który był szczególnie doniosły i trudny, a jego przetrwanie mogło, jak odnotował na przykład Jan Mączyński, zapewnić później długie i spokojne życie. Gracza w gąskę, który za pierwszym razem wyrzuci na dwóch kościach liczbę oczek równą 9 (ale nie cztery i pięć – zob. zasadę nr 2), czeka niemała niespodzianka.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Jan Mączyński, Lexicon Latino-Polonorum, Królewiec 1564, k. 57. Egzemplarz Biblioteki Książąt Czartoryskich z odręczną adnotacją czytelnika, który ze zdumieniem odnotował na marginesie straszliwy iloczyn liczb 7 i 9.

Gąska jako gra losowa oparta o rzuty kośćmi mogła stać się dla nowożytnych graczy intrygującą metaforą ludzkiego życia, nie tylko dworską rozrywką do zabicia czasu. Ptak patronujący grze pojawia się zresztą okazjonalnie także w innych drukach astrologicznych. Nie gąskę, a gąsiorka znajdziemy na przykład w Fortunie abo szczęściu z 1649 roku, zestawie plansz służących wróżbom:

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Gąsiorek z astrologicznego przewodnika do wróżenia z rzutów koścmi „Fortuna abo szczęście” (Kraków 1649) Stanisława Gąsiorka.

Nie tylko jednak astrologia jest tu ważnym kontekstem – gąska była także grą hazardową. Już Gonzalilo, wzmiankowany agent Filipa II, miał pisać w liście do Franciszka Medyceusza, że „diabelska” gra w gąskę wpędziła go w niemałe długi. Nie wiadomo, ile osób straciło majątki w wyniku tej pozornie niewinnej rozrywki w Rzeczypospolitej, ale gąska z 1721 roku dopuszcza grę na pieniądze (zob. zasady nr 1 i 10), a haracz powinien zostać opłacony za stawanie na polach z mostem i labiryntem (zob. zasady nr 4 i 7). Jędrzej Kitowicz podaje opisy licznych „gier szulerskich” popularnych w czasach niedługo po wydaniu rodzimej gęsi. Wprawdzie tej gry tam nie znajdziemy, zwraca jednak uwagę, że wiele z tych opisanych oparto, podobnie jak gąskę, o kości.

Terminologia

Język, którym spisano zasady gry w środkowym polu planszy, na pierwszy rzut oka nie wydaje się bardzo różny od współczesnego, może tylko nieco archaiczny. Gracze pomykają po planszy znakami, czyli pionkami. Kostki lub kości rozciska się, czyli rzuca, a w efekcie można konkretny wynik urzucić.

Nieco bardziej tajemnicze są określenia na liczbę oczek widocznych na wierzchniej stronie kości. Zyz, znany także jako zez, to sześć oczek; dryja – z niemieckiego trzy (trójka jest przeciętnym wynikiem, ale los bywa złośliwy, co język zapamiętał w przysłowiu: Dryja konia wygrała, a chłopa obieszono). Wyrzucając kwater, otrzymamy cztery oczka, a cyntek – pięć.  To ostatnie słowo częściej pojawiało się jako „cynek” i – podobnie jak niemieckie Zink – z czasem zaczęło także oznaczać wzór, w jaki najczęściej układano pięć oczek na kości.

Nie jest jasne, dlaczego akurat dryja i zyz oraz kwater z cyntkiem wybrano na szczególne premie podczas gry. Być może autor rozstrzygnął to arbitralnie, a może posiłkował się znanymi kompendiami numerologicznymi. Na przykład w przewodniku do wróżenia z rzutów kośćmi Seweryna Bączalskiego różne wyniki mogły oznaczać nadchodzące wydarzenia w życiu rzucającego. I tak jeśli ktoś wybierał się w daleką drogę – za taką roboczo uznajmy przesuwanie się po planszy do gry w gąskę – wyrzucając trójkę i szóstkę miał przed sobą raczej szczęśliwą drogę:

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jedź śmiele, kędyć potrzeba / Dać Bóg w drodze szczęście z nieba / I wierz temu doskonale / Przyjedziesz zaś nazad wcale.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Według Bączalskiego wyrzucenie piątki i czwórki miało zaś być cokolwiek niepokojące:

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

„Jeśli wolisz swe pożytki / Niźli zdrowe członki wszytkie, / Możesz na tę drogę jechać, / Aleć radzę jej zaniechać.” Seweryn Bączalski, Fortuna abo szczęście, Kraków 1646, k. B2.

Transkrypcja zasad z 1721 roku

  1. Wziąwszy dwie kostki, wprzód rozciskać je trzeba. Kto większą urzuci, ten wprzód ma ro<zci>skać, zatym wymówić sobie, po czemu kto grać będzie chciał. A każdy ma mieć znak swój, którym chodzić ma albo pomykać ma po liczbie.
  1. Kto urzuci zyz i dryja za pierwszym razem, idzie aż na liczbę 26, gdzie kostki są. A kto urzuci także za pierwszym razem kwater z cyntkiem, idzie na liczbę 53, gdzie też kostki są.
  1. Kto przyjdzie na gąskę, nie zastanowi się, ale idzie dalej, rachując znowu to, co urzuci, a gdy napadnie na istną gąskę, toż czynić ma.
  1. Pod liczbą 6 jest most. Tam mostowe zapłaciwszy, iść trzeba aż na liczbę dwanaście.
  1. Kto przyjdzie na 19, gdzie jest karczma, tam sobie odpocząć ma tak długo, aż się wszyscy obejdą po razu ciskaniem kostek.
  1. Kto przyjdzie na l<i>czbę 31, pod którą jest studnia, i tam tak długo być, póki go kto inszy nie wyciągnie, na to miejsce przyszedszy.
  1. Kto wnidz<i>e na liczbę 42, gdzie jest labirent, wspak się wrócić ma aż na 30 i zapłacić za przechadzkę.
  1. Kto zajdzie na 52, wchodzi w więzienie, od którego zapłaciwszy, ma tam tak długo być, aż go kto na to miejsce przyszedłszy, wybawi.
  1. Kto wnidzie na 58, kędy jest śmierć, powinien się nazad wrócić na to miejsce, skąd poczynają, a gdy nań przyjdzie kolej, znowu ciskać i ruszyć się ma.
  1. Kto kogo z miejsca zruci, wraca się na to miejsce, na którym ten, który go zrucił, stał. I zapłacić powinien, jeśli to sobie gracze wymówią.
  1. Kto przyjdzie na liczbę 63, ma się wrócić nazad, licząc to, co przedtym ucisnął, po<w>inien powtórzyć liczbę.
  1. Kto właśnie najpierwej przyjdzie na 63, bierze pieniądze. Tak się kończy gra: potym ten, który pierwej zaczynał, ciskać znowu poczyna.

 

Współczesna parafraza reguł gry

  1. Każdy z graczy rzuca dwoma kośćmi. Kto wyrzuci większą liczbę oczek, zaczyna grę. Trzeba także ustalić, co będzie stawką w grze. Każdy z graczy wybiera sobie pionek, za pomocą którego będzie przemieszczać się po planszy.
  2. Kto za pierwszym razem wyrzuci szóstkę i trójkę, przesuwa pionek na pole z numerem 26, na którym znajdują się kostki. Kto także za pierwszym razem wyrzuci czwórkę i piątkę, przesuwa pionek na pole z numerem 53, gdzie również znajdują się kostki.
  1. Kto stanie na polu z gąską, bez wahania powinien przesunąć pionek o tyle pól, ile wyrzucił oczek. Jeśli znowu stanie na polu z gąską – robi to ponownie.
  1. Na polu z numerem 6 znajduje się most. Gdy gracz na nim stanie, musi zapłacić za przejście i przesuwa pionek na pole 12.
  1. Gdy gracz stanie na polu 19, gdzie znajduje się karczma, ma w niej odpocząć całą kolejkę, aż wszyscy pozostali gracze rzucą kośćmi.
  1. Gdy gracz stanie na polu 31, na którym znajduje się studnia, ma pozostać na nim tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie wyciągnie go ze studni.
  1. Gdy gracz trafi na pole 42, gdzie znajduje się labirynt, musi cofnąć się na pole 30 i zapłacić za tę przechadzkę.
  1. Gdy gracz stanie na polu 52, trafia do więzienia, w którym musi zapłacić karę i pozostać tak długo, dopóki inny z graczy nie trafi na to pole i nie uratuje go stamtąd.
  1. Gdy gracz stanie na polu 58, gdzie znajduje się śmierć, powinien cofnąć się na pierwsze pole, od którego zaczyna się gra, a w następnej kolejce znowu rzucać kośćmi i ruszać się według liczby wyrzuconych oczek.
  1. Jeśli jeden gracz strąci drugiego z jego miejsca, to strącony musi wrócić na to miejsce, z którego przyszedł ten, który go zrzucił. Musi także zapłacić tyle, na ile umówią się gracze.
  1. Żeby gracz stanął na polu 63, musi wyrzucić dokładnie tyle oczek, ile pól dzieli go od ostatniego pola. Jeśli wyrzuci więcej, musi cofnąć się o tyle pól, ile wynosi naddatek.
  1. Kto pierwszy stanie na polu 63, wygrywa umówioną stawkę pieniędzy. Tak kończy się gra, a w następnych rozgrywkach ten, kto zaczynał pierwszy, znowu rzuca kośćmi.

 

Właściwie dlaczego gęś?

Nie jest jasne, dlaczego właśnie ten ptak posłużył za główną figurę dla całej gry. Być może to pionki przesuwane po planszy przypominają maszerujące w rządku gąski, idącego gęsiego? Oskar Kolberg opisywał ludową zabawę również określaną jako „gąska”, której istotą było ustawienie się graczy w równy szereg.

Rozmaite gry często wyobrażano sobie jako naśladowanie rzeczywistości. W przekładanym z francuskiego osiemnastowiecznym podręczniku do gier karcianych kwestię tę tłumaczono w ten sposób:

André Contant d'Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

André Contant d’Orville, Początek kart służący za dalszy Śladów historycznych o zabobonach starożytnych narodów, wraz ze sposobem układania i wykładania kart, Warszawa 1794, s. 3.

Jaki obraz życia można było wystawić za pomocą gry w gęś?

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Prezent od Juliusza Słowackiego http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Fri, 11 May 2018 07:40:04 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/05/prezent-od-juliusza-slowackiego/ Odkryty przed kilku laty we francuskim antykwariacie okazał się sensacją. Teraz po licznych zabiegach wreszcie stał się naszą własnością. To niezwykłej urody pamiętnik, w którym znajduje się m.in. rękopis jednego z dwóch wierszy Juliusza Słowackiego pisanych po francusku.

Pozyskanie paryskiego sztambucha wzbogaca spuściznę po Juliuszu Słowackim o dokument oryginalny, bogaty w inne autografy, stanowiący szczególny okaz kultury literackiej okresu romantyzmu, dowód współobecności polskiego poety w paryskim życiu kulturalnym – mówi dr Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej.

Sztambuch, czyli pamiętnik, zakupił Juliusz Słowacki podczas pobytu w Paryżu i podarował go córce drukarza, u którego miał wkrótce wydać swoje debiutanckie tomy poezji. Łącznie z wierszem Słowackiego znajdują się w nim wpisy wybitnych postaci epoki romantycznej, dziś już niestety po części zapomnianych, ale swego czasu wysoko cenionych i odgrywających istotną rolę w paryskim życiu literackim lat 1820–1840.

W 1832 roku podczas pierwszego pobytu w Paryżu nasz wieszcz po otrzymaniu przesyłki pieniężnej od matki udał się do cieszącego się dobrą renomą, cenionego przez polską emigrację wydawnictwa Pinarda, by wydać tam dwa tomy poezji. Właściciel wydawnictwa Joseph-Baptiste II Pinard nie żył już od roku, a wydawnictwem zarządzała najstarsza z trzech córek Anais wraz z narzeczonym. Słowacki pisze o tym w listach do matki w marcu 1832 roku.

Nazajutrz rano poszedłem do drukarza Pinard o druk się układać i tam zastałem bardzo ładną pannę Pinard, której narzeczony zawiaduje drukarnią. […] ułożyłem się o druk i dwa tomy będą mnie kosztowały nie tak wiele, jakem się spodziewał. Potem zostałem z panną Pinard i z tą długo gadaliśmy – biedny narzeczony musi panienki słuchać – musiał ze łzami w oczach na obiad mnie zaprosić. [Sk 98]

Prowadzący drukarnię nie musiał czuć się zazdrosny o swą narzeczoną, bo Juliusz zwrócił uwagę na jej młodszą siostrę Korę. O czym oczywiście nie omieszkał powiadomić matki.

Dziewczyna młoda, ma lat 15-cie i coś hiszpańskiego w twarzy. (…) Po obiedzie zostałem sam z pannami i panna Kora śpiewała mi śliczne romanse.

Znajomość z pannami Pinard, a zwłaszcza Korą, stawała się coraz ściślejsza: wspólne obiady, spacery przy księżycu. Słowacki postanawia też udzielać Korze lekcji polskiego. A 12 sierpnia w liście do matki po raz pierwszy wspomina właśnie o pamiątkowym sztambuchu.

Muszę się przyznać mamie, że darowałem jej prześliczny sztambuch – dziwiłem się, że jej siostry nic w nim nie napisały, i dowiedziałem się, że w Paryżu nie znają sztambuchów, tak jak u nas dla przyjaciół poświęconych – starają się tylko o napisy ludzi sławnych, imię w świecie mających. Nawet rysunki powinny być szkicami przez sławnych malarzów robionymi… (…) Ponieważ u tych panien mam opinię niepospolitego poety, którą winienem kilku bywającym w ich domu Polakom stąd silnie napierały się abym co napisał po polsku w sztambuchu. W kilka dni odniosłem im sztambuch, ale z wierszami francuskimi.

Jedna z pierwszych wzmianek o tym cennym odkryciu pojawiła się w artykule “Odnaleziony autograf francuskiego wiersza Juliusza Słowackiego“, napisanym przez prof. Zbigniewa Przychodniaka wraz z Marią Kalinowską, Emmanuelem Fradois i Jackiem Brzozowskim („Pamiętnik Literacki” 2014). Artykuł powstał w czasie, kiedy pamiętnik nie był jeszcze własnością Biblioteki Narodowej.

Wolumen o wymiarach 206 na 275 mm ma 52 nienumerowane karty. Kunsztowna oprawa wykonana jest z ciemnofioletowego safianu, w którym tłoczone są złocenia przypominające w miniaturze perski dywan z rozetami i motywami roślinnymi. Na 25 kartach znajdują się autografy przedstawicieli paryskiej bohemy, z którymi wiersz Juliusza Słowackiego wydaje się wchodzić w naturalny dialog.

Już pierwszy wpis do sztambucha robi wrażenie. Jest to romanca La Sylphide autorstwa Emile’a Barateau.

Wpis Emile Barateau

Wpis Emile Barateau

Autor po studiach w Paryżu i krótkiej karierze urzędniczej wsławił się tworzeniem niewielkich utworów lirycznych do kompozycji muzycznych, pieśni i piosenek. Inspiracją do La Sylphide była premiera baletu romantycznego z udziałem słynnej tancerki epoki romantyzmu Marii Taglioni. Emile Barateau poślubił Catherine Anais Pinard, starszą siostrę Kory i wraz z małżonką po śmierci teścia zarządzał drukarnią.

