Polona/Blog http://blog.polona.pl Przegląd Cyfrowej Biblioteki Narodowej Tue, 05 Mar 2019 10:20:07 +0000 pl hourly 1 WP-MTV Bolesław Wieniawa-Długoszowski: adiutant Marszałka i człowiek pióra http://blog.polona.pl/2019/03/boleslaw-wieniawa-dlugoszowski-adiutant-marszalka-i-czlowiek-piora/ Tue, 05 Mar 2019 10:20:07 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/boleslaw-wieniawa-dlugoszowski-adiutant-marszalka-i-czlowiek-piora/ Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski (1881–1942) to jedna z najbarwniejszych postaci dwudziestolecia międzywojennego, jedna z postaci ucieleśniających Polskę wolną i niepodległą. Należał do grona najbardziej zaufanych ludzi marszałka Józefa Piłsudskiego. Był także przyjacielem najsłynniejszych poetów tego okresu. W swoich dziennikach i wspomnieniach pisali o nim zarówno Jan Lechoń, Antoni Słonimski, a także Jarosław Iwaszkiewicz, jak również Władysław Broniewski i Aleksander Wat.

Urodził się 22 lipca 1881 roku w Maksymówce w Galicji. Wychowywał się w majątku rodzinnym w Gorlicach, do gimnazjum chodził we Lwowie, ale z powodu ogromnych problemów dyscyplinarnych, jakie sprawiał trafił do zamkniętego gimnazjum jezuitów w Chyrowie, skąd uciekł. Maturę zdał w Nowym Sączu. W roku 1906 ukończył z wyróżnieniem Wydział Lekarski Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nie poświęcił się jednak medycynie, lecz malarstwu, które studiował najpierw w Berlinie, potem w Paryżu, gdzie był współzałożycielem Towarzystwa Artystów Polskich. Z tego okresu pochodzi kilkanaście wierszy, dość manierycznych niestety, pisanych z jednej strony pod wpływem poetów Młodej Polski, z drugiej zaś inspirowanych francuskimi parnasistami. Należące do tego zbioru utwory:  Kolorowe mgiełki wiszą nad Sekwaną, Listopad, Wyznanie czy Ekstaza utrzymane są w modnej w tym czasie w całej Europie stylistyce modernistycznej.

Pozostawił po sobie kilka obrazów, wśród nich wykonany ołówkiem portret Józefa Piłsudskiego z grudnia 1928 roku. Wykazał się talentem także jako tłumacz poezji. Jego przekłady wierszy Charles’a Baudelaire’a Spleen, Dusza wina czy Wróg znalazły się w – wielokrotnie wznawianym na przełomie XX i XXI wieku – dwujęzycznym wydaniu Kwiatów zła w opracowaniu Marii Leśniewskiej i Jerzego Brzozowskiego oraz w trzecim tomie prestiżowej (czterotomowej) Antologii poezji francuskiej pod redakcją Jerzego Lisowskiego, w której sąsiadują z kongenialnymi tłumaczeniami autorstwa Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Mieczysława Jastruna i Adama Ważyka.

Niewykluczone, że przeszedłby do historii jako malarz, poeta i tłumacz, a nie jako mąż stanu, polityk i generał, gdyby w roku 1914 w Paryżu nie spotkał się z Józefem Piłsudskim.

Wrócił do kraju i 6 sierpnia 1914 roku wyruszył z ulicy Oleandry w Krakowie do Królestwa Polskiego jako żołnierz Kompanii Kadrowej. Wkrótce został ułanem oddziału Władysława Beliny-Prażmowskiego. Już po roku Piłsudski uczynił go swoim adiutantem. Błyskawicznie wyrósł na jednego z najbliższych i zaufanych współpracowników Marszałka.

Odznaczony krzyżem Virtuti Militari dosłużył się stopnia generała, był m.in. dowódcą 2 Dywizji Kawalerii.

W roku 1933 wydał bardzo osobistą, bogato ilustrowaną broszurkę zatytułowaną Wzruszenia krakowskie, pełną uwielbienia dla Marszałka.

Po przejściu w stan spoczynku od 1938 roku pełnił funkcję ambasadora RP w Rzymie. We wrześniu 1939 roku prezydent Mościcki wyznaczył go swoim następcą, ale funkcji tej Wieniawa, na skutek politycznych intryg, nie przyjął. W 1940 roku przez Portugalię trafił do Nowego Jorku. Z polecenia gen. Władysława Sikorskiego miał objąć placówkę dyplomatyczną w Hawanie. 1 lipca 1942 roku wypadł z piątego piętra budynku na Manhattanie. Jedni twierdzą, że był to wypadek, inni, że samobójstwo.

Pozostawił po sobie imponującą biografię, ale i fascynującą legendę. Przyjaźnił się ze Skamandrytami, którym poświęcił osobisty wiersz Do moich przyjaciół. Pytał w nim pół żartem, pół serio:

Co nas ze sobą sprzęgło, poetycka szajko,

Mnie żołnierza prostaka, z dziećmi Apollina,

Czy wspólna silna słabość do wina i kina,

Czy chęć smagania ludzi prawdą jak nahajką?

[…]

A jednak nie… nieprawda… szumnie, hucznie, jurnie

Wy z waszą pieśnią, ja z lancą polecę.

I razem zdobędziemy Polskę jak fortecę,

Którą opanowali łajdaki i durnie.

Niezrównane anegdoty o jego bujnym życiu towarzyskim opowiadał Franciszek Fiszer – barwna postać warszawskich kręgów artystyczno-literackich – o czym pisze Roman Loth w znakomitej książce o Fiszerze Na rogu świata i nieskończoności. Profesor Loth w roku 1992 doprowadził do wydania Wymarszu i innych wspomnień Wieniawy-Długoszowskiego.

Postać Wieniawy ciągle intryguje i fascynuje. Powstało o nim wiele książek, większość z nich dopiero po roku 1989, m.in. Pierwszy ułan Drugiej Rzeczpospolitej i Ulubieniec Cezara Jacka M. Majchrowskiego, Wieniawa. Poeta, żołnierz, dyplomata Witolda Dworzyńskiego, Wieniawa. Szwoleżer na pegazie Mariusza Urbanka. W roku 1998 Elżbieta Grabska i Marek Pytasz w tomie Szuflada generała Wieniawy zebrali pozostałe po nim wiersze i dokumenty, zaś w roku 2002 Wojciech Grochowalski opublikował tom jego Wierszy i piosenek.

Do twórczości poetyckiej Wieniawa już jako generał nie przywiązywał specjalnej wagi. Ale kiedy pisał o Piłsudskim to w odróżnieniu od wielu poetów legionistów, poetów żołnierzy, takich jak Edward Słoński czy Józef Mączka – nie jako o Naczelniku, lecz o człowieku, którego znał osobiście i na co dzień, który cierpi, zmaga się z chorobą, bólem, słabością, czego świadectwem jest rozbudowany formalnie i nad wyraz osobisty wiersz Komendantowi.

Po latach pod względem artystycznym bronią się wiersze patriotyczne Wieniawy: Biada, żołnierzu polski! czy Wieniec pieśni ułańskich o przysiędze powstałe wtedy, gdy żądano od legionistów składania przysięgi na wierność Austrii i Niemcom, czego Piłsudski zakazał stosownym rozkazem.

Popularność zyskały też jego wiersze żartobliwe – piosenki, fraszki, teksty o charakterze kabaretowym, wśród nich prześmiewcze Wierszyki wyborcze. Na ich popularność miał wpływ fakt, że muzykę do nich komponowali np. Ludomir Różycki (Nagłe kochanie) czy Emil Młynarski (Moja para), ale nie tylko, bowiem takie teksty, jak Konne bombardiery, Katechizm ułański, Polska sportowa napisał Wieniawa pod melodię odpowiednio Pije Kuba do Jakuba, Bartoszu, Bartoszu, Siekiera, motyka…. Wiele z tych utworów ogłosił pod pseudonimem, ale cała Warszawa domyślała się, kto jest ich autorem… Na koniec nie sposób nie wspomnieć, że jego Fraszki bez jednej klepki Julian Tuwim włączył do opracowanej przez siebie antologii Cztery wieki fraszki polskiej.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Antoni Nowosielski: „Pamiętniki kuratora magazynów". Odradzam http://blog.polona.pl/2019/03/antoni-nowosielski-pamietniki-kuratora-magazynow-odradzam/ Wed, 27 Mar 2019 10:02:02 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/antoni-nowosielski-pamietniki-kuratora-magazynow-odradzam/ W tamtym czasie – połowie XIX stulecia – według zarządzenia władz w każdym majątku ziemskim, w każdej wsi powinien istnieć magazyn zawierający rezerwę zboża na wypadek nieurodzaju dla zapobieżenia głodu. Narrator, szlachcic z uniwersyteckim wykształceniem, jest wyznaczony przez powiatowego marszałka szlachty do sprawdzenia czy takie magazyny rzeczywiście istnieją, zawierają zapasy i w jakim są stanie.

W większości odwiedzonych miejsc magazynów nie ma. W pierwszym majątku gdzie jest, z powodu przeciekającego dachu składowane ziarno gnije, a stary pastuch wyznaczony do pilnowania składu cierpi wyraźnie na chorobę Alzheimera. Ziemianie zwykle nie wiedzą o zarządzeniu. Obiecują zbudować magazyn, tyle że w przyszłości, bo obecnie pora roku akurat nie sprzyja takim pracom. W braku magazynów kurator opisuje to co widzi: nieporządne obejścia, zabudowania gospodarcze nie dość oddalone od mieszkalnych. Prosiaki ryjące przed gankiem dworu. Zapraszany był do wnętrza, do pokoju dość brudnego, gdzie na ścianach rozwieszone były popstrzone od much portrety jakichś polonusów czerwonych z golonymi głowami, zawiesistymi wąsami. Na stole leżała pończocha, kłębek, tabakierka i chustka, siedział kot i umywał się liżąc łapę. Przez izbę przebiegały tłuste, rozmamłane dziewczęta, popychając jedna drugą.

Jeśli gospodarz był mężczyzną, proponował kuratorowi kieliszek gorzałki bądź doskonałej wiśniówki. Po stanowczej odmowie narzekał na niskie ceny zboża, sprawiające, że sprzedał niemal całe zbiory. Częściej były to wdowy zapraszające zwykle na pierogi i kawę. Przy posiłku wdowa zwykle wykorzystywała okazję by opowiedzieć historię swego życia; najpierw starało się o nią trzech konkurentów: jeden assesor, drugi rządca trochę zezowaty, trzeci porucznik Portopiejkin. Wreszcie wydała się za chorążego. Ten był niedorajda, wszystko było na jej głowie. Gdy chorąży umarł, drugi mąż Kieliszkiewicz był lepszy, ale Bogiem a prawdę powiedziawszy, nałogowy; gdyby nie to, lepszego męża ze świecą szukać. Słuszny mężczyzna, zdrów, ale dostał apopleksyi i umarł. Miałam z nim ośmoro dzieci. Naszego kuratora podkusiło by spytać o losy odrzuconych konkurentów i uzyskał wyczepujące wiadomości: zezowatego dzierżawcę wyrzucono z dzierżawy, assesor wywędrował w świat i gdzieś zaginął, porucznik Portopiejkin zginął w wojnie z Francuzem. Odtąd kurator stara się omijać majątki wdów. Ziemianie słysząc nazwisko uznają, że niesłychanie przypomina swego dziada. Starają się go swatać z miejscowymi pięknościami. Pewna Zosia nawet mu się podoba. Właśnie rozpakowuje książki przywiezione z Paryża. Były to „La dame de Monsoreau” Dumasa oraz „ Phisiologie du mariage”, „La fille aux yeux d’or” Balzaka. Widząc te okropne i plugawe niegodziwości kurator czuje, że krew napływa raptem do głowy. Podnosi głos: Są to, pani, niegodziwości, same brudy, najpodlejsze plugastwa. Paniż to czytać podobne rzeczy?

 Odtąd, czując apetyt zatrzymuje się w żydowskich karczmach. Gospodyni, w perłach, brylantach i brudnym fartuchu proponuje zawsze rosół i rybę. Do tego wódkę, – nie piję…to likier, dubelt różowy albo miętowy, kminkowy.

– Nie chcę.

– Może goldwasser albo ratafia, rarytna, antyk!

– Nie.

– Może wielmożny pan pozwoli lipcu?

– Nie piję i miodu.

– Ale taki lipiec lepszy od starego węgierskiego wina.

– I wina nie piję.

– Ja wiem co – mam porter, ale fajn!

– Nie.

– Ja wiem, pan powinien wziąć sobie żonę. Ja mam dla pana panienkę. Panu potrzeba bogatej, żeby posag był duży. Ma trzysta dusz. Piękna, tłusta. Adukowana po łacinie, po niemiecku i tańcuje, aj, waj. Kolaską jeździ.

I jeszcze dowiaduje się kurator, że czwartego lipca ma być koniec świata. Ze dwa tygodnie temu do Berdyczowa przyszło dwóch starych Żydów. Mówią, że są prorocy z nieba. Pokrzywkiewicz, który przyjechał z Berdyczowa wszystkim to powtarza. Policmajster zabrał ich do kozy. Jak będzie koniec, to poginiemy wszyscy razem, a jak nie to dam wam po dwieście batów.

Nowy rewizor gubernatora zrewidował magazyny, znalazł niedobory, myszy w stertach i podziękowano kuratorowi za służbę. Wrócił do pługa i zakończył pisanie pamiętników.

Antoni Nowosielski: „Pamiętniki kuratora magazynów” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Józef Symeon Bogucki: "Zalotna, czyli jeden rok tajemnicy. Powieść z roku 1837". Zachęcam http://blog.polona.pl/2019/03/jozef-symeon-bogucki-zalotna-czyli-jeden-rok-tajemnicy-powiesc-z-roku-1837-zachecam/ Mon, 25 Mar 2019 09:55:46 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/jozef-symeon-bogucki-zalotna-czyli-jeden-rok-tajemnicy-powiesc-z-roku-1837-zachecam/ Debiut dwudziestojednoletniego autora jest najśmieszniejszą prozą tamtego okresu. Lektura jednym ciągiem wydaje się męcząca, natomiast otwierana co jakiś czas staje się zawsze źródłem radości, głównie z racji jej stylu: Jest coś w wnętrzu czołowieka, co jeszcze dla nieprzystępnego rozwadze pojęcia, nie pozyskało pospolitszego nazwania; co wzbija czas życia ku dojrzałości, ściele dni nasze w coraz nowszych odcieniach myśli. Wypadałoby cytować te rozważania trzykrotnie, dalej, nim pojawi się cień akcji. Intrygą są losy syna szwajcarskiego bankiera Rudolfa Montjouvillen i spotkanej w Paryżu polskiej awanturnicy Melanii. Rudolf najpierw przegrywa w karty ogromny kapitał swego ojca, potem polską fortunę Melanii, wreszcie po latach ogromny majątek stręczonej mu przez Melanię młodziutkiej Leontyny. Rudolf nazywa siebie szulerem i tak jest też określany przez autora. W tradycyjnym rozumieniu szuler to oszust lub szczęściarz, który zyskuje przy karcianym stoliku pieniądze. Ten, który je traci to nieszczęsny hazardzista.

Melania wracając do Polski zostaje hrabiną Złotopolską. Opisy warszawskiego pałacu Złotopolskich zapoczątkowują w naszej literaturze nurt najpełniej rozwinięty przez Helenę Mniszkównę i kontynuowany w twórczości literackiej profesora doktora habilitowanego Stefana Chwina.

W zakącie ogrodu, w pośród małej wysepki połączonej bambusowym mostkiem, stała chińska altana, ocieniona drzewami akacji. Wnętrze było ozdobione w emblema i hieroglify staro-wschodnie, ściany wyłożone porcelaną z Pekinu. Usiadła na ławeczce z kararyjskiego marmuru. Mały stoliczek osłoniony bogatym dywanem stał blisko, na nim leżała gitara, nuty i mała książeczka „Droga do szczęścia”; zwykłe drobne upominki umysłu poniewierano w altanach. Daleko angielski ogrodnik zajmował się układaniem wodotrysków z fontanny; trochę dalej dwaj murzyni obierali z roślin gąsienice. Przy kaskadzie sześcioletni Chińczyk, którego hrabina zakupiła razem z roślinami, czerpał wodę muszelką i podawał zielonej papudze, wkładając rękę do klatki. Druga strona pałacu łudziła oko rzadkim kaprysem fantazji; zdawało się, że widzimy styrane wiekiem gotyckie zamczysko lub wysłużoną fortecę; mnóstwo baszt, strzelnic i wycieczek osłaniało popękane mury, wysokie luki porozrzucane gęsto i bez przymusu, wiązały okna dziwacznego kształtu, pełne szyb kolorowych, wiele drobnych ganeczków zawieszonych w ułamkach, porosłych mchem i paprocią, wykończało cały efekt gotycyzmu.

Rudolf Montjouvillen nie mając już środków, by zasiąść do zielonego stolika, zmusza  Melanię by opuściła Warszawę i Europę. Udają się do Ameryki.

 Szesnastoletnia Leontyna poślubia starego poważnego bankiera i rodzi mu dziecko. Opuszczony hrabia Złotopolski przenosi się do wieczności.

Józef Symeon Bogucki: “Zalotna, czyli jeden rok tajemnicy. Powieść z roku 1837” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Jan Lam. „Koroniarz w Galicji”. Polecam http://blog.polona.pl/2019/03/jan-lam-koroniarz-w-galicji-polecam/ Fri, 15 Mar 2019 11:28:30 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/jan-lam-koroniarz-w-galicji-polecam/ Rzecz dzieje się latem 1863. Bohater, Artur Kierulski, biorący udział w powstaniu przybywa do Galicji z misją organizowania w patriotycznych kręgach społeczeństwa galicyjskiego pomocy, głównie materialnej, dla powstania. Ma za sobą wielodniową wędrówkę po lasach i nielegalne przejście granicy. Znużony, pada we Lwowie w miejskim parku i głęboko zasypia. Tu trafia na niego piękna wdowa w średnim wieku, odbywająca spacer w towarzystwie młodszej kuzynki. Po przypatrzeniu się śpiącemu, obie panie uznają, że nie jest to zwyczajny włóczęga, lecz z pewnością konspirator. Z pomocą najętego dorożkarza wiozą i wnoszą go na piętro do apartamentu damy. Po przebudzeniu i kąpieli, podczas posiłku, Artur wyznaje, że jest emisariuszem i przedstawia się jako major Wara.