W paryskim sztambuchu autograf swego wiersza zamieściła też Melanie Waldor, powieściopisarka, poetka i dramatopisarka, prowadząca w Paryżu salon literacki.

Wpis Melanie Waldor

Wpis Melanie Waldor

Była muzą Aleksandra Dumasa (ojca) i kochanką Camilla Cavoura, premiera niepodległych Włoch. Kolejny wpis to sonet, którego autorem jest Justin Maurice, poeta, który dwa wiersze o mocnej wymowie antycarskiej poświęcił Polsce. Są to Emilie Plater. Elegie oraz Amnistie aux Polonais.

Wicehrabia de Santaren portugalski dyplomata, który schronił się we Francji i oddał literaturze, opisuje swe romantyczne podróże, oczarowany ruinami świątyń ku czci Jowisza.

Zanim dotrzemy do 20 i 21 karty sztambucha, gdzie ręką Juliusza Słowackiego zapisany jest niezwykle starannie wiersz Le Cimetiére Pere-Lachaise, zauważymy barwną anonimową wklejkę. To akwarela na jedwabnym papierze prezentująca krzew róży i motyle.

Akwarela ze sztambucha

Akwarela ze sztambucha

Materiałów ikonograficznych jest oczywiście więcej. Na 26 karcie narysowane węglem są trzy portrety mężczyzn. Ich autorem, jak wynika z podpisu, jest hrabia Turpin de Crisse wspierany przez cesarzową Józefinę Bonaparte malarz specjalizujący się w scenach historycznych i pejzażach z architekturą w tle, także pisarz.

W sztambuchu Kory Pinard są wpisy polityków, urzędników państwowych, podróżników i artystów. Dramaturg, pisarz i członek Akademii Francuskiej Jacques Ancelot chciał się pochwalić Korze swoją nową, właśnie ukończoną komedią Anna i zamieścił tu jej początek.

Do klimatu wiersza Słowackiego dobrze nawiązuje rysunek brązowym atramentem prezentujący widok paryskiego cmentarza. Autorem jest przyjaciel Eugène’a Delacroix, malarz, twórca obrazów historycznych i nastrojowych pejzaży – Jacques Auguste Ragnier. W nastroju gorączki romantycznej zaprezentował morską burzę znany wówczas marynista Taurel.

Morska burza Taurela

Morska burza Taurela

Kolejną ozdobą pamiętnika jest zapisany w dwóch pięcioliniach temat muzyczny Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona, skrzypka i kompozytora, dyrektora Opery Włoskiej i Paryskiej, wielkiego przeciwnika Berlioza.

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Henri-Montana Bertona

Canon Enigmatique Breton dedykował swemu przyjacielowi, Liugiemu Cherubiniemu. Motyw muzyczny na jeden klucz wiolinowy pojawia się też na zakończenie tego cennego sztambucha.

Motyw muzyczny

Motyw muzyczny

Juliusz Słowacki, poproszony o wpis do podarowanego sztambucha, postanawia zadedykować swej świeżo poznanej przyjaciółce Korze opowieść o Paryżu widzianym oczami emigranta.

Wpis Juliusza Słowackiego

Wpis Juliusza Słowackiego

Rzecz liczy 48 wersów i jest na tyle osobista, że nie pojawia się potem w żadnym innym tomie. Dlatego właśnie w Polsce do chwili odnalezienia paryskiego sztambucha francuski utwór Słowackiego był znany jedynie z odpisu drugiej części. Całość wiersza, kreślona ręką Słowackiego w jego korespondencji do matki, bezpowrotnie zaginęła.

Sztambuch Kory Pinard, zdigitalizowany w ramach projektu Patrimonium, jest do obejrzenia w Polonie.

]]>
Carmen patrium Bogurodzica http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Tue, 27 Feb 2018 09:49:57 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/02/carmen-patrium-bogurodzica/ Bogurodzica otwiera historię polskiej literatury i w dalszym ciągu zajmuje w niej wyjątkowe miejsce. Jest bowiem jednym z nielicznych utworów w języku polskim, który fascynuje odbiorców nieustannie od wczesnego średniowiecza aż do dziś (Jak czytać Bogurodzicę?). Przypuszcza się, że została skomponowana, jako pieśń rycerska lub hymn dynastyczny Jagiellonów (Kto ułożył Bogurodzicę? Krótka historia sporu). Jan Długosz opisując bitwę pod Grunwaldem z 1410 r., odnotował, że po przysłaniu przez Krzyżaków dwóch nagich mieczy, tuż przed starciem, całe rycerstwo odśpiewało patrium carmen, czyli „pieśń ojczystą”, Bogurodzicę:

Signis canere incipientibus regius universus exercitus patrium carmen Bogurodzicza sonora voce vociferatus est, deinde hastis vibratis in proelium prorupit.

(„Kiedy zaczęła rozbrzmiewać pobudka, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń Bogurodzica, a potem potrząsając kopiami rzuciło się do walki”, przeł. J. Mrukówna)

Kronikarz w swoich Rocznikach wzmiankował również, że pieśń ta wybrzmiała przed bitwą pod Nakłem (1431 r.) oraz wojną ze Świdrygiełłą (1435 r.). Towarzyszyła także uroczystościom koronacyjnym m.in. Władysława Warneńczyka. Ponieważ pieśń śpiewano w okolicznościach batalii oraz przy okazji koronacji polskich królów, stała się ona odpowiednikiem dzisiejszego hymnu narodowego. Gatunkowo odpowiada także typologii hymnu, będąc pieśnią pochwalną na cześć Maryi, Matki Jezusa.

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej, Sygn. BJ Rkp. 1619a II

Bogurodzica to nie tylko tekst, ale także melodia. Najstarszy przekaz zachowany wraz z nutami to tzw. redakcja kcyńska przechowywana w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.  Zachował się na wyklejce datowanego na ok. 1407 r. rękopisu zawierającego zbiór kazań Macieja z Grochowa, wikariusza w Kcyni.

W przekazie z Biblioteki Jagiellońskiej tę doniosłą pieśń spisano pismem kursywnym w tzw. notacji chorałowej, w typie gotyckim, w którym nie notowano wartości rytmicznych, a jedynie wysokość dźwięku.


Monodia Polska i Adam Strug – Bogurodzica

Bogurodzica w redakcji kcyńskiej

Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

U twego syna gospodzina matko zwolena, Maryja!

Zyszczy nam, spu<ś>ci nam.

Kyrieleison.

Twego dziela Krzciciela, bożycze,

Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.

Słysz modlitwę, jąż nosimy,

A dać raczy, jegoż prosimy:

A na świecie zbożny pobyt,

Po żywocie ra<j>ski przebyt.

Kyrieleison.

Te dwie najstarsze strofy Bogurodzicy można uznać za wzór średniowiecznej modlitwy. Odzwierciedlają one duchowość ówczesnej epoki. W strofie pierwszej podmiot zbiorowy zwraca się do Matki Boskiej, jako wybranej z wielu przez Boga i zjednoczonej z nim w pełnieniu jego woli, aby pozyskała przychylność swego Syna. W strofie drugiej zwraca się zaś do Syna Bożego, Chrystusa, aby za przyczyną Jana Chrzciciela wysłuchał błagań ludzi o dar bogobojnego życia i zbawienia po śmierci.

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska
Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska

Adam Strug wraz z członkami zespołu Monodia Polska.

***

Bogurodzicą rozpoczęto koncert Carmen patrium, który towarzyszył inauguracji projektu Patrimonium. Nagranie Adama Struga wraz z zespołem Monodia Polska jest przykładem ponownego wykorzystania cyfrowych zasobów (re-use). Muzycy odśpiewali tą średniowieczną pieśń, tak jak śpiewano ją przed wiekami, zgodnie z zapisem melodii z najstarszego przekazu w tzw. redakcji kcyńskiej.

***

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020.

***

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Z wizytą w Sanatorium http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Thu, 12 Oct 2017 06:57:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/z-wizyta-w-sanatorium/ Proza Brunona Schulza, jednego z najbardziej niezwykłych twórców literatury polskiej XX wieku, mocno wyróżnia się na tle realistyczno-psychologicznej twórczości lat dwudziestych i trzydziestych minionego stulecia. Jednym z tych wyróżników jest wielorakość rodzajowości gatunkowej.

W opowiadaniach słynnego drohobyczanina, żyjącego w latach 1892-1942, łatwo dostrzec fantastyczne konstrukcje, gdzie formy prozatorskie przeplatają się z poezją. Pojawiają się tu wariacje na temat domu rodzinnego, sklepów, rodziny i mieszkańców miasteczka, pracy i świąt. Spływający do naszej wyobraźni świat Schulza ma swój zapach, barwę, dźwięk. Często przypomina rządzący się własną logiką sen. Mitologizując rzeczywistość, pisarz odnosi się do  antyku, wątków biblijnych oraz szeregu archetypów, zakorzenionych od wieków w kulturze. Schulz wychodził bowiem z założenia, że świat jest stale „umistyczniany”, a źródłem idei, języka, pojęć są właśnie mity. Wszelkie idee również wywodzą się z mitologii, choć z biegiem lat przechodzą negatywną ewolucję. Zostają przeobrażone i okaleczone.

W przeciwieństwie do pierwszego zbioru opowiadań, czyli Sklepów cynamonowych, gdzie centralną postacią jest Ojciec, w tomie Sanatorium pod Klepsydrą na plan pierwszy wysuwa się jego syn Józef – bohater dramatu dojrzewania. Programowym opowiadaniem w tym tomie jest umieszczona na początku Księga. Potem pojawiają się utwory poświęcone inicjacji. Genialna epoka dotyczy inicjacji twórczej, a Wiosna –  erotyczno-społecznej.  Wzniosłe wiosenne porywy i marzenia oraz głębokie westchnienia okrasza nieśmiało szczypta autoironii i nuta sceptycyzmu. W następnych opowiadaniach bohater, jako dojrzalszy, nabywa doświadczeń i systematycznie pozbywa się złudzeń. W tytułowym  Sanatorium… Józef wędruje po królestwie zmarłych. Obowiązuje tam czas nierzeczywisty, co pozwala bohaterowi spotkać się z Ojcem oraz dokładniej przeanalizować własny los. W Emerycie i Samotności Józef jest już starcem, który próbuje ostatniej przygody ze światem. Wraca pamięcią do miejsc i ludzi, po których zostały wspomnienia. Potem jest Ostatnia ucieczka ojca – przejmujący obraz dekadencji i zagłady. W czasie tego ostatecznego pożegnania z Ojcem padają znamienne dla Schulza słowa: „Fatalność nie pomija naszej świadomości i woli, ale włącza je w swój mechanizm, tak, że dopuszczamy i przyjmujemy jak w letargicznym śnie rzeczy, przed którymi wzdragamy się w normalnych warunkach”.

W Sanatorium pod Klepsydrą Schulz podkreśla wyraźnie, że jesteśmy tacy, jakimi staliśmy się w dzieciństwie. I to właśnie stanowi klucz do lepszego poznania siebie. Próbując zgłębić istotę człowieczeństwa, powinniśmy oczywiście czynić starania, by dotrzeć do treści ukrytych. Ale jednocześnie powinniśmy zdawać sobie sprawę, że niektóre do końca pozostaną nieodgadnięte. Warto jednak próbować, a pomocą może okazać się tu sztuka. W  Sanatorium pod Klepsydrą, wydarzają się rzeczy niezwykłe. Manipuluje się czasem, łączy realne i fantastyczne wymiary istnienia, pojawia się postać psa-człowieka, a w innym przypadku człowiek przybiera postać karakona.

Tom opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą ukazał się w końcu października 1937 roku nakładem wydawnictwa Rój – tak jak okrzyknięte wydarzeniem Sklepy cynamonowe. Do tamtego literackiego debiutu doszło dzięki entuzjastycznej ocenie Zofii Nałkowskiej i finansowym wsparciu brata pisarza  Izydora, jednej z głównych figur polskiego przemysłu naftowego.

„Wielka mi szkoda zmarnować taki sukces, jaki odniosłem >>Sklepami…<<,  a zmarnuję go jeśli jeszcze w tym roku nie wydam rzeczy przynajmniej na tym poziomie stojącej” – pisze w jednym z listów Schulz. Niektórzy sądzą, że odpowiedzią na Sklepy… miała być powieść Mesjasz, nad którą Schulz intensywnie pracuje w 1935 roku. Chroniczny brak czasu nie pozwala mu jednak wypełnić tego postanowienia, więc, aby nie „wypaść z rynku” i nie żyć jako pisarz na jałowych obrotach, decyduje się powrócić do rzeczy rozpoczętej już w latach dwudziestych i mocno zaawansowanej, czyli właśnie do Sanatorium pod Klepsydrą.

Warto dodać, że niektóre opowiadania były już wcześniej publikowane w czasopismach. Obok tekstów dawnych w skład tomu weszły napisana w 1936 roku Wiosna oraz Księga i Genialna epoka – dwa opowiadania, które pierwotnie miały wejść do wspomnianego i ciągle dotąd nie odnalezionego Mesjasza.

Maszynopis Sanatorium pod Klepsydrą trafił do wydawcy w styczniu 1937 roku. Prezentowany w Bibliotece Narodowej egzemplarz tomu tych opowiadań to jeden z nielicznych, które pozostały z wydrukowanego w październiku 1937 roku tysięcznego nakładu. Ani rękopis, ani maszynopis tego utworu nie dotrwał do naszych czasów i – podobnie jak większości dzieł Schulza – spłonęły bądź zaginęły w czasie wojny.

Książka ma wiele walorów i ciekawostek. Zawiera 33 rysunki autora. Jej wartość podwyższa odręczna dedykacja Schulza dla przyjaciela. Ciekawostką jest fakt, że na stronie tytułowej wydrukowana jest też dedykacja „Józefinie Szelińskiej” – wieloletniej przyjaciółce pisarza, a potem przez kilka lat także narzeczonej, niedoszłej kandydatce na żonę.

W swoich reakcjach Schulz wyraźnie nie doceniał Sanatorium. Na szczęście zrobili to inni. Książka z początku nieco przemilczana, z czasem otrzymała pochlebne recenzje. Stała się też inspiracją do znakomitego dostrzeżonego w Polsce i na świecie filmu Wojciecha Hasa. Ostatnio jej ekranizacji podjęli się też słynni Bracia Quai, mistrzowie kina animowanego.

Sanatorium pod Klepsydrą »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Licencja Creative Commons
Urna by Jan Bończa-Szabłowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Urna http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wed, 11 Oct 2017 11:58:27 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/urna/ Wizytę w Pałacu Krasińskich, zwanym także Pałacem Rzeczypospolitej, rozpocznijmy od Sali Rycerskiej: z jej figurami rzymskich legionistów, szachownicą podłogi, chłodem charakterystycznym dla wnętrz obszernych i pustych. Następnie, mijając zejście do zachowanych piwnic, szerokimi, marmurowymi schodami wchodzimy na wysokie, pałacowe pierwsze piętro – do Sali Kariatyd. Rzeźby muskularnych kobiet i mężczyzn podtrzymują sufit, uśmiechając się jakby nigdy nic. Wzrok szybko ucieka ku oknu, bo nagle w tę ściszoną, nieco muzealną przestrzeń wdziera się jasne światło i otwiera widok na Ogród Krasińskich z perspektywą domkniętą dawną główną bramą pałacową. Jeśli uda się zwalczyć pokusę pójścia na spacer i odwrócić plecami do zieleni drzew i błękitu nieba, to po przeciwnej stronie można dostrzec rysujące się w półmroku drewniane półki regałów bibliotecznych.

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

Wnętrze Biblioteki Wilanowskiej odtworzone w Pałacu Rzeczypospolitej

To Biblioteka Wilanowska, podarowana państwu polskiemu przez Adama Branickiego w 1932 roku. Z bliska widać również wieńczące regały, regularnie rozstawione popiersia myślicieli i filozofów. Na pierwszym planie zaś niskie szafy na zbiory ikonograficzne i kartograficzne, na blacie XIX-wieczny Schemat filozofii absolutnej tzw. Globus Hoene-Wrońskiego.

Globus Hoene-Wrońskiego

Globus Hoene-Wrońskiego

Spojrzenie wędruje po sali wypełnionej książkami, stanowiącymi jeden z nie tak licznych przykładów zachowanej biblioteki arystokratycznej. Znaleźć można w Bibliotece Wilanowskiej pozycje z wielu dziedzin, w kilku językach. Dokumentuje ona zarówno szerokie zainteresowania właścicieli, jak i mody środowiskowe, budowanie prestiżu poprzez fakt posiadania kolekcji pięknie oprawnych książek.

W lewym rogu pomieszczenia – kuriozum kontrastujące ze złoconymi oprawami Biblioteki Wilanowskiej: zbiór ksiąg z biblioteki klasztornej. Ich budzące zaufanie rozmiary, mocne, szerokie grzbiety, to jeszcze nic. Zaskoczenie przychodzi po konstatacji, iż księgi połączone są ze sobą łańcuchami, solidnymi, grubymi okami, przewleczonymi tak przemyślnie, by księgę dało się podnieść, zdjąć z półki, położyć na blacie, ale by nie dało się jej wynieść. Można to zrozumieć, pamiętając że niegdyś ceną książki (księgi) mogło być nawet kilka wsi.

Księgi biblioteki klasztornej

Właśnie w tym momencie, nasyciwszy się pałacowymi wnętrzami, sielskim widokiem parkowych alejek i kwietnych gazonów, metrami zabytkowych bibliotecznych regałów, złotem opraw i dostojnością popiersi oraz powagą klasztornych ksiąg, zauważamy niepozorny, dziwny kształt, którego nie potrafimy z niczym skojarzyć. Przezroczysta bryła, w której jest COŚ.  Brak podpowiedzi, ów obiekt stoi skromnie, bez podpisu. A jednak czujemy, że nie stałby w tej właśnie sali, być może najpiękniejszej w Pałacu Krasińskich, chroniony przed światłem, przed kurzem, przed ruchem, przy dbałości o odpowiednią temperaturę i wilgotność w pomieszczeniu, nieeksponowany czytelnikom, prezentowany jedynie przy odświętnych okazjach – gdyby nie był cenny. URNA jest najważniejsza.

Historię tę opowiada się zawsze młodym pracownikom, zawsze gościom Biblioteki Narodowej. Zawsze też wywołuje ona szok, wyzwala pokłady empatii, w nieco turystyczne wcześniejsze oprowadzanie niespodziewanie wnosi nastrój powagi, skupienia, przejęcia.

Choć tradycje Biblioteki Narodowej sięgają XVIII wieku i wiążą się z działalnością braci Załuskich, to dopiero w 1928 roku rozporządzeniem prezydenta Ignacego Mościckiego, przy akceptacji prezesa Rady Ministrów i Ministra Spraw Wojskowych Józefa Piłsudskiego, ustanowiona została Biblioteka Narodowa jako instytucja państwowa. Trwały prace nad projektem siedziby Biblioteki, gromadzone zbiory lokowano tymczasowo w wynajmowanych pomieszczeniach warszawskich bibliotek i archiwów. W 1939 roku wybuchła wojna. Wiele bezcennych zbiorów zostało zniszczonych, wiele zagrabionych. Od 1941 roku gmach przy ul. Okólnik 9 pełnił funkcję składnicy.

Tu właśnie Niemcy zwozili zbiory Biblioteki Narodowej, Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Pracowali przy ich porządkowaniu polscy bibliotekarze, w archiwum Biblioteki Narodowej zachowały się ich sprawozdania, oczywiście w rękopisie. Budynek przetrwał powstanie warszawskie. W październiku 1944 roku został jednak, wbrew umowie kapitulacyjnej, celowo podpalony przez Brandkommando. Gdy było już po wszystkim, w listopadzie 1944 – specjalna komisja polsko-niemiecka udała się na Okólnik. Budynek stał. Drzwi zamknięte. Można spróbować sobie wyobrazić wkładanie kluczy do zamka. Regały – są. A na regałach tomy! Radość, ulga, nadzieja… Wtedy, sekundy później, do pomieszczenia od otwartych drzwi wpada powiew wiatru. Na oczach nieszczęsnych ludzi wszystkie tomy osypują się z regałów, w powietrzu wirują strzępki spopielonych kartek, na półkach pozostaje siwy pył…

Ciśnienie i wysoka temperatura wytworzone podczas pożaru budynku oraz jego specyficzna konstrukcja zahibernowały na półkach kształty wypalonych do cna woluminów. Cofam się przed wyobrażeniem sobie uczuć tych, którzy przeżyli straszne rzeczy, którzy tracili ukochanych ludzi i ulubione rzeczy i którzy pomimo to przebiegli ruiny miasta, by ratować to, co należy do wszystkich. I teraz stali wśród popiołów. W 1944 roku spłonęło około 80 000 starych druków, 50 000 rękopisów, 2500 inkunabułów, 1 000 000 rysunków i grafik, 50 000 nut i teatraliów, 12 000 map i atlasów oraz część katalogów i inwentarzy. W tym zapewne momencie polscy bibliotekarze zapragnęli dać świadectwo. To oni właśnie wypełnili Urnę.

II wojnę światową w Bibliotece Narodowej przetrwało około 2000 rękopisów. Wiele jest barwnych, zaskakujących historii o poszukiwaniu zaginionych zbiorów zaraz po wojnie, o papierach w śniegu przy Okólniku, walających się przy rozbitych skrzyniach w Adelinie, o Görbistch, o zwrotach z Moskwy w latach 50., o tomach odkrywanych w bibliotekach niemieckich czy w rękach prywatnych, o najcenniejszych rękopisach, które przetrwały w Kanadzie (zwrócone w 1959 roku) i o tych, które, o ironio, przetrwały dzięki nieterminowym zwrotom – wypożyczone przed wojną osobom lub instytucjom. W 2017 roku w Zakładzie Rękopisów znajduje się około 36 000 rękopisów. Oczywiście zupełnie innych rękopisów, tamte przepadły bezpowrotnie.

Opowieść o Urnie można by w tym miejscu zakończyć, ale dla nas to nie jest koniec, a początek. Bolesna strata, której Biblioteka Narodowa doświadczyła w latach wojny – Urna jest symbolem tej straty. Dała naszym poprzednikom i daje nam teraz niezwykle silną motywację do podejmowania wzmożonych wysiłków, by zachować, by gromadzić, by dbać, by opisać, by udostępniać, by informować… Urna to oczywiste memento, ale także zobowiązanie, wyzwanie. Nie tylko dla bibliotekarzy, ale również dla darczyńców Biblioteki Narodowej, dla czytelników. Konkret, obok którego nie można przejść obojętnie.

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

Urna z popiołami zbiorów bibliotecznych spalonych przez hitlerowców w roku 1944

 

Jądrem Urny jest książka. Właściwie strzęp książki. Jednej ze spalonych na Okólniku. Nie wiemy, kto jest autorem, czego dotyczyła. Można dostrzec wśród popiołu linię kart. Rozpad nie skończył się jeszcze. Podobno dziesięć lat temu widać było fragment grzbietu. Kształt książki coraz bardziej rozmywa się w garści popiołu. Proces trwa. Tyle zostało do zrobienia.

Urna z popiołami rękopisów i starodruków spalonych przez wojsko niemieckie w październiku 1944 r. »

CZYTAJ TAKŻE:

“Klepsydra” Łukasz Wojtysko »

“Urna w bibliotece, czyli jak się palą książki” Mikołaj Gliński »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

Licencja Creative Commons
Urna by Anna Romaniuk is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Pokutujący król oraz Żywi, którzy przestraszyli się Zmarłych http://blog.polona.pl/2017/10/pokutujacy-krol-oraz-zywi-ktorzy-przestraszyli-sie-zmarlych/ Wed, 11 Oct 2017 11:07:38 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/10/pokutujacy-krol-oraz-zywi-ktorzy-przestraszyli-sie-zmarlych/ Wszystko zaczęło się od grzechu króla Dawida – władca ten ujrzał pewnego razu ze swojego pałacu, jak na tarasie sąsiedniego domu kąpie się piękna kobieta. Była to Betsabe (Batszeba), żona żołnierza Uriasza. Dawid, ujrzawszy ją, zapłonął żądzą i nie zważając na to, że była mężatką, kazał ją sprowadzić do swego pałacu. Zaspokoił swoje pragnienia, ale niestety przy tej okazji Betsabe zaszła w ciążę, a że było to pod nieobecność Uriasza, to groziła jej kara śmierci za cudzołóstwo. Ostatecznie sprawa została rozwiązana kosztem życia zdradzonego męża – Dawid wydał rozkaz, aby Uriasz w czasie bitwy został wysłany na śmierć, a gdy tak się stało, poślubił brzemienną Betsabe. Ten postępek bardzo nie spodobał się Bogu, który wysłał do króla Dawida proroka Natana z napomnieniem. Dawid zdał sobie sprawę, że bardzo zgrzeszył i zaczął pokutować – to właśnie przy tej okazji miały powstać Psalmy Pokutne, jako że biblijny Dawid był nie tylko władcą, ale także artystą: poetą i muzykiem.

Wybrane z Biblii Siedem Psalmów Pokutnych było obowiązkowym elementem późnośredniowiecznych modlitewników zwanych Godzinkami – takim właśnie kodeksem jest rękopis 3308 I. Został on ozdobiony czterema miniaturami, licznymi inicjałami ornamentalnymi i floraturą na niektórych marginesach, a powstał być może w Paryżu, iluminowany przez dwóch miniaturzystów około połowy XV wieku. Związana z Psalmami miniatura przedstawia wspomnianego króla Dawida, który zdjąwszy koronę, pokornie klęczy przed Bogiem. O kompozytorskim natchnieniu władcy świadczy leżąca w pobliżu harfa.  Pokutując za swój grzech, stworzył pieśni, które stanowiły najbardziej poetycką część  każdego rękopisu Godzinek.

Godzinki były najpopularniejszym w późnym średniowieczu typem modlitewnika dla osób świeckich, wywodzącym się z brewiarza. W XV wieku takich rękopisów iluminowano więcej niż Biblii; produkowano je niemal taśmowo, były to prawdziwe bestsellery! Struktura tego rodzaju modlitewnika wywodziła się z zakonnej liturgii godzin, gdzie na kolejne pory dnia przewidziane były określone modlitwy: poczynając od jutrzni (przed zorzą poranną), poprzez laudę, prymę, tercję, sekstę, nonę i nieszpory, aż po kompletę już po zachodzie słońca. Zazwyczaj w iluminowanych rękopisach każdą kolejną część otwierała miniatura.

Zwiastowanie

Zwiastowanie

W tym rękopisie, jak już zostało powiedziane, zachowały się w sumie cztery miniatury, choć oryginalnie prawdopodobnie było ich więcej. Pierwszą z nich jest Zwiastowanie, zaś kolejną Nawiedzenie – to akurat dość typowe ilustracje w Godzinkach do Najświętszej Marii Panny, skomponowane według powszechnie przyjętych schematów.

Nawiedzenie

Nawiedzenie

Następnie pojawia się wspomniany już król Dawid. Na brakujących dziś kartach 119 i 123 mogły się pierwotnie znajdować przedstawienia Ukrzyżowania i Zesłania Ducha Świętego, dekorujące początek Godzinek do Krzyża Świętego oraz Godzinek do Ducha Świętego, stanowiących kolejne części tego typu modlitewników. Niestety, często zdarzało się, że wyjątkowo ładne miniatury bywały wycinane z rękopisów, zbierane przez amatorów sztuki średniowiecznej i traktowane na przykład jako obrazki do oprawienia w ramkę. Dlatego właśnie wiele kodeksów jest dziś niekompletnych, a z drugiej strony większość bibliotek posiada w swych kolekcjach także luźne karty, które kiedyś zostały wyrwane ze średniowiecznych książek.

Ilustracja legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych

Ilustracja legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych

Ostatnia ze zdobiących ten kodeks miniatur wiąże się z oficjum za zmarłych, które także było elementem każdego rękopisu Godzinek. To ilustracja popularnej w średniowieczu legendy o Trzech Żywych i Trzech Umarłych. Historia jest bardzo prosta: było sobie trzech bogatych młodzieńców (w różnych wersjach byli to królowie, książęta, ewentualnie dwaj władcy i biskup), którzy ciesząc się życiem nie myśleli o swych duszach – aż pewnego razu w czasie polowania spotkali trzech poruszających się zmarłych (można powiedzieć, że to były zombie). Owe zwłoki powiedziały im: “jacy wy jesteście, tacy my byliśmy; jacy my jesteśmy, tacy wy będziecie”. Trzej żywi oczywiście straszliwie przestraszyli się owych żywych trupów, ale dzięki ich napomnieniu zwrócili swe myśli ku wieczności. Przedstawienia tej legendy, oprócz wydźwięku moralizatorskiego, mają też często charakter satyryczny: trzej żywi są groteskowo przerażeni, a trzej zmarli ukazani jako dość wesołe kościotrupki. Ilustracje dekorujące modlitwy za zmarłych miały bowiem także – poprzez żartobliwą formę – oswajać lęk żyjących użytkowników rękopisu przed nieuchronnością śmierci.

Horae Beatae Mariae Virginis ad usum ecclesiae Parisiensis [ca 1445- ca 1455] »

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Licencja Creative Commons
Pokutujący król oraz Żywi, którzy przestraszyli się Zmarłych by Magdalena Łanuszka is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Kto ułożył Bogurodzicę? Krótka historia sporu http://blog.polona.pl/2017/07/kto-ulozyl-bogurodzice/ Mon, 10 Jul 2017 12:33:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/kto-ulozyl-bogurodzice/ Bogurodzicę znamy z rozmaitych źródeł. Najstarszy jej przekaz – zwany kcyńskim – przechowuje dziś Biblioteka Jagiellońska. Dwie pierwsze strofy opatrzone notacją muzyczną znajdują się na pojedynczej karcie, niegdyś wklejonej na tylną okładkę innego rękopisu. Choć ów pierwszy zapis sporządzono na początku XV stulecia, cechy językowe tej najbardziej archaicznej części pieśni (rozbudowywanej potem o kolejne strofy – jak np. w nieco tylko późniejszej wersji krakowskiej oraz o pół wieku wersji warszawskiej) przekonują badaczy, że utwór zredagowano zapewne jeszcze przed Kazaniami świętokrzyskimi, znanymi jako najstarszy odnaleziony zapisany tekst ciągły w naszym języku. Ale kto właściwie jest autorem Bogurodzicy?

Wersy „Twego dziela krzciciela, Bożycze / Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze, / Słysz modlitwę, jąż […]” z Bogurodzicy w wersji kcyńskiej.