 Przez dwa tygodnie damy odkarmiają majora, sprawiają mu nową odzież, solidną, lecz nie mającą zwracać uwagi. Całymi dniami toczą rozmowy o wszystkim. Artur wypowiada zwroty i całe zdania francuskie, wspomina swe wrażenia z teatrów paryskich. Poważnym utrudnieniem lektury jest to, że przynajmniej co drugie zdanie jest aluzją, cytatem lub parafrazą z którejś z dziesiątków zapomnianych lwowskich postaci, najczęściej dziennikarzy. Co dwie, trzy strony komentator ostatniego wydania, docent Stanisław Frybes z żalem wyznaje: Cytat nie zidentyfikowany.

W trzecim tygodniu panie wyprawiają Artura w drogę. Mając do dyspozycji dwa fałszywe formularze paszportowe, major Wara w jednym przedstawia się jako francuski wicehrabia o niezmiernie długim nazwisku, w drugim jako książę Światopełk Czertwertyński. W czasie przejazdu przez las jego woźnica na widok austriackich żandarmów zeskakuje z kozła i ucieka między drzewa. Żandarmi, którym w ten sposób zwrócono uwagę, legitymują pozostałego w pojeździe pasażera. Francuski arystokrata nie rozumie żadnych pytań zadawanych mu po polsku i po niemiecku. Zostaje zamknięty w obskurnej celi lokalnego aresztu. Zbiegły furman alarmuje lwowskie opiekunki Artura, które mobilizują ludzi, najpierw upijających strażnika aresztu, potem wyłamujących drzwi celi, uwalniających przy okazji prócz Artura miejscowego złodzieja.

Emisariusz kontynuuje misję, odwiedzając kolejne dwory. Wszędzie przyjmowany i goszczony jest nader życzliwie. Gospodarze zastanawiają się nad możliwymi formami pomocy, jakiej by można udzielić powstańcom. Prócz ewentualnych oddziałów, które by trzeba zgromadzić przy granicy dla szachowania Rosjan, warto też przesyłać żywność. Tu niekończące się dysputy czy suchary powinny mieć formę kwadratową czy okrągłą.

Artur występuje teraz jako książę Światopełk Czertwertyński. Rozmowy dotyczące wsparcia powstaniu przeplatane są dygresjami na temat polowań, rolnictwa czy polityki europejskiej. W pewnym dworze mniemany książe opowiada o zwierzynie łownej w lasach swych wołyńskich dóbr. Gospodarz, doświadczony myśliwy i rolnik zdaje sobie sprawę, że pewne gatunki nigdy nie występowały w tamtym klimacie. Pyta jeszcze o uprawy. Odpowiedzi Artura upewniają go w przeświadczeniu, że gość jest mitomanem, który koloryzuje i najpewniej nie jest księciem. Nie ma natomiast wątpliwości na temat jego patriotycznego zaangażowania. Sam jest hrabią sympatyzującym z Białymi. Wpada na pomysł, by wyprawić Artura do rodziny ziemiańskiej, uchodzącej za Czerwoną. Artur przysłany zostaje jako książe C. W goszczącej go rodzinie jest syn, gotów towarzyszyć mu do powstania, i trzy córki. Średnia z nich, Rózia, podbija serce bohatera. On również zyskuje jej względy. Spędzają ze sobą całe dni.

Po tygodniu gospodarze zostają zawiadomieni, że ich gość nie jest księciem. Przy najbliższym posiłku nikt się do niego nie odzywa. Rózia nie odpowiada na jego pytania. Wieczorem okazuje się, że jego rzeczy przeniesiono z wygodnej sypialni do izdebki w czworakach. Nazajutrz odmówiono mu koni na dalszą podróż i musi je wynająć u Żyda karczmarza. Lam daje upust satyrycznej pasji, jak to środowiska o rzekomo radykalnych poglądach ulegają presji tytułów. Wydaje się to przesadne. Wystarczy, że ktoś oszukał, by stracić do niego serce, niezależnie od rzeczowej treści oszustwa.

Artur po raz drugi trafia do austriackiego aresztu. Upiera się, że jest księciem Czertwertyńskim. Wieść o jego losie dociera do znanej już nam lwowskiej wdowy, która odwiedza władze zawiadamiając je, że więzień nie jest żadnym księciem lecz jej kolejnym mężem nazwiskiem Trzeszczyński, który ją porzucił. Żąda wydania swego prawowitego małżonka. Artur godzi się na nową tożsamość i zostaje uwolniony.

Prawdziwy Trzeszczyński, zgrawszy się doszczętnie w Monaco, popełnia tam samobójstwo. Wdowa prowadzi Artura do ołtarza i odtąd nie odstępuje go na krok.

Jan Lam. „Koroniarz w Galicji” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Michał Dymitr Krajewski: „Woyciech Zdarzynski życie i przypadki swoie opisujący”. Odradzam http://blog.polona.pl/2019/03/michal-dymitr-krajewski-woyciech-zdarzynski-zycie-i-przypadki-swoie-opisujacy-odradzam/ Thu, 14 Mar 2019 11:06:33 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/michal-dymitr-krajewski-woyciech-zdarzynski-zycie-i-przypadki-swoie-opisujacy-odradzam/ Imię autora daje mi prawo, abym nudził czytelnika – zaczyna swój tekst Krajewski. Z tak przyznanego sobie przywileju korzysta bez cienia skrupułów. Do nudy dochodzi trudność zrozumienia czytanych zdań: Produkt rozumu mego zjednał mi szacunek; czytałem go tym, których miarkowałem, że są lepiej uczeni. Nie dlatego, aby co w nim odmienić albo poprawić mogli, ale żeby się dziwili dowcipowi memu, który mię unosząc, jak strumień wezbrany, zaniósłby był na koniec do morza nieprzebytego słów skołatanych z myślami, gdyby mię to jedno nie wstrzymywało, iż trzeba kiedyżkolwiek zakończyć.

Bohater – narrator stale wspominający Arystotelesa – świeżo opuścił szkołę, nie jest jednak jasne czy jego maniera wyrażania się ma być szyderstwem z ówczesnych szkół, czy wynika z indywidualnej słabości umysłu. Zapalony chęcią, aby wyczyszczać język, chroniłem się usilnie wyrazów: papier, mur, sos, dach, ratusz, jarmark, dlatego, że nie były ojczyste.

Zdarzyński otrzymał znaczny spadek, wkrótce jednak zmienianie pojazdów (koniecznie londyńskiego wyrobu), strojów (wtedy szybko wychodzących z mody), kosztu drobiazgów – jak tabakierka złota z emalią (choć tabaki nie zażywał), sprzączek nowego fasonu, lasek, ostróg – naraziły go na wizyty kredytorów. Unikając ich, spotkał kolegę ze szkół, który szukał ruchu ustawicznego, kwadratury cyrkułu, lekarstwa powszechnego i kamienia filozoficznego, że zaś –jak mu powiadał – nie masz w Polszcze nagrody dla ludzi uczonych – postanowił puścić się w podróż balonem aerostatycznym dla szukania szczęścia, proponując Zdarzyńskiemu udział w tej wyprawie. Aeronauci wsiedli do łodzi, nie do kosza, i napełniając balon gazem po trzynastu minutach wznieśli się ku górze. Podczas podróży obaj zasnęli. Obudziła ich świeżość powietrza. Zdumiała delikatność trawy, wonność kwiecia i piękność drzew nieznajomego rodzaju. Uznali, że są na księżycu.

Wkrótce otoczyli ich mieszkańcy planety, nie znający polskiego ni łaciny. Mężczyźni tam nie używali kapot, kontuszów ani czapek. Uważali się za Sielan.

Już na początku opisu terytorium i obyczajów Sielan zaczynającego się na stronie czterdziestej siódmej (książka liczy ich sto osiemnaście) zasnąłem. Przy każdej kolejnej próbie lektury zaczynam gwałtownie ziewać.

Michał Dymitr Krajewski: „Woyciech Zdarzynski życie i przypadki swoie opisujący” w POLONIE

]]>
Michał Jezierski: "Intryga włóczęgów. Powieść obyczajowa". Polecam http://blog.polona.pl/2019/03/michal-jezierski-intryga-wloczegow-powiesc-obyczajowa-polecam/ Tue, 12 Mar 2019 11:16:20 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/michal-jezierski-intryga-wloczegow-powiesc-obyczajowa-polecam/ Stanisław Ludomski, syn zamożnej rodziny ziemiańskiej, po studiach filozoficznych w Getyndze i Berlinie, zachowując jednak dystans wobec poglądów swych wykładowców, odbywa długą podróż do Szwajcarii i Włoch. Na statku do Wenecji poznaje starszego od siebie podróżnika i erudytę barona Johana Traze. Odbywa z nim spacery po Wenecji, słuchając jego komentarzy.

Pewnego dnia baron pokazuje mu małe zakratowane okienko, mówiąc, że jest to cela, w której trzymany jest skazany na śmierć hrabia Orboni. Obok nich staje znajoma barona, piękna, lecz smutna młoda kobieta. Jest to hrabianka Francesca Orboni, córka skazańca. Nazajutrz Stanisław pyta barona, czy nie da się hrabiego uratować? Dowiaduje się, że istnieje cień możliwości. Wymagałoby to sumy czterech tysięcy dukatów. Stanisław ofiarowuje tę sumę. Odwiedza teraz Francescę codziennie w jej pałacu. Zawiadamia rodziców w Polsce o swych uczuciach. I oto baron przynosi wieść, że Orboni nie wierząc w swe uwolnienie, otruł się. Baron nie mając siły być świadkiem rozpaczy Franceski opuszcza Wenecję. To Stanisław musi ją zawiadomić. Straszna wiadomość zmąciła jej zmysły. Po dziewięciu dniach silnej gorączki zmarła na rękach przyjaciela. Ludomski opuszcza Wenecję. W Rzymie, dowiaduje się o śmierci swego ojca. Śpieszy na pogrzeb. W Wiedniu okazuje się, że jego matka podążyła śladem męża. Stanisław ma zamiar sprzedać majątek w Polsce i zamieszkać na zawsze w Rzymie. Lecz spotkany znowu baron przekonuje go, że powinien wracać do ojczyzny i służyć jej swoją wiedzą. W dowód przyjażni jest gotów mu towarzyszyć.

W Polsce Stanisław poślubia piękną Julię. Przed laty była ona zaręczona z Bohdanem Słutyńskim, który jednak wziął udział w powstaniu listopadowym i zaginął. Stanisław żył wtedy zagranicą. Uporczywe były wieści o śmierci Bohdana. By nie zostać starą panną, Julia oddała rękę Stanisławowi. Wkrótce po ślubie Bohdan wraca z zesłania. Julia lojalnie pozostaje wierną żoną swego dobrego męża. Ona i Bohdan mają nadzieję spotkać się na tamtym świecie.

Sąsiad hrabia Orski narobił ogromnych długów i uciekł zagranicę. Głównym wierzycielem jest ojciec Bohdana sędzia Placyd Junosza Słutyński mający nadzieję, że dzięki licytacji stanie się właścicielem majątków znacznie przewyższających sumę zadłużenia. Tymczasem Stanisław zdeponował w sądzie sumę dwudziestu tysięcy srebrnych rubli likwidując zadłużenie hrabiny Orskiej. Placyd Junosza dostaje ataku szału na wieść o straconej okazji. Jest to człowiek, który poświęca czas obliczając, ile by grosza można odłożyć nie tracąc go na jadło i napitek. Poucza syna, że szlachcic ma się zajmować gorzelnią i stadem, a czytać może tylko w niedzielę i to za dnia, by nie tracić pieniędzy na świece. Teraz dolicza pięć tysięcy kosztów za czas zadłużenia. Zawstydzony Bohdan pożycza tę sumę od przebywającego teraz w jednym z pałaców koło Ludomla barona Traze. Baron wkrótce pożycza od starego Słutyńskiego tę sumę na krótki termin, lecz zamiast gotówki posyła mu rewers Bohdana. Ojciec wydziedzicza syna. Baron przeglądając w pałacu stare papiery, zdaje sobie sprawę, że gdy Stanisław przebywał w szkołach a ojciec musiał wyjechać na wiele miesięcy zagranicę, jego matka urodziła nieślubnego syna. Traktowała dziecko z okrutną nienawiścią.

Oddała go na wychowanie do czworaków. Przeżył dzięki opiece slużby. Potem odesłała go do najgorszych szkół. Stary pan Ludomski po powrocie, dowiedział się o wszystkim i był gotów uznać chłopca za własnego syna, lecz szybko zmarł. Młodszy Ludomski, cierpiący upokorzenia, opuścił dom rodzinny i bez grosza zaczął wędrować po kraju. Zemdlonego znaleziono w gospodarstwie ubogiego szlachcica Rzepkowskiego. Oświadczył, że w lesie został napadnięty przez zbójców i pozbawiony papierów. Przyjęto go do pomocy w pracy na roli. Rzepkowski miał inteligentną, piękną córkę Różę, która nigdy nie opuściła wsi. Przybysz kształtując jej umysł zdobył jej serce. Róża, spodziewając się dziecka, wyznaje wszystko ojcu. Rzepkowski, na myśl o małżeństwie córki z parobkiem, chwyta za strzelbę lecz pada rażony apopleksją.

Młodzi przygotowują się do ślubu. W nocy pojawiają się stryjowie, tłuką niemiłosiernie oblubieńca i porywają Różę, uwożąc ją w nieznane miejsce.

Baron odkrywa, że młodszy Ludomski używa teraz nazwiska Edward Gozdawa. Przy pomocy swego wspólnika Eneasza, przychodzi mu z pomocą materialną i zdobywa jego plenipotencję. Baron wiedz, że Edwardowi winna przypaść połowa majątku. Stanisław, używając go przez lata, wydał właściwie już swoją część. Pałac w Ludomlu zostaje opieczętowany; Stanisławowi w drodze łaski zostawiono dwa pokoiki oficyny. Umiera hrabina Orska zostawiając cały majątek swej wychowanicy Elizie. Baron postanawia ożenić Edwarda z Elizą, by sprawować pieczę nad ich majątkiem. Podczas pierwszego spotkania para pada sobie w ramiona płacząc i śmiejąc się ze szczęścia. Hrabina Orska to Róża Rzepkowska, a Eliza to córka Edwarda: rozpoznają się po pierścionkach. Baron tymczasem zakochuje się w Julii Ludomskiej i szantażuje ją. Fałszuje rzekomy list miłosny Julii do Bohdana, i sprawia by wpadł w ręce Stanisława. Ale stary sługa widząc, że wszelkie kłopoty zaczęły się z przybyciem barona, zawiadamia o wszystkim Stanisława, także o tym, że Edward jest jego bratem. Bracia rozpoznają się i zgodnie dzielą majątkiem. Baron, który policzył sobie znaczną sumę z racji swych dotychczasowych działań,  zostaje najpierw okradziony przez wspólnika,  a potem zatrzymany. Władze austriackie oskarżają go o otrucie hrabiego Orboni i po udowodnieniu winy, wieszają.

Niezmiernie pomysłowe plątanie intrygi sprawia, że przez cały czas lektury przejmujemy się losem postaci, a szczęśliwe rozwiązanie: wynagrodzenie dobrych i ukaranie potwora, sprawia nam pełną satysfakcję. Do tego piękna, czysta polszczyzna.

Michał Jezierski: “Intryga włóczęgów: powieść obyczajowa” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Władysław Ksawery Chodźkiewicz: „Pamiętnik Włóczęgi". Bardzo stanowczo odradzam http://blog.polona.pl/2019/03/wladyslaw-ksawery-chodzkiewicz-pamietnik-wloczegi-bardzo-stanowczo-odradzam/ Mon, 11 Mar 2019 10:55:54 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/wladyslaw-ksawery-chodzkiewicz-pamietnik-wloczegi-bardzo-stanowczo-odradzam/ Narrator zaczyna opowieść od pobytu w okolicach Neapolu. W Pompei narzeka na upał. Kupuje od włoskiego rybaka papiery po utopionym Polaku. Są to listy jakiegoś Włodzimierza, zupełnie niezrozumiałe, nie wiadomo do kogo adresowane.

Z drugiego listu – jesteśmy już na dziewiętnastej stronie książki – wiadomo, że na złoconym parowym statku, umyślnie wynajętym, przypłynęła do Amalfi pani Piotrowa, przywożąc ze sobą znakomitego kucharza. W liście czwartym Włodzimierz wdaje się w rozważania na temat umysłowości swego przyjaciela Juliusza, który ma więcej zdolności niżeli prawdziwej wiedzy. Nadaje to rozmowie z nim wdzięk, męczący jednak przy dłuższym obcowaniu. Juliusz staje się bożyszczem pani Piotrowej, która otwiera mu wszystkie drzwi. Tu kończą się listy Włodzimierza  i nie wiemy kto opowiada dalszą historię.

Juliusz, który jest malarzem, daje pani Piotrowej lekcje rysunku, po których para, siedząc przy sobie na kanapce, prowadzi długie nocne rozmowy. Pewnego dnia spotykające się ze sobą towarzystwo polskie w Neapolu pod wodzą pani Piotrowej i Juliusza udaje się na cmentarz Campo Santo. Dziwnie brzmi opis przechadzki po cmentarzu, wśród zaczarowanych ogrodów, niesłychanego przepychu natury. Narrator rozmyśla długo o cmentarzach w historii ludzkości, poczynając od starożytnego Egiptu.

Po  wycieczce na Campo Santo Juliusz znalazł się w salonie pani Piotrowej.  Niepewny czy dłużej utrzyma się na nogach, zbliżył się do kominka, oparł o jego aksamitną półkę…Fala odpływała od ich serca, unosząc w swych zwojach gwałt namiętności…Pani Piotrowa nachyliła się ku lewej ręce jego, opartej na półce kominka i z uczuciem największej miłości przycisnęła ją do ust swoich.