Tekst pieśni uderzał swoją dawnością już w XV wieku. Kronikarz Jan Długosz  w swoich Rocznikach nazywa utwór „pieśnią ojczystą”, czyli pieśnią ojców, przodków. Co słyszał dziejopis? Fonetycznej rekonstrukcji podjął się niedawno Jacek Tlaga, który tłumaczy także rozmaite zawiłości historycznojęzykowe, ukazując utwór jako zapis początków naszej mowy. U progu nowożytności także wyczuwano, że język zdążył się zmienić od powstania Bogurodzicy, choć dystans czasowy był zdecydowanie mniejszy niż dla nas. Do tego ci, którzy u początku XVI stulecia zobaczyli Bogurodzicę po raz pierwszy w zupełnie nowym medium, jakim był druk, mogli się czuć dość podobnie do pierwszych czytelników tekstów w internecie gdzieś pod koniec XX wieku, niedowierzających, że prasa kiedykolwiek będzie mogła znaleźć sobie miejsce na ekranach komputerów.

Rycina przedstawiająca świętego Wojciecha z Postylli Jakuba Wujka z 1575 roku. Jezuita opisuje męczennika jako patrona Rzeczypospolitej, tekstem Bogurodzicy przekazującego Polakom swoje przesłanie.

Czy w 1410 roku rycerze rzeczywiście znali archaiczną pieśń sprzed wieków i wspólnie ją odśpiewali pod Grunwaldem? Długoszowi możemy uwierzyć lub nie (tą kwestią zajmował się zresztą błyskotliwie Wiesław Wydra). W 1506 roku, czyli prawie sto lat później, sytuacja była jednak inna: wówczas kanclerz Jan Łaski doprowadził do wydania drukiem zbioru dotychczasowych praw, upowszechniając je tym samym wśród szlachty Rzeczypospolitej. Z różnych względów było to przedsięwzięcie niezwykle nowoczesne. Wykorzystując nowinkę, jaką była prasa drukarska, chciał prymas pokazać jedność prawa pod królewskim panowaniem. Swój przekaz wzmocnił kilkoma drzeworytami (czyli również stosunkowo nowym wynalazkiem, który pozwalał powielać obrazy).

Drugi mężczyzna od lewej to święty Wojciech, podpisany jako S[anctus] Adalbertus. Drzeworyty w tym egzemplarzu Statutów Łaskiego zostały po odbiciu podmalowane.

W niektórych egzemplarzach, jak w tym z Biblioteki Narodowej, zostały one gustownie podmalowane. Na jednym z drzeworytów znajdujemy świętych patronów Rzeczypospolitej, a wśród nich Wojciecha Sławnikowica, legendarnego męczennika z niemowlęcego okresu państwowości polskiej. W Statutach Łaskiego obok spisanych praw i symbolicznych reprezentacji władzy znajdziemy także tekst Bogurodzicy. Tak prezentujący się drukowany dokument z pieśnią załączoną na początkowych kartach musiał dotrzeć do wielu osób. W ten sposób utwór znany z ograniczonej liczby rękopiśmiennych przekazów, dotychczas zapewne zanurzony bardziej w kulturze oralnej niż piśmie, na początku XVI wieku mógł rozejść się po Królestwie w kilkuset kopiach.

Bogurodzica przedrukowana w Statutach Łaskiego bliższa jest językowo późniejszej, czyli tzw. warszawskiej redakcji pieśni niż kcyńskiej. W starodruku ozdobne, kaligraficzne inicjały zostały uzupełnione po wydrukowaniu tekstu.

Umieszczono w Statutach tę arcypieśń, by wzmocnić wymowę całego obszernego dokumentu. Bogurodzica swoją hieratyczną powagą wspierała przedsięwzięcie kanclerza. Łaski twierdzi we wstępie do Statutów, że już za czasów świętego Wojciecha postanowiono śpiewać tę pieśń przed bitwami. Co więcej, wskazuje także na autora utworu – miał być nim sam święty męczennik i patron kraju. To w gruncie rzeczy zrozumiałe: skoro przypisywano tekstowi ogromną wartość, autorem powinna być postać wybitna i równie starożytna jak sama pieśń. Niezależnie od tego, czy pomysł był własny, czy też kanclerz odwoływał się do obiegowej opinii, tekst Statutów pozwolił utrwalić przekonanie, że Bogurodzica jest dziedzictwem pozostawionym Polakom przez świętego Wojciecha.

W wyjątkowo poczytnych Żywotach świętych Starego i Nowego Zakonu, wydanych po raz pierwszy w 1579 roku, Piotr Skarga w legendzie św. Wojciecha także uznaje męczennika za tego, któremu zawdzięczamy znajomość pieśni. Uczony kaznodzieja powiada o nim tak: „jako pasterz nawyższy wszytkiej Polski Polaki, nowe chrześcijany, w wierze świętej posilił, zbawienną im drogę ukazując i ojcem ich w Bogu tu na ziemi i w niebie patronem zostając, których i pieśni onej Bogarodzica nauczył.”

Fragment z Żywotów świętych Starego i Nowego Zakonu Piotra Skargi. Glosa na marginesie precyzuje, że tekst dotyczy tego, jak święty Wojciech „Bogarodzicę pieśni Polaków nauczył”.

Skarga przedrukował także tekst utworu. Znamienne, że najwyraźniej uznał Bogurodzicę za niezrozumiałą dla swojego czytelnika (a przynajmniej chciał się upewnić, by była rozumiana według jego interpretacji). Dokonał więc parafrazy archaicznego tekstu i tłumaczył go w ten sposób: „Ty, któraś nam porodziła Boga i człowieka, Pana naszego, matko z wolej Bożej obrana. Ziści nam w przyczynie twej obietnice Boże, spuszczając nam czas łaski, a podając nam Syna twego, który nas sam w Chrzcie świętym z grzechów naszych obmył, którego prosimy w przyczynie twej, aby nam dał tu na świecie pobożne życie, a po śmierci – rajskie mieszkanie.”

Piotr Skarga podał tekst Bogurodzicy w dwóch równoległych redakcjach: uchodzącej za oryginalną oraz sparafrazowanej tak, by była zrozumiała dla czytelnika z końca XVI wieku.

Kolejni popularyzatorzy utworu (jak można by ich określić) również byli przywiązani do tezy o autorstwie Wojciecha. Bartłomiej Nowodworski, gorący zwolennik szkolnictwa wojskowego wzorowanego na rozwiązaniach Zakonu Maltańskiego, wydał w 1622 roku broszurę z przedrukiem Bogurodzicy. Był to swoisty amulet przeciw zagrożeniu tureckiemu:

Na końcu broszury z tekstem pieśni Nowodworski umieścił swoje nazwisko – zapewne jako nakładcy druku – oraz intencję publikacji, jaką ma być klęska ekspansywnych w XVII wieku Turków.

Świętego określa jako „apostoła” Polaków, a tekst nazywa „pieniem” (czyli pieśnią) i „testamentem” Wojciecha. Uznaje Bogurodzicę za syntetycznie rozumianą katechezę, „naukę niektórych członków wiary”. Utwór ten stał się dla nowożytnego czytelnika nie tylko modlitwą, ale przede wszystkim kompendium zawierającym pewne prawdy wiary przekazane przez założyciela i patrona polskiej religijności.

Nowodworski określił Bogurodzicę jako pieśń, testament i katechizm dany przez świętego Wojciecha.

Rok później ukazało się Kazanie obozowe o Bogarodzicy przygotowane przez dominikanina Fabiana Birkowskiego. Nakładcą druku był zresztą ten sam Nowodworski, który zadbał o wcześniejszą osobną broszurę z pieśnią. W tej obszerniejszej publikacji Birkowski dokonał detalicznej egzegezy tekstu pieśni, wpisując jej słowa w swoje kazanie dotyczące potęgi wstawiennictwa Marii. W przedmowie kaznodzieja dał również wyraz swojemu przekonaniu, że święty Wojciech przekazał Polakom Bogurodzicę, a za jej pomocą – także chrześcijaństwo. Zwrócił przy tym uwagę, że pięknym obyczajem było śpiewanie pieśni przed bitwami. Jednak w czasach Birkowskiego pieśń wyszła już chyba z użycia jako pobudka do walki, bo kaznodzieja zauważa przy tym gorzko: „nigdym nie słyszał tych Polaków, gdy do potrzeby [tj. walki – W.K.] idą, aby Bogarodzicę śpiewali, raczej więc jako wilcy hukali na nieprzyjaciela”.

Birkowski żałuje wyraźnie, że rola Bogurodzicy w czasach jemu współczesnych zmieniła się i większość żołnierzy zaprzestała (poza nielicznymi pobożnymi wojakami) traktować poważnie śpiewanie pieśni przed wojennymi potyczkami. To tęskne spojrzenie w stronę świadectwa danego dwieście lat wcześniej przez Długosza.

Przekonanie o autorstwie świętego Wojciecha wiązało pieśń nierozdzielnie z prapoczątkami państwa, które zostało w tych czasach włączone w  krąg oddziaływania kultury zachodniego chrześcijaństwa z symboliczną stolicą w Rzymie. Nie należy jednak zapominać, że wczesna nowożytność to także okres intensywnych sporów wyznaniowych. Pieśń o takim rodowodzie jak Bogurodzica wzbudzała więc uzasadniony niepokój protestanckich uczonych. Stała się dla nich dowodem na zakorzenienie „papieskich błędów” i „zabobonów” na ziemiach polskich od najbardziej zamierzchłych czasów. Tym większa była więc troska o dusze wiernych, skażone – jak sądzili – bałwochwalstwem obecnym w tym utworze, rozumianym jako oddawanie czci nie Bogu, ale pośrednikom: Marii i innym świętym.

Krzysztof Kraiński, choć był Bogurodzicy niechętny, przedrukował tekst pieśni, opatrując jednak utwór określeniem „pieśń dziadowska”, co miało pokazać niski w jego mniemaniu rodowód tej poezji.

Ewangelicki kaznodzieja Krzysztof Kraiński nazwał Bogurodzicę „pieśnią dziadowską” w swojej Postylli z 1611 roku. Słusznie i dziś zapewne odczytamy to sformułowanie jako próbę obniżenia prestiżu utworu. Protestancki pisarz miał jednak na myśli bardzo konkretną rzecz. Dziad to po prostu żebrak i – jak powiada Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej – nigdy w dawnej Polsce nie chodził głodny, bo staropolska gościnność nakazywała takiego wędrowca odpowiednio nakarmić. Dziad krążył po świecie bez stałego miejsca zamieszkania, był źródłem nowin i swoistym pieśniarzem. Nie zawsze był moralny, ale sam bywał moralistą.

Bogarodzica nic inszego nie jest, jedno płaszcz żebraczy, bo jako płaszcz żebraczy z odmiennego płacia jest złatany, tak i ta Bogarodzica papieska z dziwnego, odmiennego, różnego i rozmaitego płacia jest uszyta […].

Dlatego nazywał Kraiński Bogurodzicę „żebraczym płaszczem”, który uszyto z rozmaitych nieprzystających do siebie nowinek ze świata, przemieszania różnych świętych i innych „papieskich zabobonów”, próbując na swój sposób skonceptualizować niejednorodną budowę utworu. Przekonuje przy tym, że nie można wskazać autora tej pieśni i trzeźwo zauważa, że wydano tekst pod imieniem świętego męża, bo to podwyższa jego rangę. Odrzuca pieśń jako katechizm dany Polakom, więc jej jawna dawność nie robi na nim wrażenia. Twierdzi bowiem, że i tak wcześniejsze są Ewangelie, a to one – co znamienne dla teologii protestanckiej – mają być moralnym wyznacznikiem, nie później wymyślane przez ludzi zalecenia.

Mogłoby się wydawać, że wczesnonowożytna dyskusja szybko zostanie rozstrzygnięta, a Bogurodzica – niezmiennie obecna w polskiej literaturze od jej zarania – rozpracowana przez pokolenia badaczy i interpretatorów. Nic bardziej mylnego, bo wciąż pozostaje wiele zagadkowych kwestii związanych tym dziełem – jak choćby najbardziej podstawowa kwestia autorstwa. W dziejach nowoczesnych rozważań naukowych dopiero pod koniec XIX stulecia zaczęto na poważnie podważać koncepcję o autorstwie Sławnikowica, a jeszcze najwybitniejsi badacze tego zagadnienia aktywni w międzywojniu – Józef Birkenmajer i Aleksander Brückner – poróżnili się w tej kwestii:

◊◊◊

Dwóch wersji Bogurodzicy oraz innych pieśni średniowiecznych będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Jak czytać Bogurodzicę? http://blog.polona.pl/2017/07/jak-czytac-bogurodzice/ Fri, 07 Jul 2017 08:23:45 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/jak-czytac-bogurodzice/ Jest wiele trudnych wyzwań, którym musi stawić czoła uczeń polskiego liceum, ale jedno wydaje się wyjątkowo karkołomne – powinien umieć dokonać analizy i interpretacji Bogurodzicy. Tymczasem jest to pieśń tak zagadkowa, że w początkach XX wieku Aleksander Brückner, aby oddać niezgłębiony ogrom komplikacji związanych z tym zagadnieniem, uciekł się do apokaliptycznej metafory siedmiu pieczęci: „Es ist ein Text mit sieben Siegeln”. Dodał także, że już na temat pierwszego słowa można napisać nawet nie rozprawę, ale całą książkę. I choć od tamtej pory na ten temat wydano setki uczonych publikacji, rozbieżność opinii wobec najbardziej podstawowych kwestii jest wciąż zdumiewająca.

Jedną z wielu tajemnic wokół tekstu Bogurodzicy pozostaje jego oryginalne brzmienie. Fonetyczną rekonstrukcję utrudnia fakt, że średniowieczna polska pisownia była niejednolita, niejednoznaczna i niekonsekwentnta. Szczęśliwie istnieją jednak pewne przesłanki i metody, które taką próbę przybliżenia dawnej wymowy mogą uwiarygodnić. Chociaż całkowitą pewność pozwoliłby nam uzyskać jedynie wehikuł czasu.

Aby zilustrować liczne przemiany, jakie dokonały się w polskiej fonetyce w ciągu kilku ostatnich pokoleń średniowiecza, przygotowałem dwa osobne nagrania z moją interpretacją dawnej wymowy Bogurodzicy. Podstawą pierwszego z nich jest najdawniejszy zapis pieśni, czyli tekst kcyński (przechowywany w Bibliotece Jagiellońskiej, Rkp. 1619a II i zawierający powszechnie znane dwie strofy), którego brzmienie dodatkowo postarałem się nieco zarchaizować, by uzyskać wymowę, jaką moglibyśmy prawdopodobnie usłyszeć około połowy XIV stulecia. Drugie z nagrań oparłem na tekście warszawskim (Biblioteka Narodowa, Rps 3016 II, edycja tutaj), pochodzącym z ok. 1456 roku i rozbudowanym aż do 19 strof (podczas gdy za kanoniczne uznaje się jedynie 15 zwrotek) – tutaj z kolei użyłem wymowy późniejszej, usiłując zrekonstruować stan z połowy XV wieku. W ten sposób chciałem uwydatnić poszczególne procesy językowe, jakie w międzyczasie zaszły. Nie znaczy to oczywiście, że dokładnie tak właśnie Polacy wówczas mówili (zresztą zróżnicowanie dialektalne staropolszczyzny nie pozwala na takie uogólnienie). Jest to jedynie przybliżenie dokonane wedle mojej najlepszej wiedzy.