Nazajutrz pani Piotrowa zabrała Juliusza na bal do księcia Ischitella. Już to, że gospodarz oblepiony gwiazdami, wstęgami i brylantami podał jej rękę i poprowadził naprzód, zmroziło Juliusza. Potem jego towarzyszka opiera się na ramieniu lorda, sekretarza poselstwa w Neapolu, z którym porozumiewa się płynną angielszczyzną,  z czego biedny Juliusz nie rozumie ani słowa. Opuszcza bal. Spacerem dochodzi do wąskiej, biednej uliczki Vicolo de Muratori, gdzie zawsze, nawet w dni upalne, jest chłodno, a tyły domów o numerach nieparzystych wychodzą na ogródki z widokiem na zatokę.

Nazajutrz pani Piotrowa zabrała Juliusza na bal do księcia Ischitella. Już to, że gospodarz oblepiony gwiazdami, wstęgami i brylantami podał jej rękę i poprowadził naprzód, zmroziło Juliusza. Potem jego towarzyszka opiera się na ramieniu lorda, sekretarza poselstwa w Neapolu, z którym porozumiewa się płynną angielszczyzną,  z czego biedny Juliusz nie rozumie ani słowa. Opuszcza bal. Spacerem dochodzi do wąskiej, biednej uliczki Vicolo de Muratori, gdzie zawsze, nawet w dni upalne, jest chłodno, a tyły domów o numerach nieparzystych wychodzą na ogródki z widokiem na zatokę.

Na ostatnim czwartym piętrze pod numerem siedemnastym była ogromna pracownia malarska z tylną ścianą wielkim oknem. Ściany były zawieszone obrazami, szkicami, sztychami i świeżo zagruntowanymi płótnami. Do tej pracowni po krętych schodach weszła Nina, osiemnastoletnia, smukła, piękna neapolitanka, wyraźnie zasmucona. Ożywiła się słysząc bliskie już kroki. Juliusz wchodząc do swojej pracowni, był niezadowolony na widok dziewczyny, mówiąc, że jest zmęczony, chciał ją odprawić. Ona jednak śpiesznie przygotowała kolację, po której rozebrała malarza i przytuliła się do niego.

Po paru dniach przechadzając się na promenadzie Nina w towarzystwie swej przyjaciółki Marjucci spostrzegła w bogatym powozie Juliusza w towarzystwie pani Piotrowej. Zasępiła się. Akurat w tym miejscu znalazł się jeden z młodych neapolitańskich włóczęgów, lazzarońców, Petruccio, podkochujący się bez powodzenia w Ninie. Dostrzegł on równocześnie Juliusza i smutny wyraz twarzy Niny na jego widok. Petruccio zbliżył się do powozu sztyletując Juliusza wzrokiem. Bliskość Petruccia spłoszyła konia powozu. Jego płochliwe zachowanie sprawiło, że furman pani Piotrowej Bartłomiej uderzył Lazzarona biczem po gołych łydkach. Powóz został otoczony przez gromadę rówieśników chłopaka. Nadjeżdzający konno Włodzimierz, by rozładować sytuację, rzucił poszkodowanemu złotego dukata. Petruccio uznał, że będzie mógł teraz sprawić sobie solidny nóż.

Pani Piotrowa postanawia udać się do opery na „Mesjasza” Rossiniego.

Opis neapolitańskiej opery San Carlo jest  jedynym ciekawym fragmentem opowieści Chodźkiewicza. Budynek wzniesiony na ruinach poprzedniego, który spłonął w roku 1816, ma fasadę o szerokości trzydziestu pięciu metrów i przez siedemdziesiąt pięć metrów ciągnie się w głąb. Posiada sześć pięter lóż. Piętro ostatnie nosi nazwę gołębnika. Na każdym piętrze mieszczą się trzydzieści dwie loże. Parter ma widownię na osiemset osób.

Tego wieczoru dwaj gwardziści w paradnych mundurach z bronią u nogi stali przed kurtyną po obu stronach sceny, co świadczyło, że monarcha lub ktoś z rodziny królewskiej znajdował się w teatrze. Publiczność dysponująca lożami rzadko zajmowała je przed rozpoczęciem spektaklu. W czasie jego trwania odwiedzano się w lożach, opowiadano plotki, załatwiano interesy. Juliusz z lornetką obejrzał publiczność i zauważył, że dziś nie ma nikogo z wytwornego towarzystwa. Na co pani Piotrowa przypomniała o odbywającym się właśnie przyjęciu w ambasadzie francuskiej. I pani z niego zrezygnowała Anno? Pani Piotrowa wyjaśnia, że zrobiła to dla niego. Wyraźnie pragnie zatrzeć wspomnienia incydentów z balu u księcia Ischitella. Cofają się w głąb loży i dochodzi między nimi do zbliżenia.

Tymczasem Petruccio spotyka swego starszego przyjaciela Pidochione, któremu zwierza się z chęci nabycia noża. Ten prowadzi go do najbiedniejszej dzielnicy miasta, gdzie znajduje się sklepik Maltańczyka, zajmującego się handlem pochodzącymi z kontrabandy nożami katalońskimi. Tu następuje osiem stron opisu niezrozumiałej kłótni między sprzedawcą a jego klientem. Kłótni prowadzonej częściowo po włosku, a częściowo po polsku. W końcu transakcja zostaje zawarta i Maltańczyk udziela wskazówek jak skutecznie i w którym miejscu zadać cios, by przeciwnik zmarł natychmiast. Powstrzymam się od rozpowszechniania podobnych wiadomości. Nóż kosztował mniej niż dukata. Obaj Lazzaroni wkroczyli do taniej garkuchni, by napić się wina. Rozważali przy tym bardzo głośno szczegóły przyszłej akcji. Siedzące obok Nina i Marjuccia usłyszały rozmowę. Wyszły i po chwili trafiły na gromadę włóczęgów, którym przewodził Pippo, bezskutecznie dotąd zabiegający o Mariuccię. Dziś to ona zwróciła się do Pippa. Gdy Petruccio i Pidochione opuścili traktiernię zostali zaatakowani przez przeważające siły i ciężko, do krwi pobici, co pokrzyżowało ich zamiary.

Późnym wieczorem Juliusz mógł bezpiecznie, dzięki czułej trosce Niny, dojść na czwarte piętro Vicolo de Muratori.

Tyle, że nic nie zostało rozstrzygnięte. Czy pani Piotrowa będzie nadal prowadziła swe dwuznaczne gry? Czy Juliusz pozbędzie się skłonności ulegania jej wdziękom? Niemal pewne jest, że zakochana Nina będzie cierpiała i czuwała nad Juliuszem. Czy, gdy Petruccio ze wspólnikiem wyleczą się z ran, osłabną w swej agresywności?

Władysław Ksawery Chodźkiewicz 1820-1898. „Pamiętnik Włóczęgi” w POLONIE

]]>
Cyprian Godebski: „Grenadier-filozof”. Stanowczo odradzam http://blog.polona.pl/2019/03/cyprian-godebski-grenadier-filozof-stanowczo-odradzam/ Wed, 06 Mar 2019 10:42:52 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/cyprian-godebski-grenadier-filozof-stanowczo-odradzam/ Tytuł jest zachęcający. Biografia autora – uczestnika powstania Kościuszki, legionisty, poległego w walce z Austriakami pod Raszynem – szlachetna. Sama jednak powiastka, szczęśliwie dość krótka, jest najnudniejszym utworem, z jakim obcowałem w ciągu wielu lat. Narrator, ranny w nogę, wędruje z Włoch przez alpejską przełęcz Mont Cenis do Francji, poruszając się o kuli, częściowo pieszo, częściowo na grzbiecie muła. Wątła akcja grzęźnie w potokach stylu i refleksji. Niknące w obłokach góry, te pomniki przyrodzenia, współcześnice naszych przodków i świadki tylu szaleństw ich potomków: poświst wiatrów, rozbitych o skały i złączony z ogromnym łoskotem potoków, które na kształt gromu, hucząc nad głową, ryją pod nogami przepaści, malowały nam obraz nieładu i zniszczenia.

Przyrodzenie pomyślałem natenczas ma równie namiętności, jak człowiek. Rozum nasz trzyma je na wodzy i te gwałtowne burze pod jego sternictwem unoszą łódkę naszą do szczęśliwych krain… Ale jak władza kieruje pierwszymi?

Są wreszcie zdania bez wszelkiego związku z poprzedzającymi i następującymi po nich, których w żaden sposób nie umiem zrozumieć: Gmin ciemny zajrzy kochankom ślepego bożyszcza szkodliwych częstokroć darów.

 To może wystarczy jako uzasadnienie mej oceny.

Cyprian Godebski: „Grenadier-filozof” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Narcyza Żmichowska: "Biała Róża". Odradzam http://blog.polona.pl/2019/03/narcyza-zmichowska-biala-roza-odradzam/ Fri, 01 Mar 2019 10:30:09 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/03/narcyza-zmichowska-biala-roza-odradzam/ Narratorka opowiada, że parę lat temu znalazła się nagle na balu i to nie na balu sąsiedzkim, nie na balu prowincjonalnym, nawet nie na balu w mieście gubernialnym, lecz na balu warszawskim, w salonach, które zaliczają się do najpierwszych i najobszerniejszych w tym mieście. Całe litanie tytułów, mieszanina literatury z próżnością. Znalazła się tam skuszona przez przyjaciółkę. Co ci to szkodzi? Przypatrzysz się, poznasz.

 Wybierając się na bal sprawiła sobie suknię. Jakiego koloru? Czy niebieską? Czy różową? Czy białą? Biała pasuje do wszelkich odcieni cery, do każdego wieku. To czytelnicy mają jednak wybrać kolor sukni.

W salonie jest wiele osób – mężczyzn i kobiet. Niektóre z nich są sobie przedstawiane. Niektóre panie tańczą, a inne siedzą. Pewien jegomość w okularach, wyjął z kieszeni tabakierkę, potrząsnął nią i schował. Na gali pojawia się dama. Jest to pani Kajetanowa. Kajetanowa z Opatowskiego. Pani Kajetanowa dysponuje majątkiem trzech milionów. Przystojna, czterdziestokilkuletnia ma ciemnopurpurową aksamitną suknię, brylantową spinkę w zawoju, brylantowe kolczyki przy uszach, brylantowy fermuar z perłami przy szyi, brylanty w wielkiej broszy na staniku, brylanty w kokardach czarnych koronek, które przód spódnicy zdobiły. Obok niej siada Obok niej siada młoda piękność o marmurowobiałej karnacji z jedną tylko białą różą wplecioną w warkocz, wpatrując się pilnie w inkrustacje swego wachlarza. Poproszona do tańca wstaje. Tańczy, lecz ani jeden muskuł nie drgnął na jej twarzy. Po skończonym tańcu siada.

– Czy pani w tańcu się męczy?

– Bardzo się męczę – odpowiedziała spokojnym głosem.

– Jednak pani nadzwyczaj wiele tańczy.

– Ja zwyczajnie nadzwyczaj wiele tańczę.

Powtórzyła mi z niezachwianą powagą.

Po paru dniach narratorka dostaje list od Białej Róży: Ja biedna jestem, muszę mamy słuchać i kiedy na bal zaproszą jechać koniecznie, jeśli mię głowa do ostateczności nie rozboli; na balu muszę tańczyć, gdyż jeślibym komu odmówiła bez uzasadnionej balowo przyczyny, wprost dlatego, że on mi się nie podoba, lub, że mnie już taniec znudził, zaraz by powiedziano: A jaka dumna! A jaka niegrzeczna! A jak uchybiła panu Pawłowi…Powiedziano by co gorszego może i zatrułoby to spokój nasz rodzinny. Matka by się rozchorowała, ja bym dobre imię i wszelką szczęścia nadzieję straciła.

Tu już ostatecznie usypiam, choć jeszcze daleko do końca tego romansu psychologicznego.

Narcyza Żmichowska: Biała róża w POLONIE

]]>
Ex bibliotheca, ex libris – ekslibrisy w zasobach POLONY http://blog.polona.pl/2019/02/ex-bibliotheca-ex-libris-ekslibrisy-w-zasobach-polony/ Tue, 19 Feb 2019 12:24:24 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/02/ex-bibliotheca-ex-libris-ekslibrisy-w-zasobach-polony/ Oznaczanie własności towarzyszy człowiekowi od początku istnienia, a potrzeba wyrażenia przynależności konkretnej rzeczy do konkretnego właściciela przybierała przez wieki różne formy. Nabywanie, posiadanie i gromadzenie różnego rodzaju zbiorów znalazło także swoje odzwierciedlenie w niewielkich grafikach zwanych ekslibrisami (z łac. ex libris – z ksiąg) – wskazującymi na to, do kogo należy konkretna książka. Zanim jednak proweniencyjne znaki własnościowe zaczęły pojawiać się na drugiej stronie okładki, przybierały pierwotnie postać glinianych tabliczek doczepianych do kapsuł ze zwojami w starożytności, malowanych na rękopisach i wczesnych drukach protoekslibrisów czy też wybijanych na oprawach superekslibrisów.

Pierwszy polski znany ekslibris pochodzi z roku 1516 i został wykonany dla prymasa Macieja Drzewickiego w wiedeńskiej oficynie Hieronima Wietora (wersja cyfrowa jest dostępna w Jagiellońskiej Bibliotece Cyfrowej). W drodze ewolucji, jaką przeszedł ten znak własnościowy, wykształciła się wokół niego swoista kultura – gromadząca bibliofilów i kolekcjonerów, miłośników małej grafiki i utalentowanych artystów, którzy w niewielkiej formie znaku potrafili zamknąć wiele informacji o właścicielu i jego zbiorach, wykorzystując bogactwo technik graficznych i motywów.

Zarówno motyw, jak i tekst zamieszczone na znaku należą do głównych kryteriów, jakie grafika powinna spełniać, by mogła być uznana za ekslibris. Poza motywem i napisem, który powinien zawierać określenia wskazujące na przynależność do księgozbioru (np. ex libris, ekslibris, ex bibliotheca, z biblioteki, z księgozbioru) i nawiązywać do właściciela lub adresata znaku, ma być ona także wykonana w technice umożliwiającej wielokrotne powielanie oraz mieć format pozwalający na wklejenie do tomów.

Zbiór ekslibrisów Biblioteki Narodowej należy do największych i najcenniejszych w Polsce i liczy ponad 46 000 jednostek, a niewielki ich wycinek prezentowany w POLONIE pozwala na chociażby częściowe, fragmentaryczne zapoznanie się z tym zasobem.

Od momentu swojego powstania ekslibris, podobnie jak posiadanie księgozbioru, był znakiem ekskluzywnym, nobilitującym, poświadczającym m.in. wykształcenie, pochodzenie, zainteresowanie kulturą oraz pozycję właściciela w społeczeństwie. Pod koniec wieku XIX, wobec rosnącej dostępności i powszechności druku, zarówno jego wartość, jak i poziom artystyczny uległy zmianie na korzyść ilości oraz kolekcjonerstwa. Niemniej jednak nadal, choć zapewne w mniejszym zakresie, ekslibris funkcjonował zgodnie z pierwotnymi założeniami, czego przykładem mogą być znaki wykonane przez firmę Agry dla rodziny Sanguszków.

Przedstawiają one także jeden z najpopularniejszych motywów występujących na ekslibrisach: herb (tu – Pogoń Litewska) umieszczony na podbitym gronostajem ozdobnym płaszczu heraldycznym zwieńczonym koroną; całość zamyka u dołu napis wskazujący na miejsce przechowywania księgozbiorów – Sławutę, Podhorce i Gumniska.

Spośród znaków wcześniejszych szczególną uwagę zwracają prace Kajetana Wincentego Kielisińskiego (1808–1849), zwłaszcza że w bazie zamieszczono m.in. odbitki wielu grafik wykonanych z jednej płyty na jednym arkuszu papieru.

Akwafortowe znaki, wykonane z zamiłowaniem do szczegółu, jednak nie zawsze z odpowiednio dobranym liternictwem, są przykładami prac zdolnego, przedwcześnie zmarłego artysty.

W zasobach POLONY odnaleźć można również przykłady prezentujące warsztat grafików – szkice i projekty konkretnych ekslibrisów, np. Aleksandra Brzostka (ca 1867–1911) dla Lucjana Steckiego czy Rudolfa Mękickiego (1887–1942) dla L. J. Jaroszewskiego, krakowskiego wydawcy i nakładcy.

Warto także zwrócić uwagę na licznie zgromadzone prace warszawskiego grafika Stanisława Cieślewskiego (1895–1944), który za pomocą niewielkich znaków, wykonanych w czasie II wojny światowej, starał się oddać grozę i zniszczenia tamtych czasów, stąd często obecne na ekslibrisach płomienie, gruzy, wykrzywione twarze.

Z tamtego okresu pochodzą również prace Witolda Gawęckiego (1911–1946) i Gracjana Achrema-Achremowicza (1899–1942) oraz znaki wykonane m.in. dla największych kolekcjonerów i znawców ekslibrisu, np. Zygmunta Klemensiewicza (1874–1963), Tadeusza Lesznera (1895–1967) czy Edwarda Chwalewika (1873–1956).

Jednym z przejawów kultury ekslibrisu są również publikacje mu poświęcone. Poza katalogami wystaw, konkursów, przeglądów, popularne były i są nadal także teki autorskie, zawierające oryginalne odbitki wybranych znaków, oraz teksty popularnonaukowe lub naukowe z zakresu ekslibrisologii.