Jak właściwie przebiegało przygotowanie rekonstrukcji, której starałem się dokonać? Oto kilka uwag o tym, co jesteśmy w stanie powiedzieć o wymowie naszych przodków.

Słowiańskie dziedzictwo

Zacznijmy od pobieżnego nakreślenia kontekstu językowego, w którym zrodziła się Bogurodzica. Niewiele jest pewnych rzeczy, jakie możemy powiedzieć na temat okoliczności jej powstania. Niewątpliwie musiało to nastąpić po przyjęciu chrześcijaństwa przez państwo Piastów. A że odbyło się to za pośrednictwem Czech, stamtąd dotarła do nas praktycznie cała chrześcijańska terminologia – pochodząca zarówno z zachodniej łaciny, jak i ze wschodniej greki. Ta ostatnia przedostała się do Czech przez Morawy w postaci pojęć przełożonych już za sprawą Cyryla i Metodego na język określany jako staro-cerkiewno-słowiański. Do takich pojęć należy właśnie Bogurodzica, choć sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.

Staro-cerkiewno-słowiańska „Bogorodica” w kodeksie supraskim, ok. 1001-1025 r. (BN, Rps BOZ 201, fol. 10v).

Oryginalną nazwą jest grecki zrost Θεοτόκος – jego staro-cerkiewno-słowiańska postać Богородицѧ stanowi bezpośrednią kalkę językową, która w języku czeskim przybrała postać Bohorodicě, co bezpośrednio się przekłada na staropolskie Bogorodzica. Sęk w tym, że taką formę możemy znaleźć jedynie w piętnastowiecznych modlitwach Wacława, a jeśli zajrzymy do najstarszych rękopisów, zauważymy tam nie jedno, lecz dwa oddzielne słowa: Bogu rodzica. Nie jest to już więc kalka językowa, ale zmyślna parafraza z użyciem formy celownika.

Czeska „Bohorodicze” w traktacie Jana Husa, 1414 r. (Knihovna Národního muzea v Praze, IV C 18, fol. 201v).

Kiedy w 997 roku czeski biskup i misjonarz Wojciech zwany Adalbertem przybył do Gniezna, mógł bez najmniejszych problemów porozumieć się z jego mieszkańcami – mówili praktycznie tym samym językiem. Poszczególne języki zachodniosłowiańskie dopiero zaczęły się wyodrębniać, co na razie objawiało się tylko niewielkimi, acz charakterystycznymi różnicami: w czeskim to zanik nosowości samogłosek, w dawnej polszczyźnie – zjawisko przegłosu, które sprawiło na przykład, że Polacy z czasem zaczęli wymawiać słowo sławiena jako sławiona. Właśnie forma sławiena – znana z Bogurodzicy – jest często przywoływana jako argument za archaicznością pieśni. Jakby zagadek było mało, to również jest kwestia dyskusyjna, nie możemy bowiem wykluczyć, że to późniejszy bohemizm (w pierwszych wiekach istnienia państwa polskiego czeski wpływ na polszczyznę wciąż był bardzo silny).

W czasach św. Wojciecha wszystkie języki słowiańskie miały akcent swobodny i ruchomy (możemy go dziś usłyszeć choćby w rosyjskim). Jednak na niemal całym zachodniosłowiańskim obszarze doszło do jego przesunięcia i ustabilizowania na pierwszej sylabie wyrazu. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie to nastąpiło, bo akcentowania nie zaznaczano w zapisie. Mamy jednak dowody pośrednie, obecne zresztą i w tekście Bogurodzicy. Spójrzmy na wyraz gospodzina w pierwszej strofie. Pierwotny ruchomy akcent padał na trzecią sylabę – tak jak dziś w rosyjskim господи́на. W później dodanych zwrotkach, które znajdziemy w rękopisie warszawskim, widnieje forma gospodna – taka redukcja samogłoski nie mogła zajść w sylabie akcentowanej, musiało więc wcześniej dojść do przesunięcia akcentu. Przy okazji możemy stwierdzić, że współczesny polski akcent padający na drugą sylabę od końca – będący zresztą ewenementem wśród języków słowiańskich – ustalił się dopiero w czasach nowożytnych.

Pierwotna forma „gospodzina” w zapisie kcyńskim Bogurodzicy, ca 1408 r. (BJ Rkp. 1619a II).

Późniejsza forma „gospodna” w przekazie warszawskim, ok. 1456 r. (BN, Rps 3016 II, fol 216v).

Spojrzenia z bliska na kilka osobliwości

Przy okazji zwróćmy uwagę na wyrazy zyszczy i spuści. Można ich postać zinterpretować jako zrośnięcie z dopełniającym zaimkiem ji, który zresztą bardzo by nam w tym miejscu pasował – wówczas zyszcz ji nam, spuść ji nam znaczyłoby „zyskaj go nam, przekaż go nam”. Z drugiej strony bardzo podobnie wyglądała pierwotna prasłowiańska forma trybu rozkazującego: *sъjьšči, *sъpusti. Przyjrzymy się też rozkaźnikom w drugiej zwrotce: słysz, napełń, raczy – ich pierwotne formy to *slyši, *napьlni, *rači. Teraz sprawdźmy, jak akcentowane są rosyjskie odpowiedniki tych wszystkich wyrazów – сыщи́, спусти́, слу́шай, напо́лни, рачи́ – okazuje się, że wygłosowe -i zachowało się wyłącznie tam, gdzie pada na nie pierwotny ruchomy akcent! Znowu zyskujemy potwierdzenie niesłychanej dawności form użytych w Bogurodzicy, ale nie pomaga to w dokładniejszym datowaniu.

Kolejnym dziwacznym dla nas słowem jest dziela. To dobry przykład tzw. hapax legomenon, co oznacza, że forma ta nie jest poświadczona w żadnym innym utworze. Możemy jednak wywieść ją z prasłowiańskiego *dělja, które znajdziemy w zapisach staro-cerkiewno-słowiańskich w postaci дѣл. Współcześnie powiedzielibyśmy po prostu: dla. Dzisiaj może wydać się nieco osobliwe, że pierwotnie użycie tego wyrazu wymagało odwrotnego niż obecny szyku (nie był on więc przyimkiem, ale poimkiem). W myśl tej zasady swojskie słowo dlatego miało więc formę togodla (analogiczną do staro-cerkiewno-słowiańskiego того дѣл). W takiej postaci znajdziemy je na przykład w Kazaniach świętokrzyskich. Wiele wskazuje na to, że „twego dziela Krzciciela” moglibyśmy dziś przetłumaczyć jako „dla twojego Chrzciciela”.

Staro-cerkiewno-słowiańska forma „togodělja” w kodeksie supraskim.

Staropolska forma „togodla” w Kazaniach Świętokrzyskich, ok. 1301-1350 r. (BN, Rps 8001, fol. 3r).

Obydwie formy „dziela” i „dla” w rękopisie krakowskim, 1408 r. (BJ Rkp. 408 III, fol. 87v).

Wszystkie te rozważania niestety nie rozwiewają specjalnie wątpliwości co do czasu powstania Bogurodzicy. Tekst tego utworu pozwala przyjrzeć się ewolucji naszego języka także z nieco innej perspektywy kolejnych rękopiśmiennych redakcji utworu. Porównajmy trzy najstarsze przekazy: dwa z nich (czyli tzw. kcyński i krakowski) powstały w początku XV wieku, rękopis warszawski spisano zaś pół wieku później. Od razu widzimy różnicę w pierwszym słowie: celownik Bogu zastąpiono dopełniaczem – Boga. Tak zresztą powiedzielibyśmy i dzisiaj, a w dzisiejszym języku pozostały bardzo nieliczne relikty celownika w takiej funkcji – utarty zwrot ojciec dzieciom czy też nieco barwniejszy psubrat.

Porównując zapis dalszych zwrotek w rękopisie krakowskim i warszawskim, możemy zwrócić uwagę na postać słowa posiłkowego być w trybie przypuszczającym. W zapisie krakowskim znajdziemy dawną aorystyczną formę bychom, która uległa znamiennej ewolucji przez bychmy do postaci byśmy, którą znajdziemy w tekście warszawskim – prawdopodobnie do owej zmiany doszło przez analogię do tworzącej się właśnie uproszczonej formy czasu przeszłego byliśmy, która powstała ze złożonego byli jeśmy.

Dawna forma „bychom” w rękopisie krakowskim.

W zapisie warszawskim pojawia się już postać „byśmy”.

Czy polszczyzna w XV wieku ma jakieś reguły?

W połowie XV wieku – niedługo przed powstaniem zapisu warszawskiego – Jakub Parkosz z Żurawic, wybitny uczony i profesor Akademii Krakowskiej, podjął pierwszą próbę systematycznego ujednolicenia zasad polskiej pisowni. Napisał w tym celu nowatorską rozprawę. Choć zalecenia w niej zawarte okazały się beznadziejnie niepraktyczne, jej lektura pozwala nam dziś na bezpośredni i dokładny wgląd w ówczesną polską fonologię. Jedną z najbardziej istotnych obserwacji zawarł w następujących słowach: „U Polaków wszystkie samogłoski to się wydłużają, to się wyraźnie skracają. Ze wzdłużania ich lub skracania wynika różne znaczenie wyrazów” (przeł. M. Kucała) – zjawisko to, zwane iloczasem, po dziś dzień występuje w języku czeskim. Długie samogłoski Parkosz zaproponował oddawać w formie podwojonej litery. Zwróćmy w tym miejscu uwagę na samogłoski nosowe: dzisiejsze słowo gęś zostało zapisane w traktacie jako gøſſz, zaś dzisiejsze dąb jako døøb – jak widać, odróżniała je od siebie wówczas długość artykulacji, a nie barwa. O tym, jak te głoski wymawiano, świadczą nie tylko dawne zapisy – w tym krakowski i warszawski tekst Bogurodzicy – ale i dzisiejszy kształt litery ą (niegdyś nosowego a – brzmiało ono zapewne jak w wyrazie „tramwaj” albo… jak w niepoprawnej wymowie zdradliwego czasownika „włanczać”!).

Sposób zapisu samogłosek nosowych w krakowskim przekazie Bogurodzicy.

Po półwieczu, w roku 1506 Bogurodzica została pierwszy raz wydana drukiem – otwiera listę statutów Królestwa Polskiego opublikowaną przez kanclerza Jana Łaskiego. Niedługo później jego bliski współpracownik Stanisław Zaborowski napisał kolejny traktat o polskiej ortografii, gdzie bezpośrednio nawiązał do traktatu Parkosza, pisząc że dawni Polacy długie samogłoski podwajali, krótkie zaś wyrażali pojedynczymi znakami. Z wyrażenia Antiqui Poloni możemy wywnioskować, że w początku XVI wieku doszło już do zaniku iloczasu – jego funkcję przejęła tzw. wymowa pochylona, która do naszych czasów nie przetrwała, choć jeszcze we współczesnej ortografii mamy literę ó, która była używana do oznaczenia pochylonego o – w XV wieku zatem wymawiano w tym miejscu długie o. Tego rodzaju procesy językowe zachodzą stopniowo, możemy się więc domyślać, że w czasach Parkosza do owego pochylenia mogło zacząć już dochodzić, choć nie była to jeszcze znacząca cecha.

Orthographia seu Modus Stanisława Zaborowskiego, Kraków 1518.

Warto wspomnieć o dwu innych charakterystycznych cechach ówczesnej wymowy, które później uległy zmianie, choć wciąż odzwierciedla je współczesna pisownia. Dwuznak rz zawdzięcza swój kształt dawnemu frykatywnemu r, które wymawiano analogicznie do czeskiego ř – dopiero z czasem utożsamiło się z tym, co zapisujemy jako ż. Podobnie litera ł miała wymowę przedniojęzykowo-zębową, która jeszcze w czasach przedwojennych była uznawana za prestiżową, a do dziś można ją usłyszeć na kresach.

Jeszcze inny problem przedstawia wymowa zwrotu Kyrieleison powracającego w Bogurodzicy dwukrotnie. Wiele wskazuje na to, że głoska oznaczana jako s była najpierw wymawiana bezdźwięcznie. Możemy to wywnioskować choćby z opowieści Thietmara o biskupie Boso, który nawracając połabskich Słowian na chrześcijaństwo, próbował nauczyć ich śpiewać ową grecką frazę. Ci jednak prześmiewczo przekręcali ją po swojemu na „we krzu olsza” (zapisane jako vkrivolsa), przy czym szczelinowa spółgłoska w słowie olsza (z prasłowiańskiego *olьša) była bez wątpienia bezdźwięczna. Taką wymowę sugerują tak czeskie zapisy typu krlessu w kronice Kosmasa (twierdzącego, że w ten sposób Kyrielesion śpiewali prości i nieuczeni ludzie), jak i wzmianka w staroruskim latopisie o Lachach, którzy w 1245 roku idąc do boju pod Jarosławiem, śpiewali bezdźwięcznie керьлѣшь (cyrylica jest pod tym względem jednoznaczna). Za to kiedy spojrzymy na późniejszy tekst Bogurodzicy wydrukowany w statutach Łaskiego, zobaczymy już zapis, który ewidentnie wskazuje na udźwięcznienie tej głoski: Kyrieleyzon.

Skrócony zapis „krlessu” w Chronica Boemorum Kosmasa, 1. tercja XIII w. (Knihovna Národního muzea v Praze, VIII.F.69, fol. 16r).

Dźwięczna forma „kyrieleyzon” w Statutach Łaskiego, Kraków 1506.

Wszystkie te rozważania miały dać wyobrażenie, jak Bogurodzicę mogliby przeczytać na głos lub wyrecytować nasi przodkowie. W średniowieczu uznawano zresztą przysłuchiwanie się lektorowi odczytującemu głośno tekst za jeden z wielu sposobów czytania (obok samodzielnej lektury na głos czy też czytania po cichu, bez wypowiadania słów). Należy jednak pamiętać, że Bogurodzica to przede wszystkim pieśń, a więc była przeznaczona do śpiewania. To właśnie wspomniany najstarszy przekaz, zwany dzisiaj kcyńskim, upewnia nas co do tego, bo zawiera nie tylko słowa, ale i notację muzyczną.

◊◊◊

Dwóch wersji Bogurodzicy oraz innych pieśni średniowiecznych będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Pelikan, lwiątka i ukrzyżowanie http://blog.polona.pl/2017/07/pelikan-lwiatka-i-ukrzyzowanie/ Sun, 02 Jul 2017 15:30:30 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2017/07/pelikan-lwiatka-i-ukrzyzowanie/ W 1444 roku ktoś z klasztoru kanoników regularnych w Kraśniku zapisał między łacińskimi kazaniami tekst i melodię pieśni o Zwiastowaniu. Utwór zaczyna się od słów Radości wam powiedam…, a jego nieznany autor w początkowych strofach, dosyć swobodnie podpierając się słowami proroka Izajasza (9,5-6), posłużył się jedną z najważniejszych zwierzęcych alegorii chrześcijaństwa:

Izaijasz, prorok nasz,
Uczynił nam barzo w czas,
Wzjawiɫ nam wielką radość,
Rzekąc: „Przydzie niebie<s>ki gość.

Narodzi sie z dziewice
Na człowiecze oblicze,
Będzie w niem <wierne> bostwo,
Wykupi z nędze ubostwo.