Z biegiem czasu ekslibris przestał spełniać swoją pierwotną funkcję – wyłączony z tomu stał się obiektem kolekcjonerskim: gromadzonym, sprzedawanym, wystawianym, ocenianym.  Cieszy dziś zatem jako mała grafika, rzadko trafiająca do miejsca pierwotnego znaczenia – na drugą stronę okładki.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Jak kochali nasi pradziadowie http://blog.polona.pl/2019/02/jak-kochali-nasi-pradziadowie/ Wed, 13 Feb 2019 09:54:23 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/02/jak-kochali-nasi-pradziadowie/ Listownik miłosny, czyli najdokładniejszy Poradnik do pisania listów dla zakochanych i narzeczonych wraz z dodaniem złotych myśli różnych pisarzy i zdań o miłości, sercu i kobiecie, ułożył SWAT.

Ten udostępniony przez POLONĘ listownik to nie tylko opowieść o tym, jak zabiegali o rękę i uznanie ukochanej nasi pradziadkowie, ale też żywa kronika pokazująca życie towarzyskie i uczuciowe początków XX wieku. Mamy tu właściwie cały przekrój społeczeństwa. Są przykłady listów miłosnych niepoprawnych marzycieli i ludzi mocno stąpających po ziemi. Pisze bogacz do ubogiej panienki, nauczyciel do uczennicy, rzemieślnik do panny, młody kupiec do córki pryncypała, jest list stangreta, stajennego, kucharza. Jest też list żołnierza z prośbą o stałość uczuć, a nawet list siostry, która oświadcza się w imieniu brata.

Poradnik musiał cieszyć się sporym uznaniem, skoro doczekał się wydania drugiego. Najpiękniejszą erą życia ludzkiego jest chwila, gdy w sercu budzić się poczyna uczucie miłości, tej potęgi, która czarowną siłą pociąga ku sobie i łączy serce kobiety i mężczyzny – pisze autor wydanego w Poznaniu w 1912 roku Listownika miłosnego i podaje na początku kilka uwag praktycznych:

Aby list zrobił odpowiednie wrażenie na adresatce, zacząć należy od papieru, który musi być piękny. Pismo: staranne i równe. Najlepiej więc swe wyznania skreślić na brudno, a potem starannie przepisać. Wystrzegając się, rzecz jasna, wszelkich błędów gramatycznych i ortograficznych. Autor radzi, by pisać zdania proste i krótkie. Co do treści: listy miłosne zakładają oczywiście pewną kwiecistość, która pomogłaby uwydatnić zapał i płomienne uczucia, ale nie należy tu popadać w przesadę, nadmierną „puszystość”. Nadawca, pisząc do ukochanej osoby, nie powinien też zanadto się przechwalać, zbytnio unosić, by nie popaść w śmieszność i tym samym zniechęcić do siebie. Tu ponoć najbardziej grzeszą mężczyźni. Ale też, zdaniem autora, kobiety, zwłaszcza dobrze wychowane, powinny być ostrożne w wyrażaniu swych uczuć. Kiedy jesteśmy zdecydowani na przerwanie znajomości, należy to wyrazić w sposób wyważony i delikatny, by adorator/ka nie poczuli się urażeni. To byłaby dla nich podwójna przykrość. Pisząc należy kierować się sercem i rozumem.

Po tych wstępnych ustaleniach przechodzimy do konkretnych przykładów korespondencji ludzi targanych uczuciem, często nieśmiałych, zakompleksionych, dla których napisanie listu jest aktem wielkiej odwagi, na jaką nie mogliby sobie pozwolić w bezpośrednim spotkaniu z obiektem westchnień, szczerej z nim rozmowie z głębokim spojrzeniem w oczy.

Rozdział Oświadczenia miłości, wynurzenia miłosne, prośby o bliższe się poznanie oraz odpowiedzi na powyższe listy rozpoczyna się od listów, których autorzy, marząc o spotkaniu w salonie, stoją jeszcze cały czas w przedpokoju. Otóż tak, miłość wielka i prawdziwa zniewala mnie do wystosowania do Ciebie, Droga Pani, słów niniejszych i gorącej prośby, abyś pozwolić chciała, że Ci się wkrótce przedstawię, albo – jeśli przyjemniej lub dogodniej – abyś chciała korespondować ze mną. Tak pisze prawdziwie oddany Stanisław Namorski z Poznania do łaskawej panny Jadwigi, list swój wysyłając 9 kwietnia 1905 roku. A ponieważ czas jest wartością względną, zwłaszcza dla zakochanych, odpowiedź od panny Jadwigi, jak sugeruje autor, przyszła już 1 kwietnia 1905 roku, czyli 8 dni wcześniej, niż został wysłany list od nadawcy. Panna Jadwiga pokazała go rodzicom i uzyskawszy zgodę na prowadzenie korespondencji z wielbicielem, odpisała m.in.: Znając Pana, chociaż dotąd nie osobiście, miło nam będzie, gdy nas Pan zechcesz odwiedzić; nadmienić jednak muszę, że od młodości przyzwyczajoną jestem do stosowania [się?] we wszystkich moich postanowieniach i czynach do woli i sądu moich ukochanych rodziców. Przyjaciel ich więc stanie się również przyjacielem mego serca.
Jeśli ta odpowiedź nie oziębiła uczucia Stanisława, to musiał on zdawać sobie sprawę, że zanim zdobędzie serce przyszłej narzeczonej, musi oczarować teściową.

Takie uzależnienie od woli rodziców nie sugeruje chyba wielkiej miłości. Przekonuje raczej, że małżeństwo jest pewnym naturalnym obowiązkiem, któremu należy się poddać w pewnym wieku, by osiągnąć stabilizację życiową. Kontraktem, o którego atrakcyjności decydują rodzice. Świadczy o tym dobitnie co najmniej kilka odpowiedzi, jakie zakochanym po uszy adoratorom wysłały ich wybranki. A trzeba przyznać, że gorące wyznania nie zawsze zdołały rozgrzać ich serca.

Klęczałaś Pani przed ołtarzem św. Antoniego. Zatopiona w gorącej modlitwie, w której duszę i serce wznosiłaś przed tron Boży, nie przypuszczałaś, że w pobliżu stałem, przepełniony podziwem nad rozmodleniem się Twojem i – oczarowany! – pisze imć pan Bolesław do panny Kazimiery. – Obraz ten nie opuszcza wyobraźni mej ani na chwilę! Gdy zaś później los łaskawie zrządził, że poznać Cię, Droga Pani, mogłem bliżej i swobodniej z Tobą rozmawiać, szlachetność Twa i ujmująca łagodność postawiła Cię w oczach moich na równi z aniołem. Ot tak, aniołem się stałaś moim, za którym tęsknię i marzę wiecznie. Czuję aż nadto dobrze, że życie moje bez anioła tego byłoby czczem i pustem. I jakąż otrzymuje odpowiedź? Łaskawy Panie. Na list, którym mnie Pan zaszczycasz, muszę niestety odmownie odpowiedzieć. Przez wybór rodziców mych zawiązałam już stosunek, który mi nie zezwala na obcowanie z Panem. Ale jest w tej odpowiedzi też pewna przewrotność. Szacunek jednak, który mam dla Pana, będzie mi bodźcem, aby Mu wszędzie stać się przychylną.

To zresztą jedna z wielu dość pokrętnych odpowiedzi: inna adresatka mocno chłodzi namiętne wyznania swego adoratora i stawia sprawę dość jasno. Sugeruje, że spotkanie jej w towarzystwie rodziców pozwoli sprecyzować przyszły rodzaj znajomości. Adorator musi zaprezentować nie tylko siebie, ale też swoje usytuowanie w świecie, czyli, jak można sądzić, nie drzewo genealogiczne będzie odgrywać tu rolę, tylko zasobność portfela i sfera wpływów. Bez tego nie tylko o dalszych spotkaniach, ale nawet dalszej korespondencji nie ma co marzyć.

W początkach wieku XX takie oczekiwania nie są chyba czymś odosobnionym. Czciciel Walery Groniecki pisze bowiem m.in.: Gdy zapewniłem sobie stanowisko i spokojnem okiem w przyszłość patrzeć mogę, ośmielam się prosić Cię, Droga Panno Maryo, o przyjęcie miłości mej i oddanie mi rączki swej. Pannę Maryę z pewnością przekonała ta siła argumentów, bo napisała: Racz Pan wierzyć, że nie nadskakiwająca grzeczność i zewnętrzne ponęty robią na mnie wrażenie, lecz owo prawdziwie poważne a rzetelne występowanie, które cechuje zawsze Pana, a którem już dawno ująłeś mnie sobie, mimo iż nie dałam po sobie poznać tego.

Przeglądając pożółkłe strony Listownika miłosnego z początku XX wieku, możemy natknąć się więc na szczere wyznania, ale też nadmierne oczekiwania, często prośby ponad miarę. Odpowiedzi są tu zdecydowane, ale też pokrętne i niepewne. Pomimo, że obcowanie z Panem zawsze było mi miłe i stosunki, w jakich się Pan znajdujesz zupełnie wystarczają moim pretensyom, jednak propozycya Pańska tak mnie zaskoczyła, że nie jestem w możliwości dania Panu już dzisiaj pewnej odpowiedzi.

Sporo w tej korespondencji jest konkretnych propozycji, które sugerują, że małżeństwo to konkretny kontrakt. Pewien rzemieślnik z Inowrocławia w liście do panny Ludwiki informuje ją, że posiada już warsztat własny, nieźle mu się powodzi, roboty ma coraz więcej, brak mu tylko dobrej gospodyni, która pomoże mu w pomnożeniu przyszłej fortuny.

Na szczęście są też wyznania, które przywracają wiarę w prawdziwą miłość. Jedno z nich brzmi niemal jak to do bohaterki Trędowatej Heleny Mniszkówny, wystosowane przez ordynata Michorowskiego. Droga Panno Stefanio… – pisze do ubogiej panienki Antoni Fredrowski. Zapewnia ją o tym, że brak pieniędzy rekompensuje mu jej uroda, że pod względem materialnym to on może ich związkowi zapewnić dostatnią przyszłość. Bo tylko miłość może nadać życiu prawdziwy powab i piękno.

I to właściwie powinno być najlepszym przesłaniem tamtej książki, aktualnym dla czasów, w których pisze się listy czy nawiązuje znajomości poprzez SMS-y, maile i konto na Facebooku.

Zobacz kolekcję Walentynkową w POLONIE


]]>
Tadeusz Bułcharyn: „Jan Wyżygin: romans obyczajowy". Gorąco polecam http://blog.polona.pl/2019/02/tadeusz-bulcharyn-jan-wyzygin-romans-obyczajowy-goraco-polecam/ Tue, 05 Feb 2019 11:37:44 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/02/tadeusz-bulcharyn-jan-wyzygin-romans-obyczajowy-goraco-polecam/ Autor urodzony w 1789 roku był Polakiem z Mińszczyzny, wykształconym w Petersburskim Korpusie Kadetów. Jako oficer rosyjski walczył przeciw Napoleonowi. Potem wyjechał do Francji, gdzie wstąpił do Legionów Polskich. Walczył w Hiszpanii. Od 1819 mieszkał w Petersburgu. Stał się pisarzem i publicystą rosyjskim. Korespondował jednak z Niemcewiczem i Lelewelem po polsku.

Niezwykle zajmująca narracja prowadzona jest w powieści przez chłopca noszącego imię bohatera. Przez pierwsze dziesięć lat tuła się on jako sierotka w białoruskim majątku polskiego szlachcica o dziwnym nazwisku Gołohordowski. Sierotka, popychany przez wszystkich, głoduje żywiąc się ochłapami i marznie odziany w stare łachmany.

Dwór pana G. był monstrualnie rozbudowany. Wśród przebywających tam osób trzeba wymienić: pełnomocnika do spraw sądowych, komisarza kierującego służbą, koniuszego, kuchmistrza i kuchcików, klucznicę zarządzającą dziewkami, bielizną i apteczką, która zawiera cukier, kawę, korzenie, konfitury, różne wódki i bakalie. Kapelmajster uczący dziatwę muzyki, był szefem dwunastoosobowej orkiestry, której członkowie nadto pełnili funkcje lokajów, a latem grabili siano. Kapelan nadzorował nauczycieli, francuskiego guwernera i madame do dziewcząt. Ogrodnik Niemiec był radcą agronomicznym. Niezamożny szlachcic był kamerdynerem pana. Pokojówka pani, jako szlachcianka, miała tytuł garderobianej. Pokojówki panien to garderobianki. Do stołu, w dalszych jego częściach, zasiadało jeszcze kilkadziesiąt osób – rezydentów i rezydentek.

Wieczorami pan odbywał konwersacje z Josielem, arendarzem młynów i karczm całego majątku. Josiel był żywą gazetą guberni, mając nawet korespondentów w stolicy. Pełnił też rolę głównego doradcy ekonomicznego – z nim projektowano sprzedaż zboża, wódki, lasu, pożyczki i procesy.

 Gdy Janek kończy dziesięć lat, w sąsiedztwie majątku zaczyna stacjonować pułk huzarów. We dworze przyjęto ten fakt z radością. Bo można sprzedać siano i zboże na miejscu. Wtedy to Maryla, garderobianka panny Petronelli wysyła Jaśka z liścikiem do porucznika Miłowidina. Oficer przejął się lichym widokiem chłopca. Nakarmił go i zadbał o przyzwoity ubiór.

Tymczasem pułk Miłowidina otrzymał rozkaz przeniesienia do innej guberni. Petronella położyła się do łóżka, twierdząc, że umrze z miłości. Miłowidin był gotów ją poślubić. Jej matka sprzyjała młodym. Pan G. uznał, że wprawdzie ojciec i dziadek porucznika byli generałami, ale jest to szlachta dopiero w czwartym pokoleniu, podczas gdy jego familia legitymuje się szlachectwem od pięćdziesięciu generacji i podobny mezalians nie jest możliwy.

W tym czasie G. rozpoczął nową inwestycję. Budował karczmę na granicy z nielubianym sąsiadem, by prowadzić wyszynk wódki taniej niż konkurencja. Jeśli tamten zechce wypędzać swoich chłopów z jego karczmy, będzie to dobry powód do procesu o gwałt. G. właśnie wygrał długotrwały proces, a równocześnie zbliżały się okrągłe urodziny żony. By urządzić festyn, sprzedał na pniu zboże i trzy tuziny nienarodzonych jeszcze cieląt, co pozwoliło zgromadzić wielkie zapasy wina i jadła. Oczyszczono pokoje i sprzęty, wypędzono pająki z rodzinnych portretów. Kapelan, znany w całej Guberni chemik, przygotował jako niespodziankę fajerwerki.

W dniu święta pojazdy zaproszonych zajęły cały plac między oborą a stajniami. Zaczęło się od mszy, potem obiad, karty, równie świetna wieczerza. Dziesiątki rakiet wzniosły się w powietrze. Silny wiatr sprawił, że kilka rac spadło nad słomianym dachem Gumna. Budynek stanął w plomieniach, ogień szybko rozprzestrzeniał się. Nastąpił ogólny popłoch. Znana nam Maryla chwyciła Jasia, wciągając go do jakiegoś powozu. Byli tam jeszcze Petronella i porucznik Miłowidin. Po czterech dniach jazdy, w pewnej wiosce posłano po księdza i popa. Nastąpił ślub w obu obrządkach.

Młodzi małżonkowie zajęli dwa pokoje w domu bogatego Żyda w miasteczku, gdzie stacjonował pułk. Przez sześć miesięcy prowadzili dość wesołe życie. Przez ten czas wydano wszystkie środki. Rodzice Petronelli odsyłali listy nierozpieczętowane. Wuj porucznika także odmówił wsparcia. Porucznik sprzedał dobrego konia i z żoną, Marylą, kucharzem i lokajem ruszył do Moskwy, a Jaś z rzeczami został jako zastaw, karmiony na rachunek państwa.

Mowsza, najbogatszy Żyd w mieście, zajmował się wynajmowaniem pokojów, handlem winem, kawiorem, śledziami i serami oraz miał szynk dla chłopów. Jego żona, niska i otyła, obsypana brylantami i krostami, sprzedawała towary bławatne, cukier, kawę i bakalie. Wszystko w ogromnej części na kredyt.

Nowo przybyłych chłopów najpierw częstowano najlepszą, mocną wódką. Gdy nabrali ochoty, zaczynali pić za pieniądze, nie płacąc za każdy kieliszek, co zaznaczano kreskami kredą na tablicy. W miarę picia liczba kresek coraz bardziej przekraczała liczbę kieliszków. Kiedyś u Mowszy zatrzymali się plenipotenci wiozący z Rygi złote dukaty za sprzedane zboże. Oddali gospodarzowi na przechowanie worki z monetami. Gdy zasnęli, Mowsza rozłożył w osobnej izbie bez okien dukaty na podłodze pokrytej suknem i przy pomocy żony i Jasia specjalnymi nożyczkami obrzynał delikatnie ich brzegi. Nazajutrz podróżni przeliczywszy  dukaty odjechali, nie interesując się wagą worków. Potem Mowsza wytopił ze ścinków bryłkę złota wielkości pięści. Bezdzietny szynkarz postanowił uczynić z Jasia Żyda, ten jednak nie miał najmniejszej ochoty na obrzezanie.

Kolejnym gościem był jadący z dwoma synami do Moskwy na nową posadę prokurator. Jaś, dobrze bawiąc się z chłopcami, uprosił by ich ojciec go stąd zabrał. Prokurator słysząc, że Jaś pozostaje tu jako zastaw, nawrzeszczał na Żyda, że nie ma prawa trzymać chrześcijanina w niewoli, a za goszczenie osoby bez paszportu powinien zostać uwięziony.

W Moskwie Jaś słuchał lekcji udzielanych synom prokuratora, wykazując się większymi niż oni postępami. Tam też poznał piękną panią, która przyglądając mu się uważnie – spytała czy ma znamię na lewej łopatce. Powiedziała mu, że jest siostrą jego zmarłej matki. Zajęła się nim. Po paru latach jeden z przyjaciół ciotki nakłonił ją, by posłała go do publicznej szkoły, gdzie poznał i zaprzyjaźnił się z łobuzem, który zaciągnął go do prywatnego domu gry i nauczył szulerki. Tam zakochał się w Agrypinie, córce właścicielki spelunki. Wkrótce obie kobiety wyjechały do Orenburga nad Uralem w nadziei uzyskania spadku. Wyżygin ruszył za nimi. W Orenburgu ciężko zachorował i został na życzenie jakiejś hrabiny porwany przez dwu złoczyńców, z których jeden chciał go zamordować, gdy drugi upierał się, że tak daleko instrukcje mocodawczyni nie sięgają.

Dochodząc do zdrowia, obudził się w jurcie kirgijskiej owinięty w wewnętrzne strony skór baranich. Jan spędził rok w stepach, ucząc się jazdy konnej, a także manewru polegającego na tym, żeby podczas galopu przesunąć się pod brzuchem zwierzęcia i wrócić na jego grzbiet. W ciągu kolejnej zimy hordzie, w której przebywał skończyły się zapasy i groził głód. Jedynym wyjściem był napad na wrogą – bogatszą hordę. Na początku starcia zabito konia pod Arsłanem, przywódcą Jasia. Wyżygin zdołał jednak ocalić Arsłana, ściąć toporem głowę szefa przeciwników i nadziawszy ją na pikę, poprowadzić swoich do szturmu. Za to dostał sporą część łupów, stając się honorowym Kirgizem.

Potem okazało się, że ciotka jest jego prawdziwą matką – piękną córką ponurego starowiercy, w której zakochał się stacjonujący tam rotmistrz książę Miłosławski. Ojciec panny nie zgodziłby się nigdy na małżeństwo z ortodoksyjnym prawosławnym. Uczucie jednak połączyło młodych. Przed urodzeniem syna książę został wysłany na front, gdzie zginął. Oczekiwane nieślubne dziecko uznał jednak za swoje. Zapisał mu też ogromną fortunę, jeśli urodzi się żywe. Gdy Jaś przyszedł na świat w wiejskiej karczmie złośliwa akuszerka, wiedząc że matka jest zamożna, postanowiła z karczmarką ją zamordować, zabierając kosztowności, a dziecko gdzieś porzucić. Dunia, słysząc ich naradę uciekła do lasu. Na gościńcu spotkał ją wędrowny muzyk włoski. Pan Barytone wysłał policję do karczmy, ale już tam nikogo nie zastano.

Młody Miłosławski usiłował wejść do służby cywilnej. Bez protekcji mu się to nie udawało. Wstąpił do wojska podczas wojny z Turcją. Przydzielono go do pułku, w którym walczył kiedyś jego ojciec. Stosując sztuczki kirgiskie, odznaczył się wzięciem do niewoli tureckiego generała. Wybitny oficer został sekretarzem dygnitarza w Petersburgu. Wygrał proces spadkowy i jako posiadacz milionowej fortuny, szczęśliwy małżonek zakupił rozległą posiadłość na Krymie.

Przy całym bogactwie detali tej sensacyjnej, wartkiej akcji jedna kwestia wydaje się wątpliwa: miłość polskiej panny do rosyjskiego oficera mogła się oczywiście zdarzyć, nie była jednak czymś tak oczywiście naturalnym, jak to Bułharyn przedstawia.

Ian Wyżygin: romans obyczajowy w POLONIE


◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Henryk Cieszkowski: „Postępowi. Powieść". Warszawa 1855. Stanowczo odradzam http://blog.polona.pl/2019/02/henryk-cieszkowski-postepowi-powiesc-warszawa-1855-stanowczo-odradzam/ Mon, 04 Feb 2019 11:16:33 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/02/henryk-cieszkowski-postepowi-powiesc-warszawa-1855-stanowczo-odradzam/ Od początku za dużo słów: „W taką kubek w kubek zamieć… Każdą myśl wprzód obrobił, zredagował w głowie, nim ją zamienił w uczynek… A urób ten głowy ochrzcił imieniem postępu”.

Bardzo często całkiem nie rozumiem, o czym czytam: “Wyraźnie dniało przekonanie, że jest miasto inaczej piękne jak Odessa, że jest lepsze jak tem mieście, pieniędzy i czasu użycie, że nie to jedynie dobre towarzystwo, gdzie bontonia i gdzie mówią po francuzku, a obowiązkiem właściciela nie to, aby potem códzego czoła powiększać dochody, że na koniec sybarytowstwo nie jest celem obywatelskiego powołania”.

Nigdy do niej językiem serca nie przemówił, orzekał nawet uczucie, jeśli o nie zawadził”. Toczą się też rozmowy o filozofii. Jedna z postaci jest po studiach filozoficznych na niemieckich uniwersytetach. „Filozofia wzięła myśl jako środek do rozkrycia, rozbioru uporządkowania tego, co dotąd w uczuciu i poczuciu leżało”.

 Postacie są niezmiernie sentymentalne. Zarówno kobiety: „Na wrażliwych jej organach odbijał się każdy puls życia, każde echo od świata, a przechodząc przez serce, stawały się w niem uczuciem”, jak i mężczyźni: „Prace moje są odetchnieniem wezbranej uczuciem piersi.

Nie wiemy, na czym polegał „dwupłciowy strój nadobnej pani domu”, tyle, że „nadawał odrębny charakter jej twarzy, której mocno nakreślone rysy, w dziwnej były sprzeczności z pieszczotą jej głosu, z przymglonym okiem, z namiętnym całej postaci wyrazem. Widziałeś tam duszę, ale jakby zwątpieniem obłąkaną, jak gdyby wewnętrzną walką z pierwotnego toru wypartą. Widok hrabiny Wandy przypominał ci piękny dąb piorunem strzaskany, burzą rozdarty, ale gdzieniegdzie jeszcze majowym liściem na zwieszonych konarach rozkwitły”. Hrabina jest zamożną, wykształconą wdową, zbliżającą się do trzydziestki.

Przedzierając się przez gąszcze stylu, ustalamy szkielet fabularny. Rzecz toczy się dookoła wydarzeń w prowincjonalnej, bogatej rodzinie Rajowskich, mającej pewne ambicje kulturalne, gdzie prócz rodziców są trzy córki o bardzo odmiennych charakterach.

Przed laty siostra pana Rajowskiego wbrew woli rodziców poślubiła niezamożnego szlachcica Żareckiego, przez co została wyklęta. Żareccy przenieśli się w inne strony kraju. Żyjąc w ubóstwie, wkrótce oboje zmarli, zostawiając małego chłopca. Sierotą zajęła się stara służąca. Owa Bożena usiłowała listownie zawiadomić Rajowskich o istnieniu i losie dziecka. Listy jednak nie docierały do adresatów. Bożena ze swych oszczędności, w maleńkim domku na przedmieściach Krakowa, wychowywała chłopca, opłacając jego wykształcenie aż do ukończenia uniwersytetu, jedynego wówczas na ziemiach polskich.

Po studiach Stefan, pragnąc się odwdzięczyć przybranej matce, a nie mogąc na miejscu znaleźć pracy, przeniósł się do Warszawy. Tu, błąkając się bez zajęcia, głodny, kiedyś zemdlał na ulicy. Zajął się nim pan Tomasz, skromny urzędnik. Przeniósł go do swego mieszkania na Rynku Starego Miasta, nakarmił i wygospodarował mu kącik na stryszku nad swoim pomieszczeniem. Odżywiony i wyspany Stefan nadal nie mógł znaleźć zajęcia, zniechęcając pracodawców swym biednym, sypiącym się ubiorem. W rodzinie pana Tomasza była rówieśnica Stefana – ładna, inteligentna lecz niewykształcona Teresa. Stefan z radością dzielił się z nią  swoją wiedzą. Pan Tomasz, słysząc ich rozmowy, zaczął polecać Stefana w znajomych domach dla udzielania korepetycji. Użycie tego słowa jest wybiegiem wobec cenzury. Stefan dzięki swym studiom był znawcą literatury polskiej, nieistniejącej w ówczesnych programach szkolnych, o czym dokładnie opowiada Jan Kucharzewski w dziele „Epoka paskiewiczowska. Losy oświaty”. Prelekcje Stefana, o których wiadomości rozchodziły się z ust do ust, cieszyły się coraz większym powodzeniem. Mógł się już teraz przyzwoicie przyodziać. Nadal mieszkał z rodziną pana Tomasza, a jego przyjaźń z Teresą zdawała się zapowiadać w przyszłości bliższy związek.

Doszło jednak do tego, że został zaproszony jako wykładowca do swych krewnych Rajowskich, przebywających wówczas w Warszawie. Znany pod imieniem Stefana, nie przyznał się im do pokrewieństwa. Czterokrotnie w ciągu tygodnia słuchała go cała rodzina: starsi państwo, trzy córki i kuzyn Ernest. Szczególną jednak słuchaczką okazała się najmłodsza, sentymentalna Rózia, która jakby dopiero po tych lekcjach zaczęła sobie zdawać sprawę z istnienia uczuć miłosnych. Rózia zadurzyła się w nauczycielu, a on podzielił jej uczucia. Teresa zrozumiała, że coś się między nią a Stefanem skończyło.

Któregoś dnia Stefan spotkał na spacerze wzburzoną Teresę, proszącą by odprowadził ją do domu, bo była przed chwilą napastowana przez dwóch  młodzieńców. On oczywiście na to przystał. Teresa ujęła go pod ramię. Wtedy z przeciwnej strony nadeszła w komplecie rodzina Rajowskich. Rózia na widok Stefana z przytuloną do niego młodą kobietą, tak wyraźnie pobladła, że zauważyli to rodzice. Nazajutrz Stefanowi wręczono sumę przekraczającą należność, wypowiadając dalsze wizyty.

Rózia, niewidując Stefana, dostała silnej gorączki, na którą lekarze zalecali napoje chłodzące. Gorączka okazała się suchotami, jak wówczas nazywano gruźlicę. Jest to zresztą stały motyw ówczesnych polskich powieści. Bohaterki w rezultacie kłopotów uczuciowych zawsze zapadały na gruźlicę.

Pośrednią drogą Rajowscy dowiedzieli się, że Stefan jest ich krewnym oraz jaka była natura jego związków z Teresą. Pragnęli go teraz pokazać Rózi, w nadziei, że jego widok ją uzdrowi. Stefan jednak gdzieś znikł. Pojawi się dopiero, by zapłakać na grobie Rózi, której śmierć nastąpiła po kilku tygodniach.

Postępowi. Powieść w POLONIE


◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Jan Kochanowski, krakowscy drukarze i królewskie przywileje http://blog.polona.pl/2019/01/jan-kochanowski-krakowscy-drukarze-i-krolewskie-przywileje/ Sun, 27 Jan 2019 11:10:05 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/jan-kochanowski-krakowscy-drukarze-i-krolewskie-przywileje/ Przywilej dla poety

W 1579 roku Stefan Batory wystawił dla Jana Kochanowskiego przywilej, w którym ogłaszał „wszystkim drukarzom i księgarzom w Królestwie i ziemiach do niego należących, aby powstrzymywali się od drukowania zarówno innych dzieł Jana Kochanowskiego, jak i jego Psałterza bez uprzedniego uzgodnienia z autorem i aby nie ważyli się pod żadnym pozorem sprzedawać drukowanego przez kogokolwiek w naszym Królestwie”. Za złamanie królewskiego zakazu groziła konfiskata książek i dotkliwa kara finansowa w wysokości 1000 grzywien na rzecz skarbu Rzeczypospolitej.

Fragment przywileju Stefana Batorego dla Jana Kochanowskiego (Archiwum Główne Akt Dawnych, Metryka Koronna, sygn. 119, fol. 228r-v.

Z prośbą o przyznanie przywileju zwrócił się do króla sam Jan Kochanowski, który – jak mówi przywilej – „wielką liczbą egzemplarzy nie chce zamykać sobie drogi do poprawiania swych pism”. Paulina Buchwald-Pelcowa zauważyła, że poprzez przywilej Kochanowski zabezpieczał swoje interesy literackie. Zbyt duży nakład mógłby wysycić rynek i zmniejszyć zapotrzebowanie na kolejne poprawione wydania. Przywilej chronił także Kochanowskiego przed cudzą ingerencją w tekst przekładu Psałterza Dawidów w przypadku nieautoryzowanych przedruków, a deklarując wolę poprawiania swojego dzieła, poeta wystrzegał się ewentualnych oskarżeń o nieprawomyślność w tłumaczeniu tekstu biblijnego. Zdaniem Marii Judy być może zapewniał sobie także honoraria, które mogły wynikać z umów zawieranych między autorem a wydawcami.

Przypadek przywileju dla Jana Kochanowskiego jest dość ciekawy, ponieważ w Królestwie Polskim w XVI i XVII wieku stosunkowo rzadko wystawiano autorom taki dokument dotyczący utworu literackiego. Częściej o przywileje wydawnicze zapewniające wyłączność na druk konkretnych wydawnictw, a także gwarantujące zakaz sprowadzania z zagranicy i sprzedawania dzieł objętych zakazem, starali się wydawcy, drukarze i nakładcy u władz państwowych, kościelnych i uniwersyteckich. Był to sposób na ochronę ich interesów. Przywileje przynajmniej w teorii wykluczały pojawianie się na rynku konkurencyjnych edycji. Wydanie książki zwykle wiązało się z dużą inwestycją, która miała się zwrócić z nawiązką! Surowe kary nie były jednak niezawodnym gwarantem przestrzegania prawa.

Jan Łazarzowic Januszowski – drukarz Jana Kochanowskiego

Zapisy dotyczące przywileju w Psałterzu Dawidów wydanym w 1583 roku (BN, SD XVI.Qu.7392)

Jan Kochanowski jeszcze w 1579 roku powierzył wydanie Psałterza Dawidów krakowskiej Drukarni Łazarzowej, prowadzonej przez Jana Łazarzowica Januszowskiego. Na jednej z kart opublikowanego wtedy Psałterza wydrukowano skrót opisanego wyżej przywileju dla Jana Kochanowskiego, w którym wyraźnie ostrzegano innych drukarzy i księgarzy przed nielegalnym tłoczeniem oraz rozpowszechnianiem dzieł poety. Nikt nie mógł wymówić się nieznajomością prawa! Później ten zapis w pełnej i skróconej formie („Cum Gratia & Privilegio S.R.M”) pojawiał się w kolejnych wydaniach wielu dzieł poety z oficyny Jana Januszowskiego, ponieważ w 1579 roku Kochanowski i Januszowski rozpoczęli stałą współpracę wydawniczą.

W oficynie Januszowskiego ukazały się, za życia poety, m.in. Treny, Siedm Psalmów Pokutnych i Lyricorum libellus. Wiele wskazuje na to, że oprócz interesów dwóch Janów łączyła również przyjaźń. Jan Januszowski zanim przejął drukarnię ojca Łazarza Andrysowica, odbył studia prawnicze w Padwie. Miał też za sobą pobyt na dworach cesarza Maksymiliana II oraz pracę w kancelarii królów Zygmunta Augusta i Stefana Batorego. Sam był także pisarzem i tłumaczem.


Karta tytułowa zbioru Jan Kochanowski, wydanego w oficynie Jana Januszowskiego po 1590 roku, przed 1595 (data 1585 jest fałszywa), BN, sygn. SD XVI.Qu.7331 adl


Współpraca trwała tylko kilka lat, w 1584 roku Jan Kochanowski zmarł. Po śmierci poety wdowa Dorota Kochanowska przekazała Januszowskiemu dotychczas niepublikowane utwory zmarłego męża. W końcu 1585 lub na początku 1586 roku (przedmowa jest datowana dopiero na 12 grudnia 1585 roku) nakładem drukarni Jana Januszowskiego opublikowano zbiór Jan Kochanowski – również objęty przywilejem. Później w Drukarni Łazarzowej ukazywały się jeszcze inne pisma Kochanowskiego i wznowienia starych edycji.


Regestr w dwóch wydaniach fałszywie datowanych na 1585 r. (BN, SD XVI.Qu.7331 adl. SD XVI.Qu.6856a adl.)

Drukowanie ponad limit i poza limitem – o nielegalnych praktykach drukarzy i sposobach ich tropienia

Analizując daty drukowane na kartach tytułowych pism Jana Kochanowskiego wydawanych w oficynie Januszowskiego, można odnieść wrażenie, że stosunkowo niewiele z nich ukazało się kilka lat po śmierci poety, a dokładniej w latach 1590–1600. Nie odpowiada to jednak rzeczywistej produkcji Drukarni Łazarzowej w tamtym czasie. Januszowski ukrywał kolejne wznowienia dzieł (Fraszek, Fragmentów, Jana Kochanowskiego, Psałterza Dawidów) poprzez drukowanie na ich kartach tytułowych dat wydań, które ukazały się wcześniej.

Powody powstawania wydań fałszywie datowanych nie są do końca jasne, lecz Kazimierz Piekarski i Paulina Buchwald-Pelcowa uzasadniają je motywami finansowymi. Drukarz poprzez antydatowanie kolejnych edycji być może starał się uniknąć opłat, prawdopodobnie na rzecz spadkobierców poety.

Jak słusznie zauważyli badacze, wydania poszczególnych dzieł z tymi samymi datami różniły się jednak między sobą, o czym łatwo przekonać się, przeglądając nawet pobieżnie dwie edycje Jana Kochanowskiego udostępnione w POLONIE. Obie na stronie tytułowej mają wydrukowaną datę 1585, (chociaż jedna została wydrukowana w 1589 lub 1590 roku, a druga po 1590 roku). Różnią się zawartością, liczbą stron, użytymi czcionkami, inicjałami, paginacją (wydanie o sygn. SD XVI.Qu.6856a adl. zawiera błędy, m.in. po stronie 59 następuje 90 i 91, po 63 – 76, a po 127 – 118, 126 i 130) i położeniem sygnatur (miejscem, w którym drukowano oznaczenie literowe i liczbowe kolejnych składek). Już na pierwszy rzut oka widoczny jest także inny układ tekstu na stronach obu wydań.

Kolejne edycje różnią się także szczegółami dekoracyjnych ramek i sygnetów drukarskich. Klocki drzeworytnicze używane do ich drukowania zużywały się i chociaż były one wytrzymałe, to jednak z czasem drobne fragmenty wyłamywały się, co można dostrzec na odbitkach. Należy jednak zachować ostrożność, bo różnice między edycjami mogą wynikać z jakości druku, np. ze stopnia natuszowania klocka.