Zbawi-ć nas naszej nędze
Nie za ziemskie pieniądze,
Ale swą krwią niewinną
Wybawi duszę winną.

On jest wierny pelikan,
Wykupi dusze z mąk sam,
Da swe serce rozkrawić,
Ch<c>ąc gr<z>eszną duszę wybawić.

Pieśń Radości wam powiedam… w rękopisie BN 8040 III, p. 618.

Słowa „On jest wierny pelikan” z pieśni Radości wam powiedam…

Każdy choć minimalnie obeznany z ikonografią od razu będzie wiedział, że ów „wierny pelikan” to nie wodny ptak wyposażony w charakterystyczny skórny worek pod dziobem, tylko jedno z symbolicznych zwierząt, które zasiedliły eschatologiczne taksony w późnej starożytności, gdy naukowa wiedza zetknęła się z koniecznością religijnej egzegezy.
U najważniejszego antycznego zoologa, Pliniusza Starszego, pelikan (onocrotalus) zasłużył jedynie na niepochlebną wzmiankę w Historii naturalnej. Według tego uniwersalnego kompendium dziób ptaka stanowi „rodzaj drugiego brzucha” („alterius uteri genus”), który sprawia, że zwierzę wykazuje się niespotykaną żarłocznością. Podobnie pisze zresztą Klaudiusz Elian oraz inne ówczesne autorytety i próżno u nich szukać jakiejkolwiek wzmianki o „rozkrwawianiu serca”.

Sytuację zmienił Fizjolog – wczesnochrześcijański tekst, który stanowił podstawę większości średniowiecznych bestiariuszy. W tym zbiorze (czy wręcz „atlasie zwierząt”) przypisywano poszczególnym stworzeniom specyficzne właściwości i zachowania, ściśle związane z religijną symboliką oraz moralizatorstwem. Pelikan według Fizjologa nie jest już łakomym ptaszyskiem, tylko prorodzinnym gniazdownikiem. Jego pisklęta jednak giną – wedle jednej redakcji zatrute jadem węża, według innej zabite przez samych rodziców za krnąbrność.

Historia o pelikanie, Bestiariusz, Anglia ok. 1200 (Aberdeen University Library, MS 24, fol. 35r).

Ptaki opłakują martwe młode przez trzy dni, po czym matka rani swój bok, a spływająca krew ożywia jej potomstwo. W wersji z wężem pelikan wzlatywał wysoko i poprzez obłoki skrapiał pisklęta swoją krwią. Pelikan był oczywistym symbolem chrystologicznym, historia zawierała wszystkie niezbędne ku temu elementy: pisklęta martwe przez trzy dni, ranę w boku, odkupicielską krew i zmartwychwstanie – bez wątpienia więc o tego właśnie ptaka chodziło w tekście Radości wam powiedam

Pelikan ożywiający młode, po bokach miniatury napis „Mors pellychani est passio Iesu Christi” – „śmierć pelikana to męka Jezusa Chrystusa”. Bestiariusz, Thérouanne ok. 1270 (LA, J. Paul Getty Museum, MS. Ludwig XV 3, fol. 17r).

Historia o pelikanie ożywiającym pisklęta własną krwią trwała nie tylko dzięki Fizjologowi, ale także Etymologiom Izydora z Sewilli. To encyklopedyczne dzieło powstało u schyłku czasów patrystycznych i zebrało fragmenty starożytnej wiedzy, by przez następnych kilka stuleci stanowić jedno z niepodważalnych źródeł informacji. Izydor zwięźle powtarza informację z Fizjologa, ale nie dokłada do niej żadnej teologicznej interpretacji. Co więcej, zdaje się nawet mieć lekkie wątpliwości co do takiego zachowania ptaków, bo dodaje „o ile jest to prawda” („si verum sit”). Dzieło Izydora było poważane i kopiowane przez całe średniowiecze, dlatego przetrwało w wielu rękopisach. Wzmiankę o pelikanie można przeczytać m.in. w jednej kopii z XII (BN BOZ 23) i dwóch z XIV wieku (BOZ 24 i BOZ 6).

Izydor z Sewilli o pelikanie w kopii Etymologii z XIV w. (BN BOZ 6, fol. 101r).

Przez stulecia legenda o pelikanie w zasadzie nikomu nie przeszkadzała, a ptak rozdzierający własną pierś pojawiał się w ikonografii i tekstach. Nie trzeba być jednak bacznym przyrodnikiem, by zauważyć, że coś tu nie gra. Prawdziwe pelikany nie wskrzeszają przecież potomstwa krwią, tylko zachowują się raczej jak ptasi łakomcy Pliniusza. Tę nieprawidłowość odnotowują prace renesansowych przyrodników, u których symboliczny pelikan wywoływał spory dyskomfort intelektualny. Pierre Belon w L’Histoire de la nature des oyseaux wydanej w 1555 roku przedstawił nie tylko opis pelikana, ale także zebrał materiały na jego temat (w tym objaśnienie nazwy onocrotalus – z greki ὄνος + κρόταλον, więc „ptak ryczący jak osioł”), a do tego umieścił całkiem wiarygodną rycinę.

Pelikan z pracy Pierre’a Belona (1555).

Onocrotalus pojawia się też u Konrada Gesnera, tu pelikania tożsamość tego ptaka nie budzi już żadnych wątpliwości. Jednak szwajcarski humanista utrudnił nieco sprawę: w rozdziale De pelecano zakwestionował legendę o wskrzeszaniu młodych, uznając ponadto, że pod nazwą „pelikan” kryje się… warzęcha.

Warzęcha czyli „pelikan” Gesnera, Historiae animalium, lib. III qui est de avium natura… (1585).

Za to boloński arcyerudyta Ulisses Aldrovandi w swojej Ornitologii pokusił się o zestawienie dwóch pelikanów: rozdzierającego pierś „pelikana malarzy i prostaczków” („pelicanus pictorum et vulgi”) oraz jak najbardziej przekonującej pary onocrotalusów.

Ulisse Aldrovandi, Ornithologiae tomvs tertivs et vltimvs… (1613).

„Pelicanus pictorum et vulgi”.

Sprawę postanowił uprościć niesamowity jezuita Athanasius Kircher – żywa barokowa Wikipedia, człowiek, który wiedział wszystko (choć jego wiedza nieczęsto pokrywała się z rzeczywistością). W Arca Noë poszedł tropem Gesnera i uznał pelikana za warzęchę. Co więcej, za jego siedlisko uznał lasy Polski i Litwy („audio tamen in sylvis Poloniae et Lituaniae subinde reperiri”), a wywód zakończył stwierdzeniem, że „co o pelikanie zmyślają poeci i malarze, wkładamy między bajki” („quae vero de pelicano poetae, pictoresque fingunt, fabulis adnumeramus”).

Athanasius Kircher, Arca Noë (1675).

Nikt inny nie ujął całości tego materiału piękniej niż proboszcz z Firlejowa. W Nowych Atenach Benedykt Chmielowski odnosi się z szacunkiem do wszystkich świętych i czcigodnych autorów – ważna jest dla niego zarówno „malarska inwencyja, symbolistów imaginacja, kaznodziejów energia”, jak i „codzienna eksperyjencja” przyrodników.

Benedykt Chmielowski, Nowe Ateny (1745).

Na samym wstępie uczony pleban pisze: „Napatrzy się nie jeden ponad figury, albo Męki Pańskiej wyobrażeniem ptaka pelikana, który pyskiem własne szarpiąc serce, karmi dzieci”. Wskazuje w tym miejscu, gdzie ludzie najczęściej stykali się z wizerunkiem pelikana. Od średniowiecza przedstawienie ptaka rozdzierającego bok umieszczano w scenach Ukrzyżowania, na zwieńczeniach krucyfiksów lub w miejscu titulusa. Jedno z takich przedstawień znajdujemy w nadreńskim mszale z przełomu XIII i XIV wieku pochodzącym z Biblioteki Książąt Czartoryskich (1552 IV Rkps).

Ukrzyżowanie. Missale, Nadrenia ok. 1300 (Biblioteka Książąt Czartoryskich – Muzeum Narodowe w Krakowie, 1552 IV Rkps, fol. 66v).

Miniatura jest nietypowa: Jezus został ukrzyżowany na Drzewie Życia, jego postać jest nienaturalnie upozowana, a rany przerysowane. Jest to zbieżne z ówczesnymi mistycznymi przedstawieniami pasyjnymi, choć nie otacza go szereg postaci alegorycznych, tylko Maria z mieczem boleści w sercu oraz św. Jan. Uwagę od razu zwraca wykraczające poza bordiurę gniazdo pelikana na wierzchołku drzewa: ptak rozrywa pierś i krwią ożywia młode.

Pelikan ożywiające młode na wierzchołku Drzewa Życia.

Jednak na miniaturze widnieje zdecydowanie więcej niż jedno zwierzę. Na samym dole, u podstawy krzyża bądź w korzeniach drzewa – tam, gdzie spodziewalibyśmy się czaszki Adama lub (w bardziej mistycznej wersji) śpiącego Jessego, widać czarną jamę i jej mieszkańców.

Legowisko lwów pod Ukrzyżowanym.

Okazuje się, że pod ukrzyżowanym Chrystusem zamieszkała rodzina lwów. Dorosły lew osłania swoim cielskiem trzy lwiątka, a przy jego pysku, w nieco komiksowym stylu, domalowano kreski – tak jakby właśnie ryczał.

Izydor z Sewilli o lwiątkach. Kopia Etymologii z XII w. (BN, BOZ 23, fol. 18r).

W istocie – lew ryczy, a wyjaśnienie tej sceny znajdujemy znów w Fizjologu oraz Etymologiach Izydora (BOZ 23, BOZ 24, BOZ 6). Otóż brzemienna lwica wydaje na świat martwe potomstwo. Dopiero po trzech dniach przybywa lew i swoim rykiem ożywia martwe lwiątka. Historia ta, podobnie jak pelikan stanowiąca chrystologiczną alegorię śmierci i zmartwychwstania, była bardzo popularna w średniowieczu i zawierał ją każdy bestiariusz.

Lwy i martwe lwiątko, miniatura z bestiariusza, Thérouanne ca. 1270 (LA, J. Paul Getty Museum, MS. Ludwig XV 3, fol. 68r).

Zarówno pieśń Radości wam powiedam…, jak i nadreńska miniatura doskonale pokazują, jak późnoantyczne zwierzęce alegorie funkcjonowały w średniowieczu. Długie trwanie pelikana rozkrwawiającego bok, nad którego istnieniem całkowicie poważnie zastanawiano się jeszcze w XVIII wieku, jest świadectwem płynnej granicy między – jak ująłby to proboszcz Chmielowski – naukową „eksperyjencją” a „imaginacją symbolistów”.

◊◊◊

Pieśni Radości wam powiedam… będzie można wysłuchać w wykonaniu Adama Struga i Monodii polskiej na koncercie Carmen patrium 14 lipca w Pałacu Rzeczypospolitej. Koncert zainauguruje projekt „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej”.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Ogród wiedzy, część XIV http://blog.polona.pl/2016/12/ogrod-wiedzy-czesc-xiv/ Mon, 05 Dec 2016 16:35:01 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/12/ogrod-wiedzy-czesc-xiv/ Bahar-e Danesz (Ogród wiedzy) to powstała w Indiach perska opowieść szkatułkowa napisana przez Enajatullaha Kambu (1608-1671). W Bibliotece Narodowej jest przechowywany wspaniale iluminowany rękopis powieści (BOZ 182), której treść na Polona/Blog przybliża w odcinkach dr Albert Kwiatkowski (literaturaperska.com). 

pierwszej części syn władcy Indii Dżahandar oszalał z miłości do Bahrewar Banu, jednak jej ojciec odmówił mu ręki królewny. Dżahandar zamieszkał więc w ogrodzie nieopodal pałacu. Towarzyszyła mu wierna papuga, która starała się pocieszyć Dżahandara, racząc go opowieściami. Oto ostatnia część przygód królewicza.

◊◊◊

Dżahandar wysłuchał historii opowiedzianych przez papugę, lecz ani trochę nie polepszyło to jego stanu. O cierpieniu młodzieńca dowiedziała się jednak pewna kobieta, która szybko doniosła o wszystkim królewnie Bahrewar Banu. Gdy tylko Bahrewar usłyszała, że królewicz przyszedł prosić o jej rękę, o mało nie postradała zmysłów z miłości.

Nie było więc rady i ojciec królewny pozwolił w końcu, by Bahrewar i Dżahandar się pobrali. Tak też się stało.

Zaślubiny Dżahandara i Bahrewar Banu.

Zaślubiny Dżahandara i Bahrewar Banu.

Po uroczystościach weselnych młoda para wraz ze świtą wyruszyła w drogę powrotną do Indii. Na pierwszym postoju Dżahandar uwolnił papugę, która tak wiernie służyła mu radą i pomocą.

Jechał z nimi Hormoz, syn wezyra, który również był zakochany w młodej królewnie. Chcąc ją zdobyć, postanowił pozbyć się rywala. Gdy pewnego dnia Dżahandar ustrzelił na polowaniu antylopę, Hormoz powiedział, że posiada magiczną umiejętność, która pozwala mu przenieść swoją duszę w każde inne ciało. Wystarczy, że wypowie tajemne imię Boga. Dodał, że jeśli Dżahandar ma taką chęć, może nauczyć go tej sztuki. Królewicz uniósł się i odparł gniewnie, że zna tę sztukę i nikt nie jest w niej bieglejszy niż on. Żeby udowodnić swoje słowa, natychmiast przeniósł swą duszę w ciało zabitej antylopy. Hormoz tylko na to czekał. Gdy tylko dusza Dżahandara weszła w ciało antylopy, Hormoz natychmiast przeniósł swoją duszę w ciało Dżahandara, a co za tym idzie – przybrał jego postać. Bahrewar Banu podejrzewała, że Dżahandar, który wrócił z polowania, nie jest tym Dżahandarem, którego niedawno poślubiła. Udawała więc chorobę i trzymała się od niego z daleka.

Hormoz podstępem przenosi swą duszę w ciało Dżahandara, którego dusza zostaje uwięziona w ciele antylopy.

Hormoz podstępem przenosi swą duszę w ciało Dżahandara, którego dusza zostaje uwięziona w ciele antylopy.

Wkrótce po tym, jak para młoda przybyła do Indii, zmarł stary król, ojciec Dżahandara. W ten sposób podszywający się pod następcę tronu Hormoz objął władzę.

Tymczasem prawdziwy Dżahandar wciąż uwięziony był w ciele antylopy. Wędrował po polach i lasach szukając sposobu, by wrócić do swojego ludzkiego ciała. Pewnego dnia natknął się na martwego ptaka. Przeniósł duszę w ptasie ciało i czym prędzej pofrunął do stolicy swojego kraju. Tam schwytał go myśliwy i podarował pewnemu derwiszowi. Ptak bowiem potrafił mówić, czym budził powszechne zdumienie.

Dowiedziała się o tym Bahrewar Banu i w tajemnicy przed mężem kupiła od derwisza cudownego ptaka. Dżahandar wszystko jej opowiedział, po czym udzielił wskazówek, co zrobić, by jego dusza znów znalazła się w swoim ciele. Tak też się stało.