Nie tylko Januszowski omijał prawo, drukując wydania z fałszywymi datami. Kilkukrotnie na rynku ukazywały się drukowane przez konkurencję edycje Psałterza Dawidów, które były fałszywie podpisywane adresem Drukarni Łazarzowej. Wobec wielu nielegalnych praktyk towarzyszącym wydawaniu książek, trudno się dziwić, że zabiegano o ochronę własnych interesów poprzez przywileje. Starania o ochronę produkcji wydawniczej Januszowskiego są wyraźnie widoczne w rozszerzonym tekście przywileju zapisywanego na ostatnich kartach edycji Jana Kochanowskiego z 1598 i 1600 roku. Napisano w nim, że przywilejem są objęte nie tylko pisma Kochanowskiego, ale także „insze wszystkie z Drukarnie Łazarzowej”.


Ostatnia karta zbioru Jan Kochanowski, wydanego w oficynie Jana Januszowskiego w 1598 roku. Zawiera skróconą treść przywileju rozszerzoną o zapisy dotyczące wszystkich dzieł drukowanych w oficynie Łazarzowej, (BN, )XVI.Qu.6984)

Popularność Jana Kochanowskiego nie spada

Kiedy Januszowski przestał prowadzić swoją drukarnię i oddał się obowiązkom wynikającym z piastowania funkcji duchownych, zbiór Jan Kochanowski był drukowany jeszcze w 1604 roku przez dzierżawcę oficyny Łazarzowej – Bazylego Skalskiego.

Liczne wznowienia pokazują jak dużym powodzeniem na rynku cieszył się ten tom. Prawdopodobnie popularność dzieła skłoniła bratanków Jana Kochanowskiego, Jana i Krzysztofa do podjęcia starań o zabezpieczenie swoich praw do dorobku stryja. Ostatecznie, na mocy przywileju wydanego 22 grudnia 1611 roku przez Zygmunta III, przyznano im prawo decydowania, gdzie będą drukowane polskie i łacińskie dzieła Jana Kochanowskiego. Sytuacja była analogiczna do tej wobec Jana Kochanowskiego z 1579 roku – nikt nie mógł bez wiedzy Jana i Krzysztofa Kochanowskich drukować dzieł czarnoleskiego poety. Kochanowscy z propozycją przejęcia monopolu na wydawanie dzieł słynnego stryja zwrócili się do innego drukarza krakowskiego, Andrzeja Piotrkowczyka, który przed ponad trzydziestoma laty, w 1579 roku, wytłoczył anonimowo jeden z łacińskich druków Jana Kochanowskiego.

Karta tytułowa i ostatnia strona wydania tomu Jan Kochanowski z 1611 roku

Już w roku nadania przywileju krewnym poety nakładem oficyny Piotrkowczyka ukazał się zbiór Jan Kochanowski z klauzulą: „Za dozwoleniem Ich. M. Panów Kochanowskich”. Potem zbiór wznowiono kilkukrotnie, podobnie jak Fraszki, Fragmenta i Psałterz Dawidów. Ponownie, przynajmniej raz, te dzieła ukazały się u Piotrkowczyka z… fałszywą datą.

Przywilej wędruje w końcu do drukarza

Dopiero synowi Andrzeja Piotrkowczyka – również Andrzejowi – udało się w 1645 uzyskać przywilej na druk m.in. pism Jana Kochanowskiego dla niego samego jako wydawcy – z wyłączeniem spadkobierców poety. Andrzej Piotrkowczyk (syn) zmarł jednak kilka miesięcy po otrzymaniu przywileju. Chociaż drukarnię prowadzili dalej żona, a potem jego syn, to na wznowienie niektórych dzieł Jana Kochanowskiego trzeba było czekać ponad sto lat.

Fragmenty tłumaczenia tekstu przywileju za:

Materiały do dziejów twórczości Jana Kochanowskiego z lat 1551–1625, oprac. M. Korolko, Cochanoviana, t. 2, red. J. Pelc, Wrocław – Warszawa – Kraków – Gdańsk – Łódź 1986.

Podstawowa literatura:

P. Buchwald-Pelcowa, Dawne wydania dzieł Jana Kochanowskiego, Warszawa 1993.

M. Juda, Przywileje drukarskie w Polsce, Lublin 1992.

M. Korolko, Jana Kochanowskiego żywot i sprawy. Materiały, komentarz, przypuszczenia, Warszawa 1985.

K. Piekarski, Bibliografia dzieł Jana Kochanowskiego. Wiek XVI i XVII, Kraków 1930.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Aleksander Przeździecki. „Szwecja. Wspomnienia jesienne”. Wilno 1851 http://blog.polona.pl/2019/01/aleksander-przezdziecki-szwecja-wspomnienia-jesienne-wilno-1851/ Sat, 26 Jan 2019 12:27:41 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/aleksander-przezdziecki-szwecja-wspomnienia-jesienne-wilno-1851/ Autor rozpoczyna swą podróż, ruszając z Berlina. Opisuje monotonny, pełen ogromnych głazów granitu, pejzaż Pomorza. Dociera do Szczecina – obszernego, ruchliwego, czystego, porządnie zabudowanego miasta. Statkiem, mijając Świnoujście, dostaje się na należącą do Prus Rugię, z ziemią żyzną obficie rodzącą zboże. Jest też jedna rzeczka, w której żyją pstrągi. Wyspa liczy trzydzieści tysięcy mieszkańców. Wspominał o niej Tacyt w dziele O Germanach. Wiosną i latem dwa statki parowe utrzymują komunikację między Rugią a szwedzkim Ystadt. Szwedzi najczęściej podróżują do Europy przez Kopenhagę lub Petersburg. Podróż morska zajmuje szesnaście godzin.

Przeździecki z upodobaniem ogląda porządne drewniane domy, malowane na różne kolory. Zatrzymuje się w austerii, gdzie pokoje są duże i czyste, a podłogi – wysypane szpilkami jałowca – dają mocny zapach.

Szwedzkie wozy pocztowe uchodzą za wyjątkowo niewygodne. Siedzi się na gołych deskach. Męczy go też całkowite nierozumienie języka. Pisze, że na pierwszym postoju stół był zastawiony kolacją złożoną z ryb, mleka i kartofli. Droga na północ prowadzi między polami, gdzie uprawia się żyto, jęczmień i owies, a zbierane z pól kamienie wykorzystywane są do budowy i naprawy dróg. Nie ma właściwie typowych wsi. Zabudowę tworzą rozsypane luźno wśród pól piętrowe drewniane domy, czyste i ładne, różowe, liliowe lub żółte.   Miasteczka to rzadkość. Wszędzie wiele lasów, jezior i jeziorek. Na jeziorze Wettern jest wyspa. Przeździecki ogląda tam fabrykę karabinów. Kaskada wodna porusza ogromne młoty rozbijające rozpalone szyny żelaza, z których powstają polerowane później rury. Kolejny odwiedzany przez niego zakład przemysłowy to ludwisarnia, czyli fabryka armat należąca do ówczesnego ministra spraw zagranicznych. Ludwisarnia jest połączona z małą hutą, w której topi się rudę żelaza. Do zwiedzających dołącza staruszek w brązowym surducie, tłumacząc produkcyjne szczegóły. Później okazuje się, że to sam właściciel – minister.

Drogę do stolicy kolejnego miasta z drewnianą zabudową – odbywa się na pokładzie statku. Sztokholm jest miastem rozłożonym na wyspach i wysepkach. Przeździecki, wybitny mecenas sztuk i uczonych, opowiada o wszystkich sztokholmskich zbiorach książek, dawnych broni i zbroi, pamiątek historycznych. Ze wzgórza zwanego Górą Królewską rozciąga się widok na całe miasto. Spędzając dzień na Moście Północnym, można zobaczyć przechadzającą się pieszo królową, następcę tronu księcia Oskara z małżonką, a czasem nawet króla. W mieście liczącym wówczas osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców, ceny towarów są bardzo niskie, a wojska – pięknie umundurowanego – niewiele.

Z żalem opuszcza Sztokholm po ośmiu dniach. Zwraca uwagę na obszerny magazyn sprzedający wyroby porfirowe: od wanien – przez urny, kolumny, wazony – do tabakierek, solniczek i trzonków do noży.

W Upsali najbardziej godny uwagi wydaje mu się wielki ogród botaniczny, założony przez Linneusza – z posągiem uczonego wyrzeźbionym w białym marmurze. Obok biblioteka zawierająca, prócz książek, też wiele rękopisów sięgających trzeciego wieku.

Pokonując pięć mil na północ, zwiedza odkrytą kopalnię żelaza w Danmora, mającą czterysta dwadzieścia stóp głębokości. Na brzegu jamy ustawiono rusztowanie. Konie obracają walec, dookoła którego zakręca się lina wciągająca w górę beczki z rudą. Trzech podróżnych ulokowano w takiej beczce. Trzymali się łańcuchów, którymi przytwierdzono beczkę do liny. Na brzegu beczki stał trzymający się liny robotnik w rękawicach, który chwyconym w drugą rękę drągiem odpychał beczkę od krawędzi skały. Podróż trwała koło siedmiu minut. Naładowawszy kieszenie minerałami, podróżni wrócili do beczki i szczęśliwie znaleźli się na powierzchni.

Następny punkt zwiedzania to kopalnia srebra. Trzeba tam zejść w głąb po sześćdziesięciu kolejnych drabinach, każdej o szesnastu szczeblach. Pobyt na dole trwał dwie godziny. Powrót na ziemię był znacznie bardziej męczący. Po obiedzie obejrzano zakład, w którym przetapia się wydobytą rudę. Najpierw kruszy się ją na drobny proszek, przepłukiwany kilkakrotnie w wodzie, która unosząc części ziemne, zostawia sam ciężki kruszec, potem topi się trzykrotnie dla oddzielenia pięćdziesiątej części srebra od pozostałego ołowiu. Na północy kraju, mężczyźni chodzą w długich białych sukmanach i białych, dość krótkich spodniach z klamerkami. Kobiety noszą czarne spódnice, czerwone, wełniane pończochy, pąsowe fartuszki, trzewiki z korkiem w połowie podeszwy i niebieskie czepki.

Bochenki chleba, podobne w formach do naszych, są słodkie i przypominają piernik. Do wędlin jada się płaskie placki owsiane – takie jak dziś znane knackbro. Kawa w gospodach szkaradna, natomiast śmietanka doskonała. Wieśniaczki szwedzkie wydają się podróżnikowi bardzo brzydkie. W gospodzie w maleńkim miasteczku zauważa szafę zawierającą stare wydania Jana Jakuba Rousseau i Kazania francuskie oraz wiele książek angielskich, dość zakurzonych.

Na wiadomość o epidemii cholery w Norwegii autor rezygnuje z wizyty tam. Natomiast z Göteborgu, gdzie ogląda się miasto z wieży kościoła, na którą można wejść po dwustu dziesięciu stopniach, odpływa Przeździecki morzem do Kopenhagi.

Stolica Danii jest według niego najpiękniejszym z odwiedzanych miast. Opisuje pałace, gmach biblioteki, otoczony kanałami zamek królów Christiansborg – kwadratowy o czterech piętrach z dwoma dziedzińcami, na których są stajnie monarchy. Na najwyższej kondygnacji znajduje się galeria obrazów licząca 924 płótna, gdzie za małą opłatą wpuszczają ciekawych. Można zobaczyć Rubensa, Leonarda da Vinci, Corregia, Michała Anioła oraz prace żyjących artystów. Biblioteka liczy 400 tysięcy tomów.

Szwecja, pisana bardzo przejrzystą, w każdym zdaniu zrozumiałą polszczyzną, wydała mi się najciekawszą z wielu dziewiętnastowiecznych lektur.

„Szwecja. Wspomnienia jesienne” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
„Salon i ulica." Józefa Dzierżkowskego (1807–1865) http://blog.polona.pl/2019/01/salon-i-ulica-jozefa-dzierzkowskego-1807-1865/ Fri, 25 Jan 2019 12:10:49 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/salon-i-ulica-jozefa-dzierzkowskego-1807-1865/ Przykra lektura. Postacie bez szczególnej potrzeby używają nagle zdań lub zwrotów francuskich. Ale i polszczyzna bywa szkaradna: „Ona była sierota”, „Nazajutrz szła już pomalej”, autor nazywa siebie „powieściarzem”. Co chwila wracam do poprzednich stron, by sprawdzić czy tego nie zmyśliłem.

Ogromna liczba osób. W rzeczywistości jest ich mniej. Ubogi malarz Konstanty, romansujący z piękną córką szewca Bogunią, to arystokrata Alfred Karliński w przededniu ślubu z zamożną Kamillą. Arystokraci nie tylko oszukują w życiu i w kartach. Szulerka jest powtarzającym się motywem, tyle że wygrane nie wystarczają na pokrycie długów i „nadal należałoby wyszlamować cudze kieszenie”. Ojciec Alfreda, siwy łysiejący starzec, z pomarszczoną twarzą, oczami zgasłymi i obwisłymi ustami, zdradzającymi rozpustne chęci przed czasem potyrane rozwiązłym życiem.

 Przemienia go sztuka kamuflażu kamerdynera – siwizna zamalowana kruczą barwą, zmarszczki zamazane bielidłem, oczy ożywione okularami, wyprostowany sztywną sznurówką, łysina pokryta peruką. Frak solidnie wywatowany.

Żując pastylki mające zabić jego trupią woń, martwi się, że zapalono świece przed przyjściem gości.

Przeciwstawieniem salonu, gdzie rozmawia się o tym, iż narzeczona ma dochodu rocznego dwadzieścia i pięć tysięcy, tylko należałoby dodać wymazanie wynoszącego dziesięć tysięcy pięćset długu jej ojca, jest ulica. W opozycji do barona Karlińskiego występuje szewc Karosz, rzetelny fachowiec, lubiący po pracy zajrzeć do kieliszka. Tyle, że szewc jest nieślubnym bratem barona oddanym po urodzeniu na wychowanie do szewca na wsi.

Bogunia nie jest jego prawdziwą córką. Nie jest też nim syn Janek nie będący prawdziwym bratem Boguni.

Jednorazowa lektura powieści nie wystarcza, by zapamiętać od kogo jest które dziecko.

Kamilla w niedzielę udaje się do kościoła, by natychmiast wyjść drugim wejściem, odbyć pożegnalną schadzkę z poprzednim kochankiem i wrócić przed końcem nabożeństwa.

Dzierzkowski sztukuje swą prozę niemądrymi uwagami o „wypudrowanym i wyfrakowanym Towarzystwie Przyjaciół Nauk, tej ołowianej, nieruchawej arce przymierza naszego z gustem francuskim, układającej dla literatów dykcjonarz wyrażeń przyzwoitych i manualik przyzwoitych przedmiotów; kiedy wiersz gładki znaczył więcej znaczył jak wiersz dobry, a wiersz grzeczny więcej jak gładki, a panegiryk zgrabnie pochlebiający herbowi, znaczeniu lub władzy był szczytem poezji; kiedy ogłada salonowa stanowiła większą część wartości literata”.

Tak więc w roku 1950 kandydat nauk Maria Żmigrodzka mogła uznać twórczość Dzierzkowskiego za żywe źródło tradycji mającego powstać realizmu socjalistycznego.

Salon i ulica” w POLONIE

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

]]>
Edward Słoński – zapomniany poeta legionista http://blog.polona.pl/2019/01/edward-slonski-zapomniany-poeta-legionista/ Thu, 17 Jan 2019 11:23:53 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/edward-slonski-zapomniany-poeta-legionista/ Edward Słoński (1872–1926) należał do licznego grona poetów żołnierzy, takich jak m.in. Rajmund Bergel (1894–1937), Józef Mączka (1888–1918), Józef Relidzyński (1886–1964), Józef Andrzej Teslar (1889–1961), ale to właśnie on zdobył największą spośród nich, chociaż krótkotrwałą sławę.

Wszystko za sprawą wydanego w roku 1915 wraz ze Zdzisławem Dębickim (1871–1931) zbiorku wierszy patriotycznych i żołnierskich Ta, co nie zginęła. Wiersze Słońskiego spotkały się z tak żywym zainteresowaniem, by nie powiedzieć entuzjazmem, że niebawem tomik ale już bez wierszy Dębickiego – został wznowiony i doczekał się kilku wydań.

Z równie wielką estymą przyjęte zostały przez czytelników, ale i przez krytykę cykle wierszy Słońskiego z 1917 roku Idzie żołnierz borem, lasem… oraz Już Ją widzieli idącą.

Popularność tego poety potwierdza fakt, że w latach I wojny światowej kilkanaście jego wierszy, takich jak: O, pola krwią napojone!, Sen o szpadzie. Do mego syna, Szły tędy pułki kozackie, Kiedy zginę, Ojczyzna, Bój o Warszawę ukazały się na okolicznościowych kartach pocztowych, a do wielu z nich (m.in. do Ta, co nie zginęła, A gdy na wojenkę szli ojczyźnie służyć) muzykę skomponowali: Feliks Starczewski, Feliks Halpern, Stanisław Kazuro czy Zygmunt Pomarański.

W napisanym we wrześniu 1914 roku najbardziej znanym utworze – Ta, co nie zginęła, składającym się z trzech numerowanych części, poeta nawiązywał na wstępie do tragicznych polskich losów, gdy Polacy służyli we wrogich sobie armiach:

Rozdzielił nas, mój bracie,

zły los i trzyma straż –

w dwóch wrogich sobie szańcach

patrzymy śmierci w twarz.

Apelował w tym wierszu o odwagę w imię niewymienionej z nazwy ojczyzny, a w finale prorokował, że dzięki ofierze życia, jaką złożą na jej ołtarzy żołnierze polscy, odrodzi się prędzej czy później:

Bo wciąż na jawie widzę

i co noc mi się śni,

że TA, CO NIE ZGINĘŁA,

wyrośnie z naszej krwi.

Zanim Edward Słoński zdobył powszechną popularność, nie był pisarzem nikomu nie znanym. Krytyka literacka wiele lat wcześniej zwróciła uwagę na niego jako na przedstawiciela Młodej Polski.