Gdy tylko prawdziwy Dżahandar odzyskał tron, w królestwie wybuchła rebelia, którą wywołały złe rządy Hormoza. Na jej czele stał generał Bahram Chan. Dżahandar pokonał buntowników i ponownie zjednoczył królestwo. Wśród pojmanych znalazła się córka generała. Jej uroda oszołomiła króla Dżahandara, który bez pamięci zakochał się w dziewczynie. Bahrewar Banu chudła ze zgryzoty, jednak swoje cierpienia przeżywała w ciszy. W końcu Dżahandar zrozumiał swój błąd i wrócił do małżonki.

Wojna Dżahandara ze zbuntowanym generałem Bahramem Chanem.

Wojna Dżahandara ze zbuntowanym generałem Bahramem Chanem.

Minęło wiele miesięcy i lat, aż król Dżahandar umarł. Gdy królowa Bahrewar Banu dowiedziała się o śmierci męża, założyła weselne szaty, położyła się przy jego boku i umarła. Pochowano ich w jednym grobie.

Bahrewar Banu umiera przy zmarłym Dżahandarze.

Śmierć królowej Bahrewar Banu.

Procesja żałobna niesie ciała Dżahandara i Bahrewar, by złożyć je do grobu.

Procesja żałobna niesie ciała Dżahandara i Bahrewar, by złożyć je do grobu.

Licencja Creative Commons
Ogród wiedzy, część XIV by Albert Kwiatkowski is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

]]>
Mszał Erazma Ciołka – z łąki do biblioteki http://blog.polona.pl/2016/10/mszal-erazma-ciolka/ Fri, 21 Oct 2016 11:39:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/10/mszal-erazma-ciolka/ W XVI wieku, w czasach rosnącej popularności książki drukowanej, iluminowane rękopisy jeszcze wyraźniej niż dotąd nabierały cech przedmiotu luksusowego. Technika wykonywania pergaminowego kodeksu nie zmieniła się zasadniczo od wieków, a droga nawet najbogatszych, ociekających złotem i dekorowanych licznymi miniaturami ksiąg, które miały trafić do rąk władców i możnych, zaczynała się zwykle na łące.

Z łąki do warsztatu

Mszału Erazma Ciołka i podobnych mu rękopisów z całą pewnością nie można określić mianem wegańskich książek. Nie mogłyby też stanąć na półce konsekwentnych zwolenników skóry ekologicznej. Każda z 231 kart rękopisu została zapisana na pergaminie wykonanym najprawdopodobniej z koziej skóry. Gatunek zwierzęcia, którego skóra została przerobiona na pergamin, można określić na podstawie widocznych śladów po owłosieniu, które starannie usuwano podczas przygotowywania kart.

Ślady kozich włosów, Mszał Erazma Ciołka (BN, Rps 3306 III, fol. 66r).

Ślady kozich włosów, Mszał Erazma Ciołka (BN, Rps 3306 III, fol. 66r).

Skórę poddawano chemicznym i mechanicznym procesom, które miały umożliwić poluzowanie włosów i ich usunięcie. Następnie rozpinano ją na ramie, by kontynuować oczyszczanie, w końcu suszono ją, szlifowano oraz gładzono. W tak przygotowaną skórę wcierano wapno, kredę lub talk. Jakość pergaminu zależała przede wszystkim od skóry zwierzęcia, ale cały proces przygotowania miał również ogromne znaczenie. Niestety, rzemieślnikom zdarzało się przypadkowo naciąć delikatną skórę, czego efektem była zwykła dziura, która powiększała się wraz z rozciąganiem skóry na ramie. Nie był to jednak wystarczający powód, aby cenny materiał spisywać na straty. Wykorzystywano go, a dziury czasami nawet dekoracyjnie naprawiano – cerowano barwną nicią lub zdobiono obrysowując wzorami. Także w Mszale Erazma Ciołka nie brakuje kilku dziurawych, a nawet już reperowanych i niezbyt pięknie pozszywanych kart.

Obrysowana dziura w pergaminie, fol. 47v.

Obrysowana dziura w pergaminie, fol. 47v.

Na początku XVI w. używano już powszechnie papieru wytwarzanego wówczas z rozdrobnionych szmat, jednak dzieła, którym chciano nadać szczególną rangę i które miały być towarem luksusowym były jeszcze przez wiele lat pisane, malowane, a nawet drukowane na dużo droższym pergaminie.

Do kogo po księgę iluminowaną?

Gotowy pergamin mógł zostać zakupiony przez osobę odpowiedzialną za wykonanie rękopisu. Nakład pracy, którą należało włożyć w przygotowanie iluminowanej księgi, nie skłaniał jednak nikogo do podjęcia tego trudu ot tak po prostu, z nadzieją, że ktoś kupi gotowy produkt. Zwykle zawierano umowę miedzy zleceniodawcą lub jego przedstawicielem a wykonawcą lub przedsiębiorcą – jednym z wykonawców albo pośrednikiem zajmującym się handlem książkami. Umowa taka nie była tylko formalnością i często stanowiła podstawę dochodzenia do swoich praw. Jedną z przykładowych kar umownych dla wykonawcy mogła być ekskomunika, lecz i tak sroga konsekwencja nie chroniła zleceniodawców przed stratą czasu i pieniędzy. Przypadki pobrania zaliczki i nieukończenia dzieła nie należały do rzadkości, o czym informują akta sądowe.

Chociaż dziś rękopisy kojarzą się przede wszystkim z mozolną pracą zakonników, to należy podkreślić że już w XIV w. również poza murami klasztorów działali profesjonalni skrybowie, iluminatorzy, malarze i introligatorzy. Skryptorzy przepisujący księgi byli zwykle dobrze wykształceni, potrafili posługiwać się biegle różnymi krojami pisma, a także wykonywać inicjały (ozdobne i wyróżnione pierwsze litery słów). Zawodowi kopiści tekstów byli nazywani katedralisami, od łacińskiego słowa cathedra oznaczającego niezbędny do ich pracy mebel: krzesło wyposażone w pulpit. Za wyposażenie malarskie rękopisu odpowiadały osoby określane w źródłach nazwami illuminator, illuminator librorum, pictor, pictor imaginum.

Niestety nie zachowały się dokumenty, które pozwoliłyby precyzyjnie zidentyfikować krakowskich twórców Mszału. Nikt się w nim także nie podpisał, oprócz samego Ciołka, który na karcie 122r napisał ponad fragmentem tekstu „antistite nostro E[rasmo]” – „me misero Peccatore E[rasmo]”.

Wpis Erazma Ciołka między wierszami Mszału, fol. 122r.

Wpis Erazma Ciołka między wierszami Mszału, fol. 122r.

Przygotowania

Kiedy twórcy wiedzieli już, co mają robić i zgromadzili odpowiedni zapas pergaminu, mogli przystąpić do szczegółowego rozplanowania dzieła – kolumn tekstu, miejsc na inicjały i miniatury. Zamawiający mógł mieć również duży wkład w wybór oraz ikonografię dekoracji rękopisu. Zarówno ustalone terminy, jak i obłożenie pracą całego zespołu, wymagały skoordynowanej współpracy kilku osób na luźnych, jeszcze niezszytych w całość składkach. Goniący deadline nie jest współczesnym wymysłem.

 Nie było więc czasu do stracenia. Karty liniowano ostrym narzędziem zostawiającym zarysowania lub – tak jak w przypadku mszału Ciołka – rozcieńczonym czerwonym atramentem rysowano sieć linii, która upodabniała pergamin do strony ze szkolnego zeszytu. Czasem na kartach rękopisów można natrafić na robocze notatki zawierające instrukcje dla poszczególnych wykonawców. W Mszale Ciołka zachowały się tylko wskazówki dla twórców inicjałów, tzw. reprezentanty, czyli kursywne literki informujące, jaki inicjał ma się w danym miejscu znaleźć – nikt nie zdrapał ich nożykiem przed wykaligrafowaniem inicjałów, więc do dziś to świadectwo praktyki warsztatowej można dostrzec w środku ozdobnych liter.

0046-litera-p-w-inicjale-zlotym

Inicjał „P” (fol. 15r).

0062-litera-f

Inicjał „F” (fol. 23r).

Inicjał „B” (fol. 25v).

Inicjał „B” (fol. 25v).

Przepisujemy

Właściwą pracę rozpoczynał skryba, który najpierw przepisywał tekst z dostarczonego mu wzoru. W omawianym przypadku dostarczono mu mszał, czyli księgę liturgiczną niezbędną dla kapłana odprawiającego nabożeństwo, zawierającą poszczególne części mszy, teksty modlitw, czytań i śpiewów.

Skryba do zapisania tekstu głównego użył czarnego atramentu. Czerwonym zapisywał rubryki (łac. rubrum – czerwony atrament), które są wprowadzeniem do następujących po nich tekstów. Rubryki wyróżniały się i ułatwiały szybkie orientowanie się w zawartości księgi (jak współcześnie używane zakreślacze). Wspomniane wyżej inicjały kaligraficzne (niebieskie i złote) były wykonywane później – co łatwo zauważyć, ponieważ często nachodzą na czarne litery tekstu.

Rubryka oraz inicjał nachodzący na miniaturę oraz tekst, fol. 89v.

Rubryka oraz inicjał nachodzący na miniaturę oraz tekst, fol. 89v.

Chociaż Erazm Ciołek był biskupem płockim, to rękopiśmienny mszał ze zbiorów Biblioteki Narodowej jest w swej redakcji liturgicznej mszałem krakowskim. W Litanii do Wszystkich Świętych zabrakło patrona Płocka – św. Zygmunta. Wymieniono za to patronów Krakowa – św. Stanisława, Wacława i Floriana.

Święci: Wojciech, Stanisław, Wacław i Florian w litanii na fol. 66r.

Święci: Wojciech, Stanisław, Wacław i Florian w litanii na fol. 66r.

Aby nadać dziełu blasku…

W Mszale Ciołka spod złotych i malowanych inicjałów oraz miniatur miejscami przebija różowa zaprawa o nieco ceglastym odcieniu. Najlepiej widać ją na przetarciach, pęknięciach i ubytkach złota. Jest to glinka (bolus lub pulment) zmieszana z kredą, którą nakładano na pergamin przed położeniem cieniusieńkiego płatka złota. Po przyłożeniu płatka na bolus polerowano go agatem lub zwierzęcym kłem do uzyskania idealnie gładkiej powierzchni. Intensywny efekt lśnienia gaszono nieco poprzez malowanie jasną farbą gęstej, dekoracyjnej sieci wijącego się ornamentu nitkowego.

Glinka widoczna pod złotym inicjałem (fol. 66v).

Glinka widoczna pod złotym inicjałem (fol. 66v).

Ornament na złocie wypełniającym inicjał (fol. 226r).

Ornament na złocie wypełniającym inicjał (fol. 226r).

Iluminacje

Lata 1514-1518, które są wskazywane jako czas powstania Mszału Erazma Ciołka, przypadają na okres świetności małopolskiej sztuki iluminatorskiej. Rękopis zdobi jedna miniatura całostronicowa oraz 19 miniatur i inicjałów figuralnych towarzyszących tekstowi. Nie trzeba być specjalistą, by dostrzec różnice w poziomie i wykonaniu poszczególnych miniatur, które jasno wskazują na udział kilku malarzy-iluminatorów w tworzeniu malarskiej dekoracji rękopisu. Nakładali oni farby warstwami bezpośrednio na pergamin, a na gotową już kompozycję nanosili farby cienkimi kreskami. Efekt migotliwości i lekkości wiele miniatur zawdzięcza użyciu złota malarskiego, którym za pomocą drobnych linii podkreślano wybrane elementy kompozycji.

Adoracja Dzieciątka (fol. 102v).

Adoracja Dzieciątka (fol. 102v).

Jan Chrzciciel (fol. 158r).

Jan Chrzciciel (fol. 158r).

Przez długi czas badacze wiązali dekorację Mszału Ciołka ze Stanisławem Samostrzelnikiem – najsłynniejszym krakowskim miniaturzystą pierwszej połowy XVI wieku. Z czasem jednak ograniczono się do przypisywania mu tylko jednej karty (102v) ozdobionej inicjałem G[loria] z przedstawieniem Adoracji Dzieciątka. Karta ta została również otoczona bordiurą z dekoracją ornamentalną i figuralną. Malarzowi udało się uzyskać efekt przestrzenny – motywy rzucają cień na powierzchnię pergaminu tak, jakby były na nim faktycznie rozłożone. Z tą iluzją współgra spacerująca między ornamentami mucha, która za sprawą malarza przysiadła w lewym dolnym rogu karty.

Bordiura na fol. 102v.

Bordiura na fol. 102v.

Mimo różnic artystycznych w wykonaniu miniatur, prawie wszystkie łączy silna inspiracja rycinami Albrechta Dürera i jego naśladowców. Twórcy Mszału Ciołka w samodzielnych miniaturach, a także tych wpisanych w inicjały, wzorowali się szczególnie na rycinach pochodzących z drzeworytniczego cyklu Małej Pasji Albrechta Dürera,  która ledwie kilka lat wcześniej została odbita po raz pierwszy (najwcześniejsza datowana rycina z serii pochodzi z 1509 r., lecz cały cykl w formie książkowej ukazał się dwa lata później). Posługiwanie się rycinami w praktyce warsztatowej było powszechne. W pracowniach różnych artystów, nie tylko malarzy książkowych, znaleźć można było odbitki Dürera, Martina Schongauera oraz innych twórców, które stanowiły gotowe i sprawdzone rozwiązania kompozycyjne. Ryciny i druki ilustrowane dostarczały wzorów dla całych scen, układów wybranych postaci, a także rozwiązań formalnych. Miniaturzyści przetwarzali pojedyncze wzory lub łączyli kilka w jeden obraz. W przypadku Mszału Ciołka często stawali przed zadaniem dostosowania pierwowzoru do dość specyficznej i ograniczonej przestrzeni inicjału.

Adoracja Dzieciątka – inicjał P[uer] (fol. 135r).

Adoracja Dzieciątka – inicjał P[uer] (fol. 135r).

Pokłon Pasterzy z Małej Pasji Albrechta Dürera (British Museum, nr inw. E,2.226)

Pokłon Pasterzy z Małej Pasji Albrechta Dürera (British Museum, nr inw. E,2.226)

Ponieważ rękopis był zamawiany przez konkretną osobę, jego dekoracja została zindywidualizowana. Dwie strony Mszału Ciołka zdobią bordiury z insygniami biskupimi – infułą i pastorałem. Herb Erazma Ciołka, Sulima, powtarza się na kartach rękopisu czterokrotnie (karty: 1 r, 102v, 121v, 129r). Ukazany jest w otoczeniu rogów obfitości lub podtrzymują go putta. Puttom towarzyszą ornamentalne stwory wyrastające z wici roślinnej – na karcie 102 v są to delfiny, a na karcie 129r smoki. Te ostatnie kąsają ubrane w całkowicie prześwitujące koszulki putta, które próbują się bronić chwytając się mocno herbu bibliofila niczym ostatniej deski ratunku.

Bordiura na karcie

Bordiura na karcie 129r.

Książkę trzeba ubrać

Kiedy rękopis był już gotowy, a wszystkie składki zszyte, można było go oprawić. Dzięki zachowanym księgom ze zbiorów Erazma Ciołka wiemy, że biskup dbał o ich zewnętrzny wygląd i zaopatrywał je w oprawy opatrzone jego superekslibrisem (znakiem własnościowym, np. herbem wytłaczanym na oprawie).
W XVI wieku oprawiano książki w pergamin, lecz do oprawy kosztownych dzieł, jakimi niewątpliwie były rękopisy iluminowane, stosowano raczej cienkie deski (ewentualnie tekturę) obciągnięte skórą z tłoczeniami. Niekiedy zamiast skóry wybierano gładkie, tłoczone lub haftowane tkaniny (atłas, aksamit). Oprawę można było także uszlachetnić złoceniami lub drogimi kamieniami. Niestety wiele opraw nie zachowało się do naszych czasów. Oprawa miała nie tylko zdobić, ale przede wszystkim chronić rękopis lub książkę. Nic dziwnego więc, że sama uległa często zniszczeniu lub wymieniano ją na nową, gdy zmieniał się właściciel. Mszał Erazma Ciołka został oprawiony powtórnie w czasie konserwacji, lecz zachowała się wcześniejsza oprawa z desek powleczonych skórą.

Na półce

Erazm Ciołek, biskup, dyplomata, mówca i bibliofil marzący o kapeluszu kardynalskim, zabrał swój mszał w podróż do Rzymu w roku 1518. Tam też zmarł nagle 9 września 1522 r. nie doczekawszy się spełnienia swych ambicji. Po jego śmierci oszacowano wartość księgi na 100 florenów. Kilkanaście lat później taka kwota jest wymieniana jako równowartość rocznej pensji Stanisława Hozjusza, podówczas sekretarza królewskiego. Wobec znajomości kunsztu wykonania tego dzieła oraz całego procesu – od łąki do warsztatu introligatora – podana wycena wydaje się całkiem uczciwa.

Droga do Rzymu była ledwie zapowiedzią kolejnych podróży Mszału, który krążył nie tylko między szafami bibliotecznymi, ale nawet podróżował między kontynentami. Po Erazmie Ciołku odziedziczyła go kapituła płocka. Gdy został wycofany z użytkowania, trafił do Biblioteki Biskupów Płockich w Pułtusku, a następnie do Biblioteki Załuskich w Warszawie. W 1795 roku przewieziono go do Biblioteki Cesarskiej w Petersburgu (na kilku kartach odbito pieczątki rosyjskiej biblioteki). Po I wojnie światowej księga wróciła do Polski i została włączona do zbiorów Biblioteki Narodowej. W trakcie II wojny światowej ewakuowano ją wraz z innymi cennymi dziełami do Rumunii, Francji, a w końcu do Kanady, skąd szczęśliwie powróciła do Biblioteki Narodowej dopiero w 1959 roku.

]]>
Wcielenia królowej Wandy http://blog.polona.pl/2016/09/wcielenia-wandy/ Mon, 26 Sep 2016 09:14:06 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2016/09/wcielenia-wandy/ Choć to Wincenty Kadłubek na początku XIII w. jako pierwszy wprowadza Wandę na karty polskiej historiografii, dopiero późniejsi autorzy doprowadzili jej legendę do znanego powszechnie kształtu: opowieści o bajecznej słowiańskiej władczyni, która na czele wojsk przegania niemieckiego adoratora, a później dramatycznie kończy w wiślanych odmętach.

wanda1

Późnobarokowy imaginacyjny portret królowej Wandy jako polskiej władczyni z VIII wieku.

Rządy królowej Wandy były według Kroniki polskiej Kadłubka pełne rozwagi i dobrobytu. Monarchini kontynuowała politykę swojego ojca, znanego z roztropności Kraka. Było wprawdzie o krok od nieszczęścia, bo za panowania Kraka poddanym dawał się we znaki żarłoczny potwór – sławny wawelski smok. Poczwarę zgładzili synowie władcy, ale młodszy z nich nie chciał później podzielić się władzą z bratem i zabił go potajemnie. Gdy bratobójczy grzech wyszedł na jaw, utracił koronę i został skazany na banicję.

Początek historii o Wandzie w rękopisie z Chronica Polonorum Kadłubka z XV w. (tzw. Kodeks Stanisława Augusta, BN Rps 3376 II).

Początek historii o Wandzie w rękopisie z Chronica Polonorum Kadłubka z XV w. (tzw. Kodeks Stanisława Augusta, BN Rps 3376 II).

Tam, gdzie zgładzono smoka, powstało miasto nazwane od imienia władcy „Grakchovia”. Kronikarz dodaje, że „niektórzy nazywali je Krakowem od krakania kruków, które zleciały się tam do ścierwa potwora” (przeł. B. Kürbis). Senat, możni i lud czuli ogromny sentyment do rządów Kraka, uznali zatem jego jedyną córkę Wandę za prawowitą następczynię i obrali ją swoją królową.

Fragment Kroniki Kadłubka opisujący wybór Wandy na królową.

Tantus autem amor principis senatu proceres, vulgus omne devinxerat, ut unicam eius virgunculam, cuius nomen Vanda, patris imperio surrogarent – „Tak wielka zaś miłość do zmarłego władcy ogarnęła senat, możnych i cały lud, że jedynej jego dzieweczce, której na imię było Wanda, powierzyli rządy po ojcu” (przeł. B. Kürbis).

Nową władczynię wyróżniała nie tylko roztropność, ale i niesłychany wdzięk oraz piękna postać, a „najokrutniejsi spośród wrogów łagodnieli na jej widok” (przeł. B. Kürbis). Gdy pewien alemański książę, bynajmniej nie w celach matrymonialnych, ruszył na jej ziemie ze swoimi wojskami, monarchini nie zlękła się i zdecydowała bronić młodego państwa. Gdy stanęła naprzeciw nieprzyjacielskich wojsk, dziwny blask onieśmielił srogich najeźdźców. Ci w niejakiej konsternacji odrzucili broń, nie chcąc walczyć z tym świetlistym bóstwem. Wódz ich, jak mówi Kadłubek „tknięty udręką miłości czy oburzenia”, rzucił się w gniewie na miecz i tak zakończył swój żywot. Był jednak zapobiegliwy, bo zanim popełnił samobójstwo, rzucił klątwę na lud Wandy, każąc mu się starzeć pod niewieścimi rządami na wieki.

Ilustracja z popularnego druczku Obrazki historyczne z życia świątobliwych błogosławionych i zasłużonych krajowi cnotą, nauką, odwagą i męztwem, Polaków i Polek..., Warszawa 1862.

Ilustracja z popularnego druczku Obrazki historyczne z życia świątobliwych błogosławionych i zasłużonych krajowi cnotą, nauką, odwagą i męztwem, Polaków i Polek…, Warszawa 1862.

Może to klątwa nie pozwoliła mieć Wandzie dziedziców, a może już wcześniej królowa przedkładała dziewictwo nad małżeństwo – kronikarz tego nie precyzuje. Zmarła bezpotomnie osierociwszy swoje państwo, które na długi czas pogrążyło się w chaosie bezkrólewia. Według mistrza Wincentego od imienia Wandy wzięła się nazwa rzeki Wandal, a poddany jej lud określono zaś mianem Wandalów. To stwierdzenie Kadłubka miało niebagatelną wartość, bo pozwoliło umocować tworzone przezeń legendarne dzieje państwa i narodu w rzeczywistości opisywanej przez starożytnych autorów, a zatem łączyć „rodzime” historie z korpusem tekstów antycznych, skąd pochodziła większość ówczesnej wiedzy.

Nie wiadomo, czy przypisać historię Wandy inwencji Kadłubka, czy też jego erudycji – niewątpliwie jednak krakowska heroina będzie po wielokroć wracać na karty dziejopisarstwa. Prapolską królową spotykamy znowu w anonimowej Kronice wielkopolskiej. Dowiadujemy się rzeczy nowych: słowo „Wanda” ma być odpowiednikiem łacińskiego hamus, oznaczającego wędkę. Tak rozumiane imię nabiera nowego znaczenia – niezwykły powab władczyni działa niczym wędka na wszystkich dokoła. Nic więc dziwnego, że alemańskiemu najeźdźcy autor Kroniki wielkopolskiej (koniec XIII w.) dopisuje nową motywację do ataku na państwo Wandy: królowa konsekwentnie odrzucała zaloty, czym doprowadziła zakochanego desperata do zbrojnego natarcia. W tej wersji legendy Wanda nieco straciła blask, bo broniła się bardziej namacalnym argumentem siłowym w postaci odważnych zastępów. I znowu alemański władca, targany już to miłością, już to oburzeniem, przeklął lud Wandy tymi samymi co u Kadłubka słowy, po czym rzucił się na ostrze miecza. Wanda odniosła zwycięstwo, ale za swój sukces musiała zapłacić bogom najwyższą cenę i rzucić się w nurt rzeki. W tym przekazie znajdujemy więcej logiki w etymologicznym dowodzie – od Wandy wzięła swoją nazwę rzeka Wandalus, czyli Wisła, bo królowa utonęła w jej wodach; takiego powiązania próżno szukać w przekazie Kadłubka.

Królowa Wanda w poczcie polskich władców w Chronicum polonorum Macieja Miechowity.

Królowa Wanda w poczcie polskich władców w Chronicum polonorum Macieja Miechowity.

Podobną redakcję tej opowieści daje również Jan Długosz w swoich Rocznikach (druga połowa XV w.). Niemiecki adorator zyskuje też u krakowskiego dziejopisa imię i staje się księciem Rytygierem. Odmowa Wandy nabiera z kolei honorowego wymiaru: jakże mogłaby bowiem przyjąć awanse władcy kraju, który tak często napadał na jej królestwo? Za Kadłubkiem przyjmuje jednak Długosz, że przyczyną poddania się alemańskich oddziałów była nie liczebność wojsk królowej, a niezwykła piękność jej oblicza. Wanda zauroczyła więc swojego wroga w sposób bez mała magiczny – nie miecz, a jej urok, niczym dar od samej Wenery, pokonał najeźdźcę. Podobnie jak w Kronice wielkopolskiej Wanda płaci jednak za swoje zwycięstwo życiem, oddając się bogom w ofierze i ginąc w wiślanej toni.

W wiek szesnasty redakcję Długosza, kompilującą dwie wcześniejsze, przeniósł Maciej Miechowita, który przyczynił się mocno swoją Kroniką polską (1519) do ugruntowania legendy o sarmackim pochodzeniu Polaków. Ze zbliżonego źródła najpewniej korzystał też Bartłomiej Paprocki w Gnieździe cnoty (1578), dokonując zgrzebnego opisu dziejów polskich za pomocą krótkich wierszowanych form. Jeden utwór poświęca także Wandzie:

11686631-24

11686631-25

Fragmenty Gniazda cnoty Bartłomieja Paprockiego. Epitafium Wandzie oraz opis bezkrólewia po jej śmierci.

Wydawca wykorzystał zresztą do zilustrowania dzieła Paprockiego te same ryciny, które towarzyszyły wcześniej jednemu z wydań dzieła Miechowity.

Jeszcze inne wcielenia Wandy przynosi wiek dziewiętnasty. Legendarna królowa i jej dramatyczny los doskonale pasował do romantyczno-sentymentalnej wizji średniowiecza. W 1807 roku wystawiono w Warszawie anonimową tragedię w pięciu aktach pt. Wanda. Sztuka zyskała ogromne powodzenie, chwalił je nawet Ludwik Osiński, tuz ówczesnego środowiska teatralnego. Tekstu nie wydano jednak drukiem przez długi jeszcze czas – być może nie chciała tego sama autorka, którą okazała się Tekla Łubieńska. Dramatopisarka, zgodnie z obowiązującym wówczas smakiem, uczyniła postać Wandy jeszcze bardziej tragiczną – bohaterka odrzuca awanse Rytygiera (czynione i przez posłów, i zbrojnie), bo obawia się, by poślubienie Niemca – choć tak dzielnego i mądrego – nie stało się zagrożeniem dla polskiego umiłowania wolności. Po zwycięstwie nad wrogimi oddziałami – zgodnie z brzmieniem legendy – zabija się w dziękczynnej ofierze. Wyznaje jednak przy tym, że odwzajemnia namiętne uczucie, które kazało niemieckiemu księciu nacierać na krakowskie ziemie. Tak Wanda Łubieńskiej stała się ucieleśnieniem chętnie eksploatowanego przez romantyków konfliktu między obywatelską powinnością a osobistym afektem.

Fragment Wandy w sztambuchu wnuczki Tekli Łubieńskiej.

Fragment Wandy w sztambuchu wnuczki Tekli Łubieńskiej.

O ile Wanda jedynie dowodziła swoimi oddziałami (co jest już, prawdę mówiąc, niemałym dowodem śmiałości średniowiecznej niewiasty), o tyle jej literacka krewna, czyli Grażyna z poematu Adama Mickiewicza (1823), nie tylko podjęła się roli dowódczej, ale i sama chwyciła za broń. Pod nieobecność swego książęcego małżonka Litawora, a w obliczu krzyżackiego natarcia, Grażyna wdziała zbroję – co było jej na rękę, bo uniemożliwiło rozpoznanie jej postaci – i w polu bitwy siekła szablą jak najmężniejszy rycerz, poniósłszy równie rycerską śmierć.

Scena śmierci Grażyny, konającej w objęciach męża Litawora; z ręcznie kolorowanego dziewiętnastowiecznego wydania poematu.

Scena śmierci Grażyny, konającej w objęciach męża Litawora; z ręcznie kolorowanego dziewiętnastowiecznego wydania poematu.

Z czasem legendarna Wanda traci zacięcie do wojaczki. W komiksie Wanda leży w naszej ziemi Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza (1938) królewska powinność nakazuje jej znaleźć męża. Marzy jej się tajemniczy rycerz, który rozprawił się wcześniej ze smoczą bestią, ale nie sposób go odnaleźć, choć zostawił po sobie łabędzie pióra, niemal jak Wagnerowski Lohengrin. Zamiast wyczekiwanego bohatera tęskna Wanda zobaczy pod bramami Krakowa tylko krwiożerczego Rytygiera. Pokorna monarchini, nie chcąc rozlewać krwi, by bronić się przed niechcianym małżeństwem, widzi tylko jedno rozwiązanie, którym jest usunięcie się z politycznej sceny i skok do Wisły. Fabularnie górę bierze jej tragiczny koniec, a nie mężny opór.

Dziewiętnastowieczna litografia według obrazu Maksymiliana Antoniego Piotrowskiego, „przedstawiająca Wandę, ten mit pogański zawsze tak świeży w wyobraźni narodu, a tak z jego życiem zrosły, że nawet badania historyków chcących nam go odebrać, przeszły bez odgłosu”.

Dziewiętnastowieczna litografia według obrazu Maksymiliana Antoniego Piotrowskiego, „przedstawiająca Wandę, ten mit pogański zawsze tak świeży w wyobraźni narodu, a tak z jego życiem zrosły, że nawet badania historyków chcących nam go odebrać, przeszły bez odgłosu”.

A pazur czai się czasem tam, gdzie najmniej się go spodziewamy – silną władczynię stojącą na czele prapolskich wojsk łatwiej było sobie wyobrazić naszym przodkom. Wanda realizuje topos rycerskiej kobiety tak silnie obecny w dawnej kulturze od asyryjskiej królowej Semiramis (której historię omawiają jako paralelną do opowieści o Wandzie biskupi Jan i Mateusz w Kronice polskiej Kadłubka) po późniejsze wcielenia tej samej figury – owianą legendą Joannę d’Arc, Armidę z Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa czy wreszcie waleczną Mickiewiczowską Grażynę.

]]>