Urodził się w 1872 w Zapasiszkach na terenie dzisiejszej Łotwy. Kształcił się w Kazaniu, w Wilnie oraz w Warszawie, z którą związał się aż do śmierci. Wstąpił do PPS, działał w konspiracji, bliski mu był duch rewolucji społecznej. Wielokrotnie aresztowany, do czego dobitnie nawiązał w tomie prozy W więzieniu, ogłoszonym w 1911 roku oraz w roku 1928 z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości. Dość wspomnieć, że po opublikowaniu w roku 1907 skonfiskowanej zresztą przez carską cenzurę powieści Przebudzenie został osadzony w Cytadeli warszawskiej jako „przestępca polityczny”.

Jego wczesne zbiory wierszy i poematów, wydane pod koniec XIX wieku: Dla mojej pani, Z wiosennych dum, a także ogłoszone przed wybuchem I wojny światowej: Pieśń. Mary, Pieśń nad pieśniami, Do Boga utrzymane były w dość nienośnej manierze modernistycznej, czytane dzisiaj wydają się być niezamierzoną parodią poetyki najwybitniejszych poetów Młodej Polski. Dobre pojęcie o duchu tej liryki daje wydany w 1922 roku obszerny, liczący ponad sto pięćdziesiąt stron, wybór Wiśniowy sad ze znamiennym podtytułem Wiersze o wiośnie, o miłości i o szczęściu.

Co ciekawe, Edward Słoński z zawodu był dentystą, dzięki czemu mógł utrzymać siebie i swoją rodzinę. W latach 1914-1915 jego pacjentem był rosyjski poeta Walery Briusow, który przebywał wówczas w Warszawie jako korespondent wojenny. Znajomość ta szybko przerodziła się w zażyłość, czego świadectwem są dwa wiersze Briusowa Do Polski oraz Polska żyje, a także dwa sonety Słońskiego Panu Waleremu Briusowowi. Ambicją Słońskiego była jednak literatura.

W latach 1915-1918 służył w legionach, potem w wojsku polskim, z którego zwolnił się w roku 1921 po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Niestety, w ostatnich latach życia zaniedbał praktykę dentystyczną, licząc na wielkie sukcesy literackie, w wyniku czego żył w coraz trudniejszych warunkach materialnych. Pisane i publikowane w tym czasie utwory przeszły bez większego echa, złośliwi mówili o nim, że jest najlepszym poetą wśród dentystów i najlepszym dentystą wśród poetów. Zmarł w zapomnieniu i w nędzy 24 lipca 1926 roku w swoim mieszkaniu przy ulicy Pięknej w Warszawie. Pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

Oprócz licznych zbiorów poezji pozostawił po sobie utwory wierszem i prozą o charakterze dydaktycznym i obywatelskim, skierowane do młodego czytelnika, takie jak Zatopione królestwo. Opowieść o prawdziwych nieprawdach, Prawdziwa wojna, „Bajka o białym orle” czy Na progu Polski (nota bene, z rycinami Eligiusza Niewiadomskiego, przyszłego zabójcy prezydenta Gabriela Narutowicza), poemat Na gwiezdnym szlaku, wiersze dla dzieci Zaślubiny Polski z morzem. Pieśń o Polsce i o morzu” czy bajka O żołnierzu tułaczu.

Najważniejsze jednak jego utwory to te, które zostały napisane z perspektywy obywatela marzącego o niepodległej Polsce i żołnierza walczącego najpierw o jej niepodległość, a potem w jej obronie. To o nim wybitny historyk literatury i kultury prof. Aleksander Brückner napisał: „Słoński pierwszy wznowił pieśń żołnierską, która zagłuchła od roku 1864”. Zaś Karol Wiktor Zawodziński, jeden z czołowych i najbardziej miarodajnych krytyków dwudziestolecia, nazwał go może trochę na wyrost, ale jednak „niewątpliwie jednym z najznakomitszych poetów polskich”, bowiem jego liryka okazała się „spontanicznym wyrazem uczuć bardzo szerokich warstw całego Narodu w czasie Wielkiej Wojny. Ludzie najbardziej obcy poezji, prostaczkowie i uczeni, starcy i podrostki, szeptali bezwiednie wiersze o Tej, co nie zginęła”. Cieszący się równie wielkim autorytetem literaturoznawca prof. Wacław Borowy, stwierdził, że choć nie był on wielkim poetą, to jednak: „Całe tragiczne rozdarcie, cała rozpacz i cała nadzieja polska tego czasu – z ludową jakąś prostotą – wyśpiewały się, zdawałoby się, same w zwrotkach Słońskiego”. Na błyskotliwą, ale chwilową i przemijającą sławę Słońskiego zwracał uwagę także krytyk Kazimierz Czachowski, nazywając go wprost „najrzetelniej uzdolnionym bardem legionowym”, który był „poetą serca i do serc przemawiał”.

Nie sposób nie wspomnieć, że pod wrażeniem jego patriotycznych wierszy był młody Julian Tuwim, który w roku 1915 na łamach „Nowego Kuriera Polskiego” ogłosił wiersz Ktoś zadedykowany właśnie Słońskiemu.

W czasach PRL-u o Słońskim było głucho. Upomniał się o niego dopiero w 1978 Marian Piechal, wydając z okazji 60-lecia odzyskania niepodległości Wybór wierszy poety w serii zapomnianych twórców pod nazwą Oficyna Poetów XX wieku, w której ukazał się także zbiór poezji Józefa Mączki, zaś w trzy lata wcześniej w pracy zbiorowej Literatura polska 1918-1932 profesor Ryszard Przybylski przypomniał jego twórczość, określając go mianem najsławniejszego spośród poetów związanych z legionami Józefa Piłsudskiego.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Włoskie wakacje. Wyprawy do Włoch doby nowożytnej http://blog.polona.pl/2019/01/wloskie-wakacje-wyprawy-do-wloch-doby-nowozytnej/ Wed, 02 Jan 2019 10:34:14 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2019/01/wloskie-wakacje-wyprawy-do-wloch-doby-nowozytnej/ Opisy świata

Z pietyzmem opracowana mapa – jak jedna z tych przygotowanych przez kartografa Abrahama Orteliusa – mogła być dla niektórych pierwszym źródłem wiedzy o kształcie krain i kontynentów w epoce nowożytnej. Flamandzki uczony wydał swój atlas geograficzny świata Theatrum orbis terrarum po raz pierwszy w 1570 roku, konsultując jego kolejne liczne edycje z członkami szesnastowiecznej res publica litteraria. Popularnością cieszyły się też zapewne opisy innego geografa, Sebastiana Münstera, którego opasłą Kosmografię musieli oprawiać introligatorzy aspirujący do mistrzowskiego tytułu w ramach swojego egzaminu, jak głosi statut ich cechu z 1603 roku. Można więc przypuszczać, że wiele oprawionych egzemplarzy krążyło między zainteresowanymi czytelnikami w dawnej Polsce. Wydawano także publikacje poświęcone konkretnym krajom, w tym wypadku Włochom. Wizerunki poszczególnych miast Półwyspu Apenińskiego z krótkimi ich opisami znajdowały się na przykład w albumie Theatrum urbium italicarum  z 1599 rokuPietra Bertellego.Te i inne kompendia zapewniały wiedzę obfitującą w szczegóły geograficzne i historyczne. Italia, znajdująca się w centrum ówczesnego kulturalnego świata, stanowiła ważny punkt odniesienia.

Lecz w XVI wieku informacje o świecie rozpowszechniane były nie tylko za pośrednictwem druku. Jak wskazują badacze, to właśnie w zmianach w sposobie podróżowania i funkcjach, jakie zaczęto przypisywać podróży, można dopatrywać się pierwocin nowoczesnej turystyki. A Italia stała się ważnym celem pielgrzymowania, niekoniecznie religijnego.

Widok Sieny w Theatrum urbium italicarum (1599) Pietra Bertellego

Porządkowanie wrażeń

Postrzeganie świata przez wykształconą, umiejącą czytać osobę było zdeterminowane przez retoryczną organizację tekstów, gatunków wypowiedzi i ich wewnętrzną strukturę. Dotyczyło to również drukowanych opisów geograficznych i prywatnych wrażeń z podróży. Sztuki podróżowania i obserwacji podczas wojaży uczyły tzw. traktaty apodemiczne, które niejednokrotnie uzupełniano o wygodne wypunktowane wskazówki, którymi powinien kierować się nowożytny turysta.


Na co zwracać uwagę podczas podróżowania? Na: I. miejsce – umiejscowienie w regionie; II. rządy ludzi; III. nazwę miasta i jego genezę, IV. elementy naturalne – rzeki, morza, góry, lasy; V. dzieła ludzkie – publiczne i prywatne; VI. Sposób zarządzania – zadania władzy, edukację, obyczaje ludu. Schemat apodemiczny z dzieła Variorum in Europa itinerum deliciae (1599) Nathana Chytraeusa

Już nie wyłącznie cele merkantylne, religijne (jak pielgrzymki) czy polityczne motywowały do wyjazdu. Coraz częściej zamożniejsze rody wysyłały swoich synów w podróże o charakterze edukacyjnym, czego świadectwem są m.in. zachowane instrukcje podróżnicze dla dzieci pisane przez ich rodziców. Częstym celem takich wojaży były właśnie Włochy: już to ze względu na liczne zabytki kultury antycznej, już to dzięki sławie ośrodków uniwersyteckich o długoletniej tradycji (jak Bolonia czy Padwa).


Widok Zamku św. Anioła w Rzymie z albumuSplendore nell’antica e moderna Roma (1637) Giacoma Laura

Drukarze zaczęli przygotowywać również przewodniki, które miały poprowadzić turystę przez całe Włochy lub poszczególne miasta. Nicolaus Basse, wydawca niemieckiego przewodnika Delitiae Italiae (1599) zauważał, że podróżowanie w jego czasach staje się coraz bardziej powszechne i chciał dostarczyć informacji, które pozwoliłyby podróżnikom z Niemiec (głównie kupcom i studentom) docenić piękno poszczególnych miast i miasteczek, poznać najważniejsze lokacje. Późniejsze polskie tłumaczenie tego tekstu z 1665 roku, znane jako Delicje ziemie włoskiej, nie zawiera już tej przedmowy, ale także wskazuje na zupełnie nowoczesne motywacje do odbywania wojaży: doświadczenia, „eksperyjencyi”, człowiek nabywa „przez ciężkie a prawie z utratą zdrowia niewczasy i trudy podróżne w przebyciu i widzeniu świata” albo „przez ciekawość, którą każdy człowiek ma wrodzoną, do widzenia rzeczy na świecie godnych”.

Pierwszy polskojęzyczny przewodnik po Italii ukazał się już pół wieku wcześniej: to Pielgrzym włoski (1614), który stanowi przede wszystkim opis geograficzny i historyczny starożytnych zabytków w Rzymie. Na polski przełożony został przez drukarza Franciszka Cezarego i, jak ustalono, jest tłumaczeniem traktaciku Le cose meravigliose dell’alma città di Roma (1588) weneckiego architekta i wielbiciela antyku, Andrei Palladia. Chociaż tytuł sugeruje odniesienie do pielgrzymstwa, czyli czynności motywowanej religijnie, odwołuje się w tym wypadku przede wszystkim do innego obszaru kultu we wczesnej nowożytności: tego, co pozostało po starożytnych i czego można dowiedzieć się o funkcjonowaniu ówczesnego społeczeństwa w oparciu o powiązane ze sobą świadectwa pisane i materialne (ostatniej z nich, zwłaszcza architektura, pozostające zachowaną lepiej lub gorzej areną minionej codzienności).

Karta tytułowa dzieła Delicye zięmie włoskiey(1665)

Pierwsi turyści

Pierwszy ślad turystycznej podróży z dawnej Rzeczypospolitej do Italii pochodzi z końca XVI wieku. Nieznany nasz praszczur Włochy niewątpliwie odwiedził, niestety jednak zachowany w Bibliotece Narodowej rękopis (wydany przez Jana Czubka w 1925 roku) zaczyna się dopiero 3 marca 1595 roku od opisu końcowej fazy podróży po Półwyspie Apenińskim: opuszczenia Neapolu i żegludze na południe ku Sycylii.

Starszy jeszcze dziennik łaciński, którego rękopiśmienny przekaz również znajduje się w Bibliotece Narodowej, spisany został przez Jana Ocieskiego i dotyczy podróży szlachcica do Rzymu w latach 1540–1541 (fragmenty tekstu itinerariusza przełożył i opracował Grzegorz Franczak). Ocieski jednak – w przeciwieństwie do motywowanego wyłącznie turystyczną ciekawością Anonima Polaka – był członkiem poselstwa do Stolicy Apostolskiej, a jego obserwacje niezwiązane z celem wojaży, jak zauważa wydawca, i tak odznaczają się wyjątkowo praktycznym charakterem. Notatki Ocieskiego dotyczą m.in. trasy, stanu dróg i odwiedzanych w drodze karczm, a o obiektach artystycznych wspomina niejako przy okazji.

Niewiele więcej zachwytów nad sztuką znajdziemy w Księgach peregrynackich Macieja Rywockiego, który od 1584 roku towarzyszył w podróży edukacyjnej do Niemiec i Włoch synom wojewody mazowieckiego, Stanisława Kryskiego (rękopis także wydany przez Czubka). Ze względu jednak na edukacyjny cel podróży, z której pewnie pamiętnikarz zdawał sprawę wojewodzie, zwiedzanie wszystkich głównych punktów wizytowanych miast było bardziej systematyczne i choć autor itinerariusza brał za dobrą monetę wszelkie brednie, które o zabytkach opowiadali mu lokalni przewodnicy, to sumiennie towarzyszył młodym Kryskim w eksploracji włoskiego dziedzictwa.

Prywatne notatki lub po czasie spisywane wspomnienia służyć mogły zarówno celom sprawozdawczym, jak i porządkowaniu osobistych wrażeń. Pozostawały przede wszystkich w rękopisach, najpewniej krążących w kręgach towarzyskich podróżnika. Przykładowo dopiero w XIX wieku wydano z manuskryptu pamiętnik Stefana Paca, który towarzyszył w latach 1624–1625 w podróży (m.in. do Włoch) królewiczowi Władysławowi Wazie, późniejszemu monarsze.

◊◊◊

Artykuł powstał w ramach realizacji przez Bibliotekę Narodową projektu „Patrimonium – digitalizacja i udostępnienie polskiego dziedzictwa narodowego ze zbiorów Biblioteki Narodowej oraz Biblioteki Jagiellońskiej” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 oraz budżetu państwa.

◊◊◊

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


]]>
Szkicując wodza i legionistów http://blog.polona.pl/2018/12/szkicujac-wodza-i-legionistow/ Thu, 20 Dec 2018 10:16:09 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/szkicujac-wodza-i-legionistow/ Odradzająca się Polska była państwem wielonarodowym i wielokulturowym. Widać to było także w tworzących się legionach Józefa Piłsudskiego, gdzie wśród wielu nacji znaleźli się także przedstawiciele wyznania mojżeszowego – przede wszystkim inteligencja z Galicji: lekarze, prawnicy, artyści. Wielu z nich pochodziło z rodzin o tradycjach niepodległościowych. Nie tworzyli oni osobnej grupy czy oddziału, lecz wtapiali się w społeczność żołnierzy innych nacji. W oddziałach legionowych w Galicji było ich ok. 10 proc., a w Kongresówce – 4 proc.

Do grona sztabowców brygady Piłsudskiego należał m.in. Leopold Gottlieb (1879–1934). Pochodził z Drohobycza i był najmłodszym bratem słynnego żydowsko-polskiego malarza Maurycego Gottlieba. Już przed wojną dał się poznać jako sprawny i utalentowany portrecista. Był członkiem paryskiego „Strzelca”, a po wybuchu wojny zgłosił się na ochotnika do Legionów. Zaliczał się do grona tych artystów, którzy w czasie kampanii właściwie nie schodzili z linii boju. Nazywano go malarzem I Brygady, bo stworzył większość wizerunków jej oficerów. Był artystą powszechnie szanowanym, choć – jak pisano – nie wyróżniał się specjalnie talentem wojskowym, organizacyjnym i politycznym. Posługiwał się co zrozumiałe w warunkach polowych – nie pędzlem, lecz ołówkiem lub kredką. Był autorem ponad tysiąca prac. Choć tworzył sceny rodzajowe, to przede wszystkim wyspecjalizował się w portretach. Wykonywał oficjalne portrety żołnierzy, ale też dokumentował codzienne legionowe życie.

Artur Tanikowski w artykule Po obu stronach rozbitego lustra zwraca uwagę, że ideowa wymowa prac Gottlieba „wiązała się z emanującym w całej jego twórczości zainteresowaniem człowiekiem, jego konstrukcją psychofizyczną i doświadczeniem egzystencjalnym. Patrząc na jego portrety i sceny rodzajowe widać wyraźnie szacunek jaki wyrażał on dla prostych żołnierzy i towarzyszy broni”. W żadnej z kilkuset jego prac wojennych nie zauważymy też pogardy dla wroga. Stąd właśnie krytycy sztuki uznają, że Gottliebowi udało się zawrzeć w swych pracach ideę „nowego humanizmu”. Warto przypomnieć, że to określenie sformułowała Jane Kallir w stosunku do wojennych rysunków Egona Schielego.

Tanikowski, wskazując na specyfikę rysunków Gottlieba, porównuje je z pracami innego sympatyka Legionów – Jana Rembowskiego. Przytacza też opinię poety i legionisty Józefa Andrzeja Teslara, przyjaciela Gottlieba z Grupy Pięciu, który stwierdził: „Rembowski i Gottlieb poszukiwali w szeregach rysunków typu żołnierza polskiego pomiędzy legionową rzeszą. Ale kiedy Rembowski patrzy niemal z religijnym sentymentem na portretowane przez siebie twarze poprzez idealistyczne namaszczenie wypowiadając ich wyższą duchową siłę, Gottlieb właśnie ekspresją swego rysunku i wyrazów ostro rysowanych typów i masek dochodzi w sile do buty i brutalności”.

W zestawie portretów legionistów tworzonych przez Maurycego Gottlieba nie mogło zabraknąć wizerunków Józefa Piłsudskiego.

https://polona.pl/item/juliusz-kaden-oficer-sztabu-i-brygady,NzUyMTA0NDU/2/#info:metadata

Juliusz Kaden Bandrowski, pisarz i kronikarz I Brygady we wstępie do wydanej w 1936 roku w Warszawie teki prac artysty wspomina chwilę, kiedy malarzowi udało się stanąć przed obliczem Komendanta: „Stało się to w roku 1914, przy końcu grudnia. Komendant właśnie powracał był z jakiegoś wyjazdu, w siwej szubie oszronionej, z oszronionymi brwiami, wąsami, rzutki, drapieżny. Wydostawszy się z auta posuwał się przed wąskie schody do przedsionka. Gottlieb, stojący wówczas obok mnie na schodach nie spuszczał wzroku z Piłsudskiego. Gdy zaś na koniec straciliśmy Brygadiera z oczu, rzekł chwytając mnie za rękę – Oddałbym nie wiem co, życie bym oddał, żeby mi chciał cierpliwie popozować. Ja na to z umyślną przekorą, która należała przecież do stylu frontowego – że niby, że co? Po co ci ma pozować?! Gottlieb wówczas: – bo w nim jest wszystko. Wszystko!”

Najsłynniejszy portret Piłsudskiego Gottlieb zatytułował Wódz i sporządził go na podstawie rysunkowego szkicu  najprawdopodobniej w maju lub czerwcu 1916 roku na Wołyniu. Lekko przygarbiony brygadier zajmuje niemal całą wysokość kadru. Patrzy w dal, poza horyzont. Ubrany jest w długi płaszcz, na głowie nieodłączna maciejówka, w tle zarysowany pejzaż bitewny.  Jest też inny wizerunek marszałka.

https://polona.pl/item/jozef-pilsudski-brygadyer,NzUy

Ma tytuł Brygadier Józef Piłsudski. Ta wykonana w 1914 roku akwaforta prezentuje głowę  Marszałka z sumiastym wąsem i marsowym obliczem. Artysta, jak można się przekonać, skupił się przede wszystkim na wyrazie twarzy swego modela, stąd maciejówka ledwie naszkicowana, a płaszcz niemal niewidoczny.

Leopold Gottlieb portretował życie codzienne legionistów podczas walki, przy codziennych posiłkach i w chwilach relaksu. Wielkie uznanie zdobył sobie portretami dowódców. Na 22 barwnych litografiach poza marszałkiem Piłsudskim możemy odnaleźć m.in. Edwarda Rydza-Śmigłego, Kazimierza Sosnkowskiego, Józefa Hallera czy Bolesława Roję. Wiele z tych wizerunków znalazło się potem w wydanej w Warszawie tece Legiony polskie. Stała się ona sporym wydarzeniem, a ze względu na zamieszczone tam prace Gottlieba pisano, że teka ta winna się znaleźć w domu każdego kulturalnego Polaka.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Gabriel Narutowicz: pierwszy prezydent niepodległej Polski http://blog.polona.pl/2018/12/gabriel-narutowicz-pierwszy-prezydent-niepodleglej-polski/ Thu, 13 Dec 2018 17:28:29 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/gabriel-narutowicz-pierwszy-prezydent-niepodleglej-polski/ 16 grudnia 1922 roku, w piątym dniu sprawowania urzędu prezydenta, na otwarciu wystawy w Galerii Zachęta w Warszawie został zastrzelony Gabriel Narutowicz. W zwycięskich wyborach 9 grudnia, pokonał kandydującego również hrabiego Maurycego Zamoyskiego. Do wyborczej rywalizacji stanął namówiony przez posłów PSL „Wyzwolenie”, mimo, że odradzał mu to Józef Piłsudski, pod którego wpływem Narutowicz – jako profesor politechniki w Zurychu – w roku 1919 wrócił z emigracji do Polski i natychmiast włączył się w proces odbudowy gospodarczej kraju.

Minister spraw wewnętrznych Ludwik Darowski tego samego dnia ogłosił tekst obwieszczenia, w którym poinformował o tym, że „niepoczytalna ręka” dokonała „ohydnego mordu” na prezydencie i że obowiązki prezydenta „objął zastępczo” Maciej Rataj – marszałek sejmu.

 

Afisz o przejęciu obowiązków głowy państwa wydał sam Maciej Rataj, powołując się na artykuł 40 konstytucji. Afisz został sygnowany także przez Prezesa Rady Ministrów.

Dzień później z płomienną odezwą, zaczynającą się słowem „Polacy!”, zwrócił się do rodaków Prezes Rady Ministrów, czyli generał Władysław Sikorski, podkreślając: „Groza […] najazdu bolszewickiego, który w roku 1920 stał u wrót stolicy, blednie wobec politycznego mordu, jakiego ofiarą padł Pierwszy Prezydent Rzeczpospolitej – wobec walk bratobójczych oraz wobec zamachów na porządek prawny i Majestat Rzeczpospolitej”.

30 grudnia odbył się proces zamachowca – malarza i krytyka sztuki Eligiusza Niewiadomskiego, który został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok został wykonany 31 stycznia 1923 roku.

W tym czasie w kraju wrzało. Partie lewicowe oskarżały endecję o faszyzm i podżeganie do zabójstwa prezydenta wybranego głosami posłów lewicy, partii chłopskich oraz mniejszości narodowych.

 

Mord na prezydencie potępiły władze wszystkich większych miast Polski, apelowano przy tej okazji „o powagę i spokój, które cechować winny w chwilach nieszczęścia Ojczyzny dojrzałych i dbałych o dobro Rzeczpospolitej obywateli i Państwa”.

Wobec skrytobójczej zbrodni nie mogli milczeć poeci. Antoni Słonimski ogłosił wiersz Na śmierć prezydenta, zaś Julian Tuwim napisał utwór poetycki Pogrzeb prezydenta Narutowicza, zaczynający się zwrotką:

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,

Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,

Wy, w chichocie zastygli, bladzi przestraszeni,

Chodźcie, głupcy do okien – i patrzcie! i patrzcie!

Kilkanaście lat potem do sprawy tego zamachu, który okrył hańbą całą Drugą Rzeczpospolitą, nawiązał poeta Edward Szymański w wierszu Śmierć prezydenta z 1937 roku. Zapewniał w nim w cokolwiek awangardowej poetyce:

Twoja przysięga przez nas będzie dotrzymana

nad przyszłością słoneczną i krwawą.

Dla nich – pięści ściśnięte!

Tobie – odkryte głowy

i dziedzictwo codziennego trudu.

Narutowicz stał się także bohaterem formy dramatycznej zatytułowanej Gabriel Narutowicz: dramat w pięciu aktach, wydanej w roku 1930 przez Zygmunta Popiela-Popiołka.

Gabriel Narutowicz urodził się w 1865 w Telszach na Żmudzi w rodzinie powstańca styczniowego. Uczył się w gimnazjum w Lipawie na Łotwie, studiował na wydziale matematyczno-fizycznym uniwersytetu w Petersburgu, skąd w roku 1887 przeniósł się na politechnikę w Zurychu. Związał się emigracyjną partią „Proletariat”, za co władze carskie wydały za nim nakaz aresztowania. Ze względu na bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny w 1895 przyjął obywatelstwo Szwajcarii. Jako ceniony inżynier i konstruktor kierował budowami hydroelektrowni w Szwajcarii, Włoszech, Francji i Hiszpanii. W roku 1907 został profesorem politechniki w Zurychu, gdzie w latach 1913–1919 zajmował stanowisko dziekana.

Po powrocie do ojczyzny pełnił wiele funkcji – w latach 1920–1922 był ministrem robót publicznych w rządach Władysława Grabskiego, Wincentego Witosa oraz Antoniego Ponikowskiego, w roku 1922 został ministrem spraw zagranicznych najpierw w rządzie Artura Śliwińskiego, a następnie Juliana Ignacego Nowaka.

W niespełna rok po jego tragicznej śmierci Józef Piłsudski opublikował obszerną broszurę Wspomnienia o Gabrielu Narutowiczu, w której nazywa go wprost przyjacielem.

Podkreślał w niej swoiste pobratymstwo, bowiem obydwaj pochodzili ze Żmudzi, z tej samej ziemiańsko-szlacheckiej sfery. W zakończeniu książki Marszałek zwraca się wprost do Prezydenta: „Zginąłeś od kuli nie wrażej, o której może w dzieciństwie marzyłeś – od kuli rodaków, do których niosłeś swą ewangelię miłości i pracy. Czy zginąłeś w ten sposób za to tylko, że takim byłeś, czy za to, że z brudem niewoli walczyć nie chciałeś czy nie mogłeś?”.

Nie sposób nie wspomnieć, że w trzy dni po zaprzysiężeniu Narutowicza, 14 grudnia w Belwederze doszło do przekazania mu władzy przez Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego pielęgnowano pamięć o Narutowiczu, ale próbowano też rozliczyć się politycznie z zaistniałą tragedią. Wielokrotnie z odczytami poświęconymi zasługom prezydenta występował generał Tadeusz Wieniawa-Długoszowski (daleki krewny Bolesława).

 

W roku 1924 Tadeusz Hołówko poświęcił tragicznie zmarłemu prezydentowi monograficzną pracę Gabriel Narutowicz. Życie i działalność, opatrzoną przedmową premiera Artura Śliwińskiego, a Leon Małecki książkę Ś.p. Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. W roku 1925 ukazała się ogromna, licząca około 600 stron księga pamiątkowa Gabriel Narutowicz – pierwszy Prezydent Rzeczpospolitej, natomiast w roku 1930 opublikowano książkę Bronisława Poletura zatytułowaną Narutowicz i Piłsudski: wrażenia i refleksje.

Co ciekawe – prezydent Gabriel Narutowicz, który został pochowany 22 grudnia 1922 roku w archikatedrze św. Jana na Starym Mieście w Warszawie – był jednym z niewielu polityków Drugiej Rzeczpospolitej uznawanym przez władze Polski Ludowej. W niemal każdym większym mieście w czasach PRL-u jego imieniem nazywano ulice i place.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>
Kim jesteś ty? Nie wiem - czyli historia nieznanego żołnierza http://blog.polona.pl/2018/12/kim-jestes-ty-nie-wiem-czyli-historia-nieznanego-zolnierza/ Tue, 11 Dec 2018 10:32:48 +0000 Blog/Polona http://blog.polona.pl/2018/12/kim-jestes-ty-nie-wiem-czyli-historia-nieznanego-zolnierza/ Szczątki wysadzonego przez Niemców w czasie II wojny światowej monumentalnego pałacu Saskiego w Warszawie są niezwykle sugestywnym pomnikiem historii. Tragicznym i poruszającym świadectwem barbarzyństwa, dokonanego z pełną premedytacją na mieście, które postanowiono zamienić w morze ruin. Te właśnie szczątki tworzą najbardziej wstrząsające oblicze Grobu Nieznanego Żołnierza. Miejsca, które stało się obowiązkowym punktem wizyt najwyższych rangą przywódców świata, odwiedzających Polskę i jej stolicę.

Taka forma Grobu Nieznanego Żołnierza została „stworzona” przez historię. ale sam Grób ma znacznie dłuższą tradycję. Początki idei tworzenia grobów nieznanego żołnierza jako symbolicznych mogił upamiętniających bezimiennych żołnierzy poległych podczas wojny mają swe korzenie w I wojnie światowej.

Z inicjatywą stworzenia takich miejsc wystąpił Francuz Fryderyk Simon, który podczas wojny stracił trzech synów i mimo poszukiwań nie odnalazł ciała żadnego z nich. Jego osobista tragedia stała się przyczynkiem utworzenia grobu nieznanego żołnierza pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu.

W tym symbolicznym grobie umieszczono trumnę ze zwłokami bezimiennego żołnierza, spoczywającą wcześniej w cytadeli w Verdun. A trafiły tam one w taki oto sposób: 10 listopada 1920 roku osiem delegacji z ośmiu odcinków frontu, gdzie odbywały się najkrwawsze walki, przywiozło do Verdun osiem drewnianych trumien z ciałami nieznanych poległych. Ustawiono je na miejscowym rynku i wtedy jeden z najmłodszych francuskich żołnierzy położył wiązankę kwiatów na trumnie, która została przeniesiona do cytadeli. A następnego dnia – 11 listopada – złożona pod Łukiem Triumfalnym. Wkrótce podobną uroczystość zorganizowano w Londynie, w Opactwie Westminster. Później groby nieznanego żołnierza powstały też w Berlinie, Brukseli, Belgradzie, Moskwie i Waszyngtonie.

Tu leży żołnierz nieznany…

W Polsce potrzeba uhonorowania pamięci bezimiennych żołnierzy poległych w obronie ojczyzny zrodziła się dość spontanicznie już w 1921 roku i ma swoją zaskakującą puentę. Budowę poprzedziła dyskusja w prasie. Pojawiały się wówczas różne rozwiązania, projekty cokołów. Rozważano też kilka lokalizacji, m.in. okolice Cytadeli, Fort Legionów czy wylot Mostu Poniatowskiego. Na mocy decyzji prezydenta Stanisława Wojciechowskiego 30 listopada 1923 roku powołano Tymczasowy Komitet Organizacyjny Budowy Pomnika Nieznanego Żołnierza. Kiedy rozmowy przeciągały się i nie przynosiły żadnych rozstrzygnięć, w następnym już, czyli 1924 roku miało miejsce dość tajemnicze zdarzenie: za usytuowanym przed kolumnadą pałacu Saskiego pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego ktoś ustawił płytę z napisem: „Tu spoczywają zwłoki nieznanego żołnierza poległego za ojczyznę” i na niej położył wiązankę kwiatów. Przez długi czas uważano, że za tym działaniem krył się Ignacy Jan Paderewski… Po latach okazało się, że była to inicjatywa Zjednoczenia Polskich Stowarzyszeń Rzeczypospolitej. Wskazana lokalizacja szybko zyskała uznanie i w 1925 roku zawiązano Komitet Organizacyjny Budowy Pomnika Nieznanego Żołnierza, któremu przewodniczył gen. Władysław Sikorski. Autorem projektu Grobu Nieznanego Żołnierza w środkowej części kolumnady pałacu Saskiego został rzeźbiarz Stanisław Ostrowski.

Podobnie jak we Francji, nieznanego żołnierza wybrano spośród poległych w najkrwawszych bojach I wojny światowej. Z piętnastu pól bitewnych, na których walczono o niepodległość Polski, wytypowano Lwów. Wówczas to, na tamtejszej nekropolii Jadwiga Zarugiewiczowa, polska Ormianka, matka jednego z żołnierzy, poległych w walce z bolszewikami pod Zadwórzem, spośród trumien ze szczątkami lwowskich żołnierzy wskazała na jedną. Znajdowały się w niej zwłoki młodego chłopaka, ochotnika legionisty z raną postrzałową czaszki.

1 listopada 1925 roku szczątki nieznanego żołnierza wyruszyły do Warszawy specjalnym pociągiem w ostatnią drogę. Na trasie przejazdu gromadziły się setki osób. Uroczysty karawan dotarł do stolicy nazajutrz, czyli w Dzień Zaduszny. Bezimiennemu bohaterowi hołd oddali m.in. prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Władysław Grabski. W Warszawie trumna ze szczątkami obrońcy Lwowa na specjalnej lawecie przewieziona została do katedry św. Jana. Tam ksiądz Antoni Szlagowski, późniejszy biskup pomocniczy warszawski, wygłosił płomienną homilię: „Kim jesteś ty? Nie wiem. Gdzie dom twój rodzinny? Nie wiem. Kto twoi rodzice? Nie wiem. I wiedzieć nie chcę i wiedzieć nie będę, aż do dnia sądnego. Wielkość Twoja w tem, żeś nieznany. (…) Nazywasz się Milijon, bo miliony złożyły w Tobie swe ukochanie i swe katusze. Nazywasz się Milijon, a imię Twoje czterdzieści i cztery. A życie Twoje – trud trudów. Sława, sława, sława”.

Po nabożeństwie, w którym uczestniczyły najwyższe władze państwowe, uformował się kondukt żałobny. Przy trwającym niemal godzinę dźwięku kościelnych dzwonów wszystkich kościołów Warszawy podążał on w stronę pałacu Saskiego. Trumnę z młodym obrońcą Lwowa oraz ziemią z pozostałych czternastu pól bitewnych złożono pod środkową częścią kolumnady. Potem nastąpiła minuta ciszy, a następnie rozległy się dźwięki salw armatnich. Prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski zapalił wieczny znicz. Delegacje ze wszystkich stron kraju złożyły okolicznościowe wieńce. I wtedy właśnie Grób Nieznanego Żołnierza stał się miejscem najważniejszych uroczystości państwowych. Składanie wieńców pod kolumnadą z wypisanymi polami bitew, urnami z prochami ofiar i wiecznym płomieniem stało się nieodłączną częścią ceremoniału dyplomatycznego i wojskowego.

Niezwykłą czcią otaczany był Grób Nieznanego Żołnierza w latach okupacji. Dla wielu Polaków stanowił symbol tęsknoty za niepodległością. Niemcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, bo po wybuchu powstania, kiedy Warszawę zrównano z ziemią, postanowili wysadzić w powietrze także monumentalny pałac Saski. Z gigantycznego gmachu został tylko niewielki trzykolumnowy fragment, który stanowił centralną część Grobu Nieznanego Żołnierza.

Obecny kształt Grobu Nieznanego Żołnierza – zdruzgotanego pomnika na tle wielkiego placu Piłsudskiego, jest tak wymownym świadectwem okrucieństwa i barbarzyństwa wojny, że dyskusja, czy odbudować pałac Saski, by przywrócić dawną świetność tej części Warszawy, czy pozostawić ten niewielki jego fragment „ku przestrodze”, jest ciągle otwarta i trudna do rozstrzygnięcia.

____________

Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022

Obchody niepodległości - przejdź do stronyMinisterstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego logo

]]